MITYNG 06/228/2016

DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO



LĘK-MÓJ CHLEB POWSZEDNI


Na imię mam Jacek i jestem alkoholikiem. W tytule napisałem, że lęk to mój chleb powszedni. Tym właśnie jest, na szczęście trafiłem na wspólnotę AA i dalej trafiam na otwartych ludzi, zdobywam przyjaciół i dzięki nim dowiedziałem się, że nie tylko dla mnie jest on codziennością (jak to dobrze, że tak jest, jeszcze nie daj Bóg poczułbym się wyjątkowy:). Wychowałem się w domu, w którym panowała zaborcza i toksyczna miłość, nie okazywano sobie wiele szacunku, od dzieciństwa wpajano mi lęk przed otwartą relacją, przed okazaniem uczuć. Wpajano mi, że zmiany to nie jest dobra sprawa, oczekiwano, że będę postępował tak jak sobie tego życzono, a ja od dziecka nie miałem na to zgody. Byłem od dziecka porównywany z rówieśnikami, z moim bratem, przyrównywano mnie do Taty, który był, i pewnie nadal jest, w oczach Babci złem wcielonym. Nabrałem przekonania, że nie warto się starać, każda próba jakiegoś działania spotykała się z krytyką. Najważniejsze to mieć pracę i zarabiać kasę. Tego mnie uczono. W międzyczasie poznałem alkohol, narkotyki. Stały się dla mnie lekarstwem na moje lęki i wstyd. Pod wpływem znikała nieśmiałość, dostawałem poczucia, że jestem panem świata i mogę zrobić wszystko. Zapomniałem, że lęk czy wstyd w ogóle istnieje. Wszystko wróciło z dniem, w którym po raz pierwszy dopuściłem do siebie myśl, że jestem alkoholikiem i że wcale nie radzę sobie ze swoim życiem i piciem, tak dobrze jak mi się wydawało. Alkohol przestał przynosić ulgę, jaką dawał wcześniej i wszystkie spychane przez 10 lat picia i ćpania lęki wróciły i uderzyły z taką siłą, że początkowo ledwo mogłem funkcjonować. Bałem się wstać z łóżka, wyjść z domu, pójść do pracy, załatwić cokolwiek, porozmawiać z drugim człowiekiem. Miałem choć na tyle odwagi, żeby jednak do pracy chodzić. W mojej głowie świat jawił się jako istne piekło, gdzie wszyscy są przeciwko mnie, każdy mnie osądza, krytykuje. Co drugi dzień nachodziły mnie myśli samobójcze ( na to dzięki Bogu nigdy mi odwagi nie starczyło). Mój paniczny lęk dotyczył również jakiejkolwiek odpowiedzialności za siebie, samodzielnego funkcjonowania. Przez cały okres picia mieszkałem w domu rodzinnym, miałem tam wspaniały komfort picia, kompletny brak obowiązków, nawet kiedy zacząłem już pracować, niewiele łożyłem na swoje utrzymanie, większość pieniędzy trwoniłem na imprezy i własne potrzeby. Pojawiło się we mnie pragnienie zmiany mojego życia, które pozostaje we mnie do dziś, w większym lub mniejszym natężeniu. Pierwsze kroki skierowałem na mityng AA, choć nie byłem jeszcze przekonany do tego, że jestem alkoholikiem, to na mityngu zacząłem się identyfikować z doświadczeniami uczestników. Szybko jednak zniechęciłem się widząc, że większość była dużo starsza ode mnie. Drugim krokiem była terapia, tam zostałem zdiagnozowany, choć lęki nadal nie ustępowały. Szukałem dalej. Usłyszałem o programie 12 kroków i o mityngu, na którym można się więcej o nim dowiedzieć. Poszedłem tam, głównie ze strachu, lęk stał się wtedy dla mnie motorem, siłą napędową. Znalazłem sponsora, nabrałem wiatru w żagle i pędziłem. Choć na terapii i w AA odradzano mi duże zmiany w pierwszym roku trzeźwienia, to wszedłem w toksyczną relację, rozpocząłem studia (równie szybko je zakończyłem), czułem się też tak mocny, że postanowiłem wyjechać za granicę do pracy. Porzuciłem terapię (na szczęście pozostawałem w kontakcie ze sponsorem i AA), pracę i wyjechałem. Pierwszy miesiąc w wielkiej euforii minął pod znakiem samych sukcesów. Problemy zaczęły się później, wszystkie lęki zaczęły powracać, początkowo ucieczkę stanowiła praca, ale z czasem i tam zamieniałem się w kłębek nerwów. Mieszkałem z kilkoma Polakami, ale nie byłem w stanie zamienić z nimi zdania, wracałem do mieszkania, zamykałem się w swoim pokoju i z nadzieją czekałam na sen, który nadchodził dopiero po kilkugodzinnej gonitwie i bitwie myśli. Czułem jakbym miał za chwilę umrzeć. Po trzech miesiącach pobytu wróciłem do Polski, nie miałem pracy, znów mieszkałem z Mamą, związek się posypał. Zapiłem. Lęki nadal mi towarzyszyły, szukałem pracy, ale nigdzie nie byłem w stanie wytrzymać. Lęk mnie paraliżował. W akcie desperacji zadzwoniłem do miejsca pracy sprzed wyjazdu. Było dla mnie stanowisko, ale musiałbym pracować z dziewczyną, z którą kilka miesięcy wcześniej się rozstałem. Desperacja była silniejsza, ochroniła mnie przed lękiem. W międzyczasie szukałem też pomocy psychologów i psychiatrów, żeby opanować lęk. Przepracowałem z terapeutą wyprowadzkę z domu i wynająłem mieszkanie. Lęk nadal mi towarzyszył. Liczyłem każdy grosz w obawie, że nie dam rady finansowo. Po zapiciu wróciłem do AA i już wolniej i spokojniej zacząłem budować od początku moje nowe trzeźwe życie. Uczyłem się załatwiać swoje sprawy, dbać o siebie, zacząłem budować relacje z ludźmi, odbudowywać relacje z Tatą, który wcale nie okazał się być złem wcielonym. Pół roku później pojawiła się okazja, żeby zamieszkać z Przyjacielem ze wspólnoty. Obawiałem się, że przy wspólnym mieszkaniu powtórzy się sytuacja z Norwegii, ale pomyślałem: „To Nasz, on zrozumie.” Mieszkam z nim do dziś i tu też uczę się budować relację, wyrażać siebie i swoje zdanie, dochodzić do kompromisów. Mieliśmy kilka przygód i spięć, ale nie było sytuacji nie do rozwiązania. Przez rok byłem też w związku z alkoholiczką. Mimo ogromnego lęku próbowaliśmy stworzyć dobry związek. Nie wyszło, ale wiele się o sobie dzięki tej relacji dowiedziałem. Lęk towarzyszy mi od rana do wieczora, uczę się jak z nim żyć, jak sobie z nim radzić, jak działać odważnie, mimo lęku. Nie obawiam się już wyjść z domu, załatwić jakiejś sprawy, poprosić o pomoc, ani też jej udzielić. Łatwiej przychodzi mi okazywanie uczuć, szczególnie tych ciepłych, coraz mniejszy problem sprawia mi rozmowa, zabieram głos na mityngach. Znika lęk przed bliskością, przed dotykiem drugiej osoby, nie koniecznie bliskiej. Owszem jest jeszcze mnóstwo spraw, z którymi sobie nie radzę, które powodują we mnie paniczny strach, ale doświadczenie jasno pokazuje mi, że szukając rozwiązania z pewnością je znajdę, jeśli tylko tego pragnę. Bardzo pomaga mi w tym moja Siła Wyższa – Bóg, wierzę, że życzy mi on jak najlepiej, i pomoże mi przezwyciężać lęki, jeśli tylko ja będę chciał sobie pomóc.
Pogody Ducha Jacek AA

     
CAŁE ŻYCIE CZEGOŚ SIĘ BAŁEM

Przede wszystkim, jako małe dziecko bałem się ciemności i samotności. Bojąc się samotności, zawierzyłem ją aniołkowi na obrazku – to był taki mój Aniołek Stróż. Od dziecka uciekałem się do modlitwy, by pokonać lęk. Rodzice jechali do pracy, a mnie zostawiali w domu. Bałem się zostawać sam. Miałem bujną wyobraźnię. Wyobrażałem sobie rozmaite rzeczy i wtedy zapominałem o lęku. Miałem swoje marzenia, oczekiwania. Miałem też przyjaciela – Pluszowego Misia. Mało było na nim pluszu. Może dlatego, że był tańszy? Takiego mi kupili, takiego polubiłem. Jemu zawierzałem swoje sekrety. Bałem się też, że matka naskarży ojcu, że byłem nieposłuszny. Bo gdy skarżyła, to zawsze obrywałem lanie albo dostawałem inną karę. Bałem się takich konsekwencji moich psot. Jednak często miałem poczucie, że kara mnie oczyszcza. Po laniu myślałem tak: „Mam czyste konto i mogę dalej broić”. Gdy byłem nastolatkiem często porównywałem się z innymi. Bałem się tego porównania. Uważałem, że jestem gorszy, bo biedniejszy, bo mniej zdolny, bo z prowincji. Uciekałem wtedy w sport, muzykę. To pozwalało mi myśleć o sobie w lepszym świetle. Wtedy miałem poczucie, że dostrzegano moje talenty. Gdy grałem na gitarze pojawiał się alkohol i piękne dziewczyny. Wtedy czułem się dowartościowany, ważny. Moje lęki znikały. Ale przychodził kac. Alkohol przestał działać i pojawiała się wielka niemoc. Prysnął czar i zostałem sam ze swoimi lękami… Myślałem: „Miałeś chamie złoty róg…”. Pojechałem na swoją pierwszą terapię. Tam dowiedziałem się, że muszę nie pić do końca życia. Pojawił się bardzo silny lęk: „Jak ja sobie poradzę bez alkoholu?” Z tego strachu zacząłem pić coraz więcej i częściej. Terapia nie pomogła. A raczej „spowolniła”… moje picie na 9 miesięcy. Piłem dalej. Dopiero po trzynastu latach wróciłem do AA. Wróciłem z lęku przed rzeczywistością, z poczuciem totalnej beznadziei. Czułem na sobie pijacką opuchliznę, czułem się wrakiem wyjedzonym przez alkohol. Poczułem ten sam lęk z dzieciństwa – lęk przed samotnością. Pojawiła się obawa, czy dam radę wytrzymać w trzeźwości. Nigdy nie składałem przysiąg, zawsze mówiłem „postaram się”. Pomyślałem na tym mityngu po latach: „Jak się zaczepię w AA, to jest dla mnie jakaś szansa”. Dzisiaj, po tylu cudach, które doświadczam na trzeźwo, nie mam lęków takich jak kiedyś, ale też często modlę się. Szczególnie Modlitwą o Pogodę Ducha i tymi modlitwami, które pamiętam z dzieciństwa. Czuję troskę o rodzinę, o siebie, ale nie lęk. Cieszę się z tego, że mam służbę, że mogę dzielić się radością z trzeźwego życia z innymi alkoholikami, którzy już nie piją. Rozmawiam z nimi w kuluarach warsztatów czy w drodze na nie. Czytam dużo naszej literatury. Bardzo mi ona pomaga w rozumieniu Programu AA. Już nie tworzę swoich wizji. Bardzo lubię ten cytat: „Nie jest szczęśliwym ten, co ma dużo. Szczęśliwym jest ten, któremu wystarcza”. Ten cytat wyzwala mnie od lęku przy porównywaniu się z innymi ludźmi. Teraz czuję spokój i szczęście. Jestem szczęśliwy dzięki trzeźwemu życiu. Pozdrawiam serdecznie wszystkich życząc Wam Pogody Ducha.
Adam AA

 
KONCEPCJA VI, czyli okulary AA

 „Konferencja uznaje, że główna inicjatywa i czynna odpowiedzialność za większość spraw służb światowych winna być spełniana przez powierników konferencji działających jako Zarząd Służb".
Mam wadę wzroku i noszę okulary.  Dzięki okularom widzę dużo więcej i wyraźniej. Wokół mnie jest wielu podobnych. Pozwoliłem sobie na mały test. Zadałem pytanie, kto ze znajomych nosi okulary i byłem zdziwiony, że dopiero zdjęcia pozwoliły mi zobaczyć jak jest naprawdę. Do tej pory jakoś nie zwracałem na nie specjalnej uwagi. Drobna korekta wzroku pozwoliła mi i wielu innych normalnie funkcjonować. Stała się częścią normalności na tyle, że nie wznieca już żadnego zainteresowania.. Ten wstęp niech będzie ilustracją pewnego zjawiska. W okresie picia a nawet w pierwszym okresie trzeźwości bardzo krytycznie patrzyłem na świat. Miałem wrażenie, że wszyscy sprzysięgli się przeciwko mnie, chcąc mnie oszukać, ogołocić z tego, co mam, przynajmniej zrobić krzywdę. Trudno było znaleźć przyjazną duszę. Dopiero wstąpienie do wspólnoty AA pozwoliło zmienić stosunek do świata. Gdy rozpoczynam dzień Refleksją albo modlitwą to jakbym nakładał specjalne okulary AA, dzięki którym mój świat jest pełniejszy, bardziej wyrazisty. Mogę wtedy podejmować bardziej dojrzałe decyzje. Właśnie podejmowania decyzji dotyczy Koncepcja VI.  "Co dwie głowy to nie jedna" mówi stare przysłowie wskazując porozumiewanie się jako skuteczny sposób postępowania. Dopiero aprobata "dwóch głów" wyznacza właściwe działanie. Taką rolę dla członka AA pełni jego grupa. Doświadczenia w niej zawarte są daleko bogatsze niż pojedynczego członka. Zresztą prowadzą do trzeźwości, co w przypadku samodzielnych działań nie zawsze tam zmierzają. Podobnie dzieje się, że intergrupa jest skarbnicą doświadczeń dla grup a region dla intergrup. Za każdym razem osiągnięcie sukcesu w AA wiąże się z przyjęciem nowego sposobu myślenia opartego o Kroki i Tradycje AA. Na przykład bezsilność ujawnia się w gotowości życia według nowych zasad. Wiele grup, albo poszczególnych członków niejednokrotnie podejmuje się różnych, nie zawsze przemyślanych w duchu AA działań, gdy równocześnie nie ma, komu spełniać podstawowych  zadań. Często przy organizacji na przykład zabawy, czy dni skupienia aktywizuje się całe lokalne środowisko i nie ma świadomości, aby mandatariusz grupy pojawił się w tym samym czasie na spotkaniu intergrupy czy  konferencji. Sprawy wspólnoty AA są wyraźnie lekceważone. A przecież właśnie tam odbywa  się wypracowywanie  kierunków postępowania. Pewnego typu "mózgiem " naszej wspólnoty jest konferencja. Zarówno światowa, krajowa czy regionalna. W każdej z nich uczestniczą nasi zaufani słudzy. Poprzez uczestnictwo w odpowiednich  komitetach, komisjach, zespołach konferencyjnych,   jak również obserwacji wydarzeń w świecie AA nasi przedstawiciele zgadzają, że pewne działania będą dobre dla przyszłości wspólnoty. Przedstawione propozycje przyjmuje bądź odrzuca w formie głosowania / pamiętając o prawie do apelacji / sumienie konferencji. Nam, pozostającym poza strukturami konferencji może się niekiedy wydawać, że pewne decyzje są zbyt powolne lub niesprawiedliwe. Pamiętajmy, powiernicy czy pracownicy BSK mają wypełnić nie tylko wolę konferencji, ale muszą również postępować zgodnie z obowiązującym prawem. Pogodzenie oczekiwań może być trudne. Wspomnijmy choćby wydawanie literatury czy sprawy finansowe. Osobnym tematem są kontakty z mediami. Ambicje niektórych liderów są nadal niezaspokojone a na pewno niezrozumiałe. Wolą organizować "swoje imprezy" niż wspierać działanie służb odpowiedniego  szczebla. Dla mnie dopiero włączenie się w działania rozleglejszego poziomu jest wyrazem rosnącej odpowiedzialności. I tak od kilku lat tematem wiosennej konferencji regionu warszawskiego jest temat konferencji krajowej. Jest to wyraźne podkreślenie włączenia się służb regionu w życie wspólnoty AA w Polsce. Wyrazem szacunku dla powierników za ich troskę o przyszłość wspólnoty. Powiernicy służb krajowych, jako członkowie Rady Fundacji BSK zajmują się wypracowaniem inicjatyw dla naszych służb mając na uwadze przestrzeganie 12 Tradycji. Są bankierami wspólnoty AA. Odpowiadają za niezbędne inwestycje i sprawy wydawnicze. Z punktu widzenia odpowiedzialności, jaka na nich spoczywa, korzystają z przywileju autorytetu i przywództwa. Jest zrozumiałe, że ich sposób spoglądania na życie wspólnoty jest daleko większy niż widziany z grupy.
Dlatego muszę pamiętać by poważnie traktować jakiekolwiek wybory w AA jak i to, że za podejmowanie trudnych decyzji i przyjmowanie na siebie odpowiedzialności należy się szacunek a nie lekceważenie. Miłość własna nie powinna przeszkadzać w pojednaniu.
Marek Warszawa 21 maj 2005r


Z LĘKAMI PRZEZ ŻYCIE

W różnych okresach swojego życia miałem różne fazy odczuwania, czy też w różny sposób odczuwałem lęk. W okresie gdy jeszcze nie piłem w sposób uzależnieniowy, uczucie lęku występowało w sytuacjach zagrożenia, np. zbyt dalekie odpłynięcie od brzegu, zabłądzenie w lesie lub w sytuacjach mniej ekstremalnych, a bardziej codziennych: czekający egzamin czy rozmowa z szefem. Chociaż w tych ostatnich przypadkach bliższe mi było określenie niepokój niż lęk. W tamtym okresie lęk odczuwałem, gdy były ku temu powody. Wtedy jeszcze nie sięgałem po alkohol, aby go przezwyciężyć. Starałem się też wtedy nie okazywać lęku, nawet mimo jego odczuwania, ponieważ uważałem to za słabość, która nie powinna mieć miejsca. Po prostu uważałem, że odczuwanie i okazywanie lęku to cecha mięczaków, a ja się za takiego nie uważałem. Później kiedy już piłem, lęk stawał się uczuciem irracjonalnym czyli bez uzasadnionych przyczyn. Był to proces, który pogłębiał się w miarę mojego picia i coraz bardziej się nasilał. W końcu doszło do tego, że bałem się kontaktu z ludźmi, odczuwałem lęk przed wyjściem z domu, czy gdy musiałem do kogoś zadzwonić. A przy tym kłębiły się w mojej głowie różne scenariusze możliwych wydarzeń: zostanę okradziony, napadnięty, a kontakt telefoniczny też niesie zagrożenie, bo na pewno się pokłócimy. Na pewno zostanę odrzucony. Takie stany lękowe pojawiały się w okresach abstynencji. Sięgałem więc po alkohol, bo wg ówczesnego przekonania, był to najlepszy sposób aby pozbyć się lęku. I pozbywałem się go do tego stopnia, że przestałem dostrzegać sytuacje zagrażające nawet życiu. Przeciwnie, dominowało przekonanie o mojej wielkości. Przestał istnieć instynkt samozachowawczy. Nie dostrzegałem przy tym możliwych konsekwencji picia. Taki stan emocjonalny istniał do momentu, kiedy alkohol przestał działać. Wtedy znowu odczuwałem lęk z tym, że po każdym piciu, z coraz większą siłą. Zatem znowu picie, aby się go pozbyć. Obecny okres to jeszcze inna rzeczywistość niż dwa wcześniejsze etapy mojego życia. Odczuwam lęk, niepokój, niepewność w sytuacjach uzasadnionych, a nasilenie tych uczuć jest adekwatne do zaistniałych sytuacji. Tylko teraz nie ukrywam tych i innych uczuć ani przed samym sobą, ani przed innymi. Nie udaję twardziela, nie szpanuję. Jestem po prostu sobą. Lęk, także ten bez powodu, czasem się pojawia, ale proces trzeźwienia i pracy nad sobą sprawił, że wiem jak sobie z nim radzić. W moim przypadku jest to istotne, ponieważ lęki bez przyczyny to sygnały ostrzegawcze, a ich dostrzeganie, a nie bagatelizowanie, to również pielęgnowanie trzeźwości.

Pozdrawiam
Wojtek AA


LĘK? JAKI TAM LĘK?

Sięgam pamięcią najdalej jak mogę. Szukam we wspomnieniach. Zaczynam wyświetlać film nakręcony z moich lęków dzieciństwa. Stanął mi przed oczyma taki obraz: Przypominam sobie ciemny pokój. Kazali mi spać. Po pogrzebie babci. W obcym domu, gdzie nigdy przedtem nie byłam. Pośrodku stoi „ktoś”. Równie ciemny i mroczny jak wszystko wokół. Stoi i gapi się na mnie. Nie porusza się, tylko się gapi. Mówili dorośli o tym, że duchy potrafią przychodzić. Że jak będę niegrzeczna, to taki przyjdzie kiedyś po mnie i zabierze „bóg wie gdzie”. No tak. Pomyślałam, że to teraz, że właśnie przyszło to coś po mnie. Bo ja babcię widziałam może 3 razy. Nawet nie pamiętałam, czy potrafiła uśmiechać się. I wcale na tym pogrzebie nie płakałam. A nawet nuciłam pod nosem jakąś dziecinną pioseneczkę, bo nudy były na tym pogrzebie. Nikt nic nie mówił. Nic nie opowiadał, nie pytał się mnie o nic. Tylko szli za tą trumną i szli. Nawet dorośli zbyt mocno nie płakali. A przecież nie umarła staro – nie miała 60. lat. Pomyślałam… „No to pewnie przyszła po mnie”. Za karę! Że taka niegrzeczna byłam i nie płakałam, tylko śpiewałam. Naciągnęłam na głowę kołdrę i siedziałam cichutko. Pomyślałam, że być może nie zauważy mnie i pójdzie po moich kuzynów, którzy spali na sąsiednim łóżku. Umęczona lękiem i drżeniem całego ciała zasnęłam. Rankiem pośrodku pokoju zobaczyłam krzesło, a na nim mnóstwo odzieży – jakieś swetry, płaszcze, kurtki – rzeczy żałobników, które nie zmieściły się na wieszakach. Wcale nie śmiałam się, ani nie poczułam ulgi. Lęk został. Nikt nie przytulił, nie dodał otuchy. Miałam wtedy 9 lat. Przypominam sobie dziś, że właściwie przez całe moje dorastanie byłam straszona rozmaitymi „dziadami”, „Babami Jagami”, poprawczakami, domami dziecka, ludzkim śmiechem i tym „co ludzie powiedzą”. A ja wierzyłam i bałam się. Bo jak nie wierzyć rodzicom? Skoro nie wierzyć rodzicom, to komu? Komu ufać? No to i „dopracowałam się leków”, których nie potrafiłam ujarzmić. Mój lęk zawsze odgradzał mnie od ludzi. Nazywano to nadmierną wrażliwością. Czasami ktoś powiedział, że jestem chorobliwie nieśmiała. Nawet za paczkę z łakociami od Św. Mikołaja, nie powiedziałam publicznie wierszyka, mimo że znałam ich całe mnóstwo i potrafiłam pięknie recytować. Bałam się szyderstwa, wyśmiania. Mówili potem o mnie „złośnica”! Swój lęk przed ludźmi kryłam za nienawiścią i złością. Gdy atakowałam, walczyłam, to lęk schodził na drugi plan. Właściwie prawie znikał. Pojawiał się razem z widmem konsekwencji. A potem? Potem znalazłam lekarstwo na całe zło, które dopadało moją duszę, moje myśli, moje uczucia. Alkohol. Dawał ulgę. Totalną ulgę. Po nim już niczego nie bałam się. Tylko że działał krótko. Za krótko. I znów wracały lęki, strachy. Całymi stadami! Już nie tylko były w środku, ale również szarpały moje ciało – drżenie, poty, czerwienienie, napięcia. I znów „lekarstwo” – by szybciej poczuć zbawienną ulgę. Coraz więcej i więcej tego lekarstwa. Aż w końcu i ono przestało działać. Co robić? Lęk przed obcymi, przed ludźmi paraliżował mięśnie i myśli. Podjęłam olbrzymi wysiłek. Niewyobrażalny wtedy dla mnie. Poszłam do ludzi i poprosiłam o pomoc. Udało się. Nauczyłam się oswajać swoje lęki. Czasami nawet z nich korzystam. Pomagają nie wchodzić w niebezpieczne sytuacje. Chronią mnie. Dziś już nie używam alkoholu do pokonywania ich. Mam w rękach narzędzia. Obok siebie przyjaciół. Nie jestem sama. Gdy bardzo się boję, przytulą, dodadzą otuchy. Muszę jednak spełnić jeden warunek – nie pić, a o lęku mówić. Wtedy pomoc przychodzi. Zawsze.

Pozdrawiam radośnie
Gosiali

WYCHOWANA NA LĘKU

Lęk towarzyszy mi przez całe moje życie. Mogę śmiało powiedzieć, że wręcz wychowałam się na lęku. Początkowo był to lęk przed ojcem alkoholikiem, lęk o  własne bezpieczeństwo, mamy i sióstr, doszedł do tego jeszcze lęk przed Bogiem karzącym za nieposłuszeństwo i grzech, lęk przed ciemnością, bo w niej czyhają złe duchy, lęk przed opuszczeniem i odrzuceniem, i wreszcie lęk o bezpieczeństwo swoje, później i dziecka, lęk przed mężem alkoholikiem, lęk przed bliskością, lęk przed ludźmi, przed odrzuceniem i lęk przed życiem ostatecznie. Kiedy już jakiś czas nie piłam zapytałam przyjaciela z AA – dlaczego piłam? Odpowiedział mi krótko: Bałaś się życia. Ale przecież żyłam i żyję więc nie rozumiem. On na to odpowiedział: Tak, żyjesz ale piłaś. Nie mogłam tego pojąć bardzo długo. Dopiero później zaczęłam odkrywać, że lęk był jedną z emocji, które zapijałam, kiedy już sobie z nim nie radziłam. Pamiętam, że kiedy byłam małą dziewczynką bałam się zostawać sama w domu, zwłaszcza wieczorem a często tak było, że zostawałam sama z moimi młodszymi siostrami. Ojciec albo pił, albo pracował na wyjazdach i ciągle go nie było, a mama pracowała by móc utrzymać trójkę dzieci, albo walczyła z nim kiedy był pijany. Byłam najstarsza więc i musiałam być odważniejsza, mądrzejsza i doroślejsza. Musiałam sobie radzić i z lękiem, i z obowiązkami, które były czasem nieadekwatne do mojego wieku. Ale robiłam wszystko co mi kazali rodzice, bo ich też się bałam. Pijanego ojca, wiecznie zapłakanej i nieszczęśliwej matki, przez to chłodnej i trudno dostępnej emocjonalnie. Więc pracowałam ciężko by zasłużyć na miłość, na akceptację, na namiastkę poczucia bezpieczeństwa i spokoju. Ale kiedy zostawałam sama z własnymi myślami, wszędzie czaił się ON – lęk. W ciemnym pokoju najbezpieczniej było pod kołdrą i nie mogłam nawet wysunąć nogi, bo jeszcze mogło mnie coś za nią złapać, nie mogłam spojrzeć w okno, bo nie wiadomo kto tam czyha. Nie daj Boże jak coś jeszcze stuknęło czy huknęło nagle i niespodziewanie w tej przerażającej ciszy nocnej. Byłam sparaliżowana od stóp po głowę. Jako dziecko zostawałam sama z takimi irracjonalnymi lękami, które rodziły się w mojej głowie, ale kto miał mi je zdementować? Pijany ojciec, czy padająca ze zmęczenia matka? Nie było takiej osoby, nikt nie pytał, ja nie mówiłam, bo komu i po co, więc zostawałam z NIM sama, a ON się rozrastał i wnikał w głąb mojej duszy niszcząc tam każdą nadzieję i ufność. Przestałam ufać ludziom i sobie samej. I wtedy znalazłam lekarstwo na wszystkie swoje lęki. Kiedy napiłam się pierwszy raz alkoholu, poczułam się wolna od NIEGO. Wtedy czułam, że mogę wszystko. Świetnie rozumiałam się z ludźmi, znikał nie tylko lęk, ale cała moja nieśmiałość i nieufność. Niestety tylko do czasu. Do czasu kiedy i alkohol już nie pomagał, a wzmagał go, tym razem w innej postaci. Kiedy całkowicie odstawiałam alkohol, lęk wracał ze zdwojoną siłą. Więc znowu sięgałam po lekarstwo i tak aż do momentu kiedy nie widziałam dla siebie innej drogi. Zostałam alkoholiczką. Dziś mogę powiedzieć, że szczęśliwie, choć to brzmi paradoksalnie, ale tak jest. Moje picie doprowadziło mnie do Wspólnoty AA. Tu dowiedziałam się w jaki sposób mam sobie radzić z moim patologicznym lękiem, często sztucznie wytworzonym w mojej głowie, ale skutecznie mnie obezwładniającym. Towarzyszy mi on, z różnym nasileniem, do dnia dzisiejszego, czasem w różnych sytuacjach, nawet takich, które nie stanowią żadnego zagrożenia, ale są dla mnie nowe – nowe miejsca, nowe znajomości, czy sytuacje. Kiedy zaczynam odczuwać ten nieokreślony niepokój, napięcie wewnętrzne i czuję się skrępowana analizuję co mogło to wywołać, jakie myśli pojawiły się w mojej głowie i analizuję sytuację, przed którą się znajduję. Zazwyczaj kiedy rozpędzam swoje myśli o przyszłości, o tym co może się zdarzyć, i zapominam o życiu tylko dniem dzisiejszym lęk wraca. Staram się żyć tylko dziś, na tyle ile mi się to uda, ale też staram się normalnie żyć i zajmować wszystkimi obowiązkami jakie mam. Nie pozwalam by rozrastał się we mnie tak jak kiedyś. Staram się dlatego, że nie zawsze udaje mi się radzić sobie z nim w zdrowy sposób. Poza tym różne sytuacje życiowe wywołują różnego rodzaju lęki i kiedy wydaje mi się, że już sobie z nim poradziłam, nagle pojawia się w innej postaci. Pomocy szukam w mojej Sile Wyższej, pomaganiu innym alkoholikom, służbie, i Programie. Jak na razie jest to najskuteczniejszy, dla mnie, sposób radzenia sobie z lękami.
                                                                                                                     Kobieta alkoholiczka


LĘK ZAPUKAŁ DO DRZWI A WIARA MU OTWORZYŁA.
       
 Gdy pierwszy raz na mitingach usłyszałam o tym, że alkoholizm jest chorobą lęków, byłam zdziwiona, a wręcz zaskoczona, jak również rozśmieszyło mnie to. Mieszkam od  urodzenia  w dzielnicy o raczej kiepskiej renomie, z dużą patologią społeczną. Znam prawie wszystkich bandziorów od trzech  pokoleń, więc czego i kogo miałabym się bać. Niektórzy z nich nosili mnie na rękach jako małą dziewczynkę, a niektórych ja karmiłam kiedy byli dziećmi, gdy ich rodzice nie byli w stanie. Nie rozumiałam jednego, że to co ja nazywałam lękiem było po prostu strachem, który objawia się tym, iż odczuwa się go fizycznie i jest racjonalny, czyli np.: w takiej dzielnicy, gdy szłam o drugiej w nocy po alkohol powinnam odczuwać strach. Byłam jednak już tak znieczulona, że go nie odczuwałam. Natomiast lęk jest wytworzony przez moją wybujałą wyobraźnię i jest uczuciem irracjonalnym np.: bałam się życia na trzeźwo, ponieważ wydawało mi się, że stawia ono przeszkody nie do przeskoczenia, takie jak załatwianie spraw w urzędach. Zawsze wydawało mi się, że te panie w okienkach są przeciwko mnie, a one nawet mnie nie znały, po prostu wykonywały swoją pracę, albo mówienia prawdy, ponieważ myślałam, że poprzez nią będę odrzucona i niekochana. „Lęk zapukał do drzwi, a wiara mu otworzyła” słowa te napisane są w „Refleksjach” na  dzień 17 kwietnia. Bardzo lubię ten cytat, choć przez długi czas nie rozumiałam o co w nim chodzi. Długo po tym, kiedy go przeczytałam pierwszy raz, usłyszałam na mitingu dwie jeszcze inne sentencje, a mianowicie, że „Boimy się rzeczy, które nigdy mogą nie nadejść „ i aby „zamienić lęk w działanie”. Dziś wiem, że wielokrotnie stosowałam te sentencje nie rozumiejąc ich. Zawsze wtedy, kiedy zastosowałam się do wskazówek, które usłyszałam na mitingu lub od terapeuty, kierowałam się wiarą w drugiego człowieka i wchodziłam w swoje lęki. Jednak zanim zaczęłam na dobre wchodzić w swoje lęki, musiałam się o tym przekonać pierwszy raz. Było to sześć lat temu, kiedy to nie wyobrażałam sobie, życia bez mojego pijanego męża. Wszyscy mi powtarzali bym się z nim rozstała, ja jednak uparcie wymyślałam wymówki, by tego nie zrobić. Tłumaczyłam ludziom, że on się zapije gdy odejdę, że mnie utrzymuje, że mnie kocha a ja jego, że synowie będą mnie obwiniali kiedy mu się coś stanie. Kompletnie nie myślałam o sobie, o tym, że jest on dla mnie wielkim zagrożeniem i nie pamiętałam, że synowie już dawno kazali mi się z nim rozstać. Dziś wiem, że tak naprawdę bałam się własnego poczucia winy, gdyby mu się coś stało, a przede wszystkim niezależności finansowej, ponieważ kompletnie nie umiałam radzić sobie z finansami. Do tego doszedł lęk przed samotnością, głodem i życiem w nędzy. Właściwie bardziej wbrew sobie, byłam zmuszona przez samą siebie, do rozstania się z mężem. Wróciłam ze szpitala po ciężkim krwotoku. Nie piłam już  półtora roku, a po powrocie do domu zastałam melinę bez prądu, bez jedzenia, wszędzie bród, smród i ubóstwo. Do tego mogłam chodzić po butelkach, a na łóżku leżał mój pijany „książę”, który nawet nie raczył odebrać mnie ze szpitala. Zrobił to syn. Było już późno i tę noc spędziłam w domu, natomiast na drugi dzień zadzwoniłam do przyjaciółki z AA, która w pierwszej kolejności zabrała mnie na miting, a następnie do domu, gdzie mogłam się wykąpać i odpocząć po szpitalu. Następnego dnia była niedziela. Ona zamiast do kościoła, zabrała mnie znów na dwa mitingi. Dlaczego o tym piszę? Dlatego, że na tych mitingach usłyszałam historie kobiet, które z podobnych przyczyn opuszczały swoich mężów, a były nawet z dłuższym stażem małżeńskim. Skąd One się tam wzięły? Nie wiem, ale myślę, że to moja Siła Wyższa je zesłała, ponieważ wtedy uwierzyłam w to, że jeśli One dały radę, to i Ja sobie poradzę. Po tych mitingach wróciłam do domu pełna wiary i spokoju, obudziłam męża z pijanego letargu i grzecznie kazałam mu się wyprowadzić. Nie uwierzył, ale ja codziennie mu o tym przypominałam. Zaczął kupować mi prezenty myśląc, że może to coś zmieni. Owszem zmieniło - po prostu go spakowałam. Po 24 latach małżeństwa doczekałam się nawet walentynki. Ale byłam nieugięta. Wiedziałam, że chodzi tu nie tylko o moją trzeźwość, ale też o moje życie, ponieważ jego choroba alkoholowa też była jedną z przyczyn mojego krwotoku. I tak w dzień po Świętym Walentym oświadczyłam, że jeśli dziś się nie wyprowadzi to synowie mu  pomogą. Wyprowadził się, a przede mną zaczął się chyba najtrudniejszy okres w moim życiu. Miłość i współuzależnienie moje dawały znać o sobie. Mąż mieszkał w budynku naprzeciwko, nasze okna wychodziły na siebie, więc codziennie rano sprawdzałam czy poszedł do pracy. Popołudniami szłam do sklepu, w którym pił piwo i z każdym otwarciem drzwi myślałam, że to on. I ta cholerna samotność wieczorami gdzie wylewałam potoki łez. Do tego wszystkiego nie miałam siły podjąć pracy, więc żyłam w skrajnej nędzy. Czasami herbata na mitingu była jedynym moim ciepłym posiłkiem w ciągu dnia, ponieważ oprócz braku prądu, nie miałam już gazu. Na mitingach dużo słyszałam o tym, że my alkoholicy nie umiemy prosić o pomoc, ale musimy się nauczyć, inaczej sami zginiemy. Byłam już u kresu wytrzymałości. Postanowiłam wejść w następny swój lęk. Ze łzami w oczach, ponieważ uważałam, że uwłacza to mojej godności, poprosiłam męża o pomoc. Pomógł nie licząc na nic, czasami dawał mi jakieś niewielkie pieniądze czasami robił zakupy. Później dowiedziałam się, że ludzie na osiedlu wyśmiewali się z niego i mieli Go za frajera, ponieważ pomaga babie, która wyrzuciła go z domu. A ja wtedy zrozumiałam, że był moim najlepszym przyjacielem i mimo to nie odrzucił mnie, a wręcz przeciwnie dalej kochał.  Przeżyłam - mój mąż nie. Dziś, dzięki temu, że uwierzyłam drugiej osobie, potrafię wchodzić w swoje lęki. Nie wchodzę w nie od razu oczywiście, dalej się boję rzeczy, które mogą nie nadejść i wiem, że mam do tego prawo, i że byłabym chyba bez uczuć, gdybym się niczego nie bała. Ale gdy ogarnia mnie lęk, to po modlitwie i kilku mitingach umiem już nazwać go, zobaczyć skąd się wziął, wejść w niego. Po za tym przestałam być samowystarczalna. Dziś wiem, że aby uwierzyć, potrzebuję Boga i drugiego człowieka. Dziś mimo ciężkiej choroby mam pracę, kochających synów, szacunek przyjaciół, rodziny i ludzi na osiedlu. Nie jestem sama, ponieważ przy mnie jest partner, który troszczy się o mnie, nie boję się już tego, że jeśli ktoś spojrzy się na mnie krzywo lub mi czegoś odmówi, to znaczy, że mnie odrzuca, czy nie kocha. A to wszystko dzięki temu pierwszemu razowi.
                                                                                                                    Asia alkoholiczka


LĘK

Co to w ogóle jest ten lęk, jak sobie radzę i skąd on się w ogóle bierze. To pytania, które na początku mojej trzeźwości pojawiały się i nie znałem odpowiedzi. Mój stan emocjonalny był tak rozwalony przez picie, że lęk, strach czy stres to było to samo. Często towarzyszył też przy tym ból. Organizm często dawał mi wskazówki, których ja nie potrafiłem zobaczyć, odkryć w sobie. Tak prawdę mówiąc, uczucie lęku towarzyszy mi przez całe życie i w dużej mierze od mnie zależy, jak sobie z nim poradzę. Czy będę w tym lęku chciał być, czy będę próbował go pokonać. Kiedy 8 lat temu wyprowadziłem się od syna i złożyłem pozew do sądu o rozwód, nie wiedziałem co będzie dalej. Był to koniec 2008 roku. Było we mnie bardzo dużo lęki i strachu. Wyprowadziłem się i nie wiedziałem jak potoczy się moje dalsze życie. Praktycznie oprócz ubrań, nic więcej nie miałem. Ale podjąłem taką decyzję, bo bycie trzeźwym miało dla mnie priorytet, a wiedziałem, że jak będę mieszkał z eks to wcześniej czy później nie dam rady. W tamtym okresie bardzo pomogła mi grupa terapeutyczna, na którą chodziłem raz w tygodniu, terapeuci i znajomi z AA. Dzięki mityngom, pokonywałem swój lęk przed mówieniem o sobie i dzieleniem się swoimi dramatami i zwycięstwami. Po prostu uczyłem się, jak pozbywać się emocji. Zamienić gorzałę, którą regulowałem uczucia, na rozmowę z drugim człowiekiem. Kiedy zamieszkałem przez rok sam, obawiałem się jak będzie. Lęk i obawa był mi bliski, ale uczyłem się z nim żyć. Na początku trzeźwej drogi bardzo bałem się, że zapiję. Miałem wizje, jak to będzie i jak się to skończy. To było kolejną mobilizacją, aby chodzić na terapię, a także, aby poznawać program 12 Kroków AA. Mieszkając sam miałem mnóstwo czasu na czytanie. O wspólnocie AA czytałem w necie, pożyczałem broszury na mityngach, a także nosiłem ze sobą książeczkę mityngową. Jakże ważną dla mnie informacją było, że dla mnie alkoholika nie ma wczoraj ani jutro. Jest tylko dziś, bo dziś to ja mogę coś zrobić, podjąć jakąś decyzję.  To dziś mam tylko nie pić. Lęk i strach z przeszłości dosyć długo mnie paraliżował. Wyrzuty sumienia jakie miałem, były wykorzystywane przez niektóre osoby. Ja na poczuciu winy, robiłem mnóstwo rzeczy. Oczywiście starałem się żyć w zgodzie z sobą. Po woli wracałem do modlitwy. Bałem się odrzucenia i zastanawiałem się czy moja Siła Wyższa jest jeszcze ze mną. Jak się później okazało, była i czekała na mnie. Najważniejsze dla mnie jest to, aby nauczyć się żyć z lekiem i radzić sobie z nim. Na pewno nie pozwalam sobie na to, aby lęk rozrastał się. Z lekiem to jak z chęcią napicia się. Na każdym etapie mogę to zatrzymać, jeżeli chcę. Lęk to przecież nieprzyjemny stan emocjonalny, który regulowałem sobie kiedyś alkoholem. Objawy podobne jak do nawrotu choroby alkoholowej. Lękowi towarzyszą mi drżenia ciała, pocenie się, ból głowy, ból brzucha, czy zawroty głowy. Dziś korzystam z programu 12 kroków, a także z wiedzy, jaka została mi przekazana na terapii. Lęk powoduje niepokój, uczucie napięcia, które staram się rozbroić. Rozmowa z drugą osobą to mój najprostszy sposób, na zmniejszenie lęku. Zmiana myślenia, zajęcie się czymś, to też sposoby, które dają mi możliwość zredukowania napięcia. Najważniejsze to nie dać się nakręcić spirali lęku. W moim życiu jest mnóstwo sytuacji, które powodują u mnie lęk, stres. Czy to sytuacje w pracy, czy w domu. Chociaż to trudne, staram się jak najszybciej zmniejszyć napięcie. Zastanawiam się, co mogę zrobić w danej sytuacji, czy poradzę sobie sam, czy może warto poprosić o pomoc. Będąc na terapii, terapeuta porównał mnie z garnkiem, który gotuje się na ogniu pod pokrywką. Jak będzie się gotować cały czas pod przykryciem w pewnym momencie, pokrywka zostanie zrzucona z tego garnka i zupa wyleje się. I tak samo będzie ze mną jak nie będę dawał sobie upustu emocjonalnego. Bo ile można w sobie zbierać i kumulować. W pewnym momencie nie wytrzymam i …. no właśnie co zrobię. Czy będę znowu szukał znanego mi sposoby z przed laty czy po prostu skorzystam z pomocy. Z lękiem da się żyć tak samo jak z chorobą alkoholową. Głowa do góry, dla nas alkoholików nie ma rzeczy nie do zrobienia. Ja to wiem, i Wy też to wiecie. Ważne to chcieć.
Marcin AA

TRADYCJA 10

„Anonimowi Alkoholicy nie zajmują stanowiska wobec problemów spoza ich wspólnoty, ażeby imię AA nie zostało nigdy uwikłane w publiczne polemiki”
Mam na imię Tomek i jestem alkoholikiem. Podczas pracy ze sponsorem „na Tradycjach” oraz poprzez doświadczenia własne i innych alkoholików zrozumiałem, że zdarzało mi się łamać tę tradycję. Szczególnie na początku swojej drogi we Wspólnocie. Komentowałem i zabierałem głos w wielu sprawach, które nie dotyczą AA. Były to np.: sprawy związane z terapią, religią czy polityką i miało to miejsce na mityngach. Jeżdżąc na pielgrzymki, czy chodząc na spotkania organizowane przez terapeutów mówiłem, że jest to część mojego trzeźwienia w AA. Często było też tak, że mówiłem poza Wspólnotą w taki sposób, że mogło to być odbierane, jako „oficjalne stanowisko AA’’, a właśnie Tradycja 10 jasno mówi, że takie nie istnieje i to z pożytkiem dla nas wszystkich. Teraz dzielę się własnym doświadczeniem i często to podkreślam szczególnie niosąc posłanie np. na detox. Rozmawiając z profesjonalistami (terapeuci, policja, pracownicy MOPS-u, itp.) szczerze dzielę się tym, co sam przeżyłem i jaka była i jest moja droga tak, aby w żaden sposób nie robić wrażenia, że jest to właśnie „oficjalne stanowisko AA’’. Historia poprzedników naszej Wspólnoty (np. Towarzystwo Trzeźwościowe imienia Waszyngtona) uczy nas, aby skupić się na tym, co najważniejsze - Tradycja 5. Jeśli odejdziemy od naszego głównego celu i zaczniemy skupiać się na innych sprawach i je popierać lub nie, to skończymy właśnie jak nasi poprzednicy, czyli rozpadniemy się. Gdyby nie Tradycja 10, która zawarta jest także w naszej Preambule, to na pewno dochodziłoby do wielu sporów i konfliktów, które nie mają nic wspólnego z głównym celem naszej Wspólnoty i bardzo szybko zatracilibyśmy ducha, co wprost prowadzi do podziałów, a na końcu do rozpadu. Dlatego tak ważne jest, aby imię AA nigdy nie zostało uwikłane w publiczne polemiki. Jeśli chodzi o przeniesienie tej Tradycji na grunt rodzinny, to wiem, że rodzina, jako całość powinna zajmować się sobą i nie powinniśmy wtrącać się w sprawy innych, a tym bardziej narzucać swoich poglądów, ponieważ możemy narazić się na atak z ich strony innych. Jeśli chodzi o relacje pomiędzy nami w rodzinie, to wiem, że muszę przestać upierać się przy swoim i tym, że zawsze mam mieć rację. Mam pamiętać, abym swoim zachowaniem, postępowaniem i poglądami nie wyrządzić krzywdy swoim bliskim i o to chyba chodzi.

Pozdrawiam serdecznie
Tomek ze Stalowej Woli


TRADYCJA 12
"Anonimowość stanowi duchową podstawę wszystkich naszych Tradycji, przypominając nam zawsze o pierwszeństwie zasad przed osobistymi ambicjami."
Mam na imię Tomek i jestem alkoholikiem. Tradycja ta jest dla mnie podsumowaniem tego, co do tej pory doświadczyłem podczas pracy ze Sponsorem i to, że anonimowość oraz poświęcenie, jest duchową podstawą naszych 12 Tradycji. Lecz nie ma to być pustym sloganem, lecz konkretnym działaniem skierowanym do drugiego człowieka, ale nie w świetle jupiterów tylko anonimowo, by nie wchodziły do gry moje ambicje bycia lepszym, podziwianym i chwalonym. Właśnie-osobiste ambicje wiem, że na pewnym etapie mojego zdrowienia były one moim problemem. Dlatego bardzo ważne były dla mnie doświadczenia moich Sponsorów czy innych alkoholików. Dzięki temu nie popełniałem i wystrzegałem się wielu błędów. Dlatego bardzo szybko wyłapałem swoje ambicje bycia kimś lepszym na swojej grupie macierzystej i gotów byłem zrezygnować z aktywnego udziału w mityngach, bo zauważyłem, że poprzez moje działania blokuje ich rozwój w służbach. Po rozmowie ze służbami grupy Mandatariuszem, Rzecznikiem doszliśmy do wniosku, że tak radykalny krok nie jest potrzebny. Doświadczenie to po raz kolejny pokazało mi, że dobro Wspólnoty i wszystkich jej uczestników jest ważniejsze ode mnie samego. Bardzo ważnym elementem jest również to, abym ufał ludziom, którzy obecnie działają w służbach AA. Następnym elementem, na który zwracam uwagę jest to, aby z moich opinii o innych uczestnikach Wspólnoty nie wynikło, że pragnienie zaprzestania picia nie jest jedynym warunkiem przynależności do AA, czyli nie bawię się w osądzanie innych. Na pewno czuję się odpowiedzialny za to, aby pomagać grupie nieść posłanie alkoholikowi, który wciąż cierpi(np. chodzenie na detox). Kolejnym elementem jest wspieranie AA finansowo (kapelusz, plan urodzinowy, literatura). Pamiętam o tym, aby zadania wynikające z przynależności do AA wypełniać w taki sposób, aby być w zgodzie z własnym sumieniem(pokora, rotacja służb, odpowiedzialność). Muszę pamiętać o tym, aby moje wypowiedzi nie dostarczały argumentów krytykom i przeciwnikom AA- nie istnieje oficjalne stanowisko AA wobec problemów spoza naszej Wspólnoty (nie ja je wyrażam). Kolejnym ważnym elementem jest to, aby nie żyć w konspiracji, ale mądrze przyciągać tych, którzy pomocy potrzebują.   Nie znaczy to też, abym wszędzie reklamował i mówił o naszej Wspólnocie. Przeczytałem kiedyś, że o AA dobrze jest mówić, kiedy pytają i żyć tak, żeby pytali. Mam również świadomość tego, że jestem tylko małym trybikiem wśród wielu milionów innych alkoholików na całym świecie. To jakie jest moje życie, zależy między innymi od tego, czy przestrzegam Programu 12 Kroków i 12 Tradycji. Bardzo istotne jest, aby Program 12 Tradycji wdrażać nie tylko we Wspólnocie, ale w Rodzinie, pracy, życiu codziennym. Nie zawsze jest to łatwe, ale dzięki codziennej pracy i nie zapominaniu o drugim człowieku życie moje i mojej Rodziny staje się lepsze i o to chyba chodzi.
Pozdrawiam serdecznie
Tomek ze Stalowej Woli.


BŁOGOSŁAWIONY WYROK

Odbywałem karę 2,5 roku za włamanie w Zakładzie Karnym w Barczewie. Otrzymałem zaproszenie od mojego syna: Przyjedź tato na przysięgę 11.12.1993r. Zwracam się z prośbą do wychowawcy, by udzielił mi przepustki na tę uroczystość, a on mi podsuwa deklarację, bym podpisał zgodę na terapię dla uzależnionych od alkoholu. Nie bardzo chciałem się na to zgodzić, ale gdy powiedział, że tę przepustkę dostanę, zgodziłem się i podpisałem. Po powrocie  znalazłem się na oddziale odwykowym. Tak zaczęła się moja droga do trzeźwości. Co dzień terapia do obiadu i mityngi po południu. To tam usłyszałem pierwszy raz „Boże, użycz mi pogody Ducha”. Ciarki przeszły przez moje ciało, bo uważałem, że nie jest to miejsce dla Boga. Wtedy było mi  bardzo daleko od Niego. Byłem bardzo trudnym pacjentem, nie pojmowałem nic z tego programu „Atlantis”, nie umiałem słuchać, przeszkadzałem i robiłem sobie żarty z terapeutów. Wreszcie ustąpiłem i zacząłem się uczyć na pamięć Kroków i Tradycji. Tak minęło trzy miesiące. Znałem ten program na pamięć, ale go nie rozumiałem. Mimo wszystko awansowałem do rygoru złagodzonego R-3 i otrzymałem pracę na zewnątrz zakładu karnego. Dostałem też przepustkę 4-dniową na 6-te spotkania w Częstochowie. Na przepustki miałem drogę otwartą, po siedmiu miesiącach zacząłem pić kontrolowanie. Wystarczyło 40 dni, by zejść z powrotem na samo dno. Kara cielesna, raport, straciłem znów wszystko i ogólna cela ludzi grypsujących, bo takim właśnie byłem od 1968 roku przez ponad 20 lat więzienia. Wyrzuty sumienia, poczucie winy, depresja, jak się do tego przyznać. Moja żona na pielgrzymce pieszej w mojej intencji, że nie piję. Było to nie do zniesienia. Próba samobójcza zaplanowana. Wtedy podaje mi rękę człowiek, którego chciałem pobić na terapii. „Wracaj na oddział, bo się zwolniło jedno miejsce, tylko napisz prośbę.” Prośbę tę napisałem ze łzami w oczach. Ale swojej rodzinie nie umiałem się przyznać. Kierownik odwyku zaproponował, żebym napisał list do żony, a on go sam zaniesie na pocztę. Żona przyjechała natychmiast i przepłakała całe widzenie. Znowu ją zawiodłem. Jeszcze dziś kiedy do tego wracam, nie mogę sobie tego darować. Tylko teraz to rozumiem i inaczej pojmuję, i Program i modlitwy. Ale jeszcze wiele upokorzeń w tym zdrowieniu otrzymałem. Wróciłem do domu, do rodziny, nie na melinę, ale nie umiałem z nimi żyć. Początkowo ustępowali, a ja stawałem się bogiem. Wszystkimi chciałem rządzić, o wszystkim decydować. Pijaństwo na sucho, chora wyobraźnia, fałszywa zazdrość, agresja. Znów ręka pierwsza od zastanowienia, znów kara za znęcanie się nad żoną. Nic mi nie dała ta nauka na pamięć. Grupą AA też chciałem rządzić i kolejne upokorzenie, kolejny kopniak. Znów trwała ta sucha abstynencja przez parę lat. Dopiero po 8 latach abstynencji zaczęło się bardziej duchowe, bardziej świadome zdrowienie duszy i umysłu, a także i ciała. Miałem udar mózgu, zaniemówiłem. Lekarze przywrócili mi mowę. Zawdzięczam to modlitwie. Potem kilka zawałów i bardzo poważna operacja serca. Stenty, symulator serca, bajpasy i znów jestem wśród żywych. Przez te lata, te wszystkie przykre doświadczenia, to spluwanie przez ramię sąsiadów, te nie przyjmowanie przeprosin, te zatwardziałe serca wobec mnie. To wszystko było mi bardzo potrzebne, bym zmieniał siebie, a nie innych. Nauczyłem się słuchać, wróciłem do wiary do Boga. Nauczyłem się szukać jego woli wobec mnie. Słuchać drugiego człowieka. Nauczyłem się zmieniać emocje poprzez zmianę myślenia. Jestem innym człowiekiem. Odzyskałem szacunek i zaufanie. Mam bardzo dobre stosunki ze swoją żoną, z dziećmi, z wnuczkami oraz sąsiadami. Napisałem na początku „Błogosławiony wyrok”, bo tam, w więzieniu, dostałem prawdziwą wolność i drogę oraz drogowskazy gdzie iść i gdzie szukać „dobra” poprzez mityngi i modlitwę, przekazywanie doświadczeń, siły i nadziei innym ludziom oraz korzystanie  z ich doświadczeń. To skarb, którego nie chcę się pozbyć. Piszę z ogromną wdzięcznością dla Boga i dziękuje wszystkim. Całej Wspólnocie AA, za łaskę nowego życia.
 Zdzisław alkoholik z Mławy