MITYNG 05/227/2016

DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO



OFIARA I ODDANIE

Gdy zobaczyłam temat pomyślałam, to proste, napiszę parę słów, lecz gdy zaczęłam o nim i o sobie myśleć, to temat wcale nie okazał się prosty. Jest jak woda, ponieważ jest niesprecyzowany i zbyt ogólnikowy, mimo to wiem, a przynajmniej domyślam się, o co chodzi jego autorom. Żeby zacząć pisać o sobie i jak ja rozumiem miłość, musiałam sięgnąć do źródeł. Tak naprawdę nie znałam nawet definicji miłości. Wszyscy wielcy tego świata pisali o miłości. Co prawda przeczytałam dużo książek o tym uczuciu, ale wszystkie one mówiły o romansach i czegoś mi w nich zawsze brakowało. W swych dociekaniach postanowiłam przeprowadzić sondaż wśród znajomych i nic nie mówiąc im o tym pytałam, jak rozumieją miłość i znów słyszałam o kwiatkach, pocałunkach i takich tam podobnych rzeczach. Dla części znajomych miłość kojarzyła się z seksem, natomiast druga część mówiła o tym, że kochają bądź są kochani za coś i chyba ja należę do tej drugiej grupy. Odkąd sięgam pamięcią, miałam wrażenie, że kocha się mnie za coś. Babcia kochała mnie za to, że jej zdaniem byłam ładną i grzeczną dziewczynką, że nie ubrudziłam się stojąc jak sierota wśród innych dzieci, które lepiły pączki z błota i zapraszały mnie do zabawy (na marginesie, jaką straszną ochotę miałam wleźć w to błoto i utytłać się cała), to znów za dobre stopnie. Gdy uwolniłam się z więzów babci wpadłam w wir facetów, którzy głównie kochali mnie za seks - tak mi się zdawało, ale tak naprawdę nie było w tym żadnej miłości. Następnie był mój zmarły mąż. Nie twierdzę, że mnie nie kochał, ale dlaczego cały czas miałam wrażenie, że kocha mnie za to, że urodziłam mu dwóch synów, za to, że gotuję, sprzątam. Za to, że go wysłucham, za seks i za to, że usiądę z nim i wypiję. A ja tak marzyłam o miłości bezwarunkowej, by być kochaną nie za coś, a tylko za to że jestem.  Jaką więc miłość mogłam dać innym? Na pozór wydawało mi się, że męża i synów kocham właśnie taką, bezwarunkową miłością, ale niestety nauczona przez całe życie innej miłości, moja podświadomość sobie przypominała o oczekiwaniach warunkujących miłość. Tak też z czasem pijąc rozczulałam się nad sobą, że mąż nie ten, bo nie spełnia moich wymogów. I dzieci też nie takie, bo sprawiają kłopoty, więc jak ich darzyć miłością, ale mimo to kochałam ich. Tylko problem leżał w okazywaniu tej miłości. Mimo to, że przytulałam moich nawet już dorosłych synów, to w środku czułam pustkę, która pojawia się czasami do dnia dzisiejszego, tylko już wiem, że to nie oni są winni, tylko problem leży we mnie. A problemem jest to, że tak naprawdę nie nauczono mnie prawdziwej miłości, o której marzyłam, ani tego jak ją okazywać. Zawsze była przesłonięta jakimiś oczekiwaniami. W poszukiwaniu tej prawdziwej miłości zaczęłam szukać definicji i najodpowiedniejszą moim zdaniem znalazłam w Biblii w 1 Liście św. Pawła do Koryntian (13;4-8). Tu znalazłam miłość bez oczekiwań. Miłość ta nie oczekuje; ona jest cierpliwa, wielkoduszna, nie szuka poklasku ani własnych korzyści, jest tolerancyjna i nie zazdrości nikomu, nie ma w niej rozrachunku krzywdy, ponieważ umie przebaczać, umie się cieszyć czyimś szczęściem i ubolewa nad nieszczęściem drugiego człowieka. Potrafi wszystko znieść, wszystkiemu wierzyć, na wszystko mieć nadzieję. Może dla niektórych zabrzmiało to trochę patetycznie, ale tak naprawdę myślę, że to jest prawdziwa miłość. Bo gdzie tu miłość do drugiego człowieka, kiedy mówię o pokoju, a walczę z całym światem łącznie ze sobą. Zdaję sobie sprawę, że nauczenie się takiej miłości nie jest rzeczą ani łatwą ani prostą, ale można. Na początku trzeźwienia usłyszałam, że aby kochać innych trzeba pokochać siebie bardzo długo nie rozumiałam tego, ale dziś wiem, że jeśli wszystko to, co jest napisane w 1 Liście do Koryntian zastosuję wobec siebie, będę umiała zastosować wobec innych. Czyli, jeśli nie będę miała oczekiwań wobec siebie, to pokocham się czystą miłością za to tylko, że jestem i podobnie jest z miłością do innych. I wtedy zaczął się długi proces nauki takiej miłości, który może trwać do końca życia. Miłość cierpliwa jest. O mój Boże, kiedy ja coś zaczynałam, musiało to być już, a nie trwać z rok czy dwa, bo jeśli trwało zbyt długo, to w ogóle nie było szans na skończenie danej rzeczy, ponieważ uważałam, że nie warto, a ponadto szybko się nudziłam. Dopiero kiedy jako osoba trzeźwa, ukończyłam szkołę średnią, którą rzucałam kilka razy w semestrze, zobaczyłam jaką mam z tego frajdę, byłam zadowolona ze zrobienia czegoś dla siebie. Zauważyłam też, że kiedy zaczął się u mnie żmudny proces wybaczania sobie za krzywdy, które zrobiłam swoim dzieciom i mężowi, zaczęłam też wybaczać moim rodzicom i babci i rozumieć, że krzywdy które mi wyrządzili były nieświadome, że nie umieli inaczej. Zdałam sobie sprawę jak bardzo ich kocham i jak bardzo mi ich brakuje. Dziś staram się nie być krzywdzona, ale jeśli druga osoba próbuje to zrobić, po prostu rzucam to w niepamięć. Uważam, że nie umie inaczej postąpić i modlę się za nią. Kiedyś uważałam, że jeśli kogoś kocham, to ta osoba powinna to odwzajemnić. Miłość kojarzyłam z papużkami nierozłączkami. Tak postępowałam z moją wieloletnią przyjaciółką, kiedy byłyśmy pannami. Było wszystko ok, ale gdy ona pierwsza założyła rodzinę, czułam jakby wbiła mi zadrę w samo serce. Mimo, że tego nie okazywałam, czułam żal zazdrość i odrzucenie. Nasza przyjaźń przetrwała do dziś dzięki temu, że ona umiała kochać bez oczekiwań, a ja wytrzeźwiałam i zaczęłam uczyć się takiej miłości. Dziś nie mieszkamy już na jednym podwórku, ale nasza przyjaźń trwa. Kontaktujemy się bardzo rzadko, ale obie wiemy, że choć dzieli nas odległość i poglądy religijne, to jedna na drugą może liczyć. Wspomnę jeszcze o mojej siostrze, z którą prowadziłam wojny od dzieciństwa. Okazało się, że gdy teraz z nią porozmawiałam, to tak naprawdę przyczyną naszej walki była zazdrość. Zawsze jedna drugiej czegoś zazdrościła, a dziś cieszymy się ze swoich radości i smucimy, gdy któraś ma problemy. Po wielu latach umiemy ze sobą rozmawiać. Dziś miłość dla mnie jest ofiarą i oddaniem siebie drugiemu człowiekowi i działaniem bez oczekiwań na rzecz tej osoby. Zauważyłam też, iż jeśli kocham kogoś taką miłości, to ona wraca do mnie, przez co ja też jestem kochana.                                                                                                             
   J G.


MITYNG - Koncepcje
DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO
KONCEPCJA V

W całej naszej strukturze powinno obowiązywać "Prawo do apelacji" tak, aby opinie mniejszości były wysłuchane, a osobiste skargi starannie rozpatrzone.
Chciałbym dzisiaj powiedzieć kilka słów na temat Koncepcji, a właściwie jednej z nich, tej, która zawiera w sobie bodajże największy ładunek miłości do cierpiących alkoholików. Chodzi o Koncepcję Piątą. Pewnie każdy z nas był kiedyś w sytuacji, gdy podczas głosowania znalazł się w mniejszości, gdy nie znalazła uznania jego wymarzona wizja. Przypominam sobie żal, smutek, niepogodzenie, jakie mną szarpały w takiej sytuacji. Choćby sprawa warsztatów na konferencji regionalnej. Dobrze się dzieje, że mamy "prawo do apelacji", choć też przypomina mi się z "prawo do błędu" z Tradycji Czwartej. Tak się złożyło, że kiedyś zwyciężyły siły, które w Konferencji upatrywały wyłącznie konieczność wyboru służb, swoiste "obsadzanie stołków". Trudno się dziwić, gdy ówcześni mandatariusze, pewnie mało zainteresowani życiem wspólnoty AA, jako całości woleli szybko dokonać wyboru i uciekać do swoich zajęć. Właściwie nie dziwię się tej postawie. Sam kiedyś podczas Konferencji wolałem pracę w bufecie albo prywatne rozmowy. Na sali konferencyjnej odbywały się wystąpienia, których zupełnie nie rozumiałem. Gdybym miał wtedy głosować w jakiejś sprawie, pewnie bym to uczynił nawet nie zastanawiając się, co robię, nawet gdybym odcinał przysłowiową gałąź, na której siedziałem. Na wspólnocie AA wcale tak mi nie zależało. Za to w kuluarach mogłem dyskutować do woli i co ważne, nie musiałem się z nikim zgadzać, chyba że w krytyce osób służebnych. Lubiłem toczyć łatwe polemiki z obłudą, zakłamaniem czy złą wolą innych. Sam wolałem nie podejmować się służb. To dopiero miało się zmienić w przyszłości. W naszej wspólnocie funkcjonuje powiedzenie: "Nie ważne skąd przyszedłeś, ważne, dokąd zmierzasz". Ja przyszedłem ze środowiska, w którym nie mogłem znaleźć porozumienia z najbliższymi. Cały mój świat rozpadał się, a ja piłem i cierpiałem. Teraz, kiedy już nie chcę zapijać uczuć, ważne jest abym nauczył się współpracy, by odnowiły się kiedyś zszarpane więzi. Wspólne ważniejsze od mego. Szukanie tego, co łączy. Miłość łamie bariery niechęci. Wiele zmieniło się w moim życiu za sprawą AA. Kiedy tak patrzę na naszą wspólnotę widzę w niej labirynt najprzeróżniejszych ścieżek, z których wiele prowadzi donikąd.  Dopiero stosowanie Tradycji AA pozwala nam odrzucać ścieżki fałszywe, jawiące się łatwością i pozerstwem. Chodzi też o to, aby realizować zadania wspólnoty, a nie instytucji zewnętrznych nazywając je AA. Większość Tradycji powstała, by chronić przed nami jedność wspólnoty. Mają również inny cel. Pozwalają osiągnąć równowagę pomiędzy sprzecznymi tendencjami, jakie przynoszą ze sobą kolejne pokolenia rozpoczynających swą trzeźwość alkoholików i pomagają dojść do głosu zdrowemu rozsądkowi. Ale nie zawsze. Informacje płynące ze Światowego i Europejskiego Mityngu szeroko rozpatrują problem terroru niedoinformowanej większości. Zdarza się, choćby jak to się zdarzyło na Konferencji, że przegłosowano odstąpienie od warsztatów bądź przesunięcie ich na końcową część spotkania. Choć wola Konferencji mnie obowiązywała to miałem poczucie niezrozumienia Programu AA. Znalazłem się w grupie, która korzystała z "prawa do apelacji" i złożyła wniosek o przywrócenie warsztatów na początku Konferencji Regionu Warszawa. Wiele razy mówiłem o tym w czasie spotkań roboczych w naszym PIKu. I co się stało? Na kolejnej Konferencji ponownie wrócono do warsztatów na początku konferencji; opinia mniejszości została pozytywnie rozpatrzona. Lecz to nie wszystko. Najbardziej cieszy, że mandatariusze zyskali w okresie między konferencjami nową świadomość i wspólnie podjęli decyzję, aby wymieniać się doświadczeniami. Program działa. Jednak jest pewien problem. Konferencje regionalne odbywają się dwa razy w roku. A jeśli grupa nie ma mandatariusza albo intergrupa nie szuka kontaktu z Regionem, to jak członek AA może przedstawić swój głos Konferencji? Czy będzie słyszany? Czy dlatego, że pewne służby nie wypełniają swej roli, to ktoś w grupie może czuć się wyobcowany z działań wspólnotowych? Na pewno nie. Wszelkie postulaty można przedstawić w grupie, a po akceptacji w formie sumienia grupy przedłożyć intergrupie. Tu następuje dalsza dyskusja, a po uzyskaniu przychylności przedstawiana jest Radzie Regionu. Ktoś zapyta, po co tak długa procedura? To proste. Chodzi o to, aby wszyscy wiedzieli, o co chodzi we wniosku i rozumieli jego przydatność. Im więcej porozumienia niesie wniosek, tym łatwiej go przyjąć, tym więcej szacunku dla siebie mają wszyscy współuczestniczący w jego przygotowaniu i realizacji. Dla chętnych jest jeszcze druga droga udziału w życiu wspólnoty. Każdy AA może osobiście wziąć udział w czwartkowych spotkaniach zespołów regionalnych i tam przedłożyć swój projekt. Będzie rozpatrywany obok wniosków składanych przez intergrupy, choć jasne, że bez tej samej "siły przebicia". Najpierw trzeba przekonać członków zespołu, że uszanowane są nasze Tradycje. Równocześnie powinien być deklarowany współudział w wykonaniu tego zamierzenia. Tak więc jest realizowane "prawo do uczestnictwa". Nikt we wspólnocie nie musi się czuć samotny, pominięty. To tylko niektóre objawy miłości, do jakimi wspólnota kieruje się wobec swoich członków. Na koniec oddajmy głos Billowi: ”Wierzymy, że duch demokracji w naszej Wspólnocie i jej służbach na całym świecie przetrwa na zawsze, niezależnie od przeciwności, które bez wątpienia będą w nas uderzać. Na szczęście nie jesteśmy zmuszeni utrzymywać rządu, który by chronił jedność poprzez nakładanie kar. Jedyne, czego potrzebujemy to struktury służb podtrzymujących tradycje, na ich podstawie określających kierunek naszych działań, realizujących go i niosących nieustannie nasze posłanie wszystkim, którzy cierpią".
Pozdrawiam pogodnie
Marek 1 maj 2005r
Pozdrawiam pogodnie Marek Warszawa 27 02 2006 r.


JESTEM ALKOHOLICZKĄ

Jestem alkoholiczką, na imię mam Beata. We Wspólnocie jestem 3 lata. Poproszono mnie abym napisała parę słów, jakie jest moje odczucie kobiety we Wspólnocie. Jak wiadomo we Wspólnocie przewagą liczebną są mężczyźni, kobiet jest bardzo mało. Tam gdzie ja chodzę nie ma grupy kobiecej, więc jestem zmuszona chodzić na grupę ogólną. Kiedy pojawiłam się we Wspólnocie byłam traktowana jak „księżniczka”. Myślałam, że każdy chce mi pomóc, bo ma większe doświadczenie w niepiciu, ale jak się okazało ta cała bezinteresowna pomoc, wożenie na mitingi i zabawy rocznicowe, pocieszanie, nie od wszystkich panów z AA jest całkiem bezinteresowne. Okazało się, że co niektórzy koledzy żyją w związkach, ale.... Jestem osobą bardzo wesołą, uśmiechniętą, nieźle wyglądam, więc zainteresowanie moją osobą okazało się bardzo duże. Ja oczywiście nie byłam świadoma tego, ale kiedy zaczęłam dowiadywać się, że jestem kochanką tego czy tamtego, zezłościło mnie to. Jak można opowiadać coś, co nie ma miejsca. Myślałam, że ludzie, którzy przestali pić, starają się nie kłamać i żyć uczciwie, ale kiedyś usłyszałam od kolegi z AA - Beata, czego ty wymagasz, przecież to chorzy ludzie i to, że nie piją, mało co zmieniło ich zachowanie. Jeśli ktoś pił 15 - 25 lat i tak był nauczony, to jakim cudem po roku, czy po paru latach niepicia zmienił się, jeżeli nic nie robi ze swoim postępowaniem. Obecnie chodzę na grupy, ale staram się podawać rękę na przywitanie zamiast ściskania się. Koledzy zauważyli zmiany w moim zachowaniu i dopytują się, co się stało. Więc wyraźnie im mówię, aby nie było nieporozumień. Zresztą, kiedy pokazują się nowe kobiety we Wspólnocie, to zainteresowanie moją osobą zmalało. Bardzo mnie bolą plotki, które nie mają żadnego pokrycia. Obecnie jestem nieufna, podejrzliwa i mało wierzę w to co słyszę. Wyobrażenia i oczekiwania moje legły w gruzach, jeżeli chodzi o kolegów. Oczywiście wszystkich ze Wspólnoty nie wrzucam do jednego worka, są i tacy, na których można liczyć i są bezinteresowni. Mam kilku kolegów, co dobrze mi życzą i pomagają, i na których mogę liczyć. Moje rozgoryczenie opisałam, chociaż też i mówiłam na mitingach. Podchodzę z dystansem teraz do otoczenia, ogólnie do wszystkich, nie tylko do AA. Jeżeli zostałam jakoś zraniona, wyciągnęłam wnioski z lekcji. Dla mnie moja trzeźwość jest najważniejsza, zbyt dużo poświęciłam aby nie pić, aby teraz to zarzucić. Jestem silniejsza o swoje doświadczenie.

Z pozdrowieniem
alkoholiczka Beata.


PIERWSZA TRADYCJA

Tradycja Pierwsza informuje mnie, że ja jestem ważna, ale nie najważniejsza. Moje dobro jest ważne, ale przed nim jest dobro wspólne. Moje dobro niezgodne z dobrem Wspólnoty jest tylko moim egoistycznym chciejstwem. Wspólne dobro to to, co zostawili nam założyciele oraz wypracowała przez ponad 80 lat Wspólnota światowa. To Kroki, Tradycje, Koncepcje, literatura, grupy. Ale dobro samo bez cementującej go jedności nie stanowi pełni. Dla jedności AA coraz bardziej świadomie rezygnuję z moich ambicji i działam na rzecz drugiego człowieka, dzwonię i smsuję do drugiego alkoholika, zwłaszcza do tego, któremu jest ciężko. Wspieram grupę, na której jest słaba frekwencja. Dbanie o innego człowieka służy utrzymaniu mojej trzeźwości. Jedność to trzymanie się razem. Aby zachować jedność, Wspólnota AA otacza wszystkich swoich członków równą troską i strzeże prawa jednostki do niezależności myśli, słowa i czynu. Zachowanie jedności daje mi poczucie bezpieczeństwa, że mogę wiele powiedzieć bez strachu przed karą i wykluczeniem ze Wspólnoty. Jedność ma moc i ja z tego mogę korzystać. Cały Program oparty jest na pomocy: alkoholik – alkoholikowi, grupa – grupie, kraj – krajowi. Jeżdżę na mityngi wielu grup, prowadzone w różny sposób. Szanuję porządek, jaki zastaję, nie dokonuję gradacji grup. Moja wypowiedź i zachowanie ma łączyć, a nie dzielić. Jedność nie oznacza braku różnorodności. Czerpię z tego ogromnego bogactwa, a moich doświadczeń nie chcę mieć tylko dla siebie. O poznawaniu Tradycji ze sponsorem przeczytałam w biuletynie Karlik. A gdyby kolega nie podzielił się tym, to dzisiaj pewnie nie zajmowałabym się ich poznawaniem. Badam intencje moich wypowiedzi. Nie chcę się chwalić, tylko dzielić doświadczeniem. Wspólnota zmienia się. Nie jest możliwe, żeby była taka sama jak 5 czy 10 lat temu. To są raczej spokojne zmiany, wynikające z ewolucji poglądów i podejścia jej członków, z rozwoju i rozwagi każdej jednostki. Byłam wielką egocentryczką. Byłam pewna, że tak jak ja postrzegam świat – jest najlepiej, a moje obserwacje są najpełniejsze, a wnioski najtrafniejsze. Zmieniłam się trochę już po przeczytaniu zadanej przez sponsorkę definicji egocentryzmu. Mam teraz wiele tolerancji, szanuję zdanie każdego, choć nie zawsze się z nim zgadzam. Dziś nie myślę, że moje wnioski są najlepsze dla wszystkich i w każdej sytuacji. Ja i mój egocentryzm stanowimy parę, jak na szkolnej wycieczce. Dla mojego dobra i dla dobra innych, mam mój egocentryzm ukrócić, odchudzić, ograniczyć, mam się od niego odkleić, może część wytrenować. Nie zdołam go jednak uczynić bezdomnym. Zawsze jakaś jego część będzie we mnie. Ale reguły życia ustalam tak, żeby moje ego się nie panoszyło, nie wybijało. Reaguję na zło. Choć czasem brak mi odwagi, czasem reaguję z opóźnieniem. Staram się to robić z czystych intencji i delikatnie. Ostatnio jednak nie zareagowałam. Wypowiedź weterana bez sponsora wzbudziła śmiech „tych po Programie”. Chciałabym rzec, że się rozczarowałam, ale powiem, że doświadczyłam… Dzielę się tym, co przeczytam na mityngu, przed czy po, w czasie rozmowy osobistej czy telefonicznej albo mityngu samochodowym (tak nazywam nasze rozmowy w czasie jazdy na mityng). Sama też chłonę od innych. Pomagam i przyjmuję pomoc. Takie interakcje w dwie strony powodują dobro wspólne i dobro jednostki. Wspólnota jest jedna, a tworzy ją wielu w różnych grupach, intergrupach, regionach, krajach. W miejsce moich chciejstw i super pomysłów wybieram często podporządkowanie, choć nie zawsze cichą uległość. Szanuję wybór sumienia grupy, nawet jeśli budzi to moje wewnętrzne opory i obawy, pomagam w realizacji tego, co wybrała grupa. W pracy zawodowej realizowałam swoje śmiałe pomysły, a dzisiaj zastanawiam się czy są one tak samo dobre dla wszystkich stron, czy tylko dla mnie. W domu chciałam, żeby mój mąż wykonał to, czego ja akurat chciałam, gdy tylko znajdzie na to czas. Nie modeluję całego rozwiązania. Ono powstaje w trakcie rozmowy lub wspólnego działania. Szanuję wybory moich dorosłych dzieci, choć czasem nie są zbieżne z moimi. Nie rozporządzam ich czasem ani zwyczajami. Wydawało mi się niemożliwe, żeby ogarnąć moją niecierpliwość. Ale działałam, robiłam, dreptałam, czasami ledwo człapałam. I stało się. Dzisiaj prawie nie przerywam nikomu zdania. A jak się to wydarzy, to przepraszam. Nasze dobro jest najważniejsze. Zbieram śmieci z uliczki prowadzącej do naszego domu, wysprzątałam kawałek lasu, bo było tam małe wysypisko. To rezerwat. I jest naszym wspólnym dobrem. Teraz nikt tam nic nie wyrzuca. Dałam dom poranionym zwierzętom. Szanuję regulaminy i zasady zachowania w miejscach publicznych. W przychodni, banku czy urzędzie wyciszam telefon i nie prowadzę rozmów - przecież nie jestem sama. Jako kierowca świadomiej korzystam z auta – jadę w bezpiecznej odległości, nie oślepiam wszystkimi światłami, jakie mam, nie zajeżdżam drogi zmieniając pas ruchu, nie używam telefonu, gdy prowadzę (karą za to jest 2 godziny bez telefonu, a na początku było 6 godzin. Oj, było ciężko). Dobro wszystkich jest najważniejsze … i staram się pamiętać, że dobro wszystkich jednocześnie gwarantuje jedność Wspólnoty AA, a w tym i moje dobro.
AA - La


O MOJEJ MIŁOŚCI

To piękne uczucie i wartość, a jednocześnie bardzo trudne do okazywania, kierowania się nim, jako wartością i także przyjmowania. Miłość to również wzajemne oczekiwania. Mnie osobiście najbardziej bliska jest miłość matczyna do dzieci i odwrotnie, oraz wzajemna miłość małżonków. Mama zawsze od najmłodszych lat była mi bardzo bliska. Bardzo mnie kochała, ja odwzajemniałem JEJ miłość. Sprawiła, że miałem beztroskie dzieciństwo nie czując się gorszy od swoich rówieśników, mimo, że ich rodzice byli zamożniejsi od moich. To często decydowało o przynależności do grupy lub odrzuceniu. Mimo to w szkole czy na boisku, byłem jednym z nich. Dzieliłem się z mamą wszystkimi swoimi problemami. Początkowo dziecięcymi. Pamiętam, gdy opatrywała moje pościerane ręce czy nogi, kiedy wracałem z boiska, czy prezenty gwiazdkowe, czy gdy pomagała w lekcjach. Włożyła wiele troski i trudu w mój rozwój umysłowy, fizyczny i wychowanie. A ja np. za ostatnie kieszonkowe przynosiłem mamie bukiet kwiatów z okazji Dnia Matki, a bywało, że bez okazji. W późniejszym okresie także była moim powiernikiem. Zwierzałem się JEJ ze wszystkiego, radziłem np. w sprawach sercowych w wieku dorastania. Dzieliła się ze mną mądrością czy doświadczeniem życiowym. Doradzała, wskazywała błędy, ale nie narzucała, wybór pozostawiając mnie, który w większości był zgodny z jej oczekiwaniami. Na tym polegała JEJ mądrość wychowawcza. Przekonać, a nie bezwzględnie egzekwować. Kochała mnie także wtedy, gdy postąpiłem źle, nagannie, w domu czy w szkole, czyli bezgranicznie. Jestem przekonany, że nadal tak jest, mimo że zmarła w 1981 r. Właśnie miłość bezgraniczna i bezwarunkowa. Dotyczy również mojego małżeństwa. Jest to miłość, która była poddana ciężkiej i bardzo trudnej próbie. Osobiście nie wierzę w rozpowszechniony pogląd, że miłość może wygasnąć, co często jest argumentem do rozstań. Moim zdaniem, jeśli tak się dzieje to znaczy, że w takim związku nie było prawdziwej miłości, przynajmniej z jednej ze stron. Nie można kochać, a potem przestać kochać. W takim wypadku wcześniej mogło być zauroczenie czy zafascynowanie, ale nie miłość. Rozstania oczywiście mają miejsce także, pomimo istnienia miłości między małżonkami czy partnerami. Wtedy są okupione ogromnym cierpieniem. Wierzę natomiast w miłość „od pierwszego wejrzenia”, ponieważ oboje z małżonką przed laty tego doświadczyliśmy. Nasza wzajemna miłość eksplodowała natychmiast i gwałtownie, gdy „wpadliśmy na siebie”. Nie było powolnego poznawania, wzajemnych oczekiwań, wizji i wyobrażeń przyszłego związku. Ten proces przeleciał jak błyskawica. I tak jest do dziś, mimo że przez wiele lat przysparzałem małżonce wielu cierpień i bólu. Tym bardziej podziwiam ją, że nie straciła nadziei na inne życie i inną miłość. Dojrzałą, ale też młodzieńczą, tę sprzed lat. Z jednej strony wzajemne wsparcie w każdej sytuacji, zatem poczucie bezpieczeństwa, wzajemna troska, gotowość do opieki, szacunek, na co dzień przejawiający się w rzeczach banalnych, jak przepuszczenie w drzwiach, podanie płaszcza, aż po rzeczy zasadnicze: wspólne plany, szacunek do jej ciała, zasad, poszanowanie godności, jako kobiety. Oboje w naszym związku potrzebujemy wyłączności, wierności i perspektywy na przyszłość. Wspólne spędzanie czasu, zainteresowania, spacery, wspólne posiłki również cementują i utrwalają naszą miłość. Praca zawodowa i inne zajęcia często niosą ograniczenia, więc tym bardziej cenimy bycie razem. Nie odczuwamy przy tym monotonii, czy znudzenia własnym towarzystwem. Przeciwnie, zawsze mamy o czym rozmawiać. Czasami mamy też ochotę, aby wspólnie pomilczeć, ale nie mamy oporów, aby powiedzieć sobie o swoich potrzebach. I to też składa się na miłość. Ogromną rolę odgrywa też czułość: pocałunek, przytulenie. Z drugiej strony to również miłość pełna romantyczności i pozornie zwariowanych pomysłów. Taka, jaka była w chwili poznania i taka daje o sobie znać również i teraz. Jeszcze jestem w stanie zaskoczyć, pozytywnie oczywiście, małżonkę, a ona mnie tak jak wtedy, gdy mieliśmy dwadzieścia lat. Oboje pracujemy, od kilku lat mojego trzeźwienia, nad odbudowaniem tego, co ja zniszczyłem przez lata mojego picia. Zrobię wszystko, aby nadal budować.
Pozdrawiam Wojtek


DLACZEGO KOCHAM AA

Dostałam ZADANIE!!! Mam napisać o tym, skąd u mnie często takie wypowiedzi "ja kocham AA”. Z przyjemnością wytłumaczę się z tej miłości. Otóż, kiedy postanowiłam zmienić pracę i zająć się pomaganiem alkoholikom, zwróciłam się do dr. B. Woronowicza z prośbą o pomoc i instrukcje, dostałam zalecenie –„Pochodź najpierw na mityngi AA, a potem zobaczymy”. Nie byłam zachwycona, ale dyskutować z Woronem?? Początkowo kompletnie nie wiedziałam, o co w tym chodzi!! W okresie wolontariatu w OTU poznałam wspaniałych ludzi Ewę Woydyłło, Jagodę Kubiak, Antosia Pawłowskiego, Zygę-Zygmunta. Wszyscy oni również bardzo wiele mówili o wspólnocie. Zaczęłam dostrzegać, że terapia to podstawa edukacji, a uczestnictwo w AA to LEKARSTWO na niepicie i na pokonywanie wielu innych niedomagań. Kiedy już zaczęłam pracować na pół etatu na ul. Kolskiej w oddziale odwykowym, znowu poznałam dwóch fantastycznych ludzi - Grzesiek Przeniosło i Henio Stygiński. REWELACJA. W rozmowach z nimi bardzo wiele uczyłam się, zaczynałam coraz więcej rozumieć, wiedzieć. Jedno już wiem na pewno; pacjenci, którzy po ukończonej terapii chodzą na mityngi AA  - SĄ TRZEŹWI, a pacjenci, którzy kończą swoją pracę nad chorobą w momencie opuszczenia oddziału - bardzo prędko wracają do picia. Kolejne miejsce pracy TWORKI oddział X. Kiedy zaczęłam tam pracę, poziom terapii - program, stosunek do pacjentów, warunki i wystrój były dramatyczne. Jedyne, co dobrze funkcjonowało to mityngi AA. Przyjaciele ze Wspólnoty AA przychodzili często do pacjentów – tak zwyczajnie, poopowiadać o sobie. Zaczęłam chodzić na mityngi AA już dlatego, że POCZUŁAM, że tam również wiele się uczę, wiele zaczynam inaczej widzieć i rozumieć. Kiedy do pracy w oddziale przyszły nowe terapeutki, zachęcałam je do tego, co wcześniej „kazał mi” dr Woronowicz. Jeździłyśmy w różne miejsca, również do Zakroczymia. Stale poznawałam nowych fantastycznych ludzi od lat trzeźwych, bo pracowali na 12 Krokach, bo „robili Program”, bo uczestniczyli w mityngach AA – Wi…r, F…k, K……k K…r i wielu, wielu innych naprawdę rewelacyjnych, mądrych, życzliwych. A dlaczego kocham AA? Bo RATUJE LUDZIOM ŻYCIE, nikogo nie odrzuca, nie wyróżnia, nie ocenia, nie potępia!! Uczy ludzi słuchać, uczy mówić, uczy tolerancji i miłości do drugiego człowieka. Jest dostępne - bez żadnych formalności, zapisów, peseli, ubezpieczeń.  Nie oczekuje od nikogo pomocy, wsparcia finansowego, jest niezależne. W AA nie ma „kto ma kasę, ten ma rację”. To chyba jedyne miejsce, gdzie ludzie robią wiele rzeczy w „gratisie” i cieszą się z tego! Pracuję już bardzo wiele lat w pomaganiu, nie prowadzę statystyk, ale wiem z całą pewnością, że Ci moi pacjenci, którzy po leczeniu kontynuują swoje zdrowienie we Wspólnocie AA, nie wracają do picia. Jest to zdrowienie różnej jakości; jednym to wychodzi lepiej, innym trochę gorzej, ale NIE PIJĄ. Korzyści z niepicia, to nie tylko „gość, który przestał pić” - to często mąż, ojciec, syn, pracownik, kolega, przyjaciel, sąsiad, to obywatel, który już nie wisi na pomocy społecznej - to milion ról, różnych, ale jakże ważnych. Powrót do życia, do siebie, do innych - to też daje uczestnictwo we Wspólnocie! I za to wszystko kocham AA. I jeszcze jedno - kocham AA za Modlitwę o Pogodę Ducha odczytywaną na każdym mityngu.
Hanka Ostrowska-Biskot 


MIŁOŚĆ

Hmm … co może facet napisać o miłości. Ja patrzę na miłość na różnych płaszczyznach swojego życia. Słowo miłość ma dla mnie inną wartość i inne znaczenie w zależności od tego do kogo tę miłość kieruję. Czy do żony, syna, rodziców, czy do mojej Siły Wyższej. Ale zacznę od początku, cofając się na chwilę do okresu picia. Wtedy miłość to był tylko stan fizyczny i nic więcej. Nic mnie nie interesowało. Liczyło się tylko moje zaspokojenie potrzeb. Dziś patrzę na miłość w szerszej perspektywie. Dla mnie miłość to uczucie, to dbanie o bliskich, to opieka i podanie pomocnej dłoni innym osobom. Oczywiście jest to też "seks", ale dziś to nie jest czyste, fizyczne pożądanie, ale coś więcej. To akt miłosny, gdzie spotykają się dwie zakochane w sobie osoby i pragną się nawzajem. Dziś nie myślę tylko o sobie, ale też patrzę na potrzeby drugiej osoby. Miłość idzie blisko w parze z przyjaźnią. Taką przyjaźnią osób, które są blisko siebie. Pamiętam jak wychodząc z terapii miałem problem, z przytulaniem się, z mówieniem co czuję do bliskiej osoby, jaki miałem problem z nazywaniem uczuć. Uczyłem się tego od nowa, jak dziecko, które uczy się chodzić. Picie gorzały spowodowało zaniki w sferze uczuciowej. Zapomniałem jak można być blisko z kimś, być potrzebnym, być kochanym i innych kochać. Lecząc się na chorobę alkoholową, leczyłem też swoje uczucia, serce. Krok po kroku odzyskiwałem samego siebie i swoje wartości. Dziś nie mam problemu powiedzieć, żonie czy synowi Kocham Cię. Program 12 kroków AA, modlitwa o Pogodę Ducha oraz Dezyderata to były i są moje wskazówki na życie. Moje drogowskazy, które pokazują mi jak mam się zachowywać, żyć z sobą i z innymi osobami. Kiedy poznałem swoją drugą żonę to poczułem, że ktoś na górze postawił na mojej drodze Anioła, który objął mnie swoimi skrzydłami i przytulił. Nie jestem w stanie tego opisać słowami, ani wartościami co ten Anioł zrobił dla mnie. Teraz po kilku latach wierzę, że znalazłem osobę, która czekała na mnie tak jak ja czekałem na Nią. Kiedy rano się budzę zaspany, widzę uśmiech na Jej twarzy. Nie ma dnia, abym się nudził w Jej towarzystwie. Co więcej, cały czas mi jest Jej mało. Kiedy się wprowadziłem do Niej, byłem zazdrosny o to, że Jej dzieci zabierają mi Ją i nasz wspólny czas. Kiedy raz w roku jedziemy na tydzień wakacji, tylko my sami, jestem najszczęśliwszą osobą na świecie. Nieważne, gdzie pojedziemy. Ważne, że będziemy razem. I to jest miłość dla mnie. Miłość dwóch osób, które chociaż są inne, tworzą razem jedną całość. Chciałbym też napisać kilka słów o mojej miłości do mojej Siły Wyższej, którą po wielu latach odnalazłem w swoim sercu. Tutaj z miejsca muszę się przyznać, że jestem wdzięczny Bogu za to, że tyle czasu czekał na mnie. Kiedy piłem, nie zastanawiałem się jak to się dzieje, że przeżywam różnego rodzaju pobicia, że nic się ze mną nie stało, kiedy wracałem nie pamiętając nic, okradziony i pobity. Kiedy jeździłem po pijaku samochodem, nie powodując kolizji i nie zabijając siebie czy kogoś innego. Już wtedy On czuwał nad moim życiem. Ale ja wtedy nie widziałem tego, nawet się nad tym nie zastanawiałem, bo mnie to nie obchodziło. Dziś widzę wszystko to, co się dzieje wokół mnie. Jestem blisko mojej Siły Wyższej. Powoli i strasznie mozolnie miłość rozkwitała we mnie. Ale dziś mogę napisać, że jestem szczęściarzem, ponieważ czuję, że nie jestem sam. Ktoś czuwa przy mnie. Ktoś jest obok mnie i opiekuje się mną każdego dnia. Dzięki tej miłości moja wiara też ma teraz inny wymiar. Jest bardziej dojrzała i prawdziwa. Tak jak moja miłość do Boga. Dla mnie ważne jest to, że mogę w każdej chwili zwrócić się do mojej Siły Wyższej. Mogę o coś poprosić i mogę podziękować. Nie zawsze dostaję to o co proszę, ale nie zrażam się, bo to jest dla mnie lekcja pokory, cierpliwości. Ktoś kiedyś powiedział, że miłość niekiedy musi być twarda. To prawda. Ale jedno jest ważne - musi być szacunek. A ja mam taki szacunek. Bez tego nie ma miłości. Kończąc życzę wszystkim, którzy czytają to co napisałem, aby odnaleźli swoją miłość w życiu. Warto kochać i być kochanym.
Marcin AA


SPRAWOZDANIE Z WARSZTATÓW SŁUŻB
5 marca 2016 Milanówek


Przywitaliśmy się deklaracją odpowiedzialności. Prowadzący warsztaty przedstawił plan warsztatów. Następnie zaczął się Warsztat Służby PROWADZĄCY mityng AA. Prowadzący Warsztat przeczytał sugestie do Służby Prowadzącego z broszurki "Grupa AA, gdzie wszystko się zaczyna". Spikerem był Przemek, który podzielił się z nami swoim doświadczeniem w tej Służbie. Zaznaczył, że pełnienie przez niego tej Służby bardzo mu pomogło w jego rozwoju osobistym i duchowym. Dzięki tej Służbie nabył wiele tolerancji i akceptacji, którą też zaczął przenosić na swoje życie rodzinne. Prowadzący mityng AA jest takim kierownikiem ruchu wypowiedzi na mityngu, nie jest kimś kto rządzi. Nasz spiker był bardzo wzruszony tym, że może podzielić się z nami swoim doświadczeniem. Opowiedział jak Służba zmienia jego życie, i jakim jest ważnym fundamentem trzeźwości. Wspomniał również jak trudno było mu podjąć decyzję by zgłosić się do tej Służby. Wpierw był herbatkowym, później witającym. W końcu został prowadzącym. W dalszej części Warsztatu uczestnicy dzielili się w wypowiedziach swoim doświadczeniem w tej Służbie. Podkreślano wielokrotnie wagę Służby Prowadzącego, że powinien być elastyczny, ale i stanowczy. Według uczestników Służba prowadzącego powinna trwać minimum pół roku, a maksimum rok. Pół roku jest takim okresem, gdy emocje Prowadzącego, jak i jego świadomość, gruntuje się. Po roku Służby może ona stać się zagrożeniem dla Służebnego, jak i dla Grupy, w której tę Służbę ma. Dlatego też podkreślano wagę rotacji. Służba prowadzącego jest najbardziej widoczna na mityngu, to on pierwszy „rzuca się w oczy” uczestnikom i nowicjuszom. Jednak nie jest on kimś, kto rządzi w Grupie. Doświadczony już prowadzący wie doskonale, komu przerwać, czy też ograniczyć wypowiedź. Wspomniano również, że czasem nie ma chętnych do wypowiedzi, i wtedy panuje cisza, która jak niektórzy twierdzą też jest potrzebna. Uczestnikami Naszych Warsztatów były też cztery osoby z ZK. Nasi Przyjaciele zza muru także podzielili się swoim doświadczeniem w Służbie. Mityngi AA w więzieniu są inne niż na wolności, panuje tam więcej ciszy. Tu rola Prowadzącego jest trudniejsza, i wymagająca większego zaangażowania. Tu Prowadzący powinien być bardziej stanowczy. Przyjaciele osadzeni podkreślili również jak ważne jest to by do więzień i aresztów śledczych przychodzili alkoholicy z wolności. Jest wtedy więcej wypowiedzi, a tym samym potrzebnych im doświadczeń. Po przerwie zaczęliśmy Warsztat Rzecznika Grupy AA. Prowadzący przeczytał sugestie do tej Służby z broszury "Grupa AA, gdzie wszystko się zaczyna". Spikerem był Zdzisław, który podzielił się z nami swoim doświadczeniem w tej Służbie. Powiedział Nam, że Rzecznik to taki koordynator Służb w Grupie, a jego Służba jest czasem trudna. Dobry Rzecznik dba o to by mityng przebiegał zgodnie z sugestiami i Tradycjami Wspólnoty AA, i jest wsparciem dla Prowadzącego. Rzecznik dba o dobre stosunki z gospodarzem lokalu, który Grupa wynajmuje. Powinien też zadbać o to by środowisko profesjonalistów wiedziało, czym jest AA, by mieli odpowiednie ulotki i spisy okolicznych mityngów. Rzecznik Grupy AA powinien także uczestniczyć w spotkaniach Intergrupy. Rzecznik jest również strażnikiem naszych Tradycji, i od niego bardzo zależy prawidłowość funkcjonowania danej Grupy. W dalszej części Warsztatu uczestnicy dzielili się swoim doświadczeniem w tej Służbie. Jeden z uczestników zapytał, co zrobić by świadomość społeczna np. lekarzy była większa? W odpowiedzi otrzymał informację, że istnieje specjalny Zespół do spraw informacji publicznej i kontaktu z profesjonalistami. Można też indywidualnie porozmawiać z lekarzami, prosząc ich by dawali ulotki ludziom, którzy przychodzą po zwolnienie lekarskie na kacu. Po przerwie zaczęliśmy Warsztat Mandatariusza Grupy AA. Prowadzący przeczytał sugestie do tej Służby z broszury "Grupa AA, gdzie wszystko się zaczyna". Spikerem był Rysiek, który podzielił się z nami swoim doświadczeniem w tej Służbie. Rysiek wspomniał o bardzo ważnej, i wręcz niezbędnej sprawie, jaką jest sponsorowanie w Służbie. Mój następca powinien być w pełni świadom Służby. Nie może być tak, że jest to człowiek z "łapanki", który będzie woził na Intergrupę tylko pieniądze. Mandatariusz jest Służbą Światową. Od jego głosowania bardzo wiele zależy. Mandatariusz jest ogniwem łączącym Grupę AA z Intergrupą, Regionem, Konferencją, i Służbami Krajowymi. Im większa jest jego świadomość, tym lepiej funkcjonuje Grupa. W dyskusji dowiedzieliśmy się również, że Grupa nie łamie Tradycji AA, może ich nie stosować. Była też krótka dyskusja o tzw. "mityngach świątecznych". Takich mityngów nie ma. Broszura "Grupa AA, gdzie wszystko się zaczyna" opisuje wyraźnie, jakie są rodzaje mityngów. Została stworzona po to byśmy nie musieli „wyłamywać otwartych drzwi.” Wspomniano też o tzw. "Małych Tradycjach Grupy", takiego tworu w AA również nie ma. Do prawidłowego funkcjonowania Grupy AA wystarczają w zupełności KROKI, TRADYCJE i KONCEPCJE. Po przerwie zaczęliśmy warsztat Skarbnika w Grupie AA. Naszym spikerem był Marek. W swojej wypowiedzi podzielił się bardzo ważnymi i wręcz oczywistymi rzeczami. To Skarbnik w Grupie rozdziela pieniądze, ale też powinien wiedzieć, jakim celom one służą. Nie są przeznaczone na ciastka i na kawę dla uczestników Grupy czy Intergrupy. Są one przeznaczone na niesienie posłania w wielu miejscach, takich jak: mityngi informacyjne dla studentów, profesjonalistów, urzędników, pracodawców, gdzie zostawiamy ulotki. Do zakładów karnych, w których to stworzono biblioteki naszej literatury. Pieniądze z kapelusza nie powinny iść na kawę, ciastka itp., w krajach zachodnich na te rzeczy jest oddzielny fundusz (drugi kapelusz). Wspomniał o tzw. „przelewającym się kapeluszu”, oznacza to, że z każdego mityngu tak są pieniądze rozdzielane, że zostaje w nim prawie zero. W dyskusji wspomniane były Grupy, które mają po kilka tysięcy złotych w swoich kapeluszach, a na intergrupę - czyli na niesienie posłania dają bardzo małe kwoty. Kluczową sprawą dla Grupy AA jest opłacona sala, to priorytet. Marek przypomniał również, że już od dawna jest ZESZYT SKARBNIKA do użytku dla Grup. Można go pobrać ze strony internetowej za darmo! Istotną rzeczą w Służbie Skarbnika jest jego świadomość, by nie okazywało się tak, że pieniądze wrzucone do kapelusza szły na inny cel niż niesienie posłania. W Regionie jest Zespół do Spraw Finansów, który spotyka się w każdy 3 czwartek miesiąca w PIK w Warszawie przy ulicy Brazylijskiej10, i można tu dowiedzieć się jak Służba Skarbnika na Grupie powinna wyglądać. Sugeruje się by podział kapelusza był 60% na 40%. Oznacza to, że 60% wpływów pozostaje na Grupie - z czego właśnie ma być opłacona wynajmowana sala, a pozostałe 40 % Grupa powinna przekazać na Intergrupę. Każdy pieniądz wrzucony do kapelusza jest własnością AA, i nie należy do Grupy, pomimo że Grupa z niego korzysta. Wszystkie datki powinny być przeznaczone na niesienie posłania. Marek poinformował nas, że BSK w chwili obecnej, utrzymuje się w 100% ze sprzedaży literatury. Na zakończenie Naszych Warsztatów organizatorzy podziękowali wszystkim za przybycie i czynny udział w Warsztatach. Podsumowując dodam, że osobiście przekonałem się o potrzebie, i konieczności organizowania tego rodzaju Warsztatów jak najczęściej. Pożegnaliśmy się modlitwą o Pogodę Ducha.
Relację sporządził Jurek AA, prowadzący Warsztaty.


O MIŁOŚCI

Nauczyłam się miłości raczej z filmów i książek niż z życia. W moim rodzinnym domu panował emocjonalny chłód. O miłości się nie mówiło, nigdy nie usłyszałam od Mamy czy Taty słów "kocham cię". Owszem, rodzice troszczyli się o mnie i o siostrę pewnie tak, jak umieli najlepiej, ale mimo to zawsze było mi w domu zimno. Podziwiałam bohaterów, którzy potrafili kochać jak choćby Wokulski w "Lalce" Bolesława Prusa. Marzyłam o swoim rycerzu, obrońcy, o kimś, kto będzie mnie kochał taką, jaką jestem. Parę razy wydawało mi się, że jestem blisko, moje serce wpadało w odmęty kochania, ale zawsze coś stawało na mojej drodze. Czasem to mój wybranek okazywał się bardziej zainteresowany swoim niż naszym życiem. Czasem to ja nie byłam przekonana, czy to naprawdę ta jedyna miłość? Czekając na miłość znalazłam tabletki, właściwie przypadkiem, bo nie szukałam narkotycznych doznań. Pierwsze dwa białe krążki dostałam od szkolnej pielęgniarki na ból brzucha. Tabletki zawierały barbiturany, po kilkunastu minutach poczułam jak odrywam się od realnego świata, a moja dusza rozpościera swoje skrzydła. Miałam wtedy 15 lat. Tabletki towarzyszyły mi w życiu bardzo długo, choć potrafiłam z nich rezygnować z różnych powodów: matura, egzaminy na studiach i...miłość. Tak, właśnie miłość sprawiła, że przestałam szukać swoich proszków, nie były mi potrzebne, bo na mojej drodze pojawił się ON, TEN JEDYNY. Od pierwszej chwili wiedziałam, że on jest mi przeznaczony, właściwie kochałam go, zanim jeszcze poznałam jego imię. Wielka, bezbrzeżna miłość wypełniła moją duszę. Zakochałam się w sierpniu, w październiku się poznaliśmy. Był dla mnie najważniejszy, nikt wcześniej nie miał na mnie takiego wpływu. Oddałam mu całą swoją duszę i serce. Po dwóch latach wzięliśmy ślub, po pięciu urodziła się nasza córka, Misia. Ten sen nie trwał jednak tak długo, jakbym chciała. Być może w nasze życie wdarła się rutyna, może nuda, sama nie wiem. Rosły między nami mury wzajemnych rozczarowań. Mój ukochany był coraz częściej poza domem, a ja uciekałam do swoich tabletek. Nie umiem sobie wytłumaczyć, dlaczego po kilku latach sięgnęłam po proszki, z samotności, braku miłości? Tak bardzo marzyłam, żeby odnalazł mnie jakiś Wokulski, żeby mnie tak bezgranicznie pokochał, że nie zauważyłam, że to ja byłam dla swojego męża Wokulskim, to ja jego odnalazłam i pokochałam na całe życie. On po prostu dawał się kochać, później się znudził. Wiem, jak to brzmi - zwalam na niego całą winę. Na szczęście nie całą, bo mam świadomość, że miał prawo się znudzić, miał prawo nie godzić się na moje drżące dłonie i rozszerzone źrenice. Mam tę świadomość, chociaż ona wciąż boli. Nie udało nam się, on znalazł inną kobietę, ja znalazłam alkohol. Wpadłam w spiralę wstydu, wyrzutów sumienia i strachu. Moja wielka miłość zamieniła się w uzależnienie od niego, bałam się swojego męża, chociaż mnie nie bił, nie maltretował, ale mnie NIE KOCHAŁ. Rozwiedliśmy się po kilkunastu latach małżeństwa. I może powinnam pochować swoje wyobrażenie o miłości razem ze swoim małżeństwem, ale...wytrzeźwiałam! Jakimś cudem, dzięki łasce Bożej udało mi się. Od 9 lat nie piję, od 7. nie biorę leków, a co ważniejsze - jestem wśród Was, we Wspólnocie AA. Tu odczułam potęgę miłości. Wcześniej, gdy trzeźwiałam sama, dane mi było bardzo głęboko poznać miłość macierzyńską i to z dwóch stron, jako matka i jako córka. Jak kochałam swoją córkę? A cóż może powiedzieć matka - lekomanka i alkoholiczka? Starałam się, kochałam jak tylko mogłam najbardziej. Chociaż wiem, że popełniłam wiele błędów, że zawiodłam, że może nawet nie zasłużyłam na miłość córki. Kiedy moim życiem "rządził" mąż, zepchnęłam swoje uczucia do córki na drugi plan. Najważniejszy był on. Wydawało mi się, że jeśli on mnie nie kocha, to nie kocha mnie nikt, że jestem tylko dodatkiem do idealnej pary: tata i córka. Jednak to bez niej nie byłoby mnie, bo to myśl o niej odwiodła mnie od samobójstwa, to jej wspomnienia uświadomiły mi, że byłam i jestem ważna i kochana. Tak zaczęłam razem z córką budować miłość do siebie samej. Moja Mama... ta chłodna i dość apodyktyczna pani zachorowała na chorobę Alzheimera i zmieniła w bezbronną istotę, ale jak pięknie cieszyła się, gdy Ją odwiedzałam! Nareszcie mogłam Ją kochać i czułam, że jestem kochana. Moja Mama odeszła, ale zostawiła mi najpiękniejszy dar - miłość matki, moja córka wciąż jest obok mnie i codziennie wzrusza mnie moc mojej miłości do niej oraz potęga jej uczucia, które tchnęło we mnie nowe życie. Ale to nie koniec cudów, które miłość może zdziałać, bo jeszcze czekał na mnie mój wymarzony rycerz, obrońca, ktoś, kto w każdej chwili mojego życia był obok mnie, ocierał łzy, przytulał i niósł, gdy zabrakło sił - Bóg. Szukałam Go bardzo długo, błądziłam, myliłam drogi. Ciągle miałam do Niego pretensje, nigdy nie byłam Mu wdzięczna. Ale znalazłam. Musiałam najpierw pokochać siebie, na początku, choć troszkę, żeby w mroku bólu i cierpienia odnaleźć, choć jeden promyk, który doprowadzi mnie do radości i szczęścia. Potem wszystkie moje dotychczasowe rany zamieniły się w dary, dzięki którym jestem w miejscu, które nareszcie jest moje. Tu, w naszym domu z Misią, na mityngach, w pracy, wszędzie i w każdej chwili czuję się potrzebna. Mnie do trzeźwego życia prowadziły córka i Mama, ale drogę wskazywał nam Bóg. Jego miłość czuję każdego dnia, widzę w ludziach, których spotykam, w zachodach słońca i w uśmiechu mojej córki.
Z życzeniami miłości
Iwona AA


ZZA KRAT
TRUDNA DROGA DO WOLNOŚCI

Znaczną część mojego życia spędziłem w oparach alkoholu. Był on nieodłączną jego częścią od zawsze. Pierwsze upicia pamiętam z początków szkoły podstawowej, dodawałem sobie tym animuszu przed szkolnymi dyskotekami. Przykład płynął od starszych na dzielnicy, to oni nauczyli mnie pić, palić, a później wciągać i głęboko zaciągać innymi wynalazkami. Już w piątej klasie uciekłem na dłuższy czas z domu. Jeździłem ze starszymi kumplami po Polsce, kradłem, no i piłem. Już byłem na złej drodze, ale najgorsze miałem przed sobą. Jeden z bardziej ustawionych na mieście znajomych zaproponował mi świetną pracę – zostałem barmanem w klubie nocnym. I w ten sposób, będąc osiemnastolatkiem, miałem nieograniczony dostęp do alkoholu i innych specyfików, którymi handlowałem „spod lady”. Dorosłe życie przywitało mnie nachlanego, wciąż naćpanego i przekonanego o swojej wyjątkowości. Znałem najlepsze dziewczyny, gangsterów i dilerów, a w weekend zarabiałem miesięczną pensję biurową. Żyć, nie umierać - myślałem. Pierwszą rysą na witrażu mojego zatrutego życia było zatrzymanie przez policję. Wszystko, co uważałem za świetną zabawę, w jednej chwili okazało się kryminalnym procederem, za który kara zabrała mi wiele lat z życia. Cóż, sześć lat więzienia i szybka ucieczka za granicę, nim zapadła reszta wyroków. Wolność, to Anglia ze swoim zamiłowaniem do futbolu i pubów. I znów alkohol okazał się najlepszym lekiem na problemy. Braki językowe i bariery kulturowe znikały jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki - wystarczył jeden głębszy. Pomagał na wszystko, na tęsknotę, samotność i kompleksy. Wciągał mnie coraz głębiej, ale wcale tego nie chciałem widzieć. I nagle w moim marnym żywocie pojawiła się Ona. Myślałem, że to zwykły romans, jakich wiele. Zamykałem i otwierałem oczy, a Ona nadal była. Dawałem jej milion powodów, żeby odeszła, a Ona… była dalej. Ok, jeśli tak, to i ja postanowiłem w końcu wziąć się w garść i skończyć z takim trybem życia, a co się z tym wiąże, z alkoholem. I tu największy dramat, ponieważ okazało się, że nie potrafię. Mimo jej próśb i moich szczerych chęci znów zapijałem. Dłuższe i krótsze okresy abstynencji i tak finalnie kończyły się pływaniem w morzu wódy. W tym czasie urodził nam się synek. Cząstka mnie, boski twór, który może zrozumieć tylko mężczyzna uczestniczący w porodzie. Sam, z własnego powodu, nie miałem rodziny, więc po wielekroć mocniej chciałem dać synowi szczęście, bezpieczeństwo i miłość, ale jak to zrobić, kiedy wciąż piłem i upadałem? Jakim ojcem może być pijak? Żadnym! Pamiętam naszą pierwszą Wigilię, kiedy były potrawy wigilijne na stole, opłatek, życzenia i prezenty. Był to pierwszy raz w życiu, a ja nie potrafiłem się zachować. Znałem to tylko z filmów o Świętach. Kilka lat temu upomniała się o mnie przeszłość i jestem w więzieniu. To tu wytrzeźwiałem i odkryłem Wspólnotę AA. Jest to moja ostatnia i mam nadzieję, że jedyna skuteczna deska ratunku. Tylko alkoholik zrozumie alkoholika i może dać mu świadectwo, że można się z tej matni alkoholowej uwolnić. Ja się boję, żeby nie popłynąć, aby ta bańka z napisem „normalne życie” – nie pękła. Żeby ją zniszczyć wystarczy jeden mały kieliszek, małe piwko. Podjąłem walkę, wygram ją. Nie będę się zrażał przeciwnościami losu.
                                                                                                                                            Michał AA