MITYNG 07/229/2016

DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO



CODZIENNA PORCJA POKORY  

Rano wstałem, zaspany, ale wypoczęty i radosny zszedłem na dół do kuchni. Serdeczna rozmowa z żoną. Piję niedopitą wczoraj herbatę. Na stoliku leży Mityng z maja. Czytam pierwsze słowa. O kurczę, kobieta pisze o miłości. Od razu wciąga mnie ten artykuł. Czytam go jednym tchem. Jaka ulga. Jaki tekst. Po prostu czuję się tak, jakbym był na mityngu. Nie wiem skąd się to pojawiło, ale przypominam sobie odpowiedź przyjaciela na mojego sms-a z porannymi refleksjami o pokorze: „w lipcu w Mityngu jest temat wiodący właśnie Pokora zachęcam…”. Pokora na dziś? Tu i teraz? Czy jest to możliwe? Czy mogę być pokorny w świecie, w którym trwa ciągła pogoń? Pogoń praktycznie za wszystkim. Ja pokorny. Jestem człowiekiem wśród 6 miliardów ludzi na świecie. Jestem osobą chorą na chorobę alkoholową. Od wielu, wielu dni zachowuję abstynencję. W 2008 lub 2009 roku zacząłem pracę ze sponsorem. Mogę powiedzieć, że dzisiaj szlifuję „program”. Nie program, a siebie. Jestem alkoholikiem, więc każdego dnia, dzień po dniu stosuję program 12 Kroków. Od jakiegoś czasu modlę się rano. Natomiast wieczorem robię rachunek moralny. Czy to jest pokora? Pokora podparta samodyscypliną i chęcią życia, a nie picia. Życia w rodzinie, w każdej chwili. Bycie właśnie dobrym człowiekiem, a może lepszym człowiekiem niż byłem wczoraj? Pokora to dla mnie telefon do przyjaciela i zawiezienie mu naszych wydawnictw (Mityngu, Zdroju, Warty). To spotkanie z nim. Uściski, „misiaczek” i serdeczna rozmowa. Pokora to ja taki, jaki dzisiaj jestem. Żyję, czuję, kocham lub nie kocham, zadowolony i radosny. Pokora to ciągła pamięć o tym, że nie jestem „księciem z bajki”. Jestem człowiekiem, któremu Bóg, jakkolwiek Go pojmuję, okazał akt miłosierdzia. Pokora to życie w codzienności. Także wtedy, gdy coś układa się nie po mojej myśli, gdy sprawy się komplikują i kiedy spotykam na mojej drodze nieprzyjaznych mi ludzi. To wyciągnięta pomocna dłoń w domu, na ulicy, w pracy, na mityngu, po prostu na każdym kroku. Pokora to miłość do Boga, do ludzi, zwierząt i przyrody. Jakie to piękne i wspaniałe! Tak, to nie jest jawa, to nie sen, to rzeczywistość. Moja rzeczywistość. Obietnice programu spełniają się. Tak po prostu jest. Wracam do kroku 1. Pamiętam o bezsilności, ale też jestem świadomy, że to nie ja kieruję swoim życiem. To Bóg, którego kocham, a który kiedyś nosił mnie na swoich ramionach. Dla mnie pokora to iść codziennie po swoich śladach, nie niszczyć śladów drugiego człowieka. Jakie to piękne, ale jednocześnie tak bardzo trudne… Moja wolna wola, którą zostałem obdarzony przez „Boga”, moje instynkty chcą, żebym zboczył z drogi trzeźwości, wręcz przyspieszył. Przypominają mi się słowa: krocz spokojnie i bez pośpiechu. Tak właśnie spokojnie i pewnie, bo mam Wspólnotę, Program, ale też Rodzinę i Przyjaciół. Muszę pamiętać, że jestem istotą ułomną, człowiekiem chorym, ale jednocześnie, że otrzymałem dar pokory, dar trzeźwości, dar abstynencji i zdrowienia. Dzisiaj dotarło do mnie, że to ja mam być dobrym człowiekiem dla drugiej osoby, troszczyć się i opiekować. W mróz i deszcz, ale też w dzień słoneczny i pogodny. W taki sposób, jakbym to był ja sam. Po prostu pokora, pokora i jeszcze raz pokora, w każdym momencie mego życia. Przez każde kolejne 24 godziny, dzień po dniu. Tego Tobie czytelniku i sobie życzę.

Mirafiori-alkoholik.



KONCEPCJA VII
CZYLI O WZAJEMNYM SZACUNKU I ZAUFANIU, KTÓRE SĄ NIEZBĘDNE NA STYKU WŁADZY DUCHOWEJ I PRAWNEJ 


Konferencja uznaje, że Karta i regulamin Rady Powierników są instrumentami prawnym; że Powiernicy są w pełni upoważnieni do zarządzania i prowadzenia wszystkich światowych spraw Anonimowych Alkoholików. Karta Konferencji nie jest dokumentem prawnym, opiera się na tradycji, a jej ostateczna skuteczność zależy od datków AA.
Koncepcja ta jest odpowiedzią na często pojawiające się w grupie ludzi pytanie. Kto tu jest najważniejszy? Kto decyduje? Tym razem pytanie dotyczy wspólnoty AA, a pretendentami są zarząd Fundacji BSK oraz Konferencja Służb AA. Zagadnienie, do kogo powinna należeć ostateczna władza w naszej Wspólnocie było szeroko dyskutowane już w 1950r., kiedy to w Stanach powstał zarys pierwszej Karty Konferencji. Czy ostatnie słowo ma należeć do Konferencji, czy do Powierników? Sprawa nie wydaje się wyraźnie jednoznaczna. Oczywiście wszystko zależy od punktu widzenia. Dla członka AA najwyższym organem jest oczywiście Konferencja i jej sumienie. Więc do niej należą wszelkie decyzje, jakie kiedykolwiek będziemy podejmować. Jednak dla osób postronnych, choćby urzędów państwowych, takie umocowanie władzy może nie być wystarczające. Jedynie BSK, jako instytucja posiadająca osobowość prawną może być urzędowym partnerem. W takiej sytuacji może się wydawać, że Konferencji pozostaje tylko rola ciała doradczego. W broszurze "12 Koncepcji ilustrowane", wydanej przez AAWS 1986 /niestety do tej pory nie ma polskiego tłumaczenia/ przy omawianiu Koncepcji VII jest uroczy obrazek huśtawki. Z jednej strony siedzi przedstawiciel Zarządu Biura Wspólnoty, a z drugiej reprezentantka głosu Konferencji. Jest też obserwator, który zauważa delikatną, subtelną równowagę. W myślach widzę jak lekko "na górze" jest kolejno raz jedna, raz druga strona. Ale też widzę, że gdy jedna ze stron zatrzyma się na górze, to druga może łatwo spowodować bolesny upadek. A to oznacza przykry koniec zabawy. Więc jak pokazuje doświadczenie, najważniejsza jest harmonia między Powiernikami i Konferencją, oraz to, że jest ona całkowicie możliwa. Praktyczna władza Konferencji, wyrażona wspólną wolą, jest prawie zawsze większa niż moc prawna Powierników. Ta przewaga pochodzi z zauważalnej większości wybieranych przez regiony Delegatów. Na przykład z Regionu Warszawa wybieranych jest 4 Delegatów wobec 1 Powiernika. Gdy tę proporcję przeniesiemy na Konferencję to łatwo widać o czym mówię. Przewagi tej nie zmienią nawet etatowi pracownicy zatrudnieni w różnych formach przez BSK. Ale co najistotniejsze, to rekomendacje Konferencji są wyraźnymi dyrektywami dla BSK. Zarząd Biura jest rozliczany z ich wykonania. Jest też druga strona. Przy opracowaniu zasad pracy Powierników długo zastanawiano się, jak zapewnić sprawną opiekę nad naszymi funduszami i służbami, gdy równocześnie obawiano się, aby nie pozostawiać jej w rękach zamkniętej grupy administratorów, czyli czegoś, co mogłoby być całkowicie odmienne od koncepcji „sumienia grupy" z Tradycji Drugiej. Te wahania mają swój wyraz w kształcie Karty Konferencji. Wyraźnie przyznaje ona Konferencji ostateczną i całkowitą władzę, niemniej zachowuje prawo Powierników do swobodnego funkcjonowania, jak to się dzieje w przypadku każdego zarządu firmy. Powiernicy otrzymali obszerną władzę prawną, mając przy tym pełne prawo do korzystania z własnego doświadczenia i osądu. Oczekujemy od nich, że będą przewodzić służbom i opiekować się funduszami. Wykażą konieczny rozsądek finansowy i zachowają ostrożność wobec oczekiwań wielu niecierpliwych alkoholików. Oczywiście, nie byłoby mowy o efektywnym przewodzeniu, gdyby Konferencja wydawała dyrektywy krępujące swobodę działania. Dlatego Rada Powierników rezerwuje sobie prawo weta w stosunku do każdego działania Konferencji; jest to prawnie konieczne nawet, jeżeli weto będzie rzadko stosowane. W ten sposób równoważą się aspiracje i możliwości Wspólnoty jako całości. Z jednej strony cofnięcie poparcia finansowego z grup storpeduje wiele inicjatyw Powierników, a z drugiej Powiernicy nie dopuszczą do pochopnego dysponowania naszym wspólnym majątkiem. Rozwiązaniem jest tylko równowaga i duchowa jedność oparta na wzajemnym zaufaniu i szacunku. Wierzymy, że tę równowagę da się utrzymać. Jedną władzę chroni tradycja, drugą zaś prawo. Weto Powierników jest właściwie ograniczone do kilku przypadków. Na przykład, gdyby w pośpiechu lub pod dużą presją Konferencja podjęła jakieś działania lub wydała Powiernikom zalecenie będące w sprzeczności z własną Kartą lub Kartą Rady Powierników; lub gdyby Konferencja podjęła decyzję tak źle przemyślaną lub tak lekkomyślną, że mogłaby zaszkodzić relacjom AA ze społeczeństwem lub AA jako całości, w takim przypadku obowiązkiem Powierników jest poproszenie Konferencji o ponowne rozważenie sprawy. Dopiero w przypadku odmowy Powiernicy mogą skorzystać ze swego legalnego prawa weta lub przekazać daną sprawę bezpośrednio do grup AA. Tak więc, jeżeli ustalenia Konferencji zachowają szacunek wobec Rady Powierników, fundacji BSK i jeżeli Powiernicy będą zawsze pamiętać, że Konferencja jest dla służb rzeczywistym posiadaczem ostatecznej władzy, możemy być pewni, że żadne z tych ciał nie ulegnie pokusie ograniczenia praw drugiego. Z ufnością będziemy oczekiwać, że wszelkie trudne sprawy zawsze znajdą swoje rozwiązanie. Ponownie spojrzałem na rysunek huśtawki. Równowaga się utrzymuje, bo obie strony znalazły wspólny punkt podparcia.
Pozdrawiam pogodnie Marek Warszawa 16 10 2005 r.

POKORA WCZORAJ I DZIŚ 

Pokora, w różnych formach i różnie rozumiana, zawsze we mnie tkwiła i to już od czasów dorastania. Z tym, że w tamtych latach uważałem ją za zaletę jeśli była wyrachowana. Wedle moich ówczesnych pojęć świadczyła o cwaniactwie, sprycie czyli zaradności życiowej. Jedną z zasad, którymi się kierowałem była ta mówiąca o pokornym cielęciu. W miarę dorastania utwierdzałem się w przekonaniu o słuszności tego stereotypu. Prosty przykład. W liceum groziło mi, że nie przejdę do następnej klasy. Pod koniec roku szkolnego poszedłem do mojej nauczycielki z ogromnym bukietem kwiatów, obiecałem poprawę, wyraziłem skruchę. Potulnie wysłuchałem krytyki, m. in., że jestem leń i …. zostałem przepuszczony do następnej klasy. Oczywiście była to fałszywa skrucha. Jednocześnie utrwalało się moje przekonanie, że potrafię radzić sobie w trudnych sytuacjach. Ta pewność wzmagała się także w okresie picia, zwłaszcza w pierwszych latach picia uzależnieniowego. Unikałem poważniejszych konsekwencji picia dzięki ludzkiej życzliwości, której ja ciągle nadużywałem, podobnie jak i zaufania tych ludzi. Owe konsekwencje mogły być nieodwracalne i tragiczne i było do tego bardzo blisko, a ja jeszcze bardzo długo, przez wiele lat „ssałem dwie matki”. Nadszedł wreszcie moment, gdy przestałem uważać pokorę za ułomność czy nieudolność życiową. To był przełom w moim życiu. Nie chodzi mi tylko o trzeźwość, która moim zdaniem nie istnieje bez właściwego pojmowania pokory. Chodzi mi również o kierowanie się pokorą w codziennym życiu. A składają się na nią wartości: uczciwość, odpowiedzialność, szacunek dla innych, zrozumienie, tolerancja i wiele innych. Pokora, którą obecnie cenię i rozwijam w sobie oznacza dla mnie postawę polegającą na akceptacji własnych słabości i ograniczeń, jak i słabości innych osób, na uznaniu zależności mojego losu od wielu czynników, na które nie mam wpływu, nawet gdy w bolesny sposób mnie doświadczają, a wobec których jestem bezsilny. Przyznaję jednak, że zdarza mi się podejmować próby, aby te czynniki raczej mi sprzyjały. W takich chwilach odwołuję się do MODLITWY O POGODĘ DUCHA. Jest bardzo skutecznym lekarstwem. Pokora oznacza też dla mnie umiejętność akceptacji tego, co się we mnie i dookoła mnie dzieje. Jest to pozwolenie sobie, światu i innym ludziom po prostu być. Pokora w tym rozumieniu nie przeciwstawia się poczuciu własnej wartości, jak sądziłem przez wiele lat, lecz przeciwstawia się fałszywej dumie, egocentryzmowi czy nadmiernym wymaganiom stawianym sobie i innym. To właśnie pokora pozwala mi zachować poczucie własnej wartości i szacunku do samego siebie, pomimo różnych niepowodzeń, błędów, które przytrafiły mi się w życiu. Efektem jest to, że obecnie czuję się równy innym, jako człowiek ani lepszy ani gorszy, niezależnie od różnic w poszczególnych zdolnościach. Pokora pozwala mi też zachować życzliwość dla innych ludzi, mimo ich ułomności. Z tym wiąże się też akceptacja odmienności innych, czyli kształtowanie wzajemnych relacji. Rozwijanie i kształtowanie w sobie pokory to dla mnie sposób na życie. A tych obszarów wymagających stałej pielęgnacji jest we mnie dużo.

Wojtek
AA Warszawa


MÓJ STRAŻNIK ESPERAL?

W okresie mojego picia, a trwało to dobre 15-20 lat, uciekałem na różne sposoby od alkoholu. Robiłem przerwy w ciągach, rozpoczynałem terapie przeciwalkoholowe (ul. Jagiellońska), których nie udawało mi się ukończyć z powodu zapijania. Brałem anticol, aby tylko nie pić. Nieraz po trzech dniach próbowałem małą dawkę alkoholu - po anticolu. Twarz robiła mi się w kolorze purpurowym. Bałem się więc pić po anticolu, chyba że minęło od czterech do sześciu dni. I wtedy mogłem z duszą na ramieniu wypić jedno piwo. Nastąpił jednak kres mojego picia. Po śmierci ojca i rozmowie z pozostałą częścią rodziny tzn. z mamą i bratem, doszliśmy do wniosku, że jedynym wyjściem na zaprzestanie mojego picia będzie to, że zaszyję się esperalem na trzy lata. I tak się stało. Minął rok, drugi. Po dwóch latach i ośmiu miesiącach kupiłem sobie piwo i 100 g wódki. Najpierw wypiłem piwo. Odczekałem. Następnie wypiłem wódkę. Patrzyłem w lustro, jak zmienia się kolor mojej twarzy. Próba wypadła pozytywnie. Mój organizm był silny. Zacząłem kontrolowane picie i ponowne brnięcie w alkoholizm. Teraz po trzyletnim okresie niepicia (terapia 2013r.) i trzeciej rocznicy w AA (14.04.2016 r.) mogę śmiało, z czystym sumieniem, powiedzieć, że zapicie esperalu przed terminem było najgorszą głupotą z mojej strony. Gdybym doczekał, może losy mojego dalszego trzeźwienia potoczyłyby się inaczej, i nigdy nie miałbym okazji poznać wspólnoty AA.

Czarek AA

MOJE WRAŻENIA Z WARSZTATÓW SPONSOROWANIA

Przyjazd polskich przyjaciół w związku z ideą zdrowienia z tak daleka i ich bardzo poważne podejście do wyjazdu, jeszcze raz pokazały mi ogromną wagę niesienia posłania. Byłem zdumiony ich absolutną gotowością i bezinteresownością. Opowieści o sponsorowaniu – jak to robić i po co, praktyczne rady i sugestie niewiele różniły się od tego, czego uczyli mnie moi starsi przyjaciele z grupy macierzystej w Kiszyniowie. W tym widzę uniwersalność Programu, jego międzynarodowość – przecież tłumaczenie nie zmienia istoty i sensu WK. Teraz jeszcze bardziej będę wierzył temu, co mówią starsi kiszyniowscy bracia (którzy przeszli kroki), albowiem upewniłem się, że to nie jest „odrębny kiszyniowski nurt”, tylko że tak po porostu trzeba. Ten stan, w którym znajdowały się nasze grupy w Mołdawii, ich współdziałanie do przyjazdu naszych polskich przyjaciół był ślepym zaułkiem. To było odczuwalne. Rzeczywiście potrzebowaliśmy pomocy z zewnątrz i za to ponownie wielkie dzięki. Za wyjaśnienia i za praktyczne doświadczenie jak to działa u nich. Pozytywne nastawienie i silna energia polskich braci to jeszcze jeden przykład tego, co u nas nazywa się Obietnicami i o czym bardzo potrzeba przypominać nam wszystkim – i rozpoczynającym zdrowienie, jak i tym, którzy uważają, że „wyzdrowieli”. Teraz mam jeden cel – nie ociągać się z pracą na krokach, żeby zacząć pomagać innym. Od czasu wstąpienia do Wspólnoty z goryczą zauważyłem, na doświadczeniach cudzych i własnych, że osoba, która nie przeszła kroków, nie może pomóc drugiemu alkoholikowi, a tylko jeszcze bardziej zaszkodzić. Niech Bóg da naszym polskim przyjaciołom zdrowie. Bardzo im dziękuję i mam nadzieję na jeszcze nie jedno spotkanie. Mam wszystkie niezbędne środki, by poradzić sobie z każdym lękiem w swoim życiu.
Andriej AA Mołdawia

Moje wrażenia z warsztatów sponsorowania:

Trzy dni mojej ciężkiej pracy. Opowieści polskich przyjaciół pozwoliły mi uświadomić sobie to mgnienie trzeźwości, dzięki któremu tworzą się szczęśliwe minuty, godziny, dni, miesiące, lata. Mgnienie, które daje zrozumienie wyboru. Wróciłem do 11 kroku. Zrozumiałem, że muszę stale podtrzymywać kontakt ze sponsorem. Tym samym rozumiem, że chcąc nie chcąc zajmuję mu czas. On oddaje mi to, co ma najcenniejsze: swój czas. Jestem mu za to wdzięczny. Dzięki warsztatowi zrozumiałem, że program działa. I wierzę, że dzięki takim warsztatom znajdę odpowiedzi na pytania, które mnie nurtują. Zakończę dwoma słowami: BARDZO DZIĘKUJĘ.
Wadim


POKORA

Napisanie tego artykułu spowodowało, że musiałem się zmierzyć ze sobą. Ze swoimi charakterem i swoimi słabościami. Dla mnie jest to bardzo trudne wyzwanie, którego się podjąłem. Więc zaczynam. Patrząc na swoje dotychczasowe życie stwierdzam, że nie wiem ile mam w sobie pokory. Ale ją mam. Trudno mi ocenić czy mam jej mało czy dużo, bo tego nie ma jak ocenić. Wiem, że potrafię dziś brać to, co do mnie mówią inni i chociaż się nie zgadzam, to jednak słucham. Praca na programie AA i modlitwa pozwoliły mi na słuchanie innych. Idąc dalej: wiąże się to też z tym, że staram się szanować wszystkich. Napisałem staram się, bo nie jestem człowiekiem bez skaz. Nadal jest we mnie bunt i chciałbym, aby było tak jak ja chcę. Ale to nie na tym polega życie. Kiedy piłem, nie patrzyłem na inne osoby. Nie zwracałem uwagi, że je krzywdzę. Nie patrzyłem na siebie, kiedy po kolejnym zapiciu mogłem zginąć. Tak zginąć, bo choroba alkoholowa to choroba śmiertelna. Wiele razy ocierałem się o śmierć, choć pewnie i tak wszystkiego nie wiem. Jeżdżenie po pijaku, budzenie się pobitym, gdzieś nie wiedząc jak się tam znalazłem, to tylko namiastka tego co robiłem. Pijąc miałem wszystko i wszystkich „gdzieś”. Ja byłem najważniejszy. I chociaż dostawałem informacje od wszystkich dookoła, że staczam się, patrzyłem się na nich i śmiałem im się prosto w twarz. Ale wrócę do czasów teraźniejszych. Dla mnie pokora to wartość, na którą pracuję każdego dnia. Pokora to bycie w zgodzie z sobą i z innymi. Dziś potrafię słuchać i wyciągać wnioski. Nie za każdym razem oczywiście tak to działa, że od razu tak postępuję. Mam dni, gdy się włącza we mnie bunt ale nie daję się ponieść emocjom. Najlepszą nauką pokory jest dla mnie modlitwa o Pogodę Ducha. Tak prawdę mówiąc oparłem na tej modlitwie moje życie. Korzystam też z mądrości jaką daje mi Dezyderata. Staram się też przestrzegać to co tam jest napisane. ,,Prawdę swą głoś spokojnie i jasno, słuchając też tego, co mówią inni….” to mój drogowskaz na życie. Słuchanie innych to nauka pokory. Często się zdarza, że nie zgadzam się z osobą, która ze mną rozmawia. Ale wysłuchuję ją i później myślę o tym. Chodząc na mityngi AA często spotykam się z taką sytuacją, gdzie słuchając innych uczę się pokory. Siedzę cicho, nie oceniam, chociaż jest to bardzo trudne. Uczę się tego każdego dnia. Raz wychodzi mi lepiej, raz gorzej. W domu jak to w domu. Dzieci są najlepszym nauczycielem lekcji pokory. Są dni kiedy najchętniej wysłałbym je w kosmos. Ale jedno wiem na pewno. Krzykiem, obrażaniem czy karaniem nie dojdę do określonego celu. Tylko szczera rozmowa bez oceniania i możliwość wysłuchania drugiej strony może mi dać prawidłowy obraz danej sytuacji. Wieczorem modląc się proszę moją Siłę Wyższą o spokojne spojrzenie na życie. Bez modlitwy i bez rozmowy z drugim człowiekiem, pewnie byłbym cholernym egoistą, który patrzy tylko na swoje potrzeby. Na szczęście nie interesuje mnie takie zachowanie i taki styl życia. Dla mnie pokora to nie słabość, jak ktoś mógłby pomyśleć. To szanowanie siebie i drugiego człowieka. Pokora to wartość, której nie można kupić. Można ją tylko znaleźć w sobie i pielęgnować. Mając w sobie pokorę jestem spokojniejszym i szczęśliwszym człowiekiem.

Marcin AA

POKORA I MODLITWA

Pokora - słowo to przez długi czas było mi nieznane, a jedyne co o pokorze wiedziałam to to, czego nauczono mnie w dzieciństwie, że „pokorne ciele dwie matki ssie”. I tak postępowałam w swoim pijanym życiu. Prawdziwą definicję pokory poznałam dopiero po trzecim powrocie do AA, a zrozumiałam po paru latach intensywnej pracy nad sobą. Choć czasami nieświadomie stosowałam ją wcześniej. Tak było z przykładem, który opiszę poniżej. Dziś najlepszą definicją pokory jest dla mnie modlitwa o „Pogodę ducha”, która mówi:

Boże użycz mi pogody ducha,
abym godziła się z tym, czego zmienić nie mogę
Odwagi, abym zmieniała, to co zmienić mogę
I mądrości, abym odróżniła jedno od drugiego,
a której całkowicie nie rozumiałam. Po zaprzestaniu picia chciałam zmieniać wszystko i wszystkich, a w szczególności moją rodzinę. Jak mogłam mieć pogodę ducha, kiedy mój mąż pił i nie zamierzał przestać, a synowie uzależniali się od marihuany, hazardu i gier? Próbowałam przenieść posłanie AA na pole innych uzależnień, ale nie pomogło. Mężowi tłumaczyłam, że można przestać pić i że ja jestem tego przykładem. I też nic. Chodziłam zła, zgorzkniała, a moja bezradność była już u kresu wytrzymałości. W każdej modlitwie prosiłam Boga o rozwiązanie, na mityngach skupiałam się na tym, że może dostanę odpowiedź. Nie wiem kiedy i jak to się stało, ale pewnego dnia zrozumiałam, że to jest ich życie i nic mi do tego i że nic tu nie mogę zmienić. Zrozumiałam też, że jeśli nie kieruję swoim życiem to nie mogę też kierować życiem innych ludzi. Pomału zaczęłam odzyskiwać spokój, ale jeszcze zdarzały się przypadki, gdy w tej kwestii próbowałam brać kierownicę w swoje ręce. Dopiero po rozstaniu z mężem i wyprowadzce synów, przyszedł długo oczekiwany spokój i pogoda ducha. Mówiąc krótko – pozwoliłam im żyć swoim życiem. Wtedy okazało się, że zyskałam tę odwagę by zmienić to co mogę. Zawsze bałam się rozstania z mężem, ponieważ uważałam, że tylko On może zapewnić mi jakiekolwiek bezpieczeństwo i nigdy nie przyszło mi do głowy, iż moje bezpieczeństwo leży w moich rękach. A wszystko tylko dlatego, że w dzieciństwie bezpieczeństwo zapewniała mi babcia, która ponadto uczyła mnie stereotypu „tylko chłop jest od zabezpieczenia rodziny przed jakimkolwiek niebezpieczeństwem”. Natomiast synów bałam się zostawić, ponieważ myślałam, że przy mnie z kolei oni są bezpieczni i nie zejdą całkowicie na złą drogę. I znów mylne myślenie, gdyż przekazywałam im dokładnie to, czego nauczyła mnie babcia, czyli nie szukać bezpieczeństwa w sobie, tylko uwiesić się na kimś. Bałam się też poczucia winy, które pewnie by mnie opanowało, gdyby któremuś z moich synów lub mężowi coś się stało. Jest jeszcze jeden powód, dla którego nie wyobrażałam sobie życia bez nich, a mianowicie okropnie bałam się życia samej. Do zmiany tego wszystkiego była mi potrzebna odwaga, bo przecież musiałam zdezorganizować swoje życie całkowicie, a potem poukładać je prawidłowo, na nowo, co w wieku 46 lat nie jest rzeczą ani łatwą, ani prostą. Do tego jeszcze musiałam zmieniać siebie i swój stosunek do świata. Ale dziś wiem, że proces ten trwać będzie do końca moich dni. Odróżnienie tego co mogę zmienić, od tego czego nie mogę, też przysparzało mi wiele trudności. Cały problem leżał w tym, iż traktowałam moją rodzinę jako zdrową, a siebie jako osobę chorą. Wydawało mi się, że jeśli oni się zmienią, to i ja wyzdrowieję. Potrafiłam traktować ich bardzo surowo, a dla siebie być bardzo łagodna, ponieważ to ja byłam chora. Nie akceptowałam ich i ich zachowań. Poprzez pretensje do nich i awantury próbowałam zmienić moją rodzinę, nic nie robiąc ze sobą. Musiałam wykazać się bardzo dużą pokorą, by zacząć traktować swoją rodzinę jako chorą i przestać ich zmieniać, oraz zaakceptować jako osoby chore. Dużo też w wysiłku i pracy nad sobą włożyłam w to, by zmieniać siebie, a nie innych. Gdy pozwoliłam im żyć swoim życiem, w końcu zaakceptowałam ich takimi jakimi są, z ich wadami, zaletami, ułomnościami. Zaakceptowałam też ich wybory, te dobre i te złe. Mój mąż się zapił i zagłodził, jeden z synów siedzi w więzieniu. Dziś wiem, że taką drogę sobie wybrali i nie obwiniam siebie za ich życie. Drugi syn też robił złe rzeczy, ale dziś ciężko pracuje na swoją rodzinę. A ja kocham ich wszystkich bez względu na błędy. Dziś wiem, że mam synów, choć nie takich, o jakich marzyłam by byli, ale takich jakimi są naprawdę. Dziś pokora jest dla mnie zaakceptowaniem życia i ludzi takimi, jakimi są. Zdaję sobie sprawę, że na wiele rzeczy nie mam wpływu, więc już nie się buntuję, nie denerwuję, gdyż zdaję sobie sprawę, że ja tylko podejmuję decyzje w swoim życiu, ale moim i nie tylko moim życiem kieruje Siła Wyższa.
Asia

POKORNA, NIE UPOKORZONA

Zanim wytrzeźwiałam słowo "pokora" łączyłam z upokorzeniem – to chyba dość powszechny błąd. Wiele razy doświadczyłam upokorzenia i wiem o nim jedno - nie lubię go. Jest bolesne i jakby wbrew mojej woli, bo zawsze stał za nim ktoś inny. To nie ja decydowałam o swoim ukorzeniu, tylko ktoś mi je narzucał i robił to celowo i świadomie. Pokazywał mi jak bardzo się mylę, jak źle postępuję. I najlepiej, żebym jeszcze przeprosiła za wszystkie swoje "złe" uczynki i podziękowała temu komuś za wskazanie mi moich błędów. W takich sytuacjach prawie zawsze czułam, że chodzi o pognębienie mnie i wywyższenie się tej drugiej osoby. Nic miłego - prawda? Na szczęście pokora, którą poznałam, nie ma nic wspólnego z tak bolesnymi przeżyciami. Oczywiście najwięcej o pokorze słyszę na mitingach. Jestem we Wspólnocie od trzech lat. Nie piję i nie biorę leków dłużej, ale przez parę lat trzeźwiałam sama. Słyszałam o pokorze jeszcze wcześniej, gdy rozpoczynałam walkę ze swoim piciem, z tabletkami na terapiach i na mitingach, które musiałam "zaliczyć". Jednak wciąż zamiast pokora słyszałam upokorzenie. Często miałam wrażenie, że ludzie wokół mnie bardzo chcą, żebym tak właśnie się czuła: upokorzona i gorsza.  Od czasu, gdy chodzę na mitingi regularnie i z potrzeby serca, a nie z musu, słucham historii innych alkoholików całą sobą i w każdej z nich jest cząstka pokory. Powoli docierała do mnie prawda: pokora to nic złego, wręcz przeciwnie! Dziś wiem, że to bardzo ważny element mojego myślenia o sobie w otaczającym mnie świecie. Pokora to gotowość do ustępstw, ale nie po to, by siebie poniżyć, a kogoś wywyższyć. Jestem pokorna, bo potrafię ustąpić, potrafię oddać komuś pierwszeństwo komuś lub czemuś, potrafię powiedzieć sobie i światu: to nie ja jestem najważniejsza, moje zdanie i opinia nie jest jedyna i ostateczna. Dziś nie muszę mieć racji za wszelką cenę (ważniejszy jest chyba święty spokój, prawda?) i nie muszę toczyć walk o swoje racje. Nie czuję się przez to gorsza. Raczej mądrzejsza. Ta gotowość do słuchania świata, a nie tylko siebie, daje mi konkretne pożytki. Kiedyś najdrobniejsze odstępstwo od moich planów bardzo mnie złościło, każda moja niezgoda na decyzje świata była bolesna i niechciana. Najprostszy przykład: mój grafik w pracy. Ja zaplanowałam sobie np. piątek wolny, a tu widzę w grafiku, że muszę pójść do pracy. Jak to? Dlaczego? Przecież ja miałam zupełnie inne plany! Potrafiłam być zła przez tydzień czy dwa, bo... szefowa specjalnie tak ułożyła grafik, żebym nie miała tego piątku wolnego, bo inni mają lepszy grafik, bo znowu tylko ja cierpię, bo... do kitu ten cały świat. Któregoś dnia, chyba dwa lata temu, znów dostałam taki grafik, ten "nie po mojemu" zauważyłam, że nie uwzględniono w nim moich życzeń i pomyślałam "trudno, poradzę sobie inaczej". Koniec złości, pretensji do świata i innych. Tak właśnie pokora zakwitła w mojej duszy. Poczułam się z nią lepiej, bo było mi łatwiej przeżyć jakiś brak, przeciwność losu. Pokora ma też dla mnie swoje drugie oblicze - uczy mnie, że wokół są inni ludzie, którzy też mają swoje oczekiwania wobec mnie, życia, mają swoje plany. Bo ja w swojej pokorze widzę siebie w innych, dostrzegam to, że oni mają swoje uczucia, rozterki ... o, na przykład ta pani, warczy na mnie, że powinnam ustąpić jej miejsca - może miała dziś zły dzień, może źle się czuje - tak, ustąpię jej miejsce, proszę bardzo, bo jej wcale nie chodzi o to, żeby zrobić mi krzywdę. Ustępuję i dobrze mi z tym. Zresztą w pokorze nie chodzi o to, by ustępować, bardziej o to, by zejść z piedestału swojego JA, rozejrzeć się wokół, zobaczyć, jaki jest świat, w którym żyję, jacy są ludzie, którzy mnie otaczają. Odwołując się do Desideraty  - każdy ma swoją historię - nie tylko ja. Uczę się pokory cały czas, powoli wyzbywając się egoizmu i myślenia o sobie jak o pępku świata. Nie czuję, że tracę siebie czy że ulełgam, bo wciąż ustępuję, bo ciągle patrzę na innych, bo nie bronię swoich racji. Wręcz przeciwnie, czuję że zyskuję, że lepiej rozumiem siebie i innych, że jestem bardziej tolerancyjna, bogatsza. Mam większy szacunek do innych i do siebie. Muszę też dodać - bez Wspólnoty, bez Was nic nie wiedziałabym o pokorze i wciąż siedziałabym na podium własnego JA - skąd ... niewiele widać! Z pokornymi ukłonami.
                                                                                                                  Iwona AA


FINANSE NA GRUPIE - MOJE PRZEMYŚLENIA


Temat finansowy w czasie mityngu jest zawsze żywo komentowany i budzi dużo emocji. Dla mnie podstawowym faktem w sprawach finansów jest to, że z chwilą wrzucenia pieniędzy do kapelusza stają się one własnością Wspólnoty AA, a nie grupy. W myśl zasady podziału kapelusza 60 na 40, to Wspólnota daje 60% kwoty z kapelusza do dyspozycji sumienia grupy. Kwota ta w myśl 5 Tradycji powinna służyć niesieniu posłania przez grupę - alkoholikowi, który nadal cierpi. Rolą skarbnika jest, aby był tego strażnikiem na swojej grupie. Jak grupa niesie posłanie. Podstawową sprawą jest zapewnienie by mityng się odbył, a więc opłata czynszu za salę (jej wysokością zajmę się później), dostępność do literatury i ulotek informacyjnych, ponoszenie kosztów łączności grupy z całym AA, umożliwianie wyjazdu mandatariusza na Intergrupę i Regionalną Konferencję Służb, jak również udział członków grupy w warsztatach organizowanych przez Intergrupę czy Region.
Niestety częstym zjawiskiem jest „przejadanie kapelusza”. Duża ilość kawy, herbaty czy ciastek w czasie mityngu. Czy według Was jest to niesienie posłania? Odpowiedz sobie czy chętniej chodzisz na grupę gdzie jest bogaty stół czy gdzie jest praca na programie? Dla mnie niedopuszczalne jest organizowanie hucznych rocznic grupy czy uczestników grupy i finansowanie tego z kapelusza. Przysłowiowy tort powinien być opłacony z osobnych datków członków grupy. Zapomnianą formą okazywania wdzięczności za trzeźwość jest plan urodzinowy, polegający na wpłaceniu do AA równowartości 1 dolara za rok trzeźwości. Częstym również zjawiskiem jest gromadzenie dużych rezerw finansowych na grupie - czemu ma to służyć? Według sugestii winna ona zabezpieczać miesięczne koszty utrzymania grupy. Nadwyżka powinna być przekazywana na Intergrupę lub wspomożenie innej biedniejszej grupy w okolicy, w ramach sponsorowania grupa grupie. Czy członkowie AA maja świadomość na co są przeznaczane te pozostałe 40% wpłacane na Intergrupę i dalej. Są one wydawane między innymi na utrzymanie PIK – u, dyżurny telefon, literatury do ZK i AŚ, czy druk książeczek adresowych. W 7 tradycji jest również mowa o nie przyjmowaniu dotacji z zewnątrz. Fakt jej przyjęcia godzi w nasze istnienie, jedność, jak również niezależność. Kto daje pieniądze ten wymaga. I tu powrócę do wysokości opłat za salę mityngową. W większości są to kwoty symboliczne, nie pokrywające rzeczywistych kosztów. Jakby nie patrzeć jest to forma dotacji właściciela lokalu. Chwała im za to, bo praktycznie nie mielibyśmy się gdzie spotykać. Ale to od nas zależy czy nie powinniśmy więcej płacić za salę, czy to pieniędzmi czy dostarczaniem ulotek i materiałów informacyjnych na temat Wspólnoty AA. Na mojej macierzystej grupie opłatę zwiększamy dobrowolnie jeśli nasza sytuacja finansowa na to pozwala w ramach 60% kapelusza. Jeszcze mam pytanie czy wrzucanie drobnej kwoty do kapelusza przez „niealkoholika” na otwartym mityngu AA jest dotacją? Według mnie nie, gdyż nie ma to znaczącego wpływu na stan finansów grupy, a nie raz jest to ważne dla wrzucającej osoby. Przejdę teraz do roli i zadań skarbnika na grupie. Uważam, że jest on odpowiedzialny za stan finansowy grupy. Powinien informować o wpływach i wydatkach grupy, aby nie było z tego tajemnic i niedomówień. Mówi na co są potrzebne i jak wydawane pieniądze nie tylko na grupie, ale i w całej Wspólnocie. Zachęca do wrzucania do kapelusza, nie dopuszcza do gromadzenia zbyt wielu pieniędzy na grupie. Poddaje pod głosowanie sumienia grupy ich wydawanie, jak i mówi o potrzebach grupy, aby realizowała swój główny cel. Bardzo pomocny do tego jest zeszyt skarbnika, który jest do pobrania ze strony internetowej naszej Wspólnoty. W naszej Preambule jest napisane, że utrzymujemy się z dobrowolnych składek członków AA. I to jest duchowy aspekt tej tradycji. To ja decyduję ile wrzucam do kapelusza, ile jest warta ma trzeźwość i odpowiedzialność za istnienie grupy - Wspólnoty AA. Czy dbam aby inni mieli tą samą możliwość zostania członkiem naszej Wspólnoty jaką miałem ja? Jak to ma się do wydawanych pieniędzy na alkohol w czasie picia? Czy przysłowiowa złotówka wrzucana do kapelusza na początku trzeźwienia ma taką samą wartość wówczas i teraz. Każdy członek AA musi sobie sam odpowiedzieć w swoim sumieniu na te pytania. Jaką wartość ma dla mnie możliwość uczęszczania na mityngi i pozostania trzeźwym .
Życzę pogody ducha Sławek AA


TRADYCJA VII


Tradycja Siódma prawie zawsze kojarzyła mi się z tym, że jeżeli chcę się napić kawy na mityngu lub zjeść paluszki, to wypada wrzucić coś do kapelusza. Moja świadomość wyglądała właśnie w ten bardzo prosty sposób, który na początku lekceważyłem jak większość rzeczy i ludzi w swoim życiu, a także jakieś tam przyjęte normy czy zasady. Nie interesowały mnie żadne Tradycje i dlaczego mamy być samowystarczalni. Zresztą oprócz mnie samego nic mnie więcej nie interesowało. Byłem skupiony i skoncentrowany na sobie. Moje potrzeby i cele były najważniejsze, a nie jakieś abstrakcyjne wspólne dobro, grupa, jedność, porozumienie itd... Dzisiaj ta Tradycja uczy i wymaga ode mnie odpowiedzialności nie tylko za siebie i nie kojarzę jej z kawą, paluszkami, a przede wszystkim nie tylko z pieniędzmi. Kojarzę ją raczej z moją ręką wyciągniętą do pomocy innemu potrzebującemu i nie uważam już, że coś mi się należy bez żadnego wysiłku z mojej strony. Moją roszczeniową postawę, arogancję, lekceważenie, pychę i egoizm zobaczyłem u siebie dopiero później, po jakimś czasie niepicia. To z tym miałem u siebie problem, a nie z piciem czy nie piciem. W AA dowiedziałem się bardzo szybko, że za swoje trzeźwienie muszę sam płacić i że wcale nie musi tu chodzić tylko o pieniądze. A raczej o swoje chore ambicje, swój czas, pokonywanie swoich słabości, wad, bolesne poznawanie siebie, robienie wielu rzeczy wbrew samemu sobie. Wczoraj na mityngu na naszej grupie padło pytanie w sprawach organizacyjnych czy “ z kapelusza” kupujemy słodycze czy książkę “ Anonimowi Alkoholicy”. Grupa wybrała książkę. Aż serce rośnie. Czy grupa jest aż tak świadoma - nie wiem, może dlatego, że mandatariusz i rzecznik mają sponsora i ich wypowiedzi zadecydowały o głosowaniu. Nie wiem, być może. Wiem jedynie, że nic się nie stanie jeżeli na stole będzie mniej ciastek i paluszków. Koledze, który nie będzie chciał słuchać fragmentów książki też nic złego się nie stanie; może mu jedynie pomóc. Nie wiem czy pieniądze, które otrzymalibyśmy od Burmistrza naszego miasta wydalibyśmy w ten właśnie sposób. Czy Burmistrz lub ktokolwiek inny nie sugerowałby jak mamy funkcjonować i co robić? Czy nie sugerowalibyśmy się znaną zasadą “łatwo przyszło, łatwo poszło”, “zastaw się a postaw się”? Czy nasz główny cel miałby jeszcze sens w tej sytuacji? Doświadczenie pokazało na samym początku istnienia AA, że przyjmowanie dotacji z zewnątrz do niczego dobrego nie prowadzi. I właśnie dlatego powstała Tradycja siódma jako przestroga, aby nie popełniać tych samych błędów. Dla mnie ma to głębszy sens i znaczenie. Jeżeli AA mi pomogło i oprócz tego, że nie pije, inaczej zacząłem reagować i funkcjonować wśród społeczeństwa i innych ludzi- czyli trzeźwieć, to czy chcę i mam pragnienie aby inni mogli z tego skorzystać? Czy po osiągnięciu swoich celów dalej widzę tylko czubek własnego nosa, nikogo i nic poza tym? Często, kiedy wrzucam pieniądze do kapelusza myślę o tych znajomych i nieznajomych, którzy stoją jeszcze pod sklepem, śpią na dworcu, przebywają w zakładach karnych i zastanawiają się może czasami jak przestać pić i dalej żyć. Ja też tak czasami stałem, spałem i bywałem w takich miejscach. Kiedy zacząłem czytać książkę “Anonimowi Alkoholicy” odkryłem po jakimś czasie, że jest tam rozdział “Jest sposób”. Tego sposobu potrzebowałem i szukałem. Mnie pomogło, może pomóc i tym znajomym i nieznajomym. Tylko czy w moim sercu jest pragnienie aby im pomóc? Czy z tą intencją wrzucam pieniądze do kapelusza, czy na ciastka albo kawę? Może dlatego mamy i mam być samowystarczalny abym uczył się odpowiedzialności, a nie wyciągniętej ręki i wyzbywał się egoizmu, którego mam się wyzbywać a nie pielęgnować.
Pozdrawiam AA

POKORA?...!

We Wspólnocie jestem od niedawna -17 czerwca tego roku minie rok. Nie ma przypadków. Są tylko Boże zbiegi okoliczności. Teraz to do mnie dotarło, poczułem to. Zdaję sobie sprawę, że w moim wypadku wszelkie przeciwności losu, inni ludzie są przejawem działania Boga (Siły Wyższej niż ja sam), który wie lepiej niż ja, co jest w danej chwili dla mnie najlepsze. To jest łaską, ogromnym darem - taka postawa powoduje, że czuję, iż moje życie nie jest przypadkowe, ma sens i cel. Skutkuje to tym, że czuję się bezpiecznie, mam spokój i odczuwam radość. Pokora? Byłem pyszny - zapewne chciałem uchodzić za lepszego niż jestem naprawdę. Pychę tę ukrywałem pod płaszczykiem sprawności intelektualnej i fizycznej. Jestem taki wyjątkowy; przecież mam licencjat z filozofii z wynikiem dobrym. Byłem bardzo wysportowany, umiałem się obronić, znam dobrze język ukraiński, trochę angielski i rosyjski. Parę lat Jeździłem na wschód  i przeżywałem tam takie "przygody”, że cud, że żyję. Rok temu, w marcu umarł mój tata – prawdopodobnie na raka. Piłem chyba ze dwa tygodnie. Na początku kwietnia tego samego roku zostałem pobity (złamane trzy kości głowy, uszkodzona błona bębenkowa i krtań). Operacja usunięcia krwiaka z potylicy uratowała mi życie. Pokora w moim przypadku oznacza świadomość moich "braków", a może precyzyjniej stanu mojego zdrowia i związanych z tym ograniczeń. Nie muszę już być lepszy niż ktoś inny, w dziedzinie sprawności fizycznej, intelektualnej ani doświadczeniach życiowych, których się trochę nazbierało. Teraz, gdy ktoś zwróci mi uwagę, że moje postępowanie jest według niego niewłaściwe, jestem mu za to wdzięczny. Staram się poprawić w moim zachowaniu to, co przeszkadza innym ludziom. Miesiąc temu ukończyłem pracę nad programem - dał mi on dużo - obecnie staram się te kroki stosować w całym moim życiu. Próbuję być lepszym sąsiadem, bratem, członkiem Wspólnoty, jednym słowem człowiekiem. Drugiego maja tego roku umarła moja mama. Popłakałem się, ale przyjąłem ten "cios" losu z POKORĄ - bez buntu i obwiniania kogokolwiek. Przyniosło mi to ulgę, dużą ulgę. Pokora jest mi potrzebna, ogranicza moją pychę, która tylko czyha by mną zawładnąć, zmniejsza też poczucie winy - już nie wyolbrzymiam swoich wad.                                  
                                                                               Pozdrawiam Piotrek AA Nowy Dwór Mazowiecki

Warszawa, 2016-05-09
NOWO NARODZONY 

Mam na imię Paweł i jestem alkoholikiem. Uczestnikiem  Wspólnoty Anonimowych Alkoholików jestem od roku i chociaż mam 52 lata czuję się jakbym na nowo się narodził. W tej chwili jestem małym rocznym osobnikiem, który na nowo uczy się chodzić. Tylko, że teraz droga, którą podążam, jest drogą mojej trzeźwości. Przez 52 lata byłem osobą zamkniętą w sobie. Nie potrafiłem mówić z innymi o swoich uczuciach. „Rozmawiałem”  tylko sam ze sobą. Sam szukałem rozwiązań, sam dla siebie byłem powiernikiem. Pamiętam, kiedy mieszkałem ze swoja Mamą w dwupokojowym mieszkaniu. Mama miała swój pokój i telewizor, a ja swój.  Byłem wtedy samotnym ojcem, moje dzieci przebywały w tym czasie w Ośrodku Szkolno- Wychowawczym. Partnerki wtedy też nie miałem, a z pracą było różnie, więc moje obowiązki były znikome. Potrafiłem przesiedzieć w swoim pokoju cały dzień, a kontakt z Mamą ograniczał się tylko do pytań:  „Czy chcę jeść lub coś do picia”. Takie dni zmieniały się tylko wtedy, gdy byłem pijany. Wtedy potrafiłem iść do pokoju Mamy i wyżalać się z tego,  co mi  leżało na sercu. Nigdy tego nie zrobiłem po trzeźwemu. Dzisiaj, gdy nie ma już mojej Mamy na tym świecie oraz teraz, gdy się zmieniam, dostrzegam to co straciłem. Teraz, gdy jestem uczestnikiem Wspólnoty AA, to Wy wszyscy, moi przyjaciele alkoholicy, jesteście słuchaczami tego, co mam do powiedzenia. Ale nie tylko Wy. Teraz, gdy przebywam za murami, i gdy dzwonię do swojej 24-letniej córki, może jeszcze nie w pełni, ale rozmawiam z nią na tematy, na które nigdy wcześniej nie potrafiłbym mówić po trzeźwemu. Chcę z Nią rozmawiać i chcę, by Ona rozmawiała ze mną. W AA nie ma informacji zwrotnych, ale są wypowiedzi mówców. Wiele tych wypowiedzi jest mi przydatnych. Ale są też luźne rozmowy przed lub po mityngu, czy też w czasie przerwy. To właśnie w tych momentach słyszałem od starszych stażem Aowców dobre słowa i rady, słowa otuchy i wsparcia. Obecnie  nazywam siebie „ gąbką”, która chłonie wszystko to, co usłyszy  i dzięki temu się zmieniam. Uczę się tego, czego nie nauczyłem się przez 52 lata. Uczę się mówić po trzeźwemu o swoich uczuciach, o swojej chorobie, jaką jest alkoholizm. Alkoholizm jest chorobą ciała i ducha, w której dużą rolę odgrywają właśnie uczucia. Kiedyś to alkohol mówił za mnie, dzisiaj to ja sam mówię za siebie i mówię o tym co czuję. To dzięki Wspólnocie Anonimowych Alkoholików mówię, będąc trzeźwy, że czuję się jak NOWO NARODZONY.
Pogody ducha
Paweł żołnierz alkoholik