MITYNG 08/230/2016

DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO



SPEŁNIONE OBIETNICE

Kiedyś myślałam, że najważniejsze rzeczy dzieją się poza mną i bez mojego udziału. Że szczęście jest na zewnątrz: w pieniądzach, w uznaniu innych, karierze, „księciu na białym koniu” i sama nie wiem w czym jeszcze… Myślałam, że nie mam wpływu na to, jak wygląda moje życie. Z roku na rok byłam coraz bardziej smutna, bo coraz mocniej utwierdzałam się w przekonaniu, że mam po prostu gigantyczny niefart, że wszystko, co mogłoby mnie uszczęśliwić, z jakiegoś niewyjaśnionego powodu – omija mnie dużym łukiem. Zazdrościłam ludziom. Zazdrościłam wszystkim i wszystkiego. Zazdrościłam nawet tego, że inni mają hobby, pasje, a ja nie mam. Tkwiłam w takim marazmie latami, a moje życie płynęło obok… Nie byłam głupia, a mimo to dostrzeżenie związku przyczynowo - skutkowego pomiędzy tym co robię (albo raczej – czego nie robię) a tym jak się czuję sama ze sobą i swoim życiem, było poza moim zasięgiem. Jak wspomniałam – wydawało mi się, że za moje szczęście odpowiada ktoś lub coś na zewnątrz. Marzyłam więc, że pewnego dnia zjawi się ktoś albo stanie się coś, co odmieni to moje smutne życie i uczyni mnie szczęśliwą, chociaż zupełnie nie miałam pojęcia, co by to miało być. Wypełniające mnie smutek i beznadzieja, z czasem stały się nie do zniesienia. Nic nie było w stanie ukoić żalu, który czułam niemal bez przerwy. Nic, poza mocnym alkoholem. Żal i gorycz były coraz większe, więc coraz więcej alkoholu potrzebowałam, by poczuć choć chwilę ukojenia. Katastrofa była tylko kwestią czasu…, więc oczywiście nastąpiła… Na szczęście. Tak właśnie uważam: na szczęście! Ta katastrofa, ten upadek to było to „coś” na co czekałam przez poprzednie lata w nadziei na odmianę. A tym „kimś’, kto w moich marzeniach miał uczynić mnie szczęśliwą okazałam się ja sama. Pierwszą rzeczą, którą zrozumiałam, gdy tylko odparowała z mojego skołowanego mózgu resztka alkoholu, było to, że to JA odpowiadam za to, jak się czuję i jak żyję. Wzięłam się ostro do roboty. Na początku nie zawsze było łatwo. Czasem płakałam, gryzłam palce. Myślałam „nie dam rady, to ponad moje siły!”. Ale po pierwsze bardzo nie chciałam wracać tam skąd cudem udało mi się uciec, a po drugie (a może raczej: po pierwsze) miałam wokół siebie ludzi, którzy mnie wspierali, którzy we mnie wierzyli… Po raz pierwszy w życiu miałam poczucie, że komuś na mnie zależy. Na początku to byli inni ludzie, tacy sami jak ja, a po jakimś czasie ze zdumieniem stwierdziłam, że… że to mnie zależy na mnie najbardziej. Nie wiem, nie umiem w krótkim tekście opisać wszystkiego, co mi się przytrafiło przez te wszystkie lata, co zmieniło się we mnie i w moim życiu. Najprościej byłoby napisać w s z y s t k o. Pozbyłam się poczucia krzywdy i poczucia winy. Od lat nie mam lęków. O takich relacjach z moimi dziećmi jak dziś – kiedyś nawet nie śmiałam marzyć. Kiedyś, na początku przeczytałam w WK obietnice:

-Poznamy nową wolność i nowe szczęście.
-Nie będziemy żałować przeszłości, ani zatrzaskiwać za nią drzwi.
-Bez względu na to, jak nisko upadliśmy, dostrzeżemy, że z naszego doświadczenia mogą skorzystać inni
-Zniknie poczucie bezużyteczności i pokusa rozczulania się nad sobą.
-Bardziej niż sobą zainteresujemy się bliźnimi.
-Zniknie egoizm.
-Zmieni się cały nasz stosunek do życia.
-Opuści nas strach przed ludźmi I niepewnością materialną.
-Znajdziemy intuicyjnie sposób postępowania w sytuacjach, których dotąd nie umieliśmy rozwiązać.
-Nagle zaczniemy pojmować, że Bóg czyni dla nas to, czego sami dla siebie nie byliśmy w stanie uczynić.”
i popłakałam się ze wzruszenia. To takie piękne. I takie nieosiągalne… Ideał, marzenie, bajka… A one wszystkie się spełniły! Słowo daję! Okazało się, że wszystko to, co miało dać mi szczęście i spełnienie, czego latami wypatrywałam gdzieś na zewnątrz – od zawsze było we mnie. I to jest właśnie moja trzeźwość. Te spełnione obietnice. Radość życia. Radość z dawania. Tolerancja. Empatia. Spokój. Pogoda Ducha. Noce bez lęków. Plany na przyszłość. Miłość do ludzi. Miłość do siebie. Parę lat temu stwierdziłam, że: trzeźwość o jakiej myślę, to stan umysłu, to radość, pogoda ducha, przyjazny stosunek do świata, a nie tylko nieobecność w organizmie substancji zmieniającej świadomość. Tak uważam nadal. I wiem też, że moja trzeźwość jest dla mnie priorytetem. Najważniejszą rzeczą w życiu. Bez trzeźwości wszystko inne albo nie ma sensu, albo w ogóle przestaje istnieć.
Doris


TRZEŹWIENIE ROBI RÓŻNICĘ

Różnica pomiędzy samą abstynencją a trzeźwieniem jest dla mnie kolosalna. Kiedy żyłam tylko utrzymując abstynencję, to żyłam nadal we własnym uporze i samowoli. Odstawiłam tylko alkohol, a to nic nie pomagało, nadal żyłam bez celu i większego sensu. Dziś czuję tę różnicę. Polega głównie na tym jak odczuwam, i jak się zachowuję w wyniku tego co odczuwam. Dziś żyję w zgodzie ze sobą i z moją Siłą Wyższą, której staram się być posłuszna, staram się godzić się z tym co mnie spotyka, bo wierzę w Sens i Cel. Dziś jestem spokojna, łagodna i przyjazna dla siebie i innych ludzi. Ta wewnętrzna zgoda jest jak głęboki, świeży i kojący oddech, na skołatane wcześniejszym moim buntem, moje wnętrze i duszę. Jest wprost niewyobrażalną ulgą, o której kiedyś nawet nie marzyłam a próbowałam poczuć pijąc alkohol, biorąc różne uspokajające leki, popijając herbatki ziołowe. Nigdy nie odczuwałam tego w taki sposób jak obecnie. Jakby nagle ktoś wyrwał mi całe zło ze środka i zostało dobro. Takie stany duchowe przeżywam coraz częściej i to jest ta łaska trzeźwienia, którą otrzymuję każdego dnia i staram się o nią dbać. Chciałabym pozostać w takim stanie permanentnie. Nie zawsze mi się to udaje, ale kiedyś to było zupełnie nieosiągalne. Kiedyś to była ciągła walka o władzę, o kontrolę nad sobą, nad innymi ludźmi i życiem, którego i tak nigdy nie kontrolowałam, ale szarpałam się, ponieważ wydawało mi się to jedynym słusznym rozwiązaniem. Nie mogłam nikomu zaufać a tym bardziej jakiemuś Bogu, w którego istnienie też za bardzo nie wierzyłam. Wiedziałam - na rozum, na przyzwyczajenie, na wychowanie, że do Kościoła chodzi się po to, bo tak trzeba skoro jestem katoliczką. Chodzi się po to by się modlić, ale nie bardzo mi to modlenie wychodziło, raczej klepałam formułki. W chwilach kiedy trudności już tak mnie przerastały i traciłam kontrolę nad wszystkim, zwracałam się do Niego ale raczej z pretensją i zarzutami i bez większego przekonania w Jego działanie. Nie wiem czym zasłużyłam na łaskę, którą dostałam w chwili mojego przebudzenia, bo nigdy o nią nie prosiłam, kiedy piłam, zwłaszcza Boga. Raczej ciągle pytałam- Dlaczego ja? Dlaczego ja tak mam? Użalałam się nad sobą, że życie jest takie dla mnie okrutne i niesprawiedliwe, i zazwyczaj piłam po tym. Przecież bez znieczulenia nie dałabym rady żyć z tym co wówczas czułam, miałam w sobie i robiłam. A miałam w sobie pełno gniewu, żalu, rozgoryczenia, złości, wrogości do świata i ludzi, a nawet do przedmiotów, które też nie chciały stać tak jak ja chciałam by stały, czy leżały. Chodzący wulkan buntu, wściekłości a nawet agresji słownej i fizycznej. Życie w ciągłym napięciu i strachu, na zmianę z lękiem, zapijane alkoholem, potem nawet już nie, bo przestałam pić, ale mój stan emocjonalny był podobny. Doprowadzałam do tego, że krzywdziłam innych ludzi swoją postawą, obrażaniem i ocenianiem, a także krytyką. Każdy kto stanął na mojej drodze a nie podporządkował się był głupcem, ignorantem i wrogiem, jedynie Ci, co do których miałam jakiś interes i korzyść, byli moim przyjaciółmi i to z konieczności. Krzywdziłam też samą siebie, wypaczałam mój charakter, i w dodatku uważałam, że tak jest słusznie. Miłości ani dobra w tym nie było żadnego. Dlatego długo nie mogłam o sobie myśleć dobrze. Sama siebie nie znosiłam i nie akceptowałam, i nie widziałam już żadnej nadziei. Kiedy trafiłam na detoks i odwyk uchwyciłam się tego jak tonący brzytwy, tak jak teraz uchwyciłam się pracy na programie ze sponsorką. Pracując nad sobą i podporządkowując się woli mojej Siły Wyższej, przestałam się lękać samotności, staram się doceniać to co mam teraz. Angażuję się w służbę, pomagam innym AA, odwiedzam detoksy niosąc nadzieję, i każdego dnia zmieniam swoje stare nawyki i zachowania. Czasem mam tyle telefonów od przyjaciół, że nie wiem kiedy mija mi popołudnie i wieczór. Dziś też nie obawiam się zadzwonić do nikogo i zapytać się tak po prostu co słychać. To jest dopiero początek mojej pracy na programie a ja już odczuwam i odbieram u siebie zmiany. Zaczęłam się otwierać na ludzi i świat i słuchać, i ich, i tego co Bóg chce mi pokazać. I kiedyś bałabym się nawet o tym pomyśleć a tym bardziej napisać, a dziś to czuję. I dziś już wiem co znaczy powierzyć swoją wolę i swoje życie opiece Boga, a nie kierować się samowolą i własnym widzimisię. Nie chcę już wracać w żadnej postaci do tamtego życia i tamtej mnie. Dziś patrzę na siebie z łagodnością, czy z miłością – nie wiem, ale wiem, że ją podsiadam w sobie i czuję. I nie wiem jak i kiedy to się stało ale proces się rozpoczął i niech trwa, bo to już jest prawie takie życie o jakim kiedyś marzyłam. Kilku ważnych elementów w nim brakuje ale dziś mam wiarę i nadzieję, że być może kiedyś się dopełni, jeżeli tylko będę pracowała nad sobą i współpracowała z moją Siłą Wyższą, której działania w żaden sposób nie pojmuję, ale dziś już nie muszę. Mam osobiste, namacalne dowody na to, że Ona działa kiedy i ja działam. A tak mnie to kiedyś denerwowało, kiedy słyszałam o tym na mityngach.
Z pogodą ducha - Kobieta i alkoholiczka.


KONCEPCJA VIII
czyli o tym jak zorganizować pracę aby nie tracić z oczu głównego celu oraz aby przy jego realizacji nie ugrzęznąć w szczegółach.

Powiernicy są głównymi planistami i realizatorami działań, zarządzają finansami, sprawują nadzór nad powołanymi spółkami i czynnymi służbami poprzez posiadanie prawa wyboru ich wszystkich dyrektorów – tekst jeszcze nieautoryzowany
Przystępując do pisania tego artykułu, szybko zdałem sobie sprawę z tego, jak bardzo zarząd naszych służb krajowych czy regionalnych /Rada Regionu/ odbiega od obrazu, jaki sobie utworzyłem na podstawie informacji uzyskanych z, do tej pory, nieautoryzowanego Poradnika Służb. Ale nie to jest najważniejsze. Okazuje się, że wszędzie problemy są podobne, choć struktury służb różne. Właściwie zawsze, gdy tylko rozmowa schodziła na tematy Wspólnoty, to pojawia się świadomość wartości 12 Tradycji w utrzymaniu jedności Wspólnoty, a ta zdecydowanie pomaga w zrozumieniu 12 Kroków. Atmosfera przyjaźni, serdeczności wyzwala chęć trzeźwości. Ale aby taka atmosfera mogła zaistnieć muszą być ludzie, którzy dbają o nią. Tak zaczyna się służba. To troska, aby w jednym szeregu z drugim alkoholikiem znaleźć najlepszy sposób pomocy wciąż cierpiącemu alkoholikowi. Gdy kiedykolwiek i gdziekolwiek znajdziemy się wśród nich, specjalnego znaczenia nabierają Koncepcje Służb. Bo tu zbiegają się starania członków AA niezależnie od poziomu służby. Cel działań aowców w Biurze w Nowym Jorku, BSK w Polsce, Płocku czy mojej grupie macierzystej jest zawsze taki sam. Okazuje się, że wszędzie najważniejszy jest mityng na poziomie grupy, gdzie wszystko się zaczyna, gdzie zapadłe oczy poczynają iskrzyć nadzieją, głowy podnoszą wzrok, a pogrążeni w rozpaczy znajdują drogę do wyzdrowienia. To przedmiot starań służb na całym świecie. Pamiętamy przy tym, że Powiernicy/Powiernicy klasy A, nie alkoholicy, powoływani są według innego klucza - są w pierwszej kolejności, a może przede wszystkim, członkami swej grupy, którzy przez własne doświadczenia w służbie dostąpili przywileju służenia Wspólnocie jako całości i przed Wspólnotą ponoszą odpowiedzialność. Wielka to odpowiedzialność, bo chodzi o życie. Zastanówmy się przez moment, co oznacza niesienie posłania w mojej macierzystej grupie. Zupełnie czym innym jest działalność PIK-u przy ulicy Brazylijskiej w Warszawie, a inne problemy są rozwiązywane w BSK. Podobnie Zarząd Służb Światowych ma inny zakres swej odpowiedzialności, daleko większy. Wyobraźmy sobie, że członkowie zarządu służb, opracowują ulotki informacyjne dla różnych środowisk, odpowiadają na telefony o pomoc z całego świata, prowadzą korespondencje z nowicjuszami, rozwiązują kwestie polityki finansowej, komunikacji międzygrupowej czy przywództwa. Mają wykazać się wielką starannością i zręcznością w planowaniu przedsięwzięć, zarządzaniu oraz ich realizacji. A jeszcze do tego dochodzą niezbędne raporty miesięczne, kwartalne czy roczne dla różnych instytucji państwowych. Już pobieżny przegląd tych działań pokazuje, że aby w tym się nie pogubić potrzebna jest specjalna struktura organizacyjna. Zrozumienie tych zawiłości szalenie ułatwia broszurka "12 Koncepcji Ilustrowane", niestety jeszcze niedostępna w języku polskim. Pokazuje ona Zarząd w czasie obrad. Przez powołanie dwóch samodzielnych spółek wydawniczych Zarząd uwolnił się od trudu pracy wymagającego specjalistycznych umiejętności. Postronni obserwatorzy łatwo zauważają umiejętność skupienia się na sprawach zasadniczych – planowaniu i realizacji działań naszej wspólnoty jako całości. W tym momencie wyobrażam sobie protest. Jakbym słyszał słowa - Co nas obchodzą struktury za oceanem? W Polsce jest inaczej!!! Nie musimy niczego papugować!!! Wydaje mi się, że warto spojrzeć inaczej. Chyba w każdej grupie AA od czasu do czasu jest organizowane specjalne spotkanie wykraczające swym zakresem poza zwykłe działania grupy. Na przykład mityng rocznicowy, informacyjny itp... Powołuje się komitet organizacyjny, który działa niezależnie od zadań grupy. W ten sposób nie rozprasza się uwagi członków, od bieżących wysiłków, na rzecz trzeźwości. Grupa obdarza swą odpowiedzialnością Komitet spełniając również funkcję kontrolną poprzez wybór głównego organizatora. On z kolei dobiera sobie odpowiednich współpracowników pośród członków grupy. Podobnie Konferencja powołuje przewodniczących zespołów regionalnych albo wyznacza organizatorów kolejnej Konferencji. Teraz łatwo już zrozumiemy przeniesienie części swej odpowiedzialności na kolejnych organizatorów Zlotów Radości przez BSK i równocześnie opiekuńczą obserwację przygotowań. W ten sposób, na przykład, doszło do zmiany miejsca Zlotu na bardziej spełniające oczekiwania BSK i Wspólnoty. Osobnym zagadnieniem było redagowanie warszawskiego Biuletynu MITYNG. Przez kilka lat, które poświęciłem redagowaniu tego pisma ani razu nie odczuwałem ingerencji w treść czy sposób redagowania. Może, dlatego tak bardzo czułem na sobie odpowiedzialność za publikowane treści, choć jednocześnie miałem wolną rękę w doborze materiałów. Rada Regionu czy Konferencja Regionalna przyjmowała jedynie informacje o pracy redakcji. Dzięki temu mogła więcej czasu poświęcić na bieżące działania. Decyzje wykonawcze były zawsze bezpiecznie ulokowane w samej redakcji a nie Radzie Regionu, choć do Rady należało zabezpieczenie niezbędnych funduszy operacyjnych. Pewnie każdy z nas słyszał kiedyś na swoim mityngu, żeby grupa nie gromadziła nadmiernie funduszy. Doświadczenia poprzedników wskazują, że koncentracji pieniędzy zawsze towarzyszy pokusa rządzenia, co jest wyjątkowo niepożądane dla nas. Ci, którzy obracali pieniędzmi często uzurpowali sobie taką władzę, że regułą stawały się polecenia, nie wspólne decyzje. Lepiej fundusze rozdzielić niż stwarzać pokusy. Przypuszczam, że takie właśnie obawy towarzyszyły decyzjom, gdy Zarząd Służb Światowych powoływał AA World Services, Inc. oraz AA Grapevine, Inc. Jednak, od czasu do czasu, pojawiają się głosy, aby dokonać połączenia tych przedsiębiorstw mając złudne nadzieje na uproszczenie księgowości, uzyskanie oszczędności podatkowych, czy nawet efektywności. A przecież chodzi o to, aby unikać koncentracji nie tylko pieniędzy, ale również władzy wykonawczej. Każda z tych instytucji wydawniczych posiada osobny, własny zarząd, kapitał, pracowników, biura i wyposażenie. Nie "zawraca głowy" Powiernikom swymi codziennymi sprawami, którzy z kolei mogą poświęcić więcej czasu i rozwagi na planowanie polityki AA zarówno bieżącej jak i długoplanowej. Ich uwaga nie jest rozpraszana na męczące szczegóły. Przekazując część swoich uprawnień filiom zyskali swobodę i mogą objąć spojrzeniem wszystkie sprawy AA. Coś bardzo ważnego. W celu utrzymania kontaktu z grupami, prowadzenia służb na całym świecie zorganizowane jest specjalne biuro/ GSO/. Ale i ono nie jest w stanie wszystkim odpowiedzieć. Dlatego Biuro wydaje cyklicznie informator o życiu Wspólnoty AA – BOX 459, takim odpowiednikiem w Polsce jest organ BSK – SKRYTKA 243, w którym odpowiada zbiorczo na listy, wyjaśnia wątpliwości. Jest jeszcze jedna ważna sprawa. Powiernicy zachowali sobie główną rolę kontrolną. To oni mianują dyrektorów podległych, choć samodzielnych jednostek. W ten sposób jest gwarancja wypełniania naszego głównego celu. Oczywiście na razie w Polsce nie ma potrzeby mianowania dyrektorami ludzi do wykonania potrzebnych zleceń natomiast, kto wie czy nie doczekamy się biur regionalnych z mianowanymi przez Zarząd Służb dyrektorami.
Pozdrawiam pogodnie Marek Warszawa 14 11 2005r.


SPOSTRZEŻENIA Z KONFERENCJI

Chciałbym podzielić się swoimi spostrzeżeniami z ostatniej Konferencji Służb Regionu AA Warszawa. Przez wiele lat służyłem Wspólnocie i wydaje mi się, że powinienem wyrazić swoje zaniepokojenie tym, czego byłem świadkiem. Nadmieniam, że nie jestem w tym momencie w żadnych służbach, lecz nie zwalnia mnie to z dbania o nasze wspólne dobro. Gdy widzę, że dzieje się coś niedobrego, to powinienem reagować i w możliwy mi sposób przekazać innym uczestnikom AA swoje obawy i spostrzeżenia, a także dzielić się swoim doświadczeniem. Od wielu lat ważniejszą sprawą niż niesienie posłania jest praca nad zmianą Karty Konferencji, wnoszenie następnych poprawek i debatowanie nad ich zaakceptowaniem przez Konferencję. Możemy wspólnie cieszyć się ilością przybyłych na Konferencję mandatariuszy, poprawiać statystyki i chwalić się tymi osiągnięciami, ale czy o to chodzi? Czy ilość przekłada się nad jakość? Przypominam, że głosowanie nad wnioskami przebiegło bardzo sprawnie, lecz ponownie zadaję sobie pytanie, gdzie jest popełniany błąd, że po rocznej pracy na Zespole Organizacyjnym żaden wniosek nie uzyskuje większości. Z kim te wnioski są omawiane, gdzie przedstawiane, jaką znajomość tych wniosków mają mandatariusze, którzy głosują na Konferencji? Nie myślałem nigdy, że doczekam takiej chwili, gdy ujrzę manipulację i osobiste wpływanie na oddających głosy nad wnioskami poprzez przedstawianie rekomendacji tylko przed niektórymi wnioskami, nie robiąc tego przed poprzednimi głosowaniami. Takie techniki manipulacyjne stosowane są w biznesie, nie mają nic wspólnego z dobrem drugiego człowieka, lecz z zaspokajaniem własnych ambicji. Budzi to moje obawy, że dzieje się coś niezgodnego z duchem AA. Nie cieszy mnie ilość w AA, lecz czyny i działanie ludzi na rzecz drugiego alkoholika. Po raz kolejny pytam: Czy o to chodziło naszym założycielom, gdy mówili „Zostawmy to w prostocie”? Przecież taki był motyw przewodni tej Konferencji. Myślę, że gdy do głosu dochodzi rozum, a serce nie jest włączane, to efekt końcowy jest zawsze taki sam. Dziś nie mam wątpliwości, że moje miejsce jest w grupie AA i tam zawsze będę czekał na drugiego człowieka w potrzebie, nie zadając mu żadnych pytań, nie dając do czytania żadnych Kart Konferencji czy Intergrupy. Po prostu będę przy nim, jeżeli będzie tego potrzebował. Mam wielką nadzieję, że moja kochana Wspólnota powróci do prostoty.

Z życzeniami pogody ducha,
Trzeźwiejący Alkoholik


MOJA TRZEŹWOŚĆ

Przez wiele lat, w okresie picia, ale także w pierwszych latach po odstawieniu alkoholu byłem przekonany, ze trzeźwość to tylko i wyłącznie abstynencja. Dopiero kilka lat temu zrozumiem istotną różnicę miedzy abstynencją i trzeźwością. To są dwa różne pojęcia. To pierwsze oznacza brak alkoholu w organizmie i nic więcej Dawne nawyki, stary sposób myślenia, reakcji, utrwalane przez alkohol i picie jeszcze długo pozostawały bez zmian i dominowały w moim codziennym życiu także w okresach abstynencji. Są to egoizm, egocentryzm, nieuczciwość, zakłamanie, dążenie do własnych celów kosztem innych i wiele innych nawyków sprzecznych z normami moralnymi, etycznymi także prawnymi, które jeszcze kilka lat temu były dla mnie naturalnymi. Dlatego po krótszych lub dłuższych okresach abstynencji wracałem do picia. Zacząłem trzeźwieć, gdy te ówczesne „wartości” zacząłem zastępować tymi prawdziwymi, a więc uczciwością, odpowiedzialnością, pokorą, wrażliwością na potrzeby innych, czyli ogólnie rzecz ujmując rozwijaniem duchowości.  Pracując nad nimi, odbudowując te wartości i kierując się nimi w codziennym życiu utrwalam swoją trzeźwość. Jednym z głównych wyzwalaczy powodujących moje picie były emocje, a szczególnie złość, brak umiejętności radzenia sobie z tym uczuciem, co przekładało się na niechęć do innych, wrogość, nienawiść. Dlatego uważam, że ten nieustający proces trzeźwienia to zdrowienie. Nie tylko fizyczne. Dla mnie bardziej istotne jest zdrowie duchowe. Bez niego i bez kierowania się w moim życiu wspomnianymi wartościami zamiast starymi nawykami nie byłoby trzeźwości, nie byłoby tez abstynencji, ponieważ najwyższą dla mnie wartością byłyby moje egoistyczne cele, w tym także alkohol. Dbając o zdrowie fizyczne czasem sam jestem w stanie udzielić sobie pomocy. Np. niegroźne skaleczenia czy katar. Zdarza się i tak, że konieczna jest pomoc lekarska. Podobnie jest ze zdrowiem duchowym.  Mityngi AA, terapie sprawiły, że potrafię dostrzegać w swoim myśleniu, zachowaniu niepokojące sygnały ostrzegawcze, ale bywa, że to nie wystarczy. Wtedy szukam pomocy innych ludzi: Wspólnota AA, terapeuci. Oni właśnie pełnią funkcję lekarzy. Z tym, że zwracam się do nich nie tylko w przypadku dolegliwości. Kontakty z innymi trzeźwiejącymi alkoholikami na mityngach i poza nimi to profilaktyka bardzo potrzebna w obydwóch wspomnianych formach zdrowienia.  Szczególnie w duchowym, ponieważ ból fizyczny odczuwam tylko ja, a z powodu moich zaburzeń w trzeźwości, z alkoholem czy bez niego cierpią także inni: najbliżsi, przyjaciele, np., gdy sprawię komuś przykrość. Dlatego zawsze będę pamiętał, aby tych zakłóceń było jak najmniej.
Pozdrawiam Wojtek
AA Warszawa

TRZEŹWOŚĆ, MOJA TRZEŹWOŚĆ

Zastanawiałem się, co mogę napisać o trzeźwości. Co będzie interesujące i co mi daje dziś bycie trzeźwym? Trudno napisać tak w pigułce, bo temat-rzeka i mógłbym sporo pisać, ale postaram się. A więc do dzieła. W czasie picia moje życie było szare, smutne i byłem sam. Nie chciało mi się żyć, ale też nie potrafiłem nic z tym zrobić. Żyłem jakby w letargu. Każdego dnia próbowałem sobie narzucić, że dziś będzie inaczej, ale to tylko był chwilowy zryw, który nigdy nie doczekał się realizacji. Mimo, że wszyscy mi mówili, że staczam się na dno, że rodzina mi się rozpada, że wyglądam jak zombi i że za chwilę stracę pracę, nie brałem tego na poważnie. Chyba to do mnie nie docierało. Dopiero praca nad sobą, na oddziale zamkniętym powoli otwierała mi oczy. Zacząłem widzieć  świat i swoje życie jakby w innym wymiarze. Oczywiście wcale nie podobał mi się ten świat. Nie wyobrażałem sobie życia bez gorzały, bo kto miał mi pomóc jak nie ona, chociaż dawno temu mnie zdradziła i sponiewierała. Ale ja nadal bałem się ją zostawić. Ciężka praca, zdejmowanie z siebie kolejnych „masek”, spowodowało, że poddałem się, uznałem bezsilność wobec alkoholu i przyznałem, że nie potrafię kierować swoim życiem. Krok 1 z programu AA to krok milowy w moim życiu. Na początku była to tylko abstynencja. Bałem się, że zapiję a to powodowało, że korzystałem ze wszystkiego, co mi dawała terapia, terapeuci i Wspólnota AA. Trochę po swojemu chciałem trzeźwieć, bo chciałem szybko zreperować to, co mogłem. Wielokrotnie słyszałem, „Marcin zwolnij”. Słuchałem tego i uwierzyłem w to, co mi mówili inni trzeźwiejący alkoholicy, którzy mieli większy od mnie staż trzeźwienia. Kiedy po raz pierwszy widziałem na mityngu tort i świeczki na nim, marzyłem, że chciałbym kiedyś też tak zrobić. No właśnie marzyłem, ale nie zdmuchnąłem swojej pierwszej ani drugiej świeczki. Myślałem wtedy, że nie ma się czym chwalić. Chociaż wywaliłem życie do góry nogami, nie czułem potrzeby zapalania tej świeczki. Kiedy zbliżała się moja trzecia rocznica terapeuta powiedział, abym końcu się zebrał i to zrobił. Jeśli nie dla siebie to dla innych ludzi, którzy przychodzą na mityng. Tłumaczył mi, że zdmuchując świeczkę daję przykład innym, że można. Moja wypowiedź, może spowodować, że ktoś znajdzie w niej kawałek siebie i dostanie impuls do trzeźwienia. Od tamtej 3 rocznicy, co rok w styczniu przychodzę na spotkanie tortowe i zapraszam znajomych. Dziś wiem, że to moja ciężka praca i ludzi dookoła, którzy mnie wpierali, spowodowały, że jestem trzeźwy. Dla mnie trzeźwość zaczęła się w momencie, kiedy przestałem pić i zacząłem pracować nad sobą i swoją chorobą. Ponieważ choroba alkoholowa jest nieuleczalna a można ją jedynie powstrzymać, należy pracować nad jej poznaniem, nad poznaniem siebie i swojego ciała, które często daje mi znaki, że coś się dzieje ze mną nie tak.   Po ukończeniu terapii, otrzymałem wiedzę i narzędzia. Dowiedziałem się, co to jest choroba alkoholowa, jak radzić sobie z nią, jak poradzić sobie z głodem alkoholowym czy z nawrotem choroby. Mitingi pozwalają mi na rozładowanie emocji, przez wypowiedź na mitingu, a nie raz wystarczy mi tylko przyjść i posłuchać tego, co mówią inni alkoholicy. Bardzo ważnym elementem dla mnie, kiedy przestałem pić i nie chciałem wrócić do picia, było poznanie i realizowanie programu 12 Kroków AA. Można ten program „przerabiać” ze sponsorem, na warsztatach krokowych, indywidualnie  lub grupowo. Każda z wymienionych możliwości pracy na Krokach jest indywidualnym podejściem, każdego alkoholika. Dla mnie program 12 Kroków AA to sposób na teraźniejsze życie. Nie wyobrażam sobie inaczej teraz funkcjonować. Trzeźwość jest na pierwszym miejscu w moim życiu. To, co robię, planuję, to robię pod względem mojego trzeźwego życia. Chociaż w styczniu minęła mi 8 rocznica trzeźwości to nadal stosuję zalecenia dla trzeźwiejących alkoholików. Nie kupuję alkoholu, nie daję w prezencie, nie biorę takich prezentów. Mijam zakrapiane alkoholem imprezy, odciąłem się od „pijanego” towarzystwa. Ale pamiętam o tym wszystkim sprzed terapii. Pamiętam, ale nie żyję tym. Nie rozpamiętuję tylko pamiętam, co może się zdarzyć jak, kiedyś najdzie mnie ochota po sięgnięcie po gorzałę. Trzeźwość dla mnie to też odbudowa relacji z bliskimi, zadbanie o swoje zdrowie, powrót do zainteresowań a także możliwość realizacji swoich małych marzeń, które w okresie picia, były rzeczami z kosmosu a niepicie było tak nierealne jak wygranie 6 w totka. Trzeźwość to także uczciwość wobec siebie i innych osób a także powrót do modlitwy i wiary w Boga, a modlitwa o Pogodę Ducha to motto mojego życia. Podsumowując, dla mnie alkoholika, trzeźwość to niepicie i robienie małych kroczków dalej, aby być szczęśliwym, opierając się na terapii, pracy na Krokach, mitingach i na drugim trzeźwiącym alkoholiku, który jak żadna inna osoba rozumie to co do niego mówię. Tak ja to widzę i stosuję a każdy inny alkoholik, może mieć swoją, inną drogę trzeźwienia, która mu pomaga w niepiciu i byciu trzeźwym.                                                                 
                                                                                                              Marcin AA


TRADYCJA PIERWSZA

Wersja krótka: Nasze wspólne dobro powinno być najważniejsze; wyzdrowienie każdego z nas zależy, bowiem od jedności anonimowych alkoholików.
Wersja pełna: Każdy członek Wspólnoty Anonimowych Alkoholików jest tylko małą cząstką wielkiej całości. AA musi trwać nadal, bo inaczej większość z nas zginie. Toteż nasze wspólne dobro znajduje się na pierwszym miejscu. Ale dobro jednostki jest tuż za nim.
Nasze wspólne dobro jest najważniejsze jak ciężko mi Adrianowi Alkoholikowi było i czasami jest o tym pamiętać. Dzisiaj, kiedy nie piję już jakiś czas, program pomógł mi się poznać i rozwinąć. Wiem jak sobie radzić w trudnych sytuacjach dzięki krokom i sponsorowi. Jak że często zapominam o tym, co jest ważne, czyli dobro ogółu. Tradycja pierwsza przypomina mi o tym, że nie ja jestem najważniejszy i że nie tylko moje zdanie się liczy, uczy mnie pokory. Tradycja ta jest początkiem mojej zmiany funkcjonowania w każdej wspólnocie, pokazuję mi, że nie jest najważniejsze to, co ja chcę tylko dobro ogółu.   W skrócie mówiąc tradycja ta równa się miłość – miłość, która nie ocenia, nie walczy, która traktuje wszytki jednakowo i ma główny cel wspólne dobro. Dlatego też ta tradycja jest, jako pierwsza, bo bez wspólnego dobra nie uda mi się zrobić nic dobrego dla wspólnoty, chciałbym robić tylko coś, co mi pomorze. Prawdziwa służba płynie z głębi serca i jest szlachetna. Jestem częścią tego dobra. I tylko poprzez swoją postawę mogę coś zmienić.
W sferze zawodowej tradycja uczy mnie wspólnego dobra firmy, nie tylko mojego. Zawsze liczyłem się w pracy tylko ja, innych traktowałem z góry i z dystansem nie dając prawa do popełniania błędów do bycia sobą. Wywierałem nacisk i presje, zastraszałem wręcz ludzi. Dzięki tradycji pierwszej uczę się, że nasze wspólne dobro jest najważniejsze, że nie liczy się tylko to, co ja chcę i moja wizja, ale ważne są potrzeby całego zespołu, że tak naprawdę tworzymy jedną wielką całość, począwszy od pani sprzątającej, przez szeregowych kucharzy aż do właściciela. Nie ma lepszych i gorszych każdy ma swoje obowiązki, za które otrzymuję wynagrodzenie.  Jako współpracownicy tworzymy niezależną grupę, która ma swoje prawa i obowiązki, ważne jest dobro nas wszystkich. Moje ambicje nie są najważniejsze. Liczy się dobro całego zespołu. W rodzinie Tradycja ta pokazuje mi, że liczy się cała rodzina. Że równe są potrzeby moje i żony jak również naszego syna. Jak często zapominałem o potrzebach mojej żony, wychodząc z domu, bo mam ważne sprawy w AA. Nie rozmawiałem z nią o tym, co jest dobre dla nas, tylko robiłem to, co wydawało się dobre dla mnie. Dzisiaj uczę się rozmawiać o tym, poznawać jej punkt widzenia. Wspólnie decydować o nas. Przede wszystkim słuchać.  Uczę się odsuwać moje ambicje na bok. W dniu dzisiejszym żona chciała iść na spacer, ja nie chciałem, bo mam dużo pracy i po chwili naszła mnie refleksja czy to nasze wspólne dobro?. Szybko wstałem i poszliśmy z żoną na spacer. I to są moje małe wielkie zwycięstwa nad moimi wadami. Dzięki tradycji pierwszej zacząłem zwracać większą uwagę, na potrzeby innych członków rodziny. 
Adrian AA

TRZEŹWOŚĆ

Moja trzeźwość? Trudno mi stwierdzić jednoznacznie, kiedy się zaczęła i czy jest to już proces zakończony. Czasami myślę, że bardziej już wytrzeźwieć się nie da, że dalej to już jest mój indywidualny rozwój na podstawie swoich i innych doświadczeń. A zaczęło się to parę lat temu od decyzji, lub jak kto woli, od aktu rozpaczy, po którym rozpocząłem terapię w ośrodku uzależnień. Wtedy jeszcze (teraz już tego nie ma – a szkoda), w chwili rozpoczęcia terapii dostałem „kartę mityngową” z 24 rubrykami. Warunkiem kontynuacji leczenia było systematyczne uczęszczanie na mityngi Anonimowych Alkoholików i uzupełnianie owych rubryk podpisami prowadzących mityng.. Przyznam szczerze, że wtedy po raz pierwszy usłyszałem o Wspólnocie AA. Pierwszy raz! A przecież kilkanaście lat temu, też byłem na terapii, dwa lata pilnie chodziłem, skończyłem ją i ani razu nie usłyszałem o mityngach, czy Wspólnocie. Później jeszcze przez trzy lata trwałem w abstynencji, czerpiąc siłę z powoli wietrzejącej wiedzy nabytej na terapii. W końcu wystarczyła chwila nieuwagi i 25 gramów alkoholu by powrócić do czynnego alkoholizmu na 11 lat. Wrócę teraz do początku drugiej terapii. Zacząłem pilnie i szybko uzupełniać rubryczki w karcie mityngowej, uczęszczałem na mityngi w różnych miastach. Myślą przewodnią wtedy było: czym prędzej wypełnić kartę, zakończyć ten etap i zająć się z uwagą terapią. Teraz z perspektywy czasu widzę, że już wtedy obok mnie stanęła moja Siła Wyższa, mój Bóg i tak pokierował moim losem bym powoli i systematycznie rozpoczął proces trzeźwienia. Mogłem trafić zupełnie inaczej, ale ja trafiłem na terapię prowadzoną przez trzeźwego alkoholika. Moja terapia wstępna – trwająca 9 miesięcy – polegała na systematycznym przerabianiu pierwszych trzech Kroków Anonimowych Alkoholików. Moje myślenie o AA i o mityngach zmieniało się. Przyjazne powitanie, opieka, dzielenie się swoim doświadczeniem, poczucie, że nie jestem sam, że mam do kogo zadzwonić, że mam przyjaciół zawsze służących pomocą, to zasługa ludzi, których spotkałem na mityngach. Powoli, chęć szybkiego „zaliczenia” 24 mityngów, przerodziło się w pragnienie uczestniczenia jak najczęściej w tych spotkaniach. Nie potrafię tego wyjaśnić w sposób logiczny, ale czułem po prostu taką potrzebę, mimo pracy na dwóch etatach (tu też wykonał działanie mój Bóg, że z żadnej nie wyleciałem) i spotkaniach terapeutycznych cztery razy w tygodniu. Mijały tygodnie, systematycznie przyswajałem wiedzę, systematycznie coraz więcej dowiadywałem się o Wspólnocie, że są tam służby, że są one rotacyjne, że może kiedyś i ja dostąpię tego zaszczytu. Dużo jeszcze wtedy było we mnie chęci pokazania się, moje ego domagało się zaszczytów i adoracji, tym się wtedy kierowałem. No i jeszcze ten brak cierpliwości, mając w pamięci swój pięcioletni okres abstynencji, chciałem teraz jak najszybciej nadrobić „stracony” czas. Moje chciejstwa burzyły mój spokój, nie pozwalały na właściwe rozumienie tego, co było bardzo istotne, tego, o czym było każde ze spotkań na terapii: jesteś bezsilny, nie kierujesz, uwierz i na końcu powierz, wtedy odzyskasz choć namiastkę spokoju i akceptacji tego świata. Nie umiałem tego, choć bardzo się starałem. Pod koniec terapii wstępnej terapeuta, kiedy wychodziłem ze spotkania, szepnął mi kolejne dziwne zdanie, którego wcześniej nie słyszałem. Powiedział: „Poszukaj sobie sponsora w AA”. W pierwszej chwili pomyślałem, że coś mu się pomyliło, przecież materialnie jestem stabilny, więc to nie do mnie, chyba, że chodzi o coś innego. W tym czasie tam gdzie chodziłem na mityngi o sponsorowaniu na Programie niewiele lub wcale nie mówiono, trudno było nie tyle znaleźć, co w ogóle dowiedzieć się czegokolwiek o sponsorowaniu. I tu znowu zadziałał mój Bóg, kolega na mityngu położył na stole informację o warsztatach sponsorowania w Warszawie, a więc niedaleko a i termin nie kolidował z moimi planami. Pojechałem, słuchałem a ja nie mogłem się nadziwić. To też są alkoholicy? Tacy swobodni, elokwentni, wypowiadają się bez żadnych oporów, pewni i opanowani. Mieli wszystko, o czym marzyłem, czego mi było potrzeba. Dzięki mojemu ego - chciałem się znowu pokazać, udowodnić, jaki jestem ważny – podszedłem w czasie przerwy do jednego z prowadzących warsztaty, by pokazać, że go znam, że coś znaczę (niech inni patrzą i mnie podziwiają), a on od razu zorientował się, że moje trzeźwienie jest jeszcze w powijakach. Skierował mnie do swojego przyjaciela i w ten sposób bez pytania mnie o zgodę pozyskałem sponsora i rozpocząłem pracę na Programie AA. Od tego momentu minęły trzy lata. Od tego momentu przerobiłem cały Program 12 Kroków, 12 Tradycji i rozpocząłem z drugim sponsorem pracę na 12 Koncepcjach Wspólnoty AA. Wdzięczny jestem mojej Sile Wyższej, że mój proces trzeźwienia przebiegał tak szybko. To zaledwie trzy lata. Fakt trzy lata intensywnej pracy. W ciągu tych lat poznałem siebie, a co ważniejsze zaakceptowałem swoją osobę, pozbyłem się paru wad, zacząłem doceniać swoje zalety, wyjaśniłem wiele spraw, z wieloma osobami się pogodziłem, wiele przeprosiłem tak jak potrafiłem najlepiej. Nauczyłem się żyć uczciwie i w zgodzie, zaakceptowałem swoje miejsce w społeczeństwie, a co najważniejsze wiem już, co znaczy przyznać, uwierzyć i powierzyć. To jest moja trzeźwość, to jest spokoje życie w zgodzie z drugim człowiekiem, to jest świadomość mojej choroby i konsekwencji, jakie ta choroba niesie. To jest w końcu to, co jest na dzień dzisiejszy dla mnie i mojego zdrowia najważniejsze, to akceptacja, tolerancja i pomoc drugiemu człowiekowi, bez warunków wstępnych, kiedy tylko o nią poprosi. Przez te trzy lata wiele się zmieniło nie tylko w mojej psychice i podejściu do życia, ale i w mojej Wspólnocie. Tak nie przejęzyczyłem się, jest ona moja. Dlaczego? Widzicie, terapię już dawno skończyłem, niezaprzeczalnie dużo z niej wyniosłem i nie tak jak kiedyś, zapomniałem o niej, cały czas jest w mojej pamięci, ale Wspólnota jest ze mną, na co dzień w postaci mityngów, podopiecznych, telefonów od przyjaciół, detoksów, służb na grupach czy na Intergrupie. Potrafię pogodzić to wszystko z życiem rodzinnym i pracą zawodową, potrafię ze spokojem stawić czoło problemom codziennym jak i tym niecodziennym, trudniejszym, wymagającym więcej uwagi i poświęcenia. Jesteśmy obecnie szczęśliwym małżeństwem, mamy już dorosłe dzieci, które powoli akceptują trzeźwego ojca, mamy wnuczki, z których jedna nie widziała dziadka pod wpływem alkoholu. To jest moja trzeźwość to jest taki stan, którego wcześniej nie potrafiłem sobie nawet wyobrazić. Czy to koniec drogi? Nie, moja Wspólnota opiekuje się i dba bym nie utracił tego skarbu, jaki dostałem. Świadom jestem faktu, że mogę go utracić, pamiętam czas, kiedy zaniedbałem i zlekceważyłem moją chorobę. Jestem w służbach Wspólnoty, dbam o jej dobre imię, dbam o jej jedność, której zwłaszcza teraz jest tak bardzo potrzeba. Mam nadzieję, że się mylę, że to tylko moje ukierunkowane spojrzenie, które trochę mnie martwi i niepokoi, które powierzam mojej Sile Wyższej. Będąc na różnych mityngach, czy warsztatach zauważam (a może ja tylko tak to odbieram – oby), jakby Wspólnotę „dwóch prędkości”, myślę, że to przejściowe i, że to właśnie wpływ tych zmian, które w ciągu krótkiego upływu czasu zaszły we Wspólnocie. Powstało wiele grup tak zwanych „programowych”, pojawiło się słowo mityngi „staropolskie”. I na jednych, i na drugich są tacy sami alkoholicy, na jednych i drugich jest jeden główny cel. I jak słyszę głosy krytyki, czy to z jednej czy z drugiej strony, robi mi się przykro. Nie o to chodziło chyba dr Bobowi, kiedy mówił: „jakby ścisnąć ten Program zostałaby miłość i służba”. Tym się kieruję, tym jest na dzień dzisiejszy moja trzeźwość, to są wartości, którymi się kieruję. Dzisiaj rozumiem jak ważne są pierwsze trzy Kroki, ale doceniam również wagę pierwszych trzech Tradycji.  I jedne, i drugie tworzą fundament, którego przez 81 lat nic nie potrafiło zniszczyć, myślę i wierzę, że naszą Wspólnotę te wartości będą tylko wzmacniać, mimo przeobrażeń i zmian, jakie nam towarzyszą. Jestem kroplą w oceanie Wspólnoty, ale kroplą świadomą swojego znaczenia, gdzie moja trzeźwość ma istotne znaczenie. Życzę wam jasnego umysłu, zdrowego rozsądku i trzeźwego myślenia.  Pogody ducha i słonecznych dni.            
                                                                                                AA


SŁUŻBA I POSŁANIE

Jestem Alkoholikiem. Prawda jest taka, że odkąd zacząłem systematycznie chodzić na mityngi AA, odkąd codziennie czytam literaturę AA, odkąd codziennie rozmawiam z drugim AA, odkąd służę grupom i Wspólnocie AA, odkąd w jakikolwiek możliwy sposób niosę posłanie AA, roznoszę ulotki, jeżdżę na dyżury w PIK, moje życie jest takie, jak w codziennych refleksjach AA. Często spotykam się z tym, że na spotkania AA przychodzi ktoś ostro rozpowszechniający zapach alkoholu. Na początku mojego uczestnictwa w AA słyszałem i widziałem, że takich współbraci traktowano ze szczególnym wyróżnieniem np. ",jak się nachlałeś to lepiej idź tam gdzie piłeś, bo my tutaj jesteśmy trzeźwi i pijani nam przeszkadzają". Cytat, co prawda niedosłowny, ale jak najbardziej prawdziwy. Słuchając takich wypowiedzi, w duchu, po cichu modliłem się,, O mój Boże, dziękuję Ci, że tak pokierowałeś moim pijackim życiem, i najpierw poprzez dyrekcję i kolegów z mojej pracy, wysłałeś mnie do Szpitala psychiatrycznego w Otwocku, bo chyba gdybym wtedy Twojej woli nie wykonał, to dziś mogłoby mnie już nie być wśród żywych". Gdybym przyszedł na mityng AA pod wpływem alkoholu to chyba by mnie wygonili i kazali przyjść, gdy będę trzeźwy. Dziś wiem co to znaczy zakłamanie, dziś wiem co to alkoholizm, dziś wiem, że gdybym nie wylądował w psychiatryku, to w AA mogliby mnie nie przyjąć. Niedawno w pewną środę, mój brat cioteczny u obcych ludzi pod stodołą dokonał żywota. Chyba nie dał już rady wejść do stodoły i upadł. W piątek po południu syn gospodarza z kolegą przyjechali po siano i oczom ich ukazał się sztywny denat. Pojęcia nie mam czy on kiedykolwiek słyszał, że jest szansa, pojęcia nie mam czy on kiedykolwiek miał w ręku ulotkę, czy on kiedykolwiek słyszał o AA, czy on kiedykolwiek był w AA, czy może był, ale śmierdział i został wyproszony. Od niego już się nie dowiem, ale wiem na pewno, że ja nie zdążyłem mu powiedzieć o tym, że jest szansa na JESZCZE JEDEN DZIEŃ. Wiem, że chciałem spotkać się z nim (kiedyś), odkładałem to, bo w AA często słyszę, że aby nieść posłanie trzeba mieć długi staż niepicia i mieć wiedzę na ten temat. Dziś to wiem, dziś jestem mądrzejszy o doświadczenie, którego nie doświadczyłem. Jego już wśród żywych nie ma i ja na pewno jemu już posłania AA nie zaniosę, ja już mu nie powiem: „Bracie jest szansa”. Trzecia tradycja AA mówi o pragnieniu zaprzestania picia a ja tylko chciałem może kiedyś i jemu o tym powiedzieć. Czas szybko zweryfikował moją trzeźwość. Nie znaczy to, że dziś mam do siebie żal, ale po raz kolejny Pan Bóg poprzez drugiego człowieka pokazuje mi, z czym mam do czynienia. Wracam czasami pamięcią do moich pierwszych dni w AA i dziś grzechem byłoby, jeśli powiedziałbym, że tylko dzięki silnej woli nie piję. Dziś po raz kolejny na spotkaniu był śmierdzący alkoholem kolega. Kiedyś moja pycha tak mną pokierowała (byłem prowadzącym na spotkaniu) a sumienie grupy (składające się przeważnie z wieloletniego zabobonu dmuchania świeczek) tak mi w tym dopomogło, że ten kolega wcześniej wyszedł ze spotkania. Kilka dni później znowu pojawił się na spotkaniu a ja w swojej złośliwości ucieszyłem się, że go widzę i kiedy oczy i głosy starszyzny zaczęły znowu domagać się usunięcia go ze spotkania, ja jakoś tak bezmyślnie wziąłem do ręki trzecią tradycję i mimo głosów niezadowolenia, przeczytałem ją sobie i innym uczestnikom spotkania. Kolega do dziś przychodzi do nas, czasami zostaje ze mną po spotkaniu, pomaga w umyciu szklanek i po prostu rozmawiamy. Ja = (moje EGO) jako trzeźwy, inteligentny, przystojny i och, och i ach ach, facet nie bardzo przepadam za jego towarzystwem, jakoś nie bardzo zależy mi na byciu jego kolegą czy jeszcze czego, ale przyjacielem? To moje Ego działa, ale gdy tylko zamykam oczy, zaczynam słuchać głosu, zamykam oczy Ego i przypominam sobie jak kilka lat temu usłyszałem, co mówił do niego inny alkoholik nazywający się weteranem i autorytetem "Wystarczy, że będziesz tylko tutaj przychodził, napijesz się kawy, pochrupiesz paluszków, od czasu do czasu może coś lepszego się trafi a na zimę załatwię Ci drewna na opał abyś nie zamarzł w chałupie, a może i robotę jakąś Ci się załatwi”. Sytuacja wygląda dosłownie tak: Weteran, autorytet notorycznie na spotkania spóźnia się i wchodzi egocentrycznie, na temat służenia ma odpowiedź, że nie musi, może na emeryturze o tym pomyśli. Nie użalam się tutaj, bo nie o to mi chodzi. Sprawa przedstawia się tak, że kto, z kim przestaje takim się staje. Błądzący kolega wchodzi na spotkanie w trakcie spotkania, najczęściej już po przeczytaniu tematów, pierwsze co, to szuka kawy, robiąc przy tym niemało zamieszania, potem innym uczestnikom spotkania inkasuje paluszki i nie mając pojęcia o tematyce spotkania podnosi rękę i zgłasza się do wypowiedzi. Zabiera głos złorzecząc wszystkiemu innemu, no i niestety w trzeciej tradycji stosuję tradycję pierwszą a jeśli i tego może być mało to mam jeszcze tradycję drugą i inne. Natomiast zawsze staram się nie dopuścić, aby kogoś wyproszono ze spotkania AA. Mnie do AA nikt nie zapraszał, mnie nikt ulotki o AA przypadkiem nie podrzucił (nawet wtedy kiedy niejednokrotnie byłem na dołku czy leżałem na przystanku albo gdzieś na chodniku, albo gdzieś na wsi pod płotem), mnie nikt nie powiedział, że jest szansa. Ja wstydziłem się psychiatryka, bałem się zamknięcia w czymkolwiek i gdziekolwiek. Byłem zamknięty w butelce i nie wiedziałem, co to AA. Być może trzeźwiejący na programie, ze sponsorem, na warsztatach ANONIMOWY alkoholik przechodził obok mnie leżącego i śmierdzącego, być może brzydził się moim widokiem. Nie mam o to do nikogo pretensji. Dziś cieszę się że nie piję, dziś jestem wdzięczny Bogu, że pokierował mnie do AA. Często słyszę, że kiedyś do AA się przyjmowało, teraz się wstępuje. Co za różnica? Na początku słyszałem, że najważniejsza jest ANONIMOWOŚĆ. Tak to prawda, anonimowość jest ważna, ale wcale nie najważniejsza. Teraz wiem, że najważniejsza jest trzeźwość i pomoc innym. Byłem w bardzo wielkim błędzie myśląc, że samo niepicie poprawi moje życie. W moim życiu samo niepicie bardzo mocno pokomplikowało moje, i moich bliskich, życie. W AA mam żal do tych, którzy nowo-przybywającym osobom powtarzają starą i tą samą śpiewkę " w AA nic nie musisz.” Kiedy przestałem być ANONIMOWY wobec samego siebie, Boga i drugiego człowieka, zauważyłem, że staję się innym człowiekiem. Zamieniłem ANONIMOWOŚĆ na trzeźwość. Dziękuję Bogu za AA i staram się jak najczęściej chodzić na spotkania AA, pytać i służyć AA, rozmawiać o AA, pytać o niesienie posłania. WE WSZYSTKICH MOICH POCZYNANIACH. Pogody ducha życzę.

Alkoholik 

TRZEŹWOŚĆ TO ROZWÓJ

Pierwszy raz na terapię i do AA trafiłam prawie dwadzieścia jeden lat temu. Uważałam, że pochodzę sobie przez rok, nauczą mnie tam jak pić by się nie upijać, a gdy będę to umiała to już wtedy będę trzeźwa, bo nikt mnie nie będzie widział pijanej. Miałam wtedy 33 lata i usłyszałam tam niestworzone rzeczy, a mianowicie, że nie ma powrotu do kontrolowanego picia. Jak to mam już się nie napić, to jak mam się bawić, co powiedzieć rodzinie, jak się zachowywać gdy inni będą pili? Był to na tamten czas dla mnie koszmar, więc wytrzymałam tylko coś około ośmiu miesięcy i stwierdziłam, że żaden pijak ani terapeuta nie będzie mówił mi jak mam żyć. Gdy po siedmiu latach powróciłam do Wspólnoty i na terapię wyobrażałam sobie, że trzeźwość osiągnę wtedy, kiedy będę ślepo słuchać i robić to, co mówią terapeuci i ludzie ze Wspólnoty. Co prawda nie miałam zgody na życie bez kieliszka, ale ślepo wykonywałam to, co inni mówili, a więc było hobby (robiłam na drutach i czytałam książki), był rozwój (chodziłam do szkoły i na terapię), była duchowość (studiowałam biblię i chodziłam na zebrania Świadków Jehowy). Była praca zawodowa (po 15 godzin dziennie czasami trzy dni pod rząd). Były służby w AA i klubach abstynenta (mandatariusz i raz w tygodniu prowadziłam bibliotekę w Klubie). Ponadto dom i rodzina. Wydawało mi się, że trzeźwieję, tylko w tym wszystkim zabrakło mnie samej, i po roku znów piłam, ponieważ wcześniej nie umiałam się zatrzymać i samą siebie zapytać, co się ze mną dzieje. Wpadłam w taki nawrót, że nawet moi terapeuci się nie zorientowali. W między czasie było siedem wszywek esperalu, jakieś branie anticolu. Wszystko zapijałam, ale za każdym razem uważałam, że gdy nie piję jestem trzeźwa. W tych czasach, kiedy nie piłam, moje zachowania były zupełnie pijane. Chciałam by wszyscy robili to, co ja, a kiedy postępowali inaczej to albo się kłóciłam albo wpadałam w histerię. Miałam same oczekiwania od ludzi, które były moim źródłem rozczarowań. Za swoje picie obwiniałam wszystkich tylko nie siebie. Nie widziałam, iż nie daję sobie rady sama ze sobą i to zapijam. Nie miałam spokoju ducha i cały czas byłam zgorzkniała i samotna, a i to zasłaniałam fałszywym poczuciem humoru. Oczywiście w tym okresie nie był mi potrzebny drugi człowiek, ponieważ ja wiedziałam wszystko lepiej. To doprowadziło do tego, że byłam całkowicie samotna ze swoimi lękami i rozczarowaniami, nie mając za grosz równowagi psychiczno –fizycznej. Siedem lat temu osiągnęłam bardzo niskie dno i pierwszy raz poprosiłam o pomoc swoją nauczycielkę (chodziłam w tym czasie do liceum). I to był mój pierwszy krok do osiągnięcia trzeźwości. Jakoś bardzo szybko zrozumiałam, że gdy chcę być trzeźwa to muszę być uczciwa. Na początku było mi bardzo trudno, ponieważ żyłam do tej pory w ciągłym zakłamaniu i tak naprawdę nie wiedziałam, co to jest prawda, ale powoli uczyłam się tego. Nie twierdzę, że jestem kryształowo uczciwa wobec innych, ale przynajmniej do tego dążę, natomiast wobec siebie jestem bardzo surowa, dlatego też staram się nie zakłamywać żadnego mojego złego czynu. Takim prozaicznym przykładem może być to, że kiedyś, kiedy jechałam na gapę twierdziłam, że ja nie mam kasy, a ZTM jest bogaty. Dziś otwarcie mówię, że kiedy jadę bez biletu (choć rzadko mi się to zdarza) to okradam ten zakład. Drugą rzeczą, którą też w miarę szybko zrozumiałam było utrzymanie równowagi psychiczno-fizycznej. Nie było to rzeczą łatwą, ponieważ moja sinusoida nastrojów była tak rozkołysana, że albo płakałam, krzyczałam, złościłam się i rozczulałam albo śmiałam się z byle, czego i byłam szczęśliwa. Przywrócenie tej równowagi wymagało ode mnie długiej i żmudnej pracy nad sobą. Najpierw przez dwa lata bacznie obserwowałam siebie, chodziłam po mitingach i w emocjach mówiłam, co się ze mną dzieje (niejednokrotnie ze łzami w oczach). Do dziś pamiętam jak przyjaciółka mówiła, że chce mi się chlać a ja uparcie obrażałam się na nią twierdząc, że ględzi głupoty. Później musiałam nauczyć się słuchać i zacząć na własnej osobie sprawdzać czy dana rzecz jest prawdą. I tak na przykład, kiedy mi mówiono, że czując do kogoś urazę robię tylko sobie krzywdę - nie wierzyłam. Uwierzyłam dopiero, kiedy przejechałam pół Warszawy ze złością do pani, na którą się zdenerwowałam w tramwaju, obmyślając, co ja jej zaraz powiem i nie zauważając, kiedy ona wysiadła, zrozumiałam, jaką krzywdę zrobiłam sobie. Z pokochaniem siebie i wybaczeniem sobie też miałam nie lada problem. Nie umiałam zrobić jednego ani drugiego dopóki nie znalazłam się w Strzyżynie i nie zaczęłam pracować nad sobą na programie 12 Kroków. Wtedy zrozumiałam, że nie będę umiała kochać innych póki nie pokocham siebie i póki nie wybaczę sobie, nie będę umiała wybaczyć innym. Czyli jednym słowem cały proces trzeźwienia muszę zacząć od siebie. Właśnie – proces, ja chciałam już natychmiast a tu się okazało, że trzeźwienie jest procesem, który trwa całe życie i nie wystarczy odstawienie kieliszka by być trzeźwym. Ciągle słyszałam o zmianie sposobu myślenia, tylko zastanawiałam się jak to zrobić. I tu pomogło mi zaglądanie w głąb siebie aż do dzieciństwa, gdzie odkryłam małą skrzywdzoną dziewczynkę, która nie umie się obronić, i która doskonale działa w życiu dorosłym, ale, przez, którą czuję się inna, samotna, nieufająca ludziom, i która stawia przed sobą wielki mur, który ma ją obronić. Dziś cegiełkę po cegiełce wyciągam z tego muru i choć niejednokrotnie boli, to dzięki temu nabieram zaufania do ludzi i staję się panią Joanną a nie małą skrzywdzoną Asią. I choć podpisuję się Asia i lubię, gdy przyjaciele tak się do mnie zwracają, to w rzeczywistości jestem dorosłą kobietą, która coraz mniej boi się skrzywdzenia, odrzucenia, bo dziś umiem się obronić. Dziś trzeźwienie jest dla mnie ciągłym rozwojem duchowym umysłowym i fizycznym. Jest też procesem, w którym zmieniam swój sposób myślenia, reagowania na różne sytuacje życiowe i dążeniem do doskonałości, ale nie bycie doskonałą, ponieważ jestem człowiekiem, który ma prawo do błędu.

Asia AA


DZIEWIĘĆ LITER

Te dziewięć liter, którym w naszym ojczystym języku tworzą słowo trzeźwość kryją w sobie dla mnie moje jestestwo, mój związek z rzeczywistością, to, że dzisiaj żyję tu i teraz. Jestem dzieckiem Boga - jakkolwiek go pojmuję, trochę wyrośniętym i już nie w dziecięcych ubrankach. Pamiętam, jak żyłem, jak nie przywiązywałem wagi do wielu spraw. Po prostu żyłem tak, jak mi się podobało i jak było mi wygodnie. Był czas pogardy dla wszystkiego i wszystkich. Nawet dla siebie samego. W taki sposób osiągnąłem dno. Mimo tego Bóg był cały czas przy mnie, choć wtedy nie zdawałem sobie z tego sprawy. Moim celem było picie.     Wspólnota, do której trafiłem dała mi abstynencję, a w dalszej perspektywie trzeźwość. W tamtym czasie nie rozumiałem, czym jest trzeźwość i jakie znaczenie będzie miała dla mnie przez 24 godziny. Trzeźwość kojarzyłem z brakiem zawartości alkoholu we krwi i to wszystko. Rozpatrywałem ją w systemie zero - jedynkowym: pijany lub trzeźwy. Dziś, z perspektywy czasu i doświadczeń, trzeźwość to dla mnie stan, w którym jestem pisząc te kilka słów. Trzeźwość to ja sam, taki, jaki jestem dzisiaj, w określonym miejscu i czasie. Trzeźwość to moja postawa, moje zachowanie, moje zaangażowanie w pracę i w rodzinne obowiązki. Trzeźwość to zdrowy rozsądek, mądrość życiowa w różnych momentach, to spokojne rozwiązywanie spraw i problemów. To także mój wkład we Wspólnotę Anonimowych Alkoholików, dzięki której oprócz korzyści z nowego życia, mam także świadomość obowiązku niesienia posłania tym, którzy wciąż jeszcze cierpią. Trzeźwość to także spokojne, wręcz pokorne przychodzenie we wtorki na mityngi i otwieranie sali. To także kolportaż literatury. To również chęć bycia dobrym człowiekiem, nie tylko członkiem AA, ale także facetem, który dzisiaj ma pełną świadomość swojej ułomności i omylności. Trzeźwość to patrzenie na świat z perspektywy programu 12 Kroków i 12 Tradycji. To również okazywanie drugiemu człowiekowi zrozumienia. To chłodny umysł i reakcja poparte przemyśleniami. Czy zawsze mi się to udaje? Nie. Żyję, więc jestem narażony na różne bodźce z zewnątrz. Jednak trzeźwość pozwala mi być coraz częściej normalnym, zwykłym facetem, który swoje ego potrafi poskromić i utrzymać w ryzach. Trzeźwość to także powód, dzięki któremu dzisiaj żyję. To dzięki niej mogłem dzisiaj siekierą porąbać drewno do kominka i nie zrobiłem sobie krzywdy. Również dzięki niej mogłem obejrzeć mecz Polska-Szwajcaria sam w domu, bez wrzasków i krzyków, ale w pełnej jedności z naszymi piłkarzami. Trzeźwość to nuta optymizmu po skończonym dniu. To przygotowany samodzielnie obiad. To sms do przyjaciela i córki. To też rozmowa telefoniczna z córką, rozmowa ojca z dzieckiem. TRZEŹWOŚĆ to taki, jaki jestem dzisiaj, ze swoim lenistwem, krytykanctwem, niekiedy bałaganiarstwem i przekładaniem niektórym spraw na jutro. To także mój wgląd w siebie i codzienny wieczorny obrachunek z tego, co było, co zrobiłem, a czego nie dałem rady wykonać. Trzeźwość to po prostu moje życie takim, jakim je sobie czynię z pomocą Boga i drugiego człowieka. Trzeźwość to też możliwość świadomego słuchania śpiewu ptaków i podziwiania zachodów słońca, wąchania kwiatów i powietrza po deszczu, słuchania mruczenia kota i radość z nowo kupionej książki, przeżywania osiągnięć swoich i najbliższych, to umiejętność bycia tu i teraz. Dziś trzeźwość to ja.
Mirek -Mirafiori


ZZA KRAT
WARSZAWA, 2016-05-17

Na terapię zamkniętą na Oddziale Uzależnień w Otwocku, zdecydowałem się dlatego, żeby nie trafić do więzienia. Nie uważałem się za alkoholika, więc terapia była mi potrzebna tylko po to, żeby mieć papier dla Sądu. Ukończyć ją jednak musiałem i to z dobrym wynikiem. Uznałem więc, że skoro muszę się przyłożyć, to przy okazji zobaczę, o co w tym wszystkim chodzi. Po napisaniu, piciorysu i rozmowie z terapeutą zauważyłem, że coś ze mną jest nie tak. A po zrobieniu fazówki przestraszyłem się, ponieważ miałem już niektóre objawy fazy chronicznej. Nie spodziewałem się, że jest ze mną aż tak źle. Chciał - nie chciał, wszystko wskazywało na to, że jestem bezsilny wobec alkoholu i nie kieruję własnym życiem. Terapeuta naciskał, żebym chodził na mityngi, więc poszedłem chyba ze dwa razy, ale uznałem, że nie muszę słuchać tych bzdur, bo posiadam już tyle wiedzy, że będę mógł pić kontrolowanie. Poczułem się taki mądry i silny. Po terapii moje picie kontrolowane trwało ponad rok. Ciąg ten przerwało dopiero więzienie. Po dwóch latach odsiadki trafiłem na mokotowski Oddział Atlantis. Myślałem, że wiem już wszystko, bo przecież na terapii już byłem. Terapeuci na Atlantisie byli fajni, nalegali jednak, żebym chodził na mityngi. Ja jednak uważałem, że mityngi to strata czasu. Przełom w moim myśleniu nastąpił po spikerkach Aowców, którzy przychodzili na Atlantis z zewnątrz. Opowiadali swoje historie, mówili o programie 12 Kroków i o sponsorowaniu. Zastanawiałem się wtedy, o co chodzi z tym sponsorowaniem, co oni z tego mają. Nie rozumiałem, po co ktoś będzie przychodził do mnie, przerabiał ze mną program, tracił swój czas dla mnie, zupełnie za darmo. Jako rasowy alkoholik szukałem miejsca, gdzie jest pułapka? Chodziłem do terapeutów pytać, o co chodzi, ale słyszałem tylko: spróbuj, a się przekonasz. Zainteresowała mnie spikerka i opowieści jednego Aowca. Mówił m. in. o tym, że chciał pić kontrolowanie, że próbował kilka razy i „lipa”. Myślałem sobie: Taki kawał chłopa, ostrawy, zdecydowany, krzyczy głośno i nie dał rady; co to jest? Dodam jeszcze, że wszystko, o czym mówił, pasowało do mnie, prawie jakby mówił o moim pijanym życiu. Zdecydowałem, że poproszę, żeby został moim sponsorem. Chciałem go wypytać o wszystko, myślałem: dowiem się, gdzie on popełnił błędy, a wtedy ja podrasuję swój plan kontrolowanego picia. Na mityngu porozmawiałem z tym przyjacielem. Powiedział, żebym przychodził na mityngi, a jeżeli zostanę na Mokotowie, to zaczniemy pracę nad Programem 12 Kroków. Zacząłem regularnie chodzić na mityngi. Poznałem Aowców z wolności, jak również chłopaków, którzy przychodzą z kryminału. Spodobała mi się atmosfera na mityngach. Każdy mówił coś ciekawego. Na każdym mityngu usłyszałem coś, co brałem sobie do serca, a potem analizowałem. Dostałem zgodę od Dyrekcji na spotkania ze sponsorem na terenie aresztu. Spotykaliśmy się raz w miesiącu indywidualnie i co tydzień na mityngach. Mieliśmy również kontakt telefoniczny. Po niedługim czasie Dyrekcja dała zgodę, żeby sponsor zabierał mnie na mityngi na wolności. Byłem też z nim na Warsztatach w Radomiu. Z upływem czasu zacząłem rozumieć, jakie znaczenie w moim trzeźwieniu ma praca ze sponsorem na Programie 12 Kroków, jak również mityngi AA. Dodam jeszcze, że w tym czasie pracowałem na wolności i stykałem się z alkoholikiem tam pracującym, który prawie dzień w dzień pił, próbował mnie częstować, ale potrafiłem skutecznie odmówić. W ogóle nie czułem pociągu do alkoholu. Byłem z siebie dumny i czułem się silny w swoim trzeźwieniu. Niestety na przepustce zapiłem. Wróciłem z przepustki pod wpływem alkoholu. Świat mi się zawalił. Do tej pory nie mogę spojrzeć w oczy ludziom, którzy mi pomogli i zaufali. Do dzisiaj czuję się podle i po prostu słaby. Straciłem pewność siebie. Przyszło mi do głowy, żeby rzucić to wszystko, ale pomyślałem, że winien jestem sponsorowi chociaż to, żeby ode mnie się dowiedział, że zapiłem. Przecież jest moim przyjacielem, który tyle dla mnie zrobił dobrego. Zadzwoniłem do niego, myślałem, że mnie zwyzywa. A on wręcz przeciwnie, dodał mi otuchy. Wstydziłem się iść na grupę wsparcia i na mityng. Dzisiaj się cieszę, że się przełamałem i poszedłem. Nikt mnie nie zganił i nie wytykał palcami. Poczułem, że jestem we Wspólnocie. Jeden z przyjaciół zapytał mnie na mityngu:, Co słychać? Odpowiedziałem, że narozrabiałem. A on na to: Ty narozrabiałeś? Gdy ja zapiłem, to opamiętałem się po trzech miesiącach, w psychiatryku. Pomógł mi też mój terapeuta prowadzący, który powiedział: Przecież świat się nie zawalił, trzeba działać dalej. Przekonałem się na własnej skórze, jak ważna w chorobie alkoholowej jest Wspólnota. Nawet nie same mityngi, ale sponsor, z którym mogę zawsze porozmawiać o wszystkim, terapeuci, grupa wsparcia. Obecnie przerabiamy ze sponsorem Program 12 Kroków, poza tym chodzę regularnie na mityngi i grupę wsparcia. Codziennie z rana nie zapominam o modlitwie do Boga, refleksji na dzień dzisiejszy oraz o swoich 24 godzinach. Dziękuję Bogu za tych wszystkich ludzi, których postawił na mojej drodze. Dziękuję sponsorowi Alkoholikowi i całej grupie mokotowskiej.

Alkoholik J.P.


KONCEPCJA DRUGA

Słowo władza długo nie pasowało mi do naszego słownika AA, dopóki nie zacząłem poznawać naszych Koncepcji AA. Kiedy czytałem nasz biluletyn regionalny - Mityng, natrafiłem na kapitalne zdanie cyt: “Kto może cokolwiek nakazać innemu członkowi AA? Jedynie własne sumienie albo sumienie, w którym mamy swój udział.” To jedno zdanie bardziej przybliżyło mi co znaczy słowo władza i służba. Jeżeli podejmuję się służb w AA, to tak jakbym uczestniczył w zbiorowym sumieniu. Jeżeli jedynym autorytetem i władzą w AA jest zbiorowe sumienie, to Koncepcja druga określa, jak w praktyczny sposób ten autorytet i władza wyraża się. Czyli najkrócej - czym jest Konferencja Służby Krajowej AA. Często spotykam się z poglądami moich kolegów z AA i sam ją kiedyś głosiłem, że po co mam chodzić na te Intergrupy i jakieś tam Konferencje skoro tylko kłócą się tam. Okazało się, że czasami się kłócą, ale później się godzą. Dochodzą do porozumienia mimo różnicy poglądów. Czasami jedna wypowiedź może zmienić moje przekonanie, o słuszności lub nie, moich intencji. Jeżeli w moim sercu jest choćby mała chęć pomocy innym alkoholikom, to znajdę w sobie dobrą wolę, aby zrezygnować z udawadniania swoich racji w imię jednego celu - czyli służby dla cierpiących alkoholików, niekoniecznie pijących. Porozumienie zmusza do otwarcia na poglądy innych. To po to spotykamy się, aby po wielu często sporach i może kłótniach, zastanowić się co nas łączy, a nie dzieli. Jezeli tym celem jest służba dla innych alkoholików, pomoc - czyli niesienie posłania, to Konferencja, konferowanie, rozmowy, wymiana poglądów, opinii, służy zastanowieniu jak to robić lepiej, dokładniej czy skuteczniej. Pamiętam jak ze zdziwieniem kiedyś słuchałem alkoholika, który z takim entuzjazmem i radością opowiadał o swoim uczestnictwie w bardzo burzliwej, pełnej kłótni Konferencji, na samym początku powstawania naszego Regionu. Opowiadał o kłótni, krzykach, a później wspólnie podjętej decyzji w zgodzie, życzliwości i porozumieniu. Nie zapomnę o tym co powiedział o momencie opamiętania, chwili ciszy i zgodzie. To był moment, w którym być może zapraszamy Boga do siebie. Mimo różnicy zdań, własnych racji, ambicji, egoizmu i pychy w końcu zgoda, bo łączy nas jeden cel. To może się zdarzyć w pracy i w domu. Moje przekonania odgradzały mnie od innych ludzi. Byłem zawsze sam ze swoimi chorymi racjami. W AA mam możliwość wyzbywać się zarówno swojego egoizmu, ale co cenniejsze realizować wspólne cele, a nie tylko swoje. Podejmując się służby w AA podejmuję wspólną odpowiedzialność za jej losy i jednocześnie swój los, nie licząc już na cud, że samo się coś stanie. Podejmując się coraz to bardziej odpowiedzialnych zadań, sam dojrzewam emocjonalnie, pomagając przy tym innym. Na Konferencji Krajowej, podobnie jak Konferencji Regionalnej, wybierani są także Delegaci, ale tym razem narodowi. Istnieją Komisje, w których dyskutowane są problemy lub propozycje, jak skuteczniej nieść pomoc innym alkoholikom. Jednym słowem - to właśnie tu, na Konferencji Krajowej AA, poprzez delegatów z Regionów przenoszone są potrzeby, propozycje, wnioski dotyczące funkcjonowania Wspólnoty AA na najbliższy okres. To właśnie tu zapadają decyzje w głosowaniach dotyczące przyszłości AA. Pamiętam okres kiedy sam używałem terminu MY i ONI , JA i ONI. Było to wtedy, i pojawia się wtedy, kiedy nie biorę udziału w życiu Wspólnoty AA. Czyli nie biorę udziału w tym wspólnym sumieniu. Moje więzi słabną, brakuje motywacji do zmian i działania. Czyli wtedy kiedy odchodzę od służb w AA. Jedną z najcenniejszych dla mnie jest SPONSOROWANIE. Jeżeli sam nie mam niczego do przekazania innemu alkoholikowi, to znaczy, że wszystko dopiero przede mną. Jeżeli mam coś jednak do przekazania, to zawsze mogę się czegoś jeszcze nauczyć i dowiedzieć o sobie. Mądrość to przecież błędy, z których wyciągam wnioski na przyszłość. A ile takich wniosków jest na Konferencji Krajowej? Przekazywanych z grup, Intergrup, Regionów, poszczególnych zdrowiejących alkoholików. W Koncepcji drugiej najistotniejsze dla mnie są dwa słowa – konferowanie i służba, czyli porozumienie w imię wspólnego dobra - służby dla innego alkoholika. Żebym wiedział jak to robić skutecznie, czyli porozumiewał się z innymi alkoholikami w służbie, dobrze abym oprócz Kroków AA i Tradycji AA zaakceptował Koncepcje AA. Czyli zastosował wypróbowane zasady działania, powstałe na błędach, czyli najcenniejszych wnioskach z przeszłości.

Mariusz AA