MITYNG 09/231/2016

DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO



UCZCIWY PŁACZ…

Ostatnio leżałam w szpitalu, w pokoju obok leżała dziewczyna, z którą się zaprzyjaźniłam, a która chorowała na stwardnienie rozsiane. Gdy przyszła do szpitala jeszcze chodziła. Po operacji, gdy musiała leżeć, nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Pewnego dnia wchodzę do jej pokoju i widzę ją zapłakaną a w jej oczach przerażenie, smutek i lęk. Pytam: co się stało? W odpowiedzi słyszę, że wszystko jest do d….., że ona nie wytrzyma dłużej w tym szpitalu, ponieważ nie jest on przystosowany dla niepełnosprawnych. Chwilę z nią porozmawiałam i wróciłam do swojego pokoju, tam zaczęłam zastanawiać się jak mogłabym jej pomóc i czy to był prawdziwy powód jej płaczu. Wtedy przypomniałam sobie słowa mojej terapeutki, gdy w podobnym stanie przyszłam do niej i opowiedziałam, co mi jest i podałam jakiś bzdurny powód mojego płaczu, wtedy ona mnie zapytała „Asiu a co tak naprawdę w tobie płacze?”. Zrozumiałam, że w mojej koleżance ze szpitala tak naprawdę płakała tęsknota za sprawnością i lęk przed całkowitym kalectwem. We mnie w takich chwilach płakało zupełnie coś innego, a mianowicie płakała ta mała skrzywdzona dziewczynka, która nie umie się obronić przed światem, dlatego jest pełna lęku przed odrzuceniem, skrzywdzeniem i zapomina, że jest już panią Joanną a nie Asią (niech nikogo nie zmyli, że podpisuję się Asia, ponieważ to tylko imię i mogę używać zdrobnienia, ponieważ siebie kocham natomiast życie traktuję jak osoba dorosła), która potrafi się obronić i nikt tak naprawdę nie może mnie skrzywdzić ani odrzucić. Płacze ta mała dziewczynka, która pragnie przytulenia, miłości, czułości, bliskości a zapomina, że dopiero teraz się uczy kochać i przytulać siebie, być dla siebie czuła oraz być ze sobą, blisko czyli być swoją najlepszą przyjaciółką. Dlaczego o tym piszę przy uczciwości? Dlatego, że tak trudno zajrzeć mi było w głąb siebie i zobaczyć się w prawdzie. Zostało mi to jednak to dane i to, co zobaczyłam mijało się z tym, co o sobie myślałam. Uważałam, że mam do kochania dzieci, męża, rodzeństwo a nie siebie. I gdy przez szereg lat podejmowanych terapii i wracania do Wspólnoty AA słyszałam o pokochaniu siebie to po prostu szlag mnie trafiał. Twierdziłam, że opowiadają mi jakieś herezje. Jednego tylko, czego nie rozumiałam to tego, dlaczego kochając swoją rodzinę tak bardzo czuję się samotna. Zrozumiałam to dopiero, kiedy zajrzałam w głąb siebie i zobaczyłam nie tą dorosłą Asię, za którą się uważałam, ale tą małą skrzywdzoną dziewczynkę wytykaną palcami, jako córka mordercy, tęskniącą za mamą, od której nie dostała miłości, bo alkohol był ważniejszy, wyśmiewaną przez dzieci z powodu braku obuwia szkolnego, porównywaną z koleżankami, które lepiej się uczyły, prowadzoną za rączkę przez babcię prawie do osiemnastego roku życia, patrzącą z boku w kucykach i białych jak śnieg podkolanówkach na bawiące się dzieci. Tę, której od najmłodszych lat wmawiano, że jest „naj”. Zobaczyłam tę Asię, którą chciano wychować na damę, czyli musiała znać angielski, grać na pianinie, a zamiast tego uczyła się z nienawiścią, którą jej wmawiano języka rosyjskiego i zamiast na pianinie uczyła się gry na wiolonczeli, którą wstydziła się nosić przez osiedle do domu kultury. Jednym słowem zobaczyłam dwie Asie, tą z bardzo niskim poczuciem wartości i tą z bardzo wysokim poczuciem wartości. Więc którą miałam kochać i z którą miałam się zaprzyjaźnić, jeśli z obydwoma było mi nie po drodze? Byłam rozbita i samotna a winę zwalałam na ludzi, że to oni do mnie nie pasują, że krzywdzą mnie, odrzucają i nie kochają. Z grona tych ludzi nie wykluczyłam nawet najbliższych, czyli dzieci, męża, rodzeństwa, rodziców, którzy już nie żyli i babci, która była mi matką. Żyjąc w takim urojonym świecie topiłam swoje uczucia w alkoholu, wtedy jakimś cudem się z scalałam i było mi wszystko jedno czy ci ludzie pasują do mnie czy nie, zapominałam o swojej samotności i rozbiciu. Alkohol dawał mi coś, czego nie rozumiałam, czyli dawał poczucie szczęścia. Szkoda tylko, że była to iluzja, która kończyła się z ostatnim kieliszkiem, szklanką, filiżanką i czym tam jeszcze, w czym piłam. Gdy przestawałam pić, znów byłam słabą skrzywdzoną dziewczynką. Kiedyś na terapii kolega powiedział, że postrzega mnie, jako silną kobietę; taką, która nie da sobie w kaszę dmuchać. Byłam ciężko zdziwiona gdzie on to widzi. Przecież ja jestem bardzo słaba nie umiem walczyć, więc, o co chodzi? Dziś po zajrzeniu w siebie widzę tę swoją siłę. Paradoksem jest to, że odnalazłam ją w tej małej skrzywdzonej dziewczynce, ponieważ kiedy ona budzi się we mnie, to umiem już przeprowadzić ze sobą poważną rozmowę i wytłumaczyć sobie, że jestem już dorosła. Oczywiście to małe dziecko we mnie się buntuje, ale ja wtedy spokojnie zaczynam działać jak dorosła kobieta. Dzięki zajrzeniu w głąb siebie i pracy nad sobą zaczęłam siebie kochać i być dla siebie najlepszą przyjaciółką. Dziś potrafię zganić tą małą Asię, gdy myśli, że ktoś chcę ją skrzywdzić lub odrzucić a także przytulić i powiedzieć „nie bój się wszystko będzie dobrze. Trochę więcej wiary Asiu”. Staram się nie robić niczego na swoją szkodę, ponieważ przyjaciela bym nie skrzywdziła tylko wyciągnęła do niego pomocną dłoń. Dla mnie takie zajrzenie w głąb siebie jest szczególną miarą uczciwości, ponieważ, jak już pisałam, jest to stanięcie w prawdzie o sobie. Swoim dzieciom zawsze powtarzałam ”powiedz mi najgorszą prawdę, zamiast najmniejszego kłamstwa a zawsze będę mogła Cię obronić”. Dziś, gdy znam prawdę o sobie nie rozpaczam z tego powodu, natomiast umiem się obronić przed samą sobą i przed innymi. A ponadto, jest to dla mnie jeszcze cenniejsze, ponieważ dzięki takiej prawdzie nie stoję w miejscu, tylko cały czas się rozwijam.

Asia AA

KILKA TWARZY MOJEJ UCZCIWOŚCI

Przez większość mojego życia, pojęcie uczciwości sprowadzało się do jednego; aby nie kraść i nie wyciągać ręki po cudzą własność. A i to nie zawsze. Zdarzało się, że pożyczyłem od kogoś rzecz np. książkę i nie oddałem. Czasami celowo. Bywało, że przez zapomnienie. To też była nieuczciwość, także wtedy, gdy zwróciłem równowartość rzekomo zgubionej przeze mnie książki. Dlatego, że wszedłem w jej posiadanie bez zgody właściciela. Ale w takim postępowaniu nie widziałem braku uczciwości. Przeciwnie uważałem, że jestem uczciwy, ponieważ powiedziałem o zgubieniu, ewentualnym zwrocie kosztów, (bo nie zawsze tak było). A nie dostrzegałem tego, że jest to wymuszenie akceptacji mojego celowego działania. Bo cóż taka osoba mogła zrobić? Mogła jedynie pogodzić się z utratą wartościowej dla niej rzeczy, a zwrot pieniędzy często nie rekompensuje tej straty. To jeden z wielu przykładów mojego postępowania i sposobu myślenia sprzed lat, zmierzającego do osiągnięcia własnych celów, kosztem innych. W okresie picia ten schemat działania był dla mnie normą. Dziś wiem, że uczciwość to bardzo szerokie pojęcie, które w przeszłości bardzo upraszczałem. Na uczciwość składa się bardzo wiele wartości: odpowiedzialność, prawdomówność, dotrzymywanie słowa, dostrzeganie swoich błędów i niewypieranie się ich, szanowanie uczuć innych, czyli empatia. To właśnie było mi obce w opisanym wyżej przykładzie. A teraz kilka przykładów braku uczciwości, z którymi czasami spotykam się w codziennym życiu: obmawianie, ocenianie innej osoby poza jej plecami, a okazywanie sympatii, życzliwości przy bezpośrednim kontakcie. Przeżywanie nieprzyjemnych uczuć (smutek, złość, rozżalenie) i jednoczesne zapewnianie szczególnie bliskiej osoby, że nic się nie stało, niedotrzymanie słowa i szukanie usprawiedliwień, czyli obiecywanie na wyrost. Dzisiaj zdarza się, że jestem po jednej, a czasami po drugiej stronie uczciwości, czyli czasem mnie dotknie brak uczciwości innej osoby, a bywa, że w moim postępowaniu zabraknie tej wartości. Ale teraz albo to dostrzegam, albo przynajmniej zastanowię się nad sobą, gdy ktoś zwróci mi na to uwagę i nie odrzucam z góry krytycznych uwag. Czy się z nimi zgadzam, czy też nie, to już inna sprawa. Osobna kwestia to uczciwość wobec samego siebie. Moim zdaniem nie można być uczciwym wobec innych, otoczenia, oszukując samego siebie. Wielokrotnie sprawdziłem to i odczułem „na własnej skórze”.  Kilkakrotnie podejmowałem próby trzeźwienia. Było kilka terapii, wiele mityngów AA. Na zajęciach i spotkaniach, co innego mówiłem, a inaczej myślałem i postępowałem poza nimi w codziennym życiu.  Zatem nie byłem uczciwy wobec siebie, a więc również wobec innych alkoholików, terapeutów, najbliższych czy przyjaciół. W konsekwencji wracałem do picia. Sytuacja się zmieniła, gdy przestałem okłamywać samego siebie. W sprawach mniej i bardziej istotnych. Ważne też jest i to, że nie sposób być uczciwym w sprawach większej wagi, (choć to względne określenie, zależne od indywidualnego odbioru) lekceważąc uczciwość w sprawach drobnych. Wtedy bardzo szybko brak uczciwości, w najszerszym rozumieniu tego słowa, ogarnia całe moje myślenie, postępowanie, czyli po prostu codzienne życie. To też wielokrotnie „przerabiałem”. Reasumując uczciwość to połączenie sfery materialnej z duchową (wartości, uczucia).
Pozdrawiam.
Wojtek, AA Warszawa

KONCEPCJA IX
Czyli o tym, aby prowadząc, oświetlać drogę sobie i innym, a chcąc przewodzić, nauczyć się posłuszeństwa wobec wspólnego sumienia i zasad AA

Wraz ze zdrowymi i właściwymi metodami wybierania, na każdym szczeblu struktury, dobrzy przywódcy są nieodzowni dla naszej przyszłości i bezpieczeństwa. Pierwotne przewodzenie służbom, pełnione przez założycieli AA, musi z konieczności być kontynuowane przez członków Rady Powierników Anonimowych Alkoholików - tekst jeszcze nieautoryzowany
Zanim zacznę omawiać swoje rozumienie Koncepcji Dziewiątej, chciałbym przedstawić kilka cytatów pochodzących z Kroku 11 w „12x12”.  A oto one:
Czy nie lubowaliśmy się w bujaniu w obłokach? A teraz, już trzeźwi, czyż nie robimy często tego samego? Więc może naszym problemem nie była wyobraźnia, lecz niemal kompletna niezdolność do skierowania wyobraźni ku właściwym celom. / str. 100 /
... odpowiedzi, które wydają się pochodzić od Boga, w rzeczywistości są nieświadomą racjonalizacją naszych własnych pragnień.
... w najlepszej wierze stara się narzucić swoją wolę w każdej sytuacji żywiąc wygodne przekonanie, że postępuje według szczególnych wskazówek Boga. Mając takie złudzenie, mimowolnie może spowodować wiele zmartwień. /str. 103/.
Mam nadzieję, że te kilka słów wyjaśnia, dlaczego tak wiele troski nasza Wspólnota poświęca tematowi przywództwa w AA. To stały problem, którego niestety nie da się rozwiązać raz na zawsze. Czas i rotacja sprawiają, że stale potrzeba nowych przywódców, potrafiących własnym przykładem pokazać drogę do lepszej przyszłości, zapewniających ciągłość naszego posłannictwa. Widzimy wtedy, że służba dla innych /bardziej niż realizacja osobistych pragnień/ staje się pożyteczna zarówno dla Wspólnoty jak i samego zainteresowanego. Trudno o wskazanie bardziej efektywnej drogi rozwoju duchowego. Przez wiele lat nie byłem zainteresowany korzystaniem z rad życiowych, przewodnictwa duchowego. Nawet nie odczuwałem takiej potrzeby. Imponowała mi postawa "człowieka, który się kulom nie kłaniał". Wydawało mi się, że jestem samowystarczalny intelektualnie. Liczne porażki życiowe nie zmieniały tej iluzji. Piłem by zapomnieć o kłopotach. Za to niekiedy miałem wrażenie, że zostałem obdarzony specjalnym darem pozwalającym przewodzić innym. Chętnie podejmowałem się kierowania grupą ludzi, nie bacząc na konflikty, które powstawały z mej przyczyny. Szczególnie w sprawach rodzinnych nie chciałem słuchać życzliwych podpowiedzi. Ale, co dziwne, nawet niepowodzenia nie były w stanie zmienić myślenia o mych umiejętnościach. Przyczyny znajdowałem bardziej w warunkach zewnętrznych niż w sobie i swoich cechach charakteru. Stąd trudno się dziwić, że tak długo musiałem cierpieć zanim trafiłem do Wspólnoty AA. Dopiero tu zaczął się proces przemian. Pamiętam czas, gdy po powrocie z turnusu terapeutycznego w Strzyżynie, pełen entuzjazmu, zapytałem kolegę o trochę dłuższym stażu w trzeźwieniu czy poznał już literaturę AA. Odpowiedź była charakterystyczna. Odbył terapię w ośrodku, ponad dwa lata nie pije, na mityngach dzieli się tym jak udaje mu się zachować trzeźwość i nie wydaje mu się, aby znajomość literatury AA była potrzebna. Zresztą jej fragmenty są często czytane na mityngach. Jednak „dla dobra sprawy” zgodził się wziąć udział w powstaniu nowej grupy, której celem będzie poznawanie naszej literatury. Wkrótce dołączyli kolejni koledzy. Grupa rozpoczęła pracę a ja poczułem się jednym z jej założycieli, a nawet „mózgiem”. Początkowo wszystko układało się doskonale. Nawet na spotkaniu Intergrupy była podawana, jako przykład pracy. Jednak zapału starczyło na krótko; po pewnym czasie zaczęło ubywać członków a nowi jakoś się nie kwapili do poznania programu i nie zasilali grupy. Coś, co wydawało się darem od Boga rozpadało się. A potem i ja odpuściłem. Zresztą przyjąłem nowe zobowiązania w służbach Regionu. A w grupie nie było już, komu przejąć pierwotnie pełnionego przez nas obowiązku. Grupa jeszcze przez jakiś czas funkcjonowała, ale w końcu i tak zakończyła działalność. W ten sposób przekonałem się, że nawet szczere intencje założycieli nie uchronią przed upadkiem, jeśli cel grupy nie jest związany z celami Intergrupy ( Koncepcja 1), a tylko wypełnia nawet szlachetne ambicje założycieli, a w tym przypadku  moje. Gdy ambicje i cele się kończą, grupę porzuca się niczym skórkę zjedzonego banana. Czasami grupa pozostawiona sama sobie zupełnie nieświadomie kontynuuje działalność w pozaaowskim kierunku. Rodzi się apatia i ignorancja - najgorsi wrogowie trzeźwości. Na mityngu panuje nuda, zniechęcenie. Nikt nie zadaje sobie trudu, aby mówić jak program na nich działa a raczej jak się żyje niezależnie od programu. Oczywiście w takich warunkach trudno oczekiwać odpowiedzialnego traktowania ciągłości posłannictwa AA i to jest stały problem, z którym spotykają się nasi powiernicy. Powoli uświadamiamy sobie, że sprawność naszej Wspólnoty zależy od poświęcenia i zaangażowania Mandatariuszy czy Delegatów. Od tego, na ile uda im się zainteresować grupę życiem AA. Czy zadbaliśmy o nowicjuszy, by po odpowiednim czasie byli gotowi przejąć pałeczkę w sztafecie posłannictwa i odpowiedzialności? Czy nauczyliśmy ich sięgać do skarbnicy doświadczeń zawartych w Tradycjach i Koncepcjach? Kiedyś kolega mi tłumaczył. Oprócz grupy, którą odwiedzam istnieje jeszcze cały świat AA. Tylko ode mnie zależy, czy chcę z tego skorzystać. Czy chcę nauczyć się prostych zasad, według których należy żyć. /warto spojrzeć na str. 331 w książce "Anonimowi Alkoholicy wkraczają w dojrzałość"/. Świadomość Wspólnoty z całego świata jest raczej większa niż pojedynczej grupy, w której bywa, że z programem AA mieszają się interesy różnych formacji mających odmienne cele i środki niż nasza Wspólnota. W konsekwencji zdarza mi się nieraz słuchać wyraźnie zbyt długich wypowiedzi, w których nie potrafię znaleźć choćby drobnego odniesienia do programu AA. Ale ostatnio mieliśmy jaskółkę zmian. Aż z niedowierzaniem przyglądałem się ogromnemu zainteresowaniu, jakie pojawiło się z opublikowaniem sprawozdania z 18 Światowego Mityngu Służb. Okazuje się, że aowcy autentycznie pragną AA i chętnie sięgają za lekturę przybliżającą w łatwy sposób problematykę i cel służb. Ale wróćmy na nasze podwórko. Wiele lat temu, gdy w Warszawie powstawało AA, grup było niewiele. Wtedy niepotrzebne były struktury służb. Wystarczyło, że ktoś dał pomysł, ktoś poparł i inicjatywa nabierała życia. Wszyscy się znali osobiście. Nowi, którzy pojawiali się na mityngach w naturalny sposób słuchali zaleceń i doświadczeń weteranów, a ci samorzutnie stawali się przywódcami. Sytuacja zaczęła się zmieniać, gdy powstała Intergrupa warszawska, a później w 1993 roku Region Warszawa. Przełom nastąpił w 1998 roku, gdy Konferencja przyjęła Kartę Konferencji Regionu Warszawa. Pierwotne przewodnictwo weteranów zostało zastąpione przez sumienie Konferencji i jej struktury jak Rada Regionu czy zespoły regionalne. Już Bill i dr Bob mieli świadomość, że nie mogą bez końca przewodzić Wspólnocie. Przez moment nawet oni nie chcieli stanąć twarzą w twarz z potrzebą takiej zmiany. Trudno im było przyjąć, że to, co było dobre w przeszłości, z pewnością nie jest wystarczające w obecnej fazie rozwoju. W eseju publikowanym, w 1959 r. w Grapevine, Bill W. zawarł kilka sugestii dla nas. Przypomniał, że żadna Wspólnota nie może dobrze funkcjonować bez zdolnych przywódców na wszystkich poziomach, i AA nie jest wyjątkiem. Skłonność do wypaczania tradycyjnego powiedzenia „zasady przed osobistymi ambicjami" powoduje szukanie ludzi o jak najbardziej rzetelnej wizji, moralności i motywach. Zapominamy, że Wspólnota AA nie jest wspólnotą świętych. W rzeczywistości nikt z nas nie jest idealny. Jedno, co nam trzeba, to wybrać najlepszych. Dobrzy przywódcy, pełni poświęcenia potrafią na tyle skutecznie połączyć swoje plany i dążenia we wspólnym działaniu, że reszta z nas chce ich wesprzeć i pomóc w pracy. Oczywiście wymaga to wielu konsultacji i jasności motywów. A tym miejscem są nasze zespoły regionalne. Dobry plan lub pomysł może wyjść od każdego, kto zechce się tam pojawić i poświęcić trochę czasu na sprawy Wspólnoty. Czy może być lepszy sposób na wyrażenie wdzięczności Wspólnocie za swą trzeźwość? Gdy pomysł otrzyma odpowiednie wsparcie, oczywiście pod warunkiem, że takie działania mieszczą się w ramach Tradycji AA, wystarczy go realizować. Później dokonujemy ponownej oceny sytuacji i zastanawiamy się, czy nasze przewidywania sprawdziły się. Jednakże nie wolno torpedować zamierzeń innych tylko z samej przekory. Dobro Wspólnoty jest najważniejsze. Każdy, kto chce przewodzić, musi zastanowić się, czy doraźne korzyści nie spowodują ogromnych niebezpieczeństw w przyszłości? Nie wolno zapomnieć o szkodliwych konsekwencjach, które mogą tworzyć nierzetelny obraz naszej Wspólnoty. Stawka jest wysoka. Szczególnie dotyczy to relacji ze społeczeństwem. Musimy przewidzieć, że prosząc o dotację do własnej działalności przedstawiamy się, jako Wspólnota, która nie szanuje własnych zasad. Z drugiej strony wiemy jak pieniądze korumpują i odwracają uwagę od zasadniczych celów. Albo działalność służb informacyjnych. Brak dyżurnego w PIKu może spowodować, że ktoś nie otrzyma niezbędnej pomocy. Jest jeszcze osobny rozdział przywództwa. To sponsorowanie. Jak nigdzie indziej sprawdza się zasada: prowadzimy przykładem, z miłością traktując próby i wysiłki innych. I nic też nie przynosi więcej osobistej satysfakcji jak dobrze spełniany 12 Krok. Uczestniczymy w duchowej przemianie nowego przyjaciela a często również całej rodziny. Tylko Bogu mogę podziękować za szansę zmiany swego życia we Wspólnocie AA.
Pozdrawiam pogodnie Marek Warszawa 3 01 2006


KLUCZ DO UCZCIWOŚCI

Uczciwość, kiedyś dla mnie śmieszne słowo, nic nieznaczące lub kojarzone ze słabym i bezwartościowym człowiekiem. Funkcjonowałem według zapotrzebowania na ten czas, a to właśnie nieuczciwość, była wzorem silnego i obrotnego, wartego przyjaźni człowieka. Tak więc oszukiwałem, kradłem i omijałem wszelkie zasady tylko dlatego, by się przypodobać, pokazać. A przecież z domu wyniosłem zupełnie coś innego, w domu uczciwość była na pierwszym miejscu. Tak mama, jak i tata byli osobami, można rzec „czystymi jak łza”, tego zresztą i mnie uczyli, tak byłem wychowywany. Nie przypominam sobie kiedy, chęć przypodobania się kolegom, łapczywe zaciąganie czyjegoś stylu życia wzięły górę nad byciem sobą, nad tym, czego uczyli mnie rodzice. Powoli i systematycznie odchodziłem od wszystkich tych wartości, które wiązały się z uczciwością, normami moralnymi, czy jakimikolwiek zasadami. Alkohol, który od 18 roku był stałym elementem mojego dnia codziennego, tylko pogłębiał to wynaturzenie. Tekst „… uczciwie Ci mówię…” był przeze mnie używany w ironiczny sposób, podkreślający odwrotną wymowę zdania. Myślę, że alkohol i nieuczciwość to w moim przypadku nieodłączna para. Jeszcze będąc kawalerem i zarabiając dość dużo kasy, i tak kradłem, i oszukiwałem (choćby jeżdżąc bez biletu), tylko dlatego by się pokazać lub popisać. Pamiętam nasze zakłady, kto dalej przejedzie pociągiem bez biletu i nie będzie złapany przez konduktora. Pamiętam jak okradałem swój zakład pracy i to nie tylko bumelując, ale i wynosząc niektóre rzeczy czasem całkiem mi niepotrzebne (byle się popisać). Później, kiedy się ożeniłem doszły jeszcze oszustwa domowe, wymyślane sprawy, przekręcane znaczenia i niedopowiedzenia. Wszystko lub prawie wszystko wiązało się z moim pijaństwem, z obsesją, której wtedy tak jeszcze nie nazywałem, ale która powoli i systematycznie wywierała na mnie coraz większy wpływ. To moje pogłębiające się wady, to moja chęć popisania się, to w końcu zanikający system wartości a co za tym idzie brak jakiegokolwiek samookreślenia, był przyczyną takich a nie innych moich zachowań. Alkohol tylko je pogłębiał, sprzyjał im. To było tak, że kiedy pozwoliłem sobie na kłamstwo pierwszy raz, łatwiej mi było skłamać po raz drugi i następny. W końcu wszystkie te oszustwa weszły mi w nawyk. Kłamałem nie zastanawiając się, a kiedy przez przypadek mówiłem prawdę i tak nikt mi nie wierzył. Fałszywość języka prowadziła mnie niezmiennie do fałszywości serca. Powoli stawałem się bezdusznym robotem. Były momenty, kiedy budziłem się z tego amoku, chwilowe przebłyski świadomości, że coś jest nie tak, że nie powinienem tak się zachowywać. Był też jednak mocny argument by nic nawet nie próbować zmieniać. To lęk i strach. Przed ośmieszeniem, przed degradacją i osamotnieniem. To potężne siły, siły, które mnie obezwładniały nie pozwalając wykonać żadnego ruchu. Nawet po pierwszej terapii, kiedy nastąpił paroletni okres mojej abstynencji, lęk i strach trzymały mnie w ryzach nieuczciwości i oszukaństwa. Świadomość tego, że robię coś nie tak, że powinienem coś zmienić była coraz bardziej męcząca i dręcząca, powoli docierał do mnie fakt, że tak się nie da dalej żyć, że mimo abstynencji, tkwię po uszy w gó…nie, z którego strach nie pozwala się wydostać. Z jednej strony lęk, z drugiej ból, takiej mieszanki nie miałem prawa wytrzymać. Wróciłem do picia. Alkohol, z jednej strony uśmierzył ból, z drugiej zminimalizował strach, lub raczej bym powiedział, wyeliminował go. Bo przecież wróciłem z ochotą do oszustw, kradzieży i malwersacji, bo przecież powróciwszy do obsesji inaczej nie mogłem funkcjonować. Z perspektywy czasu widzę, że system nieuczciwości wrócił wtedy do mnie ze zdwojoną siłą, porównywalną do siły, z jaką wróciła do mnie obsesja picia. Powoli przestawało mnie cokolwiek obchodzić, powoli stawałem się nieczuły na ludzką krzywdę, interesowało mnie tylko jedno. Zaspokojenie własnych potrzeb i oczekiwań. Bezwzględnie i bezpardonowo. Dopiero narastające konsekwencje, jakie mnie dopadły (prawdopodobna utrata pracy, rozwód i eksmisja), doprowadziły do przebłysku świadomości i udanie się na kolejną terapię. I tu moim zdaniem, od tej chwili do głosu doszła moja Siła Wyższa, widocznie nie mogąc patrzeć dłużej na moje szarpanie się z życiem. Propozycja uczestniczenia w mityngach AA i przerabianie pierwszych trzech kroków Programu Anonimowych Alkoholików na terapii sprawiły, że determinacja wzięła górę nad strachem i obawą przed zmianami. To wtedy pierwszy raz zetknąłem się z Wielką Księgą, to wtedy pierwszy raz od kilkudziesięciu lat przypomniałem sobie, czego uczyli mnie rodzice. Z Wielkiej Księgi i scenariusza na mityngach, choć jej jeszcze wtedy nie do końca to rozumiałem, dowiedziałem się, że podstawowym elementem mojego trzeźwienia jest właśnie uczciwość, że „Nie wracają do zdrowia ludzie, którzy nie mogą lub nie chcą całkowicie poddać się temu prostemu programowi. Zazwyczaj są to mężczyźni i kobiety, którzy z natury swojej nie są zdolni do zachowania uczciwości wobec samych siebie”*. A ja chciałem wyzdrowieć, chciałem wrócić do żywych za wszelką cenę, nawet za cenę pozyskania sponsora, (choć kiedy się dowiedziałem, że powinienem sobie poszukać takiego właśnie gościa to dokładnie nie wiedziałem, o co chodzi - moja sytuacja materialna była jeszcze wtedy dobra*), z którym zacząłem pracować pod koniec terapii. I wtedy właśnie zaczęły się największe zmiany i to właśnie ja, a nie otoczenie zmieniałem się. To dzięki pracy na programie poznałem samego siebie z całym pakietem wad, ale i niewielką ilością zalet, to właśnie wtedy powoli i systematycznie, z pomocą mojej Siły Wyższej zacząłem zmieniać się na lepsze, poprawiać swoje relacje z ludźmi, próbować żyć uczciwie. Dzisiaj sam przekazuję (sponsoruje) program AA innym alkoholikom, przepracowałem ze sponsorem wspólnotowe Tradycje, pełnię służby w grupie i Intergrupie, jestem świadomym i odpowiedzialnym obywatelem mojego kraju. Podstawą tych zmian jest bezwzględna uczciwość, raz wobec siebie, dwa wobec otaczającego mnie świata. Uczciwość, której zalety dopiero niedawno poznałem i doceniłem. Dzięki niej jestem spokojnym człowiekiem, takiego spokoju nie znałem wcześniej. Nie muszę się obawiać, że coś się wyda, nie muszę niczego ukrywać, nawet, kiedy padają jakieś podejrzenia jestem spokojny – przecież mam czyste sumienie – więc czego tu się obawiać. Trzymam się prawdy. Próbuje traktować z miłością wszystkie aspekty mojej osobowości. Przenoszę to na relacje z innymi ludźmi i co niezmiennie mnie jeszcze zadziwia, otrzymuje to samo od nich. „ Bądźcie uczciwi <wszystko inne będzie wam dane>” ten, kto to powiedział, doskonale wiedział, o czym mówi. Zawsze dążyłem do zaspokojenia mojej potrzeby miłości, wolności, szacunku oraz poczucia sensu życia. Dopiero niedawno moje marzenia się spełniły. Kluczem do ich spełnienia był Program 12 Kroków Anonimowych Alkoholików, kluczem, który pozwolił mi zrozumieć, że moje jestestwo znajduje się w najgłębszych zakamarkach serca. Musiałem mieć tylko dość odwagi by tam zajrzeć.
*Cytat pochodzi z książki „ Anonimowi Alkoholicy” wydanie II Warszawa 2015r.
                Rysiek AA

DZIŚ


Alkoholizm to przekleństwo czy dar ? Masakra czy nowy sposób na życie? Kiedy obudziłem się dziś rano i spojrzałem przez okno, a tam znowu padało, nawet się tym nie przejąłem. Najważniejsze, że wstałem trzeźwy a obok spał syn. Wracając do wcześniejszych pytań. Alkoholizm u pijącego alkoholika to niszczenie jego życia, ale także życia wszystkich bliskich. Czynny alkoholik jest niczym zaraza, która powoli, a nieraz szybko niszczy wszystko na swojej drodze. Dla niepijącego alkoholika może to być szansa na nowe życie. Na zbudowanie czegoś nowego. Więc czy to przekleństwo czy dar? Patrząc dziś na swoje życie powiem, że dar, ale najpierw sam byłem zarazą, która zrobiła spustoszenie w swoim i innych życiu. Dziś cieszę się, jeżeli tak można napisać, że jestem alkoholikiem. I jestem chory na chorobę alkoholową. Tak, chorobę, podczas gdy jeszcze niedawno mówiłem, że chlam, bo lubię.              To prawda na początku piłem, bo sprawiało mi to przyjemność, lecz w pewnym momencie piłem, bo musiałem. Nie umiałem inaczej żyć. Ale co tam będę pisał o tym. Każdy nałogowo pijący wie jak to jest wstać rano i szukać tylko czegoś do napicia się; chociaż wielokrotnie mówiłem sobie, że już nie będę pił. Dla mnie dziś alkoholizm to dar. Po przejściu piekła i piekła, przez które przeszli moi bliscy, jestem innym człowiekiem. Terapia, praca na programie 12 kroków AA, branie udziału w mityngach i spotkaniach z innymi niepijącymi alkoholikami spowodowało, że stałem się lepszym Marcinem. Zmieniłem się na plus. Jestem odpowiedzialny i nie boję się dziś obiecywać, bo wiem, że jeśli tylko będę mógł i będzie to ode mnie zależało - zrobię to co obiecałem. Dziś jestem z synem na urlopie i chociaż deszcz pada, cieszę się z pobytu. Bo nie ważne co się dzieje na zewnątrz i jak jest dookoła. Dziś potrafię z nim rozmawiać i przebywać 24 godziny na dobę i obaj się nie nudzimy sobą. Kocham go i on mnie. Może obaj nie potrafimy tego pokazać tak do końca, ale nie wstydzę się jemu tego powiedzieć. Jest tyle rzeczy, które zrobiłem przez te kilka lat od kiedy jestem trzeźwy. Wakacje co roku są inne, a nie jak dawniej gdy rok w rok jechałem nad morze i piłem przez 3/4 pobytu. Dziś rozwijam się, pomagam innym, kocham i jestem kochany. Poznałem co to są uczucia i sam je przeżywam. Jeśli płaczę to ze wzruszenia i są to prawdziwe łzy a nie takie na pokaz. Dziś dbam o innych a nie tylko o siebie. Dziś dzielę się tym co mam i daję dobro, które do mnie wraca. Wiem, że choroba alkoholowa, ma też mnóstwo minusów. Ale ja wolę te minusy niwelować i czerpać z nich korzyści. Podczas drogi trzeźwości, wróciłem do wiary, potrafię powierzyć się mojej Sile Wyższej. Dziś nie walczę i nie wymagam od Niej, tylko proszę. A jak nie udaje mi się to przyjmuję to jako lekcję pokory i cierpliwości. Oczywiście nie raz się nie zgadzam z tym co się dzieje, wściekam się i chcę, aby było inaczej. Ale co z tego? Życie jest, jakie jest. Wiem, że nie wszystko będzie tak jakbym chciał. Nauczyła mnie tego Modlitwa o Pogodę Ducha, którą codziennie mówię, a w ciężkich chwilach jest moją „równoważnią” emocjonalną. Wiem też, że pozostawanie trzeźwym alkoholikiem wymaga starania się o to do końca życia. Więc każdego dnia pielęgnuję swoją trzeźwość. Nieraz żona mi mówi, abym wyhamował. Ależ ja się na nią wkurzam! Wiem, że mówi mi to, bo mnie kocha i chce, aby było dobrze. Ja nadal potrafię w chwilę zmienić swoje zachowanie o 180 stopni. Ale często potrafię to zatrzymać. Nie jestem nieomylny. Uczę się, każdego dnia być lepszym. Lepszym dla siebie i innych. Akceptuję siebie i polubiłem siebie. Alkoholizm dla mnie dziś to dar. Dar trzeźwego życia. Trzeźwe życie to nie tylko niepicie. To zmiany, jakie wprowadzam, to wybory, których dokonuję i za nie później odpowiadam. To branie odpowiedzialności. Każdego dnia pamiętam, że ten dar, który mam, mogę stracić. Choroba alkoholowa to choroba nawrotowa. Dziś nie piję a jak będzie jutro - nie wiem. Wiem co dziś mogę zrobić aby nie pić. Dla mnie powrót do picia, byłby samobójstwem. A tego nie chcę. Chcę być szczęśliwym alkoholikiem. Chcę pokazywać innym, że można zatrzymać chorobę alkoholową i normalnie żyć. Moje życie to w języku informatyka kilka leveli wyżej. Moje życie zostało zaktualizowane i posiada wiele możliwości i wyborów. Tylko ode mnie zależy, co wybiorę i co zrobię. Dziś jestem alkoholikiem, szczęśliwym alkoholikiem, który dzięki pracy nad chorobą jest dziś wygrany. A czy Ty będziesz wygrany i szczęśliwy zależy tylko od Ciebie.
Marcin AA


KWESTIA MOTYWACJI.

Gdy zasiadłam do pisania o mojej własnej uczciwości, nieoczekiwanie pojawiły się dość mieszane uczucia, z których na plan pierwszy wysunęło się zażenowanie, zakłopotanie. Bo w pierwszym momencie chciałam napisać: Tak, jestem uczciwa! I zaraz pomyślałam, że to tak jakbym się chwaliła. Bo uczciwość jest cechą chwalebną, godną podziwu i uznania. Uczciwość wszak to taka cecha w relacjach społecznych, która polega na wywiązywaniu się z danego słowa i przestrzeganiu reguł, norm moralnych – nie pod presją, nie z obawy przed karą, tylko z wewnętrznej potrzeby. I dlatego poczułam, że to tak trochę nie wypada mówić o sobie, że jest się doskonałym. Tyle, że ja naprawdę miałam takie przekonanie na własny temat. Aż do chwili, gdy zaczęłam pisać ten tekst. Szczerze mówiąc (a raczej mówiąc uczciwie), ostatnimi czasy nie specjalnie się nad tym zastanawiałam. Żyje mi się dobrze, spokojnie. Nie mam konfliktów z otoczeniem, mam przyjaciół, nie mam wrogów i w ogóle tzw. relacje międzyludzkie ułożyły mi się więcej niż poprawnie. No, więc o co chodzi? Czyż to nie jest jakiś dowód na moją przyzwoitość, uczciwość, zachowania zgodne z normami? Ale po głębszym namyśle doszłam do wniosku, że to wszystko wcale nie jest takie idealne, jak by się na pozór zdawało. Fakt, jestem w dobrych relacjach z ludźmi, jestem postrzegana jako osoba, która  dotrzymuje danego słowa, nie kradnie, nie kłamie, nie oszukuje... I to jest fantastyczne uczucie. Nigdy przedtem czegoś takiego nie doświadczałam. Nawet, gdy zdarzało mi się mówić prawdę (przyznam, że bywało tak dość rzadko), to i tak nikt mi nie wierzył. Patrzyli na mnie jak na raroga i zastanawiali się co tym razem knuje, co chcę ukryć, zachachmęcić, od czego się wywinąć… Dlatego to, co mam teraz, to co osiągnęłam dzięki pracy nad sobą, dzięki trzeźwości, tak bardzo mnie raduje i jest dla mnie tak cenne. Chciałabym ten stan utrzymać, zachować, pielęgnować. Chciałabym, żeby ludzie, którzy mnie otaczają już na zawsze postrzegali mnie tak jak to dzieje się teraz.  I do tego momentu wszystko się zgadza, jest OK. Pytanie jednak brzmi: a co na to moje sumienie? To jest bowiem jedyna wyrocznia ostatecznie decydująca o stopniu mojej uczciwości. Haha…. „o stopniu”? No, i proszę… już zaczynam kręcić. Przecież uczciwość to opcja zerojedynkowa – albo jest, albo jej nie ma. Nie można być „trochę uczciwym”, tak jak nie można być „trochę trzeźwym” (lub trochę w ciąży). I zaczęłam się zastanawiać jak to ze mną jest. Czy zawsze, w każdej sytuacji moje postępowanie jest tym, czym się wydaje na zewnątrz? Otóż nie zawsze. Nie kradnę, to fakt. Nie biorę łapówek, choć w pracy, którą wykonuję zdarzają się pokusy… Ale to jest taka uczciwość prosta, można powiedzieć trywialna. Problem tkwi w motywacjach moich nieuczciwości, które trudno wykryć na pierwszy rzut oka, gdy nie można mnie „złapać za rękę”.  Czasem robię coś, na co nie mam ochoty, a zobowiązałam się do tego z obawy utraty wizerunku dobrej, miłej i uczynnej. Czasem robię coś „bezinteresownie”, w duchu licząc na wzajemność, rewanż.  Zdarza się, że tkwię w dyskomfortowych sytuacjach, relacjach które mnie meczą i tak naprawdę nie chcę w nich uczestniczyć, ale nie umiem powiedzieć: nie, nie podoba mi się to, nie chcę tego. W tym ostatnim przypadku jeszcze nie do końca rozgryzłam powody dla jakich tak postępuję (choć pracuję nad tym i już coś mi świta), co nie zmienia faktu, że udawanie, że wszystko jest w porządku, gdy wcale tak nie myślę (nie czuję), jest oszustwem. Bo nie mówienie prawdy nie jest wiele lepsze, lub w ogóle nie różni się od kłamstwa. Wydawać by się mogło, że niewiele się zmieniłam przez te kilkanaście lat, od kiedy nie piję. Jednak różnica jest zasadnicza. Bo, faktycznie wobec innych ludzi nie zawsze jestem uczciwa, szczera. Ale wobec siebie jestem tak uczciwa jak to możliwe zważywszy na stan mojego umysłu na dziś.  Poza tym jednym przypadkiem, z męczącymi sytuacjami, w każdym innym wiem dlaczego postępuję tak, a nie inaczej, dlaczego mówię to co mówię, dlaczego coś przemilczam itd. Jestem świadoma  swoich motywacji. I to jest ta uczciwość, o której jest mowa we wstępie do V rozdziału Wielkiej Księgi  „…wielu z nich wraca do zdrowia,  jeśli tylko zdobędą się na uczciwość wobec siebie…” No więc ja się zdobyłam. A może raczej zdobyłam tę umiejętność dzięki Programowi i pracy nad sobą. Po wielu emocjonalnych potknięciach, w końcu zrozumiałam (poczułam),  że nie ma innej drogi, jeśli nie chcę wracać tam, gdzie byłam i nie chcę być tym dziwnym stworem, który sam siebie nie rozumiał.  W Wielkiej Księdze napisano też, że „naszym celem jest postęp, a nie doskonałość”, no więc myślę sobie, że jestem na dobrej drodze. Od czegoś trzeba zacząć, a ja mam wrażenie, że zaczęłam od dobrej strony: od uczciwości wobec siebie. Mam nadzieję, ba! Jestem przekonana, że jeśli tylko nie zmienię kierunku, to z czasem stanę się także uczciwa na wszystkich innych płaszczyznach mojego życia. 
                                                                                                                                              Doris

MOJA UCZCIWOŚĆ

Uczciwość, trudny temat, który trochę bałem się poruszyć. Ale zdecydowałem się napisać, aby pokazać, jak trudno być uczciwym i ile muszę się starać, aby tak było i co mi daje bycie uczciwym. Przez lata picia ta wartość była mi obca. Wiadomo, pijący alkoholik nie może być uczciwy. Manipulowałem rodziną, oszukiwałem, okradałem itp. Ogólnie robiłem wszystko, abym mógł pić. Nie patrząc na konsekwencje i uczciwość. Druga osoba nie obchodziła mnie. Ranienie jej czy sprawianie, że się martwiła przez mnie to też nieuczciwe. Ale zajmę się tym, co teraz. Na terapii, na mityngach słyszałem, że ważne jest, aby być uczciwym. Na początku wobec siebie a później dla innych. Ależ to było trudne. Każde moje pójście na skróty czy załatwienie czegoś kosztem kogoś przeszkadzało mi. Łapałem się na tym i nadal tak mam, jak coś kombinuję. Terapia zabrała mi komfort bycia nieuczciwym. Gdy coś źle zrobię to jest mi głupio, a jeśli jest jakaś poważniejsza sprawa to mam nawet wyrzuty sumienia. Co więcej chcę to odwrócić i to powoduje dodatkowe emocje. I zastanawiam się, czemu tak nieraz robię. Przecież nie opłaca mi się to w żaden sposób. Ale chcę być uczciwym i móc spojrzeć drugiej osobie w oczy. Co więcej chcę spokojnie wieczorem położyć się spać i mieć czyste sumienie a co za tym idzie - spokojną noc i spokojny poranek. Teraz, jeśli coś robię, zastanawiam się i patrzę czy moje zachowanie, czyny są w porządku. Patrzę też już nie tylko na siebie, ale też na drugą osobę. Powiem Wam, że jest to cholernie trudne, ale opłaca się. Kiedyś świadomie podałem chłopakowi zły numer swojego telefonu.  A było to na mityngu. Nie wytrzymałem nawet dziesięciu minut, gdy postanowiłem to naprawić. Przez te 10 minut byłem zły na siebie, targały mną emocje. Źle się z tym czułem. Po przerwie podałem prawidłowy numer i przeprosiłem. I co się okazało? On mi podziękował a ja się uspokoiłem i, kurczę, byłem zadowolony z siebie. Takich rzeczy w życiu codziennym jest mnóstwo. Ale niestety też zdarza mi się pójść schematem pijanego Marcina. Nie jestem w 100 % uczciwą osobą, ale się staram nad tym pracować. Zwykle nawet drobne rzeczy, które robię prawidłowo, uczciwie, dają mi przyjemność. Inny przykład, który chcę podać to sytuacja, z którą codziennie się stykam. W mojej codziennej drodze do pracy mam w jednym miejscu możliwość pojechania na skróty. Oczywiście wiąże się to z złamaniem przepisów, a nigdy jeszcze nie widziałem tam policji. I tak przez długi czas jeździłem. Aż któregoś dnia stwierdziłem: dlaczego przez takie coś mam się denerwować i być nieuczciwym? I już od dłuższego czasu jeżdżę trochę naokoło tracąc z minutę, ale jadę przepisowo. Może głupi przykład, ale gdy dziś znowu tak zrobiłem to sam się do siebie uśmiechnąłem. A co taki dobry początek dnia. Każdego dnia staram się być uczciwym i nawet jak mi się nie uda a wiem, że zrobiłem źle, staram się to poprawić. Bo zwykle małe drobiazgi wpływają na całość. Bądźcie uważni i starajcie się być uczciwymi, bo warto. Dla siebie i innych osób. Ja to dziś wiem.
Marcin AA


BYCIE TRZEŹWYM TATĄ.

Chciałbym napisać, jakim jestem ojcem. Tym teraz a nie tym, którym byłem. Bo gdy piłem to, jakim mogłem być? Butelka była najważniejsza i narodziny syna nic nie zmieniły. Na szczęście, dla mnie i dla syna, ukradła nam tylko 4, 5 roku z jego i "naszego" życia, kiedy zamiast przytulać dziecko przytulałem flaszkę. Teraz, dzień po dniu, staram się być dobrym tatą. Nie było łatwo na  początku i nadal nie jest. Na początku mojej trzeźwości próbowałem nadrobić stracony czas i na wielkim poczuciu winy robiłem różne rzeczy. Poczucie winy brało się z tego, że piłem, kiedy był mały, a kiedy przestałem pić rozstałem się z żoną i nie mieszkaliśmy razem. Początki były ciężkie, bo miałem utrudniony "dostęp" do syna. „Eks” wykorzystywała mnie, jak się tylko dało, a ja myśląc, że robię dobrze, nie protestowałem. Próbowałem odkupić przepite dni, miesiące, lata. Terapia pozwoliła mi się uwolnić od poczucia winy. Przerobiłem to i jest mi łatwiej żyć. Nie jeżdżę na każdy telefon byłej żony. Biorę też pod uwagę swoje życie, plany. Teraz, kiedy nie piję wywiązuję się z obietnic, jakie składam dziecku. Pozwalam mu na trochę, ale w granicach przyzwoitości. Chociaż wiem, że wykorzystuje moją słabość do niego i nie raz sprawdza moją cierpliwość. Teraz ustalam tak swój grafik, aby w dni, kiedy mam syna, nic się nie wydarzyło i abyśmy mogli spędzić jak najwięcej czasu razem. Odrabiamy razem lekcje, chodzimy do kina, na basen. Gramy w piłkę, na komputerze. Wyjeżdżamy na wakacje i razem, we dwóch spędzamy czas. Taki tygodniowy wypad taty z synem jest wisienką na torcie z całego roku. Wtedy przez 24 godziny na dobę jesteśmy razem. Teraz potrafię powiedzieć mu, że go kocham, potrafię przytulić. Wiem, że brakuje mi do idealnego taty, ale chyba nie ma takiego. Staram się nie robić błędów, które robił mój ojciec. Słucham tego, co syn do mnie mówi. Tłumaczę mu, kiedy jest jakaś potrzeba, albo gdy ja uważam inaczej niż on. Nie stawiam zawsze na swoim. Szanuję też jego zdanie i potrzeby. Mam nadzieję, że, chociaż nie mieszkamy razem, będziemy mieli nadal dobry kontakt. Dzieciak uczy mnie cierpliwości, wyrozumiałości. Nie oszukuję go i dty na przykład nie mogę się z nim spotkać, to wyjaśniam mu dlaczego. Bycie ojcem to trudna życiowa rola. Ale za każdym razem staram się pokonać problemy. Nie jestem idealnym tatą i syn też dostanie słowną reprymendę, gdy na nią zasłuży. Nie udaję, jeśli coś mi nie odpowiada, nie ściemniam, że wszystko jest dobrze. Mówię mu wprost i mówię, dlaczego tak się czuję. Dziś też jestem spokojniejszy. Nie robię wszystkiego na hura. Ale też wiem, że każdego dnia, jeśli będę trzeźwy to będę mógł pomóc. Chcę przekazać synowi to, co mam dobre i chcę, aby czuł, że może do mnie dzwonić o każdej porze dnia, jeśli będzie miał taką potrzebę, nawet jeśli tylko będzie chciał porozmawiać o pierdołach. Na tą chwilę niestety takiej potrzeby nie ma, lecz kiedy nie odpisuje na smsy czy nie oddzwoni - ja nie wściekam się. Inaczej niż kiedyś. Widocznie on nie potrzebuje, a ja mam widocznie poczekać. Niektóre rzeczy związane z synem oddałem w ręce Siły Większej. Modlitwa o Pogodę Ducha i słowa "abym godził się z tym, czego nie mogę zmienić" pomaga mi na zachowanie spokoju i życia w zgodzie z sobą. Dużo rzeczy chciałbym, aby syn robił ze mną, jak na przykład jeździł na mecze. Ale szanuję to, że nie chce i nie ciągnę go na siłę, chociaż moim cichym marzeniem było i jest, aby tak było. Nie ma teraz ochoty, chociaż chodził ze mną wcześniej. Może przyjdzie chwila, kiedy znowu będzie chciał i zadzwoni do mnie a ja będę czekał i będę gotowy. A dlaczego?. Bo jestem trzeźwy i można dziś na mnie liczyć. I mam nadzieję, że kiedyś będziemy mogli porozmawiać na temat mojej mrocznej strony, bo ten temat kiedyś trzeba będzie przerobić. Nie zamierzam oszukiwać syna, kiedy zapyta. To przecież kawałek mojego życia.
                                            Marcin AA


TRADYCJA 3

Jedynym warunkiem przynależności  do AA ,  jest pragnienie zaprzestania picia.
Każdy ma prawo być we Wspólnocie AA jeśli tylko nie chce pić, jeśli tak zdecyduje i poweźmie taką decyzję. Tylko on, nie ja, nie ty, nikt inny. Ta Tradycja chroni nowicjusza, bo nikt nie może mu zabronić przyjść do Wspólnoty, ale też nie daje możliwości zasiedziałemu aowcowi czy weteranowi, sprzeciwu czy marudzenia, przepytywania czy stawiania jakichkolwiek innych warunków. Albo też uzależniania przystąpienia do Wspólnoty od odpowiedzi na jakieś pytania. Ja nie jestem sędzią, znachorem, radcą prawnym czy Kaszpirowskim. Nie mam prawa oceniać nikogo, ani czyjegoś uzależnienia, ani chęci zaprzestania picia. Nie mam prawa do stawiania diagnoz. Nie mogę i nie chcę nikomu stanąć na drodze do lepszego, trzeźwego życia. A nawet gdybym chciała, to Tradycja 3 mówi, że nie mam prawa. Mam być wolna od wszelkich uprzedzeń i nie mam prawa odrzucać nikogo, kto chce zdrowieć, kto chce skorzystać z dobrodziejstwa Wspólnoty AA. Członkowie Wspólnoty nie mają prawa zamykać drogi do AA nikomu, nie mogą ,,grodzić” Wspólnoty. To ja sama przyjmuję się do Wspólnoty, to ja sama o tym decyduję. Koniecznością jedyną  – jest tylko chęć zaprzestania picia. I to jedyne wymaganie. Właściwie  zawsze można to spełnić. Czyli tak naprawdę świadczy to o bezwarunkowości. W oryginale, moim zdaniem, jest „… jedynym wymaganiem członkostwa we Wspólnocie…”.  Warunek brzmi ostrzej niż wymaganie, za to dalej jest, moim zdaniem, ostrzejsze sformułowanie – członkostwa - a nie przynależności… A jak nowicjusz wyraża chęć zaprzestania picia? Przychodząc na mityng AA, choćby nic o nim nie wiedział. Może tylko tyle wiedzieć, że Ci ludzie nie chcą pić, a nie przychodzą na mityng poczytać gazety. Ja nie mogę też nikogo ze Wspólnoty wyrzucić, choć bardzo chciałabym ,,zneutralizować” zachowania i wypowiedzi niektórych, ograniczyć np. agresywnych i męczliwych. Ale i mnie nikt nie może ze Wspólnoty wypisać, choćby bardzo mnie nie lubił.  Nie wiem czy czułam, że Wspólnota pomoże mi przestać pić, kiedy przyszłam na swój pierwszy mityng. Raczej nie. Chciałam przestać pić przy pomocy terapii, a 5 mityngów było warunkiem dostania się do OTU. Zaskoczona, odpowiedziałam na 2 pytania, i … zostałam,  a Wspólnota stała się częścią mojego życia, ważną częścią. Do wstąpienia do Wspólnoty wystarczy chęć zaprzestania picia. To niewiele. Ale na dłuższą metę, żeby się rozwijać, potrzeba wiele więcej. Jeśli nie chcę być tylko konsumentem, albo brutalniej „żarłokiem” tego co zrobili inni, to warunków jest trochę więcej. Choćbyśmy nazywali je tylko sugestiami. A kolega na warsztatach nazwał sugestie łagodnym przymusem – chcesz zdrowieć, masz to wykonać. Moja wytrzymałość i tolerancja na słowa, które są powtarzane na mityngu kolejny, i kolejny raz, jest różna. Zwłaszcza gdy dotyczy to oceniania osoby lub grupy. Zależy to od mojego stanu fizycznego i emocjonalnego. Chciałabym słyszeć o tym, co widzę w Programie, lub czego jeszcze nie widzę, ale bez wycieczek w religię, czy filozofię. Gdy słyszę kolejny raz o diable, który macha ogonem i kusi do złego, to nie wytrzymuję. To moje wady są moim problemem, moja pycha, egocentryzm, koncentracja na sobie, niecierpliwość… Nie chcę zwalać na diabła czy chorobę. Ona też wynikła z moich wad. Czyli oceniam i segreguję, co chcę usłyszeć, a czego nie. Ale na mityngu jest krzesło dla każdego, na Programie i nie: erudyty i marudera, użalacza i furiata… i ja już nie mam ciągot do wyprowadzania ich. Na początku mojej drogi byłam z mężem na wycieczce i wstąpiliśmy na mityng w nieznanym miejscu. Miała być spikerka. Okazało się, że spikera nie było, a mityng był zamknięty. Mąż poderwał się i chciał na mnie zaczekać na zewnątrz. Ale prowadzący zatrzymał go, a sumienie grupy otworzyło mityng. Zadbano wtedy o moje dobro, a mąż przekonał się, że Wspólnota nie jest kostyczna. Ja wtedy niezbyt wiele rozumiałam, umiałam tylko złożyć literki w Krokach i Tradycjach. Kiedy na mojej grupie bywa kolega hazardzista, wtedy sumienie grupy otwiera mityng. I dziś to bardziej rozumiem. Uczestniczyłam też w takich mityngach, na których prowadzący nie mógł opanować zachowania pijanego. Uważałam, że on ma prawo być na mityngu, ale jeśli cały czas przeszkadza, należy awanturującego wyprowadzić i porozmawiać z nim na zewnątrz. Czasami to się udawało. W pracy nie stawiam ekstra warunków innym, moich warunków… A w rodzinie też już staram się nie tworzyć specjalnych warunków, a bywało inaczej…
                                                                                                                            AA - la


TO JUŻ 20 LATEK.

To już 20 lat. 22 lipca byłem w stanie fatalnym, a miałem się stawić rano, 23 lipca, na tetapii indywidualnej o godz. 10:00. To były piękne słoneczne dni, a ja umierałem. Było jednak coś, co sprawiało, że za wszelką cenę chciałem być tam gdzie byli terapeuci-alkoholicy. To tam na pierwszej wizycie dostałem książkę "Grzech czy choroba". I tam wracała mi chęć do życia. Nawet byłem na mityngu sobotniej grupy "Nobel" wraz z alkoholikami, którzy na nich nie wyglądali, tak jak ja. Miałem wtedy 28 lat. Depresję i ciągi coraz bardziej fatalne. Wszyscy ludzie byli wtedy dla mnie, poza zasięgiem. Była tylko jedna myśl – 23.07.1996 r. No i wraz ze świtem przyszedł nowy dzień. Koszmarne zawroty głowy, karuzela emocjonalna, walka: jechać na ten odwyk, czy ruszyć w dalszy korkociąg? Jednak kilkudniowe obietnice składane sobie samemu, wraz z nadzieją, która dała 3 miesięczną abstynencję, z kontaktem na Zakopiańskiej 33, poskutkowały postanowieniem - jadę tam. Poranny prysznic, picie czego się da, poranne pierwsze trzęsionki i coraz słabsza energia, poczucie rozpadu wewnętrznego. 28 letni utracjusz zdobywa się na heroiczny wyczyn. Jadę tam do tych, którzy dali nadzieję, że mimo, iż jestem bardzo chory, to nie jestem psycholem i nie skończę w psychiatryku, tak jak wcześniej myślałem. Przyszła pora żeby jechać i równoległa myśl, że jeśli mnie oddalą za mój stan - procenty we krwi - to idę dalej w rejs, tym razem już bez pamięci. Wszystko albo nic. Biorę pieniądze, papierosy i jestem gotowy. Byłem raczej pewien, że wywalą mnie z terapii z niczym i pójdę pić - no future!!!  Jadę autobusem. Masakra: chyba nie dojadę, zawroty głowy i kac-gigant. Jedno Wielkie Poczucie Winy jedzie autobusem linii 146. Przystanki mijają. Ostatkiem sił dojeżdżam do Placu Przymierza. Wychodzę i od razu idę do sklepiku z alkoholem. Muszę wypić piwo, bo inaczej padnę, rozlecę się. Wypijam dwa mocne piwa. Następuje walka iść tam, czy olać, przecież teraz to już na bank mnie wywalą. Jednak idę, bo przecież, będę miał powody, żeby pić bez pamięci jako ten nieszczęśliwy, nierozumiany, wyalienowany. Mijam ulicę Zwycięzców i idę, a niech się dzieje, co chce. Dochodzę do Zakopiańskiej 33. Jest inaczej niż przewidywałem.. Stolik na zewnątrz, a przy nim Jacek terapeuta alkoholik i Pani doktor. Lekarka odchodzi na mój widok i znika w drzwiach Poradni Odwykowej. Ja nic nie mówię. Za to Jacek spokojnym głosem mówi: widzę Cię Paweł na terapii na ulicy Zgierskiej (Grochów), za 3 tygodnie. Jeśli się nie napijesz!!! Poza tym prześwietlenie klatki piersiowej i badania ogólne oraz dwa spotkania na Grupie wstępnej. Nie będę pisał o terapii. Wtedy stało się “Coś”, że nie napiłem się już alkoholu do dzisiaj. Na drugi dzień po tym robiłem już rentgen płuc. Za dwa dni badania ogólne. Później reszta sugestii Jacka została zrealizowana. To był piękny letni dzień 23.07.1996 r. Dobrze, że jesteście.               
                                    Paweł AA

OSWOIŁAM SWÓJ STRACH.

Najpierw w moim życiu pojawiły się tabletki. Dwa niewinne małe krążki, które miały uśmierzyć ból brzucha. Zrobiły dużo więcej: oderwały mnie od świata realnego, porwały mnie do tańca w takt niesłyszalnej dla nikogo muzyki. Miałam wtedy 15 lat, byłam w 1 klasie liceum. Niewiele mogę powiedzieć o swoim trzeźwym życiu, bo było bardzo krótkie. Dzieciństwo upłynęło mi w chłodnym domu (nigdy nie usłyszałam od rodziców magicznych słów "kocham cię"), na szpitalnych łóżkach (często chorowałam), na odkrywaniu tego, jak bardzo różnię się od życzeń mojej Mamy, od moich koleżanek (one były takie beztroskie). Ta inność mnie przygniatała, ciągle czegoś się bałam: Mamy, szpitala, wyjazdów na kolonie, bałam się zostawać nocą w domu sama z siostrą (ona smacznie spała, ja drżałam ze strachu). W ogóle bałam się zmian. Najchętniej siedziałabym w domu całymi dniami, w swoim znanym świecie. Na zewnątrz wciąż czekały na mnie kolejne sprawdziany: czy będę dobrą koleżanką, harcerką, przyjaciółką. Zazdrościłam swoim rówieśnikom, byli tacy spontaniczni, na luzie. Ja tak nie umiałam. Sama nie wiedziałam, jaka mam być, dlatego marzyłam o tym, żeby znaleźć swoje miejsce w jakiejś grupie, żeby gdzieś wreszcie pasować. Niestety moja nadwrażliwość nie pasowała nigdzie. Pojawiły się tabletki, którymi maskowałam swój strach i życiową nieporadność. Z czasem stały się też swego rodzaju sygnałem sos, który wysyłałam w świat. Chciałam, żeby ktoś zauważył, że coś jest ze mną nie tak. Może ktoś mnie naprawi? Miałam przerwy w tym tańcu z tabletkami na takie życiowe sprawy: matura, egzaminy na studiach, ciąża..., ale moje uzależnienie nie miało żadnych spraw do załatwienia i drzemało sobie we mnie tak, jak mój strach - przed wszystkim i przed wszystkimi. Przez tyle lat nic nie robiłam ze swoją nadwrażliwością i zalęknioną duszą. Poddałam się. Widocznie tak ma być ze mną - mam być samotna, nieszczęśliwa, dostrzegać tylko mrok i bać się każdego człowieka, bo on na pewno mnie nie zrozumie, nie zaakceptuje, wyśmieje. Tylko raz przełamałam ten schemat: "żyję, by cierpieć" - zobaczyłam mężczyznę swojego życia, zakochałam się od pierwszego wejrzenia i... walczyłam o niego (ja - biedna, szara myszka!). Chodziłam za nim parę miesięcy, doprowadziłam do spotkania a po 2 latach - do ślubu. Przestałam brać leki, bo to on był teraz moim narkotykiem. Urodziła się Misia i byliśmy szczęśliwi. On przysłaniał mi cały świat, teraz bałam się przede wszystkim o to, czy będę dla niego wystarczająco dobra, czy spełnię jego oczekiwania: jako żona, matka, kochanka. I tak powoli, po cichu w moje życie wkradały się kolejne lęki. Kiedy doszły jeszcze codzienne problemy (brak pracy, krucho z pieniędzmi, ja ciągle sama z córką, bo on musi załatwiać jakieś swoje sprawy, etc. etc.) moje lęki poszły do apteki po lekarstwo. Najkrótszą i najłatwiejszą drogą uciekłam od problemów. Wkrótce znalazłam jeszcze lepszy sposób na swój strach - alkohol. Ileż on mi dawał złudnej ulgi i wytchnienia! Nareszcie mogłam odpocząć od codzienności i nie bać się, czy mam pieniądze na koncie, czy mój mąż jest zadowolony.... Uciekłam z jednego lęku w drugi - jeszcze większy, taki, który odbierał mi wszystkie siły, bo teraz bałam się jeszcze i o to, czy mąż zauważy, że piłam, że mi zabraknie alkoholu na następny dzień, jak wytłumaczę brak pieniędzy? Mój ukochany mężczyzna stał się największym wyzwalaczem strachu. Czułam się tak potwornie winna wobec niego, tak bardzo wstydziłam się swojego picia, tak bardzo bałam się jego krytyki, że... musiałam pić dalej. I co z tego, że on już mnie nie chciał, nie obchodziło go moje picie, bo już miał inną kobietę? Dla mnie wciąż był bogiem. Mój strach urósł do rozmiarów paranoi, bałam się jego powrotów do domu, wspólnych obiadów, tych chwil, gdy Misia już zasnęła i zostawaliśmy we dwójkę sami. Dźwięk otwieranych drzwi od sypialni (on właśnie wstał) przyprawiał mnie o ciarki. Sama się sobie dziwię, że wylądowałam tylko na terapii odwykowej, a nie na oddziale psychiatrycznym. Po powrocie z mojej drugiej terapii (tym razem w OTU) mąż wytrzymał ze mną trzeźwą tylko 2 miesiące, potem się wyprowadził. Ale ja żyłam "z nim" jeszcze parę lat; nawet rozwód niewiele zmienił, wciąż się go bałam. Na terapii indywidualnej nie mogłam powiedzieć o nim ani jednego słowa, bo nerwowy kaszel zamykał mi usta. Zostałam sama ze wszystkimi moimi lękami i dusiłam się strachem. Nie utrzymałam abstynencji, wróciłam do tabletek, które spychały mnie w otchłań rozpaczy, bezsilności i panicznego strachu. Na dodatek musiałam jeszcze kupować dwie butelki syropu przeciwkaszlowego, bo bałam się ... bać. Przez dwa lata udawałam silną i twardą, chodziłam na terapię grupową do poradni, miałam cudowną terapeutkę indywidualną. Po rozmowach z nią byłam tak szczęśliwa, że ... nagradzałam się tabletkami. Jakbym nic nie zrozumiała z tego, czego się nauczyłam. Moja terapeutka zaproponowała mi "pożegnanie" z moim byłym mężem - miałam spakować jego wszystkie pozostawione w domu rzeczy i wyrzucić je np. do śmietnika, oddać potrzebującym, cokolwiek, byleby pozbyć się jego i strachu przed nim. Próbowałam. Wiedziałam, że to bardzo ważny krok dla mnie, że ten symboliczny gest pomoże mi normalnie żyć, ale nie zrobiłam tego dobrze. Owszem, oddałam może dwie koszule, ale nie wyrzuciłam go z serca i duszy. Nie umiałam odczarować mieszkania, ścian, drzwi do sypialni, żeby nie przypominały mi jego. Nadal bałam się, teraz jego telefonów, wizyt u córki, nie umiałam doprosić się alimentów. Do tego wszystkiego doszedł jeszcze lęk związany z moją sytuacją finansową. Zarabiałam niewiele, bo poszłam do pierwszej pracy, jaką znalazłam, nie miałam czasu na szukanie pracy zgodnej z moim wykształceniem czy dobrze płatnej, musiałam płacić rachunki. Co chwila liczyłam w myślach, ile mam na koncie, ile jeszcze muszę wydać, czy mi wystarczy? Najgorsze były te chwile przy kasie, gdy widziałam te cyferki, które układały się na sumę, którą muszę wydać: jak to? tak dużo? Przecież nic takiego nie kupiłam. Wciąż chodziły za mną jakieś niezapłacone rachunki, co chwila pisałam podania o rozłożenie długu na raty. Marzyłam o wygranej w totolotku, o spadku po jakimś nieznanym mi bogatym wujku, o starszym panu, który zakocha się we mnie i miłości odda mi swój majątek, cokolwiek, byle nie czuć tego ciągłego lęku, żeby zasypiać spokojnie, nie budzić się z pustym portfelem w myślach. Ponad dwa lata próbowałam ukoić swój strach tabletkami, a wiadomo, do czego prowadzi ciągły, chroniczny lęk połączony z wyrzutami sumienia, z poczuciem beznadziejności swojej sytuacji. Nie umiałam tak żyć dalej, bo wszystko mnie powalało, przytłaczało, ale bardzo chciałam żyć dla córki. Modliłam się nocami, gdy ona spała. Wiedziałam, że zmierzam donikąd. I Bóg mnie wysłuchał - zniknęły z aptek moje tabletki. Przyjęłam to w pokorze i milczeniu, niech się dzieje wola Boska, byłam tak wymęczona strachem, lękami, ciężkim sumieniem, że nie miałam siły na nic innego jak tylko na pogodzenie się. To nie był jakiś wstrząs, nic się nie zmieniło, ot tak, jednego dnia, nawet nie miałam już sił, żeby bać się życia w trzeźwości, po prostu żyłam. Żaden strach czy lęk nie opuścił mnie od razu, natychmiast i tylko dlatego, że przestałam pić i brać. Zostały ze mną stare kłopoty, doszło parę nowych, tylko ja stawałam się inna. W ciszy znosiłam swój los, nie śmiałam się przeciwstawić, bo przecież o to się modliłam: żeby zniknęły tabletki! Paradoksalnie: nie sięgnęłam po alkohol ... ze strachu. Bałam się, że zaprowadzi mnie prostą drogą do samobójstwa. Więc żyłam według woli Bożej, choć jeszcze wtedy nie umiałam powierzyć się Sile Wyższej. Przez ponad cztery lata trzeźwiałam sama i oswajałam swoje lęki. Nie zawsze było łatwo. Tak się złożyło, że w moim życiu pojawił się nowy "wróg" - moja siostra, która mnie nie oszczędzała, nauczyła mnie bać się smsów, maili, wezwań do sądu, pozwów...Powrócił główny bohater mojego życia - strach. Bałam się dźwięku odbieranego smsa, drżącą ręką otwierałam pocztę. Gdy przypadkiem na ulicy czy w sklepie spotkałam siostrę (mieszkamy dość blisko siebie) moje ciało kurczyło się, czułam potworny fizyczny ból, w każdym mięśniu, jakby przejeżdżał po mnie walec. Wieczorami nie mogłam usnąć, wciąż myślałam, jak jeszcze może zagrozić mi siostra, ile pieniędzy chce jeszcze ode mnie, kiedy wniesie pozew do sądu o spadek po Tacie, o zachowek... szkoda czasu i papieru na szczegółowy opis mojej sytuacji rodzinnej, ale jedno muszę powiedzieć - poradziłam sobie i z tym. W kolejnym trudnym dniu odważyłam się poprosić o pomoc - poszłam na miting, ale tym razem po to, żeby posłuchać innych, żeby poczuć się choć trochę bezpieczniej. To było w 2013 roku, od tamtego czasu jestem na mitingu dwa lub trzy razy w tygodniu i ... jestem szczęśliwa! Moje lęki nie zniknęły, ale tamta Iwona - wystraszona, zamknięta w lęku, wycofana - tak, tamta Iwona odeszła. To nie tylko efekt abstynencji - to tylko i aż fundament nowego życia, warunek bezwzględny, by zbudować sobie duchowy dom, w którym będzie miejsce na wszystkie emocje, na radość i smutek, poczucie bezpieczeństwa i lęk, wiarę i zwątpienie, samotność i więź z otoczeniem, na powitania i pożegnania. Bo najważniejsze jest to, co ja robię ze swoimi emocjami. Oswoiłam swój lęk - niejeden nawet, teraz, gdy czuję strach, pytam się siebie, czego tak naprawdę się boję? I daję sobie prawo do przeżywania obaw, bo taka jest moja natura (i chyba nie tylko moja), boję się o córkę, o przyszłość, ale to już nie jest ten chory, paniczny strach. Już się nie duszę. W każdej chwili mojego nowego życia czuję obecność Boga obok mnie i nie boję się potknąć, bo wierzę, że On pomoże mi wstać. Mam też Wspólnotę - to jest trzeci filar mojego domu (pierwszym jest abstynencja, drugim - Siła Wyższa), bez Was nie było by mnie i za siebie Wam dziękuję. Moje szczęśliwe życie zaczęło się w dniu, w którym do mojego serca trafiły Wasze słowa, na mitingu. Dzięki, dzięki, dzięki. Czwartym filarem jest moja córka, to oczywiste, dla niej warto było przejść te wszystkie katusze. Jest dla mnie oparciem, przyjacielem, moją dumą, zwycięstwem, jest.. wszystkim! Dziś wiem jedno: da się oswoić strach, można żyć szczęśliwie nawet z lękiem. Tego Wam życzę.  
                                                                                                                      Iwona AA.

2016-06-10
ZZA KRAT
W KOŃCU DO MNIE DOTARŁO

Mam na imię Rafał. Jestem alkoholikiem. Chciałbym się z Wami podzielić swoją historią. Alkohol zacząłem pić w bardzo młodym wieku. Bardzo mi się to podobało, bo dzięki temu stawałem się odważniejszy i mogłem zaimponować kolegom. Gdy patrzę wstecz, widzę, że moje dzieciństwo, lata młodzieńcze i wczesna dorosłość nierozłącznie związane były z piciem alkoholu. Często trafiałem do różnego rodzaju zakładów wychowawczych, poprawczych i do więzienia. Niczego mnie to nie nauczyło. Wszystkie przestępstwa popełniałem zawsze pod wpływem alkoholu. Niejednokrotnie podczas pobytu, w ZK docierało do mnie, że gdybym nie pił, to moje życie wyglądałoby inaczej – bez zakładów, więzień, a za to u boku rodziny. Słyszałem to często z ust bliskich, ale wtedy to do mnie nie docierało. Z ironią i agresją odnosiłem się, gdy ktoś mówił mi, bym przestał pić i coś ze sobą zrobił. Wiedziałem, że w zakładach karnych działają grupy AA i terapie, ale wtedy głośno deklarowałem pogardę w związku z ich działalnością. Myślałem – sekta, lamusy chodzą i się modlą do zapalonej świeczki, pojeby. I myślałem, że moja noga tam nie postanie. W czasie odbywania obecnego wyroku zostałem zapisany na terapię alkoholową. Kaplica – pomyślałem i zacząłem szukać sposobów, by tam nie jechać. Nie udało się i w październiku 2015 r przekroczyłem próg oddziału terapeutycznego ATLANTIS na Mokotowie. Na początku z oporem, potem coraz częściej z zainteresowaniem chodziłem na zajęcia i w końcu udałem się na mityng AA. Najbardziej przeszkadzało mi to, że we wszystko mieszano Boga, a ja uważałem się za niewierzącego, ateistę, agnostyka. Dopiero świadectwa ludzi i moja koncepcja Siły Wyższej otworzyła mi oczy i dotarło do mnie, że byłem, albo myślałem jak skończony głupiec. To był mój punkt zaczepienia i obecnie wiara w Boga jest fundamentem mojego trzeźwienia. Dzięki takim ludziom, jak Andrzej i Bogdan oraz Michael i jego warszawska misja ochotnicza, ruszyłem z miejsca. Dotarło do mnie, że mogę żyć inaczej, lepiej. Później chciałem tego spróbować i chłonąłem wszystko z zachłannością, i starałem się wcielać w życie to, co mówili terapeuci i moi nowi przyjaciele z grupy AA. Po ukończeniu terapii wróciłem do ZK Grójec, gdzie jak wiedziałem - prężnie działa grupa AA. Na początku od kolegów słyszałem różnego rodzaju docinki. Dałem sobie jednak z tym radę i robię to, co wiem, że daje mi radość. Czytam Biblię, modlę się, uczęszczam na mityngi w ZK i za murami. Byłem na Warsztatach niesienia posłania i już w czerwcu zaczynam pracę na Programie 12 Kroków. Mam nowych kolegów alkoholików, z którymi mogę porozmawiać o swoich problemach i radościach. Może nie nowych, ale ja na nich spojrzałem innym okiem. Wiem, że jestem dopiero na początku, ale cieszą mnie sukcesy dnia codziennego i to, co powoduje zmianę w moim życiu. Dzięki temu, że zacząłem coś ze sobą robić, spotkała mnie wspaniała nagroda. Zobaczyłem syna, Dominika. Zrozumiałem, jak bardzo go kocham, ale też dotarło do mnie, jak bardzo go skrzywdziłem. Być dobrym ojcem, wychować syna, ten cel daje mi dużo siły, wiary i nadziei.
Rafał Alkoholik