MITYNG 10/232/2016

DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO



ODRZUCIŁAM POCZUCIE WINY.

Odpowiedzialność. Bardzo pojemne pojęcie. Jak dowiedziałam się na drodze zdrowienia: trzeźwość równa się wzięcie odpowiedzialności za własne życie. A zatem, rozważając kwestię mojej osobistej odpowiedzialności, powinnam zastanowić się nad absolutnie każdą sferą mojego życia, każdą rolą, jaka przypadła mi w tym życiu do spełnienia. I przez te kilkanaście lat mojego niepicia tak zrobiłam. Przyjrzałam się temu, jakim jestem człowiekiem, jaką kobietą, matką, żoną, pracownicą, koleżanką, przyjaciółką, członkinią społeczeństwa, pracownicą itd. itd. Jeśli chodzi o moją przeszłość, to skutkiem pracy z Programem, w szczególności zaś pracy nad IV Krokiem, było uwolnienie się od paraliżującego poczucia winy. Poczucia winy, które dominowało i decydowało niemal o wszystkich moich poczynaniach w okresie picia i jeszcze jakiś czas po zaprzestaniu. Jaki to ma związek z tematem, z odpowiedzialnością? Według mnie – zasadniczy. Zamiana w mojej głowie i w mojej duszy słowa/pojęcia „wina” na „odpowiedzialność” w odniesieniu do mojego udziału w wydarzeniach z czasów czynnego alkoholizmu, spowodowała, że ruszyłam z miejsca i wszystko w moim życiu zaczęło się zmieniać. Sprawy powoli zaczęły nabierać właściwego miejsca i właściwej perspektywy. Tak, nie jestem winna temu, że akurat na mnie popadło z tym alkoholizmem, nie jestem winna temu, że mam deficyty w uczuciach i życiowych umiejętnościach, nie jestem winna temu, że nie potrafiłam podejmować właściwych decyzji… Winna nie jestem, ale za wszystko, co zdarzyło się w moim życiu ponoszę odpowiedzialność, gdyż to ja w tym uczestniczyłam. Skutkiem winy jest kara, więc chłostałam się nieustannie myśląc: „jestem głupia, nic nie warta, beznadziejna... wszystko, czego się dotknę zamienia się w g*no…”. I nic się nie zmieniało, bo zmienić się nie mogło, skoro byłam przekonana, że nawet gdybym stanęła na rzęsach, to i tak nie jestem w stanie zrobić niczego dobrze. A potem był IV Krok. Eureka. Objawienie. Moje poczucie winy, jako absurdalne i kompletnie do niczego mi nie przydatne – ulotniło się. Zastąpiło je poczucie odpowiedzialności. Za to, co było, ale przede wszystkim za to, co będzie. Dziś wiem, że dorosłość, dojrzałość oznacza działanie; podejmowanie decyzji i godzenie się na ich konsekwencje; podejmowanie prób mimo porażek i mimo mojej niedoskonałości, mimo braku gwarancji na sukces w każdym przypadku. To właśnie na własny użytek nazywam odpowiedzialnością. Jedyną rzeczą, na jaką w żadnym razie nie mogę sobie pozwolić, to bezruch, bezczynność. Nie robiąc nic, faktycznie staję się winna temu, że jest mi źle, że do mojego umysłu wkrada się beznadzieja i bezsens. Tyle o winie. Teraz jeszcze słowo o odpowiedzialności. Jakiś czas temu napisałam, że moja trzeźwość jest najważniejszą rzeczą w moim życiu, bo mam dziś pełną świadomość faktu, iż bez niej wszystko inne nie ma sensu, albo w ogóle przestaje istnieć. W moim ulubionym i niezwykle ważnym dla mnie fragmencie WK mówiącym o obietnicach, jakie daje Program, zawarto warunek, pod jakim obietnice te się spełniają: JEŚLI NAD NIMI PRACUJEMY! Tak, to warunek niezbędny do zmian, według mnie fundamentalny. I kwintesencja Programu AA, który jak wiadomo, jest programem działania. Mój alkoholiczny obłęd doskonale wypełniał sens powiedzenia: robisz w kółko to samo, i oczekujesz zmian, przy czym u mnie polegało to na nie robieniu niczego, na trwaniu w beznadziejnym oczekiwaniu, że „samo” jakimś cudem się zmieni. Praca nad Krokami IV, V i VI pozwoliła mi na rozpoznanie większości moich wad, braków i nieumiejętności. Ale też przy okazji uświadomiła mi, że wcale nie jestem taka beznadziejna i nic nie warta, jak wcześniej uważałam. Ze zdumieniem „odkryłam”, że nie składam się wyłącznie z wad. Zobaczyłam, że mam sporo fajnych cech i sporo umiem. Fakt, że nie jestem doskonała nie jest żadnym alibi dla bezczynności i użalania się nad sobą. Praca nad Programem dała mi odwagę do działania przy użyciu takich narzędzi, jakimi dysponuję, bo dotarł do mnie wielki sens ostatniego akapitu Modlitwy o Pogodę Ducha: „… i mądrości, abym odróżniał jedno od drugiego…” Dziś coraz częściej udaje mi się nie „kopać z koniem”, nie poświęcać czasu, uwagi i energii na rzeczy, których z różnych powodów nie jestem w stanie zrobić, a zamiast tego zająć się rzeczami, które są w moim zasięgu. Nieraz kulawo, nieporadnie, ale działam, by codziennie stawać się lepszą – lepszą nie od kogoś, tylko od siebie samej z dnia poprzedniego. Właśnie tak rozumiem odpowiedzialność za moją trzeźwość, która stanowi o całym moim życiu: robić swoje i nie pękać. Od czasu, gdy przestałam się nad sobą użalać i wzięłam się do roboty, nie odnoszę już porażek – zbieram jedynie doświadczenia, uczę się siebie. Coraz lepiej wiem, co mam, co umiem i jak najlepiej mogę te niedoskonałe narzędzia wykorzystać do budowania, umacniania swojej trzeźwości. Bo bez trzeźwości nie ma nic, a z nią… każdy dzień jest nadzieją, szansą na kolejną spełnioną obietnicę.

                                                                                          Doris


ODPOWIEDZIALNE PICIE

Gdyby 10 lat temu ktoś mi powiedział, że dziś będę chodził na mityngi AA, stuknąłbym się w czoło i powiedział mu parę słów do słuchu. Życie pisze jednak swoje scenariusze i tak kieruje ludzkimi losami, że czasami mimo naszych starań okazuje się cwańsze od nas. Zaczęło się niewinnie; jak w wielu przypadkach. Potem wypadki potoczyły się lawinowo. W między czasie wiele razy słyszałem od żony słowa: pij odpowiedzialnie z umiarem. Takie miałem wrażenie ze swojej perspektywy. Tyle, że owo „odpowiedzialnie” z 4 piw w tygodniu zmieniło się w 12 dziennie. Wydawało mi się, że dalej jestem odpowiedzialnie pijącym. Spożywanie alkoholu nawet w samotności sprawiało mi olbrzymią przyjemność. Nadal czułem się odpowiedzialnie pijącym, chociaż właśnie takie objawy jak picie w samotności powinny mnie już zaniepokoić. Okazja jest zawsze. A szczególnie dla osoby uzależnionej. Spieszyłem się więc do domu po pracy, żeby jak najszybciej się napić. Z czasem zaczynałem pić już podczas powrotu, a i nierzadko przed pracą. Balansowałem na krawędzi ryzykując dyscyplinarne wyrzucenie z pracy. W finalnym okresie uzależnienia piłem w każdej wolnej chwili, bez względu na to gdzie się znajdowałem i co robiłem. Napicie się było nagrodą za wszystko. Dorze wytrzepany dywan i skończone malowanie półki na książki. Dalej czułem się odpowiedzialnie pijącym. Wydawało mi się, że nikt tego nie widzi skoro nikt nic nie mówi. Trans trwał latami. Im człowiek bardziej dorosły, tym więcej przytłacza go problemów. To też okazja do wypicia. Ustabilizowałem swoje spożycie alkoholu na wysokim poziomie. Wydawało mi się, że nie działa na mnie. Ale działał i to podstępnie. Najpierw nadciśnienie, potem złe próby wątrobowe i dalej poszło już „z górki”. Dziś jestem niepijącym alkoholikiem. Uczęszczam na spotkania najczęściej jak pozwalają mi na to obowiązki. Ciągle zastanawiam się, co lub może kto, ponosi za to odpowiedzialność… Nikt. To ja sam w porę nie znalazłem właściwego sposobu na odreagowanie. Odpowiedzialność muszę brać na swoje barki.

Krzysztof.


KONCEPCJA X
czyli o tym, by pamiętać gdzie się zaczyna i kończy zakres praw wynikających z pełnionej w służbie roli.

Z każdą odpowiedzialnością w służbie, powinien wiązać się odpowiadający jej autorytet, którego zakres musi zawsze być jednoznacznie określony przez tę decyzję, rezolucję, zakres czynności związanych ze stanowiskiem, lub przez odpowiednie statuty i przepisy. - Tekst nieautoryzowany

Niemal pierwsze słowa X Koncepcji (rozwinięcie jeszcze nieautoryzowane) próbują wyjaśnić, dlaczego tak ciężko szło zdefiniowanie zakresu władzy i odpowiedzialności grup AA, Konferencji, Powierników itp. Przecież alkoholik to indywidualista, a każda grupa jest niezależna w swych działaniach. Do tego każda charakteryzuje się inną świadomością. Próbowano organizować struktury służb, aby zakres uprawnieńna każdym z poziomów służby z zasady wynikał z wykazywanej odpowiedzialności. Miało to na celu zapewnienie harmonijnego i skutecznego funkcjonowania na wszystkich poziomach działania. Nikt nie może mieć wątpliwości, jakie zadania wynikają z pełnionej służby oraz gdzie kończy się zakres odpowiedzialności i faktycznych uprawnień przyznanych do wykonania konkretnego zadania. Już w grupach AA spotykałem się z nieporozumieniami wśród uczestników mityngu, kiedy Skarbnik samodzielnie a nawet samowolnie dzielił datki z kapelusza pomijając wpłaty do BSK, Intergrupy czy Regionu. Pieniądze na ciastka, kawę, cukierki były, ale już wspólne dobro, jakim jest nasza wspólnota albo niesienie posłania AA było ignorowane tylko dlatego, że taka była świadomość Skarbnika. Musieli interweniować bardziej doświadczeni członkowie grupy. Inny problem się pojawiał, gdy w podejmowaniu służby widziano jedynie okazję do wprowadzenia swoich rządów, a nie pełnienia zadań zaufanego sługi. Zastanowiłem się. Właściwie nie mam prawa oceniać postaw innych, sam nie jestem święty, lecz z drugiej strony troska o naszą Wspólnotę i jej przyszłość każe mi przychylnie patrzeć na konieczność odbycia pewnego rodzaju stażu wprowadzającego do służby. W ten sposób możemy uniknąć nieprzyjemnych niespodzianek, gdy wybrany nie podejmuje służby, albo prowadzi ją w kierunku odbiegającym od idei zawartych w Tradycjach. Może to dotyczyć zarówno Rzecznika, Delegata, Skarbnika, Prowadzącego mityng i innych. Pamiętam jak na pół roku przed podjęciem służby Rzecznika miałem okazję uczestniczenia w pracach Regionu tak, że samo podjęcie służby było już tylko formalnością. Ale …. nie do końca. Dopiero po kilku latach, w czasie wspominek z kolejnym Rzecznikiem opowiadaliśmy sobie ze śmiechem i dużą dozą szczerości, jak za punkt honoru przyjmowaliśmy to, aby czasem nie skorzystać z doświadczeń poprzednika. Aby koniecznie dokonać przeorganizowania działań i mieć swój udział w podjęciu decyzji, (aż prosi się wspomnienie ze służby krajowej dotyczące umieszczania Komisji Zakładów Karnych, raz poza Komisją Informacji Publicznej a ostatnio w niej, ale za to obok Komisji Internetu). Wydawało się, że jeśli my bierzemy udział w podejmowaniu decyzji to już z samej natury rzeczy jest ona dobra. Życie przyniosło korektę. Zajęci wygrywaniem różnych utarczek, zapominaliśmy o wychowaniu następcy. Obawiam się, że ta tendencja obejmuje nie tylko mnie. Są też inne problemy. Kilka lat temu byłem często atakowany, że nie przekazuję spraw redagowania Biuletynu MITYNG następnym redaktorom. Sprawa nie była prosta. Służbę można przekazać komuś, kto w dotychczasowym zachowaniu pokazał, że jest w stanie podjąć się tego trudu. Ja raczej spotykałem się z postawą, że kandydat robił tylko to, co chciał, kiedy chciał i jak chciał, a to jest postawa daleka od programu AA. Trudno mieć o to pretensje, ale równocześnie trudno żyć pod presją oczekiwań czy uda się z ustaloną częstotliwością wydać kolejny numer i czy będzie zawierał odpowiednie treści. Wobec zakresu odpowiedzialności kandydaci rezygnowali, mimo że każdy kolejny numer pokazywał, jak wielką okazją do wzbogacenia aowskiej świadomości i rozwijania osobistych umiejętności jest służba w AA. Szkoda. Służby nie trzeba się bać, gdy w sercu jest wiara w pomoc Siły Wyższej. Ale o pomoc i wskazówki trzeba się zwrócić. W praktyce należało pokazać "zasady przed osobistymi ambicjami". Często powtarzam, że ten, kto podejmuje służbę mycia szklanek to jakby wołał o pomoc w trzeźwieniu. Na niego zwracają się "oczy" grupy. Ale inni, którzy podejmują się dalszych zadań, często poza grupą, potrzebują kolejnych wskazówek. To jest właśnie zadanie Koncepcji. Niestety ostatnio często spotykałem się z opinią, że Koncepcje Służb Światowych dotyczą jedynie "tych, co są w Nowym Jorku". Z przykrością stwierdzam, że tak wypowiadają się nawet wieloletni aowcy, którzy na przykład w służbie mandatariusza widzą jedynie rolę posłańca reprezentującego opinię grupy i równocześnie nie zainteresowanego współpracą z innymi grupami. Ma wyrażać wolę tych, co siedzą w grupie, choć nie ruszają się z niej. Pewnie dla mówiących te słowa tak jest, ale dla mnie sytuacja jest inna. Już od dłuższego czasu poznaję i próbuję zgodnie z nimi funkcjonować we Wspólnocie. Ponadto wiem ile troski o upowszechnienie Koncepcji wykazuje nasze BSK, Służba Krajowa, Delegaci Narodowi - a to tylko w naszym kraju. Nie wymienię wszystkich w Europie. Przypominam sobie uczestników naszych warszawskich warsztatów na temat Koncepcji. Momentalnie okazuje się, że tych, dla których Koncepcje są ważne jest dużo, dużo więcej. I to w całym świecie AA. Problem polega na gotowości podporządkowania się tym zasadom, a tak naprawdę opisom służb by skuteczniej działały. Stare przysłowie mówi, że najbardziej ślepy, kto nie chce widzieć, a głuchy, kto nie chce słyszeć. I nie chodzi o dobre przepisy, ale raczej wolę do ich respektowania. Grupa może uszanować Koncepcje albo je odrzucić. To kwestia odpowiedzialności jej liderów. W Regionie Warszawa działanie służb jest opisane w Karcie Konferencji. Z niej wynikają pewne konsekwencje. Wiemy, co to są zespoły regionalne, Rada Regionu, kiedy zbiera się Konferencja, jakich dokonujemy wyborów, i po co? I choć w Regionie zarejestrowanych jest ponad 200 grup AA, to jednak na Konferencji mandatariuszy jest dużo mniej. Nie wszyscy chcą wspólnej świadomości albo nie wiedzą o jej przydatności. Na ostatnią Konferencję w Łomiankach, w ramach sponsorowania zaprosiłem przyjaciela. Raptem zapytał, czy może również głosować, bo on jest mandatariuszem, o czym ja nie wiedziałem, a on to sobie dopiero uświadomił. Okazało się, że do tej pory nawet nie wiedział, że do jego obowiązków należy udział w Konferencji. Oczywiście pobrał karty do głosowania i z miejsca zaczął aktywnie w Konferencji uczestniczyć. Otworzył się przed nim nowy świat AA, w którym jakieś Koncepcje były dotąd tylko daleką mrzonką. Zaczął zdobywać, a teraz będzie wzbogacał swą wiedzę. Pewnie obecnie używana Karta Konferencji wraz ze wszystkimi poprawkami nie jest jeszcze doskonała. Lecz to nie powód by ją odrzucać. Zresztą podobnie jak Koncepcje. Powołany został specjalny zespół do opracowania poprawniejszej wersji odpowiadającej dzisiejszej świadomości. Musimy tak przedstawić nasze struktury, aby zasada uprawnień/decyzji była wyraźnie zarysowana. Jest konieczne, by za wszystkie sprawy naszych służb i jej działania ktoś faktycznie ponosił odpowiedzialność. Żeby wiadomo było, do kogo się zwrócić z wątpliwościami. Kto przed kim odpowiada. Źle się dzieje, gdy służbę wykonuje się wedle własnych wyobrażeń. Wtedy łatwo dochodzi do konfliktów. A nam chodzi o to, aby błędne wykorzystanie uprawnień nie doprowadziło do dyktatury, a z drugiej strony odpowiedzialność dawała możliwość skutecznego podejmowania decyzji. Żałośnie wygląda przywódca, który ciągle szuka wspólnego sumienia u kłócących się alkoholików, nie wyjaśnia własnych poglądów i nie chce podejmować żadnej decyzji. Dlatego potrzeba nam jasno sprecyzowanych sugestii, opisów jak mają przebiegać nasze służby. Jeśli przekazane uprawnienia są błędnie wykorzystane, nieustannie wykraczają poza swój zakres albo nie są w ogóle podejmowane, należy interweniować. Na przykład, grupy niezadowolone z Konferencji mogą wybrać bardziej odpowiedzialnych delegatów czy poprosić o rezygnację. Podobnie Delegaci mogą wpłynąć na postawy Powierników, a ci na pracowników biura służb. W tym momencie przypomniała mi się pewna myśl: Nikt nie jest tak dobry, aby wybierać na kolejną kadencję ani tak zły, aby nie wytrzymać z nim jednej. Jest za to okazja do nabycia ciekawych doświadczeń. Na zakończenie chcę podzielić się taką uwagą. Koncepcje nie są jakimś kolejnym przepisem dla alkoholika, a raczej wskazówką jak możemy się odnaleźć i współpracować, by razem uczynić to, co sami nie jesteśmy w stanie, dla dobra nas samych i tych, którzy nas potrzebują.
Pozdrawiam pogodnie Marek Warszawa 23 01.2006r


ODPOWIEDZIALNA TRZEŹWOŚĆ

Zastanawiałem się, jak to jest z odpowiedzialnością kiedy jestem trzeźwy. Czy jestem, czy też nie. W sumie chciałem i chcę być odpowiedzialny, co wcześniej graniczyło z cudem. Wszystko to co obiecywałem, przyrzekałem, nie miało pokrycia w tym co robiłem. Dla mnie trzeźwość, można by napisać, zobowiązuje do bycia odpowiedzialnym. Co więcej, ja chcę być taką osobą. Dziś jeśli coś obiecam, to staram się z tego wywiązać. Świadomie napisałem, że się staram, ponieważ może się zdarzyć, że w danym dniu nie zdążę, nie dam rady, ale nic nie stoi mi na drodze, abym dotrzymał słowa jutro. Dziś odwożę dziecko do szkoły, odrabiam z nim lekcje, wyjeżdżam na wakacje. Przychodzę do pracy terminowo, nie opuszczając z byle powodu, jak kiedyś bywało. Można by było mnożyć przykłady, ale nie o to chodzi. Najważniejsze, że ja czuję się odpowiedzialnym za to co robię. Mam do siebie zaufanie, które wpływa na moje życie. Jestem spokojniejszy, bardziej zorganizowany, punktualny i zdyscyplinowany. I teraz potrafię wziąć na siebie wszystko, co wiąże się z tą odpowiedzialnością. I to dobre i to złe. Nie szukam teraz wymówek, nie zwalam na inne osoby, tylko biorę „na klatę”. Nie powiem, jest to trudne, ale teraz potrafię temu zaradzić, szukam rozwiązania, a jeśli nie potrafię to szukam pomocy. Modlitwa o Pogodę ducha pomaga mi w utrzymaniu równowagi emocjonalnej, bo czasem bywa różnie. Bycie odpowiedzialnym to bycie ze sobą na dobre i na złe. Tak to ja widzę i tak uważam. I jeszcze jedno, odpowiedzialny to także uczciwy. Odpowiedzialność i uczciwość to wartości, którymi obecnie kieruję się w codziennym życiu, a nie tymi pijanymi nawykami, które wtedy były dla mnie normą. Oczywiście zdarza mi się popełniać błędy czy sprawić komuś przykrość, ale teraz to dostrzegam i koryguję swoje postępowanie czy myślenie. Zmiany jakich dokonuję, to wybory, za które później odpowiadam. To branie odpowiedzialności za te wybory. Każdego dnia pamiętam, że ten dar, który mam mogę stracić. Choroba alkoholowa to choroba nawrotowa, tego nauczyłem się na terapii. Dziś nie piję, a jak będzie jutro, nie wiem. Wiem co dziś mogę zrobić, aby nie pić. Dla mnie powrót do picia, byłby samobójstwem. A tego nie chcę. Chcę być szczęśliwym alkoholikiem. Dla siebie trzeźwieję i tylko wtedy kiedy biorę odpowiedzialność za swoje zachowanie. Oczywiście nie piję nie tylko dla siebie, ale też dla bliskich, rodziny, przyjaciół, dla wszystkich ważnych dla mnie osób. Ale jeśli nie będę pierwszy w kolejności, nie będę robił tego dla siebie, a przede wszystkim dla innych to któregoś dnia, gdybym zapił, mogłoby się okazać, że jestem sam i mam mnóstwo pretensji do innych. Być może Oni nie mieliby tych pretensji, ale moje poczucie winy, nie pozwoliłoby mi spojrzeć im w oczy. Trzeźwieję dla siebie, ale nie sam - przy pomocy innych osób. Wspólnota AA i drugi alkoholik to filary mojego trzeźwego życia. Takie jest moje życie a podstawą tego wszystkiego jest odpowiedzialność. Odpowiedzialność za swoje życie ale też za życie bliskich. Kiedy piłem, jeździłem samochodem po pijaku wożąc syna; i gdzie była wtedy moja odpowiedzialność? Gdy dziś to wspominam, włosy na głowie mi się jeżą. Na szczęście to już za mną, ale pamiętam, że jeśli nie będę dbał o swoją trzeźwość to mogę wrócić do dawnego bagna. Bycie odpowiedzialnym to cholernie trudna sprawa, ale dająca mi satysfakcję. Dzięki odpowiedzialności awansowałem ostatnio w pracy i przydzielono mi dużo ważniejsze zadania do realizacji. Ktoś mi zaufał, widząc jak potrafię pracować i jak się angażuję. Dla mnie nie ma życia bez brania na swoje barki odpowiedzialności. To kierowanie swoim życiem. To także przyjmowanie konsekwencji mojego zachowania i ewentualne zmienianie go. Życzę wszystkim, którzy to przeczytają, aby nie bali się brać odpowiedzialności za swoje zachowanie i czyny. Tylko tak można żyć w zgodzie z sobą i z innymi.

Marcin AA


JA? ODPOWIEDZIALNY ...

Odpowiedzialność to słowo mi nieznane przez większość mojego życia. Nie znałem jego znaczenia, choć nieraz zachowywałem się według zasad, do których słowo to się odnosi. Według słownika to «obowiązek moralny lub prawny odpowiadania za swoje lub czyjeś czyny». No właśnie - nigdy nie zdawałem sobie sprawy, że mogę odpowiadać za swoje, albo za czyjeś czyny. Może nie wyniosłem tego z domu, a może po prostu tak było mi wygodniej. Kiedy pierwszy raz spróbowałem alkoholu w takich ilościach, że zmienił całkowicie moje spojrzenie na świat, to właśnie moja własna wygoda była najważniejsza i tylko moim „Ja” kierowałem się we wszelkich poczynaniach. A przecież odpowiedzialność to pewne ograniczenia, to stosowanie się do pewnych ogólnie przyjętych zasad, to w końcu rezygnacja właśnie z wygody i własnych zachcianek. W okresie mojego czynnego alkoholizmu, a był to bardzo długi okres, odpowiedzialność była u mnie zupełnie przypadkowa, mogę powiedzieć nieświadoma. To przypadki mojej właściwie wykonywanej pracy, to rzadko, bardzo rzadko, wypełnianie obowiązków syna, męża czy ojca. Nie byłem dobrym synem nawet teraz nie wiem jak powinienem się zachowywać, jako odpowiedzialny syn (oboje rodzice już nie żyją). Wiem jak krzywdziłem swoich rodziców, jak ich lekceważyłem i doprowadzałem do rozpaczy. To było dawno temu, a i tak gdzieś w głębi duszy czuję żal do siebie za takie zachowanie. Moje zachowanie nie zmieniło się nawet, kiedy pierwszy raz się ożeniłem, kiedy urodził mi się syn, kiedy powstała nowa jednostka społeczna, za którą powinienem być, jako głowa rodziny, odpowiedzialny. Wygoda i zaspokajanie własnych potrzeb nie pozwoliły mi nawet współtworzyć tej jednostki, wręcz odwrotnie, szybko doprowadziłem do uzależnienia od alkoholu moją żonę, a później to już rozwód i zabawa. Jedno, co udało mi się utrzymać (raczej dzięki Sile Wyższej - tak teraz uważam) to praca, w której byłem raczej cenionym pracownikiem. Przyczyniało się do tego ciche przyzwolenie na spożywanie alkoholu na terenie zakładu pracy. Wtedy też poznałem swoją obecną żonę. Po jakimś czasie urodziła nam się córka, a z różnych powodów syn z pierwszego małżeństwa wychowywał się u nas. Opisuje to tak dokładnie, by wyraźnie nakreślić brak swojej odpowiedzialności i jakim byłem człowiekiem w trakcie czynnego alkoholizmu. To właśnie moje wygodnictwo i przedkładanie libacji alkoholowych nad wszystko inne doprowadziło do tego, że obecnie mam świadomość, jakim byłem człowiekiem, komu zawdzięczam prawidłowe wychowanie syna i córki. To na początku moja mama, a później obecna żona, wykazały się pełną odpowiedzialnością za ich wychowanie, za utrzymanie pewnego poziomu życia, za zapewnienie im możliwości nauki i umiejętności życia w społeczeństwie. Mój udział w tym wszystkim był minimalny albo wręcz żaden. Dla mnie liczyła się zabawa i ucieczka w alkohol przed tym, o czym mówi cytat ze słownika. Bałem się, nie chciałem, nic nie wiedziałem na ten temat, jakbym tego nie nazwał, to właśnie w alkoholu zatracałem wszelkie, nawet najmniejsze zalążki odpowiedzialności. Dzisiaj moje dzieci są już dorosłe, mam wnuczki, z których jedna jeszcze widziała mnie pijanego, druga już nie. Od pewnego czasu dorosłem do tego by być odpowiedzialnym za swoje czyny i by odpowiedzialnie uczestniczyć w każdej formie życia. Musiałem dojść do momentu, kiedy to, sposób w jaki funkcjonowałem już się nikomu nie podobał. W pracy tylko czekali by mnie wyrzucić, żona zobojętniała, a dzieci przestały się odzywać. Stałem się, przynajmniej tak to czułem - nikomu niepotrzebny, a moja wygodna egzystencja przestała mnie cieszyć. Na początku była dwuletnia terapia, później praca ze sponsorem na Krokach, w między czasie pierwsze służby na grupie i mityngu AA. To właśnie tam uzyskałem odpowiedź, co to jest odpowiedzialność, kiedy jako prowadzący, pierwszy przychodziłem by otworzyć i przygotować salę, kiedy w trakcie mityngu skupiałem się nad właściwym jego przebiegiem. Systematycznie, dzień po dniu, miesiąc po miesiącu, nabywałem cech człowieka odpowiedzialnego i myślę, że teraz mogę się tak nazwać. Czuję odpowiedzialność za swoją rodzinę, za Wspólnotę, w której życiu czynnie uczestniczę, czuję się również odpowiedzialny za społeczeństwo (to jak się w nim zachowuję), za środowisko (ode mnie zależy jak ono wygląda), jest wiele aspektów odpowiedzialności, które dopiero teraz zauważam. Dziękuję mojej Sile Wyższej, że mogę teraz „stosować te zasady we wszystkich moich poczynaniach” jak również „stosować je ponad osobistymi ambicjami”. Te dwa zwroty z XII Kroku i XII Tradycji, dopiero po przepracowaniu wszystkich Kroków i Tradycji ze sponsorem, pozwalają w pełni, na wdrożenie ich bez żadnych zastrzeżeń, w moje życie codzienne. To one pozwalają mi akceptować lub tolerować otaczających mnie ludzi, to one pozwalają mi być odpowiedzialnym człowiekiem bez względu na spotykające mnie sytuacje.

Rysiek AA


GDY KTOKOLWIEK, GDZIEKOLWIEK...


Gdy ktokolwiek, gdziekolwiek potrzebuje pomocy, chcę by napotkał wyciągniętą ku niemu pomocną dłoń AA i za to jestem odpowiedzialny”... piękny tekst, nasz tekst deklaracji o ODPOWIEDZIALNOŚĆI. Ilekroć go mówimy, zazwyczaj na początku jakiegoś spotkania, towarzyszy temu często podniosła atmosfera i świadomość, że uczestniczymy w czymś ważnym, ODPOWIEDZIALNYM właśnie. Wypada się zastanowić czy za słowami idą czyny. Po krótkim zastanowieniu wychodzi mi na to, że często właśnie nie...Ileż to razy w trakcie takiego spotkania, gdy pada jakiś pomysł, do którego realizacji potrzeba chętnych, zapada cisza. Oglądamy się jeden na drugiego i z różnych przyczyn nie chcemy wziąć za jakieś przedsięwzięcie ODPOWIEDZIALNOŚCI. Zajmujemy się sprawozdawczością, wzajemnymi pretensjami, często wewnętrznymi „wojenkami” lub na przeciwnym biegunie tworzymy towarzystwo wzajemnej adoracji, zapominając o tych prostych, ale jakże ważnych słowach, które przed chwilą trzymając się za ręce wspólnie wypowiedzieliśmy. Słowach, które zawierają właściwie sedno tego po co tu się spotkaliśmy. Tu, czyli: na grupie, intergrupie, zespole, regionie, konferencji po to właściwie jesteśmy, by w myśl piątej tradycji nieść posłanie alkoholikowi, który wciąż jeszcze cierpi. Za to jesteśmy ODPOWIEDZIALNI. Czyż nie?
Gdy słyszę, że dyżurni nie przyszli na dyżur o czym wcześniej nawet nie poinformowali, to mnie mierzi. Gdy dowiaduję się, że na mityngu nie było komu się zająć nowicjuszem, bo grupa ma „komitet powitalny”, a akurat członkowie tego komitetu byli akurat nieobecni, to nie wiem czy się śmiać czy płakać... I nie dlatego że sam jestem idealny, a wręcz przeciwnie. Dużo mam jeszcze do zrobienia i bardzo dobrze, bo dzień w którym uznam, że wiem wszystko, że wyzdrowiałem, że mogę innych pouczać, byłby początkiem mojej zguby... Ja, Adam alkoholik, przyszedłem do AA jako człowiek skrajnie nieodpowiedzialny. Przykłady mojej nieodpowiedzialności zajęłyby zbyt dużo miejsca, więc poprzestanę na kilku z nich. Notorycznie pod wpływem alkoholu prowadziłem samochód nie zważając na ewentualne skutki i konsekwencje wynikające z tego zachowania. Bywało, że w stanie upojenia alkoholowego zajmowałem się swoimi dziećmi. Piłem w pracy, lub skacowany, a często jeszcze pijany do tej pracy chodziłem. Te i inne zachowania pokazały mi jak nieodpowiedzialną osobą byłem w okresie gdy piłem. Pracując na programie ze swoim sponsorem niejednokrotnie przyznając się do popełnianych czynów głos wiązł mi w gardle, a w oczach pojawiały się łzy. Jednak praca na programie nie polega tylko na przyznawaniu się do błędów, ale również na wyciągnięciu z nich wniosków, a poprzez pracę nad sobą i ciągły rozwój, dążenie do bycia lepszym człowiekiem, które zakłada m.in. branie ODPOWIEDZIALNOŚCI za swoje czyny i ponoszenie konsekwencji tychże. To bardzo trudne, gdy całe dotychczasowe pijane życie ODPOWIEDZIALNOŚĆ zrzucało się na innych. Gdy trudne życiowe wybory zrzucało się na innych, gdy za swoje picie nie ponosiło się lub nie chciało się ponosić żadnych konsekwencji. Trudne, lecz wykonalne. Wykonalne i w rezultacie często sprawiające satysfakcję. Powoli krok po kroku uczyłem i uczę się tego. Pamiętam swoją pierwszą służbę na grupie, służbę kolportera. To ODPOWIEDZIALNOŚĆ za tę służbę kazała mi przeczytać wszystkie nasze książki, abym wiedział co mam na stoliku. Pamiętam swój pierwszy odebrany telefon w PIK, jak się czułem gdy drżącym głosem udzielałem informacji o mityngu, bo ktoś takiej informacji potrzebował. Aby dobrze i ODPOWIEDZIALNIE pełnić tą służbę poprosiłem przyjaciela o przesłanie „Poradnika dyżurnego”. Pamiętam swoją pierwszą spikerkę na detoksie, gdy ciągle nie byłem pewien czy ja mam im coś do przekazania, czy ja potrafię, czy to co mówię coś im da. W efekcie jednej z takich wizyt na detoksie pamiętam również ciepłe słowa po spotkaniu, które pokazały że to ma sens, a moje obawy się rozwiały. To były moje początki stawania się ODPOWIEDZIALNYM, tak jak to dziś rozumiem. Kiedyś poszedłem na detoks z przyjacielem który tam chodził od lat. Przed wejściem zapytał:
-Masz tremę?
-Jak cholera – odpowiedziałem
-To dobrze, ja też – rzekł – bo jak tremy nie ma, wkrada się rutyna, a wtedy łatwo zapomnieć po co tu przychodzimy
Myślę że ODPOWIEDZIALNOŚĆ za słowa i czyny powinna towarzyszyć nam w równym stopniu jak chęć pomocy. Słynne powiedzenie „dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane” ma tu myślę zastosowanie. Zastanawiam się, gdy słyszę, że ktoś ma kilkunastu podopiecznych lub, że po pół roku w AA ktoś sponsoruje czy to ODPOWIEDZIALNOŚĆ czy wręcz przeciwnie. Gdy do więzień z niesieniem posłania wybiera się ktoś kto pół roku temu jeszcze leżał pijany to czy to jest ODPOWIEDZIALNE? Czy jednak on sam się wybiera czy też sponsor mu kazał? I kto w tym momencie jest nieodpowiedzialny? To dla mnie jasne, że chcą pomóc, tylko czy aby na pewno już są gotowi? Czy nie warto czasem poczekać, aby to niesienie posłania było świadome i ODPOWIEDZIALNE? A może to ja się właśnie mylę, może to asekuranctwo i właśnie strach przed ODPOWIEDZIALNOŚCIĄ powodują że tak to postrzegam? Pamiętam swoje cotygodniowe wizyty u sponsora, pamiętam sugestie z którymi niejednokrotnie w duchu się spierałem, a które w efekcie spowodowały, że dziś nie piję szósty rok, a na pewne rzeczy patrzę dużo inaczej, w moim mniemaniu dojrzalej. To to właśnie inne spojrzenie powoduje, że dziś piszę ten tekst, biorąc za niego ODPOWIEDZIALNOŚĆ i licząc się w konsekwencji z ewentualną krytyką. Krytyka kiedyś dla mnie nie do przyjęcia, dziś daje mi dużo do myślenia, uczy tolerancji na drugiego człowieka i pokazuje, że to co dla mnie dziś białe, wcale białym być nie musi, że mogę się mylić, a to drugi człowiek może mieć rację lub przynajmniej inne zdanie. Zastanów się Drogi Czytelniku w swoim sumieniu jak to u Ciebie z tą ODPOWIEDZIALNOŚCIĄ jest? Moje zdanie jest takie, a Twoje? Wszystkich dotkniętych tym tekstem przepraszam i zapewniam, że nie takie były moje intencje, a widzących te sprawy inaczej zachęcam do polemiki na łamach biuletynu.
Pozdrawiam.
Adam.


FAJNA RZECZ - ODPOWIEDZIALNOŚĆ

To bardzo wielkie słowo i bardzo szerokie pojęcie. Przez wiele lat, dla mnie, sprowadzało się do kilku określeń: ponoszenie konsekwencji za swoje postępowanie, a jeśli da się ich uniknąć to mój zysk, odpowiedzialność za inną osobę lub powierzone mienie. To też jest prawdą, ale to bardzo uproszczone rozumienie odpowiedzialności i w niewielkim stopniu oddające jego istotę. Przez większość życia unikałem jak ognia odpowiedzialności w różnych sferach. Nie dostrzegałem popełnianych błędów. Obwiniałem o nie wszystkich tylko nie siebie. Unikałem podejmowania trudnych decyzji w obszarze prywatnym i zawodowym. Wynikało to z mojego egoizmu, preferowania wyłącznie moich własnych potrzeb i mojego wygodnictwa. Bo odpowiedzialność to rzetelność, zdyscyplinowanie, dotrzymywanie słowa, a przede wszystkim uczciwość. A przecież wygodniej było unikać wszelkich zobowiązań, a jeśli już to nie wywiązać się z nich i znaleźć jakiekolwiek wytłumaczenie by usprawiedliwić samego siebie. W okresie picia, to był mój stały sposób postępowania, a resztki wspomnianych wyżej wartości zupełnie przestały mieć jakiekolwiek znaczenie. Zupełnie inaczej zacząłem rozumieć pojęcie odpowiedzialności gdy rozpocząłem trzeźwienie. To nie tylko kwestia konsekwencji swoich czynów, rozumienia ich i akceptowania. To także przewidywanie skutków mojego postępowania. Skutków nie tylko dla mnie, także dla innych. Przykład z codziennego życia: sąsiad wyjeżdżając na dłużej prosił o zaopiekowanie się jego mieszkaniem, którego przez kilka tygodni doglądałem. Mógłbym oczywiście odmówić z różnych powodów, ale wtedy w imię odpowiedzialności powiedziałbym o tym zainteresowanemu. Wspominam o tym, ponieważ przed laty z podobną prośbą zwrócili się do mnie rodzice. W tamtym okresie odpowiedzialność była dla mnie praktycznie obcą, nieznaną wartością, o czym wspomniałem na początku artykułu. W mieszkaniu rodziców byłem tylko raz w przeddzień ich powrotu. Wszystko było w porządku i rodzice też byli o tym przekonani, ale w moim postępowaniu nie było odpowiedzialności, uczciwości, szacunku do bliskich mi ludzi, którzy mi zaufali i oczekiwali, że dotrzymam słowa. Było natomiast zakłamanie, manipulowanie, egocentryzm. Moim zdaniem nie ma odpowiedzialności bez uczciwości i odwrotnie w szerokim rozumieniu tych wartości. Zmierzam do tego, że egzamin z odpowiedzialności, uczciwości, empatii i wszystkiego co się z tym wiąże zdaję na każdym kroku w codziennym życiu. W różnych sytuacjach: na ulicy, w sklepie, w rodzinie czy w miejscu pracy. Czasem zdaję go pomyślnie, jak w opisanej historii z mieszkaniem sąsiada, ale bywa, że jest inaczej. Z tym, że teraz zdaję sobie z tego sprawę, bo dostrzeganie swoich błędów to też jest odpowiedzialność. Dzisiaj bycie odpowiedzialnym daje mi radość, spełnienie, szacunek do samego siebie, a w przypadku błędów niezadowolenie, czasem poczucie winy. Zatem odwrotnie niż w poprzednim okresie, co przekłada się także na relacje z innymi ludźmi i postrzeganie mnie przez nich. Fajne jest trzeźwe życie.

Pozdrawiam.Wojtek
AA Warszawa


KILKA SŁÓW O UCZCIWOŚCI

Co ja mogę powiedzieć o uczciwości? Ja - lekomanka i alkoholiczka, która przez tyle lat kręciła, kłamała i oszukiwała? Byłam uzależniona od krętactwa, maskowałam tyle swoich przewinień i grzechów mniejszych czy większych, tyle trudu kosztowało mnie usprawiedliwianie swojego picia i brania, racjonalizowałam swoje najgłupsze pomysły na życie - no, przecież ja muszę pić, muszę brać tabletki, bo na trzeźwo nie da się znieść bólu istnienia, prawda? I ja mam wypowiadać się na temat uczciwości? A jednak spróbuję. Dawno temu, gdy byłam młoda i jeszcze nieuzależniona mówiłam sobie, że nie umiem kłamać, nie wychodzi mi to, że nawet, jeśli uda mi się coś przeinaczyć, to w którymś momencie bezwiednie się do tego przyznam. Tak, faktycznie, wygadałam się, że byłam w kinie z przyjacielem, że byłam u koleżanki, a nie na podwórku. Może wtedy nie miałam wprawy w kłamaniu, ale przyszedł czas, gdy musiałam się nauczyć nieźle kręcić. Nie chodzi tu tylko o kłamstwo jako mówienie nieprawdy, lecz także o brak gotowości do przyjęcia prawdy, uczciwej oceny sytuacji i siebie. Ale czy mnie wtedy interesowała prawda? Uczciwy osąd samej siebie? Nie, po stokroć nie! Gdy brałam leki, gdy piłam alkohol najwięcej czasu traciłam na uciekanie od tej gorzkiej prawdy o swoim braniu i piciu. Codziennie podpisywałam z diabłem cyrograf, że zrobię wszystko, żeby jak najdalej uciec od uczciwości, szczerości i prawdy, bylebym tylko mogła pić dalej. Bo ja do picia nie potrzebowałam uczciwości, potrzebowałam wymyślonego pretekstu, użalania się nad sobą, potrzebowałam pieniędzy, czasem świętego spokoju, zakłamania, sporej dawki pychy i egoizmu. Łatwiej było myśleć, że świat jest przeciwko mnie, że nikomu nie jest tak ciężko jak mnie, że nic mi się nie udaje, że mam pecha, że Bóg się ode mnie odwrócił, że mąż mnie nie kocha... Miałam mnóstwo teorii na temat swojego życia, mnóstwo analiz - mniej lub bardziej skomplikowanych i wszystkie miały wspólną cechę - pozwalały pić dalej. Ściślej mówiąc - to ja w tych zakłamanych tłumaczeniach świata pozwalałam sobie pić dalej. Tak stałam się mistrzynią krętactwa, kłamstwa i nieuczciwości. I piłam dalej... Jak skończyłam z tym oszukiwaniem siebie i innych? Przede wszystkim nie sama. Tkwiłam tak głęboko w serpentynach przekłamanych uczuć, że przestałam widzieć ich początek, fakty zlewały mi się z fikcją, którą sama tworzyłam. Rozplątywać te warkocze nieprawdy zaczęłam na terapii, najpierw ambulatoryjnej (którą zapiłam), potem - zamkniętej (którą zaćpałam). Jednak zanim zniweczyłam wszystkie osiągnięcia terapii, dotarły do mnie pierwsze sygnały prawdy o sobie. I było to bardzo bolesne doświadczenie, bo mój świat zaczął się walić, bo docierało do mnie, że to nie Bóg odwrócił się ode mnie, a ja od Niego, że to nie tylko mąż przestał mnie kochać, ale też i ja przestałam okazywać swoją miłość. Może właśnie dlatego, że ta prawda była zbyt gorzka, wróciłam do tabletek. Na szczęście dla mnie - nie na długo, bo Bóg w swojej łasce zabrał ze wszystkich aptek "moje" tabletki, a alkoholu bałam się bardziej niż tabletek. Alkohol oznaczał dla mnie samobójstwo. Tak więc w pewnym momencie mojego życia zostałam sama ze sobą, trzeźwa i taka pozostaję do dziś. Chociaż wydawało mi się to niemożliwe, nauczyłam się uczciwości. Powoli, stopniowo, małymi kroczkami. To nadal bolało, bo musiałam się przyznać do wielu swoich błędów i win. Doszłam do prawdy o sobie, ale znów nie sama. Bardzo pomogła mi Wspólnota AA i wiem, co mówię, bo próbowałam przez parę lat trzeźwieć samotnie - było ciężko i dotkliwie smutno. Jestem we Wspólnocie od trzech lat i to są moje najszczęśliwsze lata życia - bez przesady i picowania. Powoli, razem z innymi alkoholikami dochodziłam do swojej prawdy - uczciwie, bez uciekania od odpowiedzialności, bez ściemniania i naciągania. Nauczyłam się akceptować swoje błędy i porażki, godziłam się ze swoimi wadami, prostowałam sama siebie tam, gdzie było to możliwe. Nie szukam już wymówek, bo kogo miałabym oszukiwać? Siebie? Już nie potrzebuję. Przyjaciół z AA? Niedorzeczność! Właśnie z nimi czuję się najbezpieczniej, to oni nauczyli mnie godzić się na ten świat takim, jakim jest, a nie takim, jakim ja chciałabym go widzieć. Na mityngach mówię o wszystkim i zawsze znajduję tu zrozumienie, szacunek, troskę o mnie. To magia! Nie potrafię tego zjawiska wytłumaczyć racjonalnie i werbalnie, ale wiem, że mityngi działają na mnie cudownie, ja nie mam najmniejszej ochoty czy potrzeby kłamać, koloryzować, bo tu szczerość i właśnie uczciwość czynią cuda. Tu nie muszę być idealna, mogę popełniać błędy i co ważniejsze, mogę się do nich przyznawać! Nikt mnie nie oceni, nie skrytykuje. Ja sama dla siebie chcę być uczciwa, odpowiedzialna i gotowa do ponoszenia konsekwencji swoich kroków. Nie unikam luster, Wasze twarze to moje lustra, w nich widzę siebie. Widzę swoje zalety i wady i nareszcie - prawdziwie i uczciwie. Uczciwość daje mi też poczucie, że poradzę sobie w życiu, że nie jestem bezsilna. To dla mnie bardzo ważne w trudnych sytuacjach, które przecież się zdarzają i będą zdarzać. Już nie narzekam, nie martwię się, co zrobię, gdy... coś tam się wydarzy, ja już wiem, że zrobię to, co będę mogła, aby wszystko było w porządku, rozwiążę swoje problemy, jak umiem najlepiej, nie tylko dla siebie, ale i dla innych. Takie uczciwe podejście do życia, razem z oparciem we Wspólnocie daje mi olbrzymią moc. Z wyrazami wdzięczności dla wszystkich w AA. 

Iwona alkoholiczka.


CZY W PAŹDZIERNIKU MUSZĘ BYĆ TAK CHOLERNIE POKORNY?

Często słyszymy na naszych mityngach, że nie jesteśmy święci i pewnie długo nam to jeszcze nie grozi. Bardziej oczekujemy od siebie rozwoju duchowego, niż doskonałości. To, co warto w życiu osiągnąć, to stan pokory. Ale jak to wygląda w praktyce? Spróbujmy prześledzić. Zupełnie zapominałem o słowach - Nie próbuj być zbyt dobry do czwartku! - które zostawił nam jeszcze Bill W. Może do dzisiaj nabrały one już podręcznikowego smaku, ale bliższe spojrzenie pokazuje, że jest to sprawdzony sposób ostrzegania przed pychą, wyimaginowaną doskonałością i nieuzasadnioną dumą. Gdy po pewnym czasie we wspólnocie zostajesz wybrany do służb, natychmiast wokół ciebie znajdą się ludzie, którzy będą ci przytakiwać, choćbyś i nadal gadał głupstwa, zaczynają cię szanować, dostrzegać, a potrzeba akceptacji szybko może przerodzić się w potrzebę dominowania. Trzeba wielkiej siły woli, aby złapać ten moment i nie pozwolić sobie zgłupieć. Z zaczadzenia, gdy wydaje się nam, że oto prawie zawsze mamy rację, rodzi się łatwość idealizowania siebie i niestety łatwość potępiania innych. Dostęp do informacji AA sprawił, że wiedziałem więcej, i to też, że inni tego nie wiedzą. Wreszcie czułem się kompetentny i odkrywałem bezmiar niekompetencji innych. Powoli, opętany ambicją, bujając gdzieś w obłokach, przestawałem szukać porozumienia z przyjaciółmi. Zaniechałem tego, co jest chyba najistotniejszym elementem pokory - nieustanne potwierdzanie, czy nie zbaczam na manowce, bo do tego niezbędny był udział w sumieniu grupy, do tego dobrowolny, uczciwy, pełny. Wolałem, aby się działa moja wola. Dzisiaj wiem, że wracał obłęd, a z nim samotność. Zupełnie podręcznikowo wpadałem prosto w schematy z czasów mojego picia, kiedy koncentrując się zbytnio na potęgowaniu przyjemności, budowałem niebezpieczny egocentryzm. Znów pojawiły się te same, stare cele - moc, sława i uznanie. Tylko Wspólnocie mogę podziękować za możliwość zrobienia inwentury osobistej i codzienne jej uzupełnianie. Najlepiej wyraża to fragment z książki UWIERZYLIŚMY str 135 „Dane mi było spojrzeć obiektywnie na to, kim byłem i kim się stałem. Po raz pierwszy w życiu wyraźnie dotarto do mnie, że jestem bezwzględnym skończonym draniem i stuprocentowym farbowanym lisem. Byłem tak egocentryczny i miałem tak rozbuchane „ ja", że omal siebie nie zniszczyłem. Przez lata obcowania z AA nauczyłem się jedynie „nie odkorkowywać flaszki". Zupełnie natomiast nie zadbałem o to, żeby podjąć pracę nad w s z y s t k i m i Dwunastoma Krokami”. Nawet przez moment nie zabiegałem o to, aby wprowadzać w swoje życie to, co mówiłem. Mityng to mityng, a życie życiem. Na mityngu niosłem przecież posłanie, to „oni” mieli się zmieniać a „cel uświęca środki”. Mówiłem tak, aby „oni” zrozumieli to, czego sam nie chciałem zrozumieć. Musiałem więc ponownie rozpocząć swoją drogę. Początkiem było poproszenie o pomoc i przewodnictwo. Przed sponsorem mogłem nareszcie być szczery i wyjaśniać wszelkie rozterki, gdy prawda uczuć i prawda rozumu wyraźne się rozmijały, gdy traciłem swą spontaniczność i zaczynałem się czuć jak jakaś marionetka w nieswoim płaszczyku. Łatwo powiedzieć, że „mam być sobą”, ale co to znaczy? Chwilowe przyjemności powodowały chwilową poprawę samopoczucia, ale na dłuższą metę osłabiały wolę działania, zagłuszały poczucie czasu. Samozadowolenie to najlepsza droga do wyprowadzenia się w pole. Zobaczyłem, jak wielkim szczęściem jest, że mam czujnego, wymagającego sponsora, któremu na sercu leżą moje postępy. Łatwo szachrować z samym sobą, posługiwać się kłamstwem czy szukać fałszywych usprawiedliwień. Ale wobec sponsora czuję się zdemaskowany, a nawet zawstydzony. Nieraz odnoszę wrażenie, że jest niesprawiedliwy, że brak mu tolerancji i zrozumienia. A jednak nie widać po nim zniechęcenia. Krytykuje, dodaje ducha, żałuje, ma nadzieję. Trudno się obejść bez jego prostych uwag. Dziwię się często, że nie nuży go ta niewdzięczna rola, a jeszcze słyszę, że z tej pracy jest dumny. Nie potrafię tego objąć rozumem. To chyba wielka tajemnica. Załamać się, poddać, potrafi każdy. Być zwycięzcą, przestać pić i odnajdywać radość życia jest daleko trudniejsze niż być pokonanym, ale równocześnie nic nie daje takiej satysfakcji jak pokonywanie kolejnych przeszkód życiowych. Tę drogę mogą rozpocząć wszyscy, ale efekty są dla wytrwałych, tych, którzy tej drogi uczciwie pragną. Nieustanna służba we Wspólnocie staje się wspaniałą kuźnią charakterów. Uczę się powoli tej trudnej sztuki, uczę się walczyć z sobą, z pokusą pychy i samowoli. A jeśli chodzi o pokorę, to zdaje się, że jest przydatna nie tylko w październiku.

Marek, Warszawa 2002

10 KROK - WALKA Z ODKŁADANIEM SPRAW NA PÓŹNIEJ.

Zrozumiałem wreszcie, że muszę skupić więcej uwagi na tym, aby nie przeoczyć mostu prowadzącego do trwałej trzeźwości. Krok Dziesiąty to nie jest miejsce, gdzie można się zatrzymać. To jest punkt łączący wysiłki poznania samego siebie i chęci poznania woli Boga, Boga takiego, jak ja go pojmuję. Nie miałem ochoty, by wkraczać na tę drogę. Miałem wrażenie, jak gdyby Bill W. stracił rozpęd i zamiast skierować się do Kroku Dwunastego, niepotrzebnie zatrzymał się jeszcze raz przy kroku obrachunku moralnego. Z powodu odrzucania religii, buntowi przeciwko niej, szczególne trudności miałem ze zrozumieniem Kroku Czwartego, zrozumieniem ważności zasad moralnych sugerowanych w "12x12". Bardzo przydatna okazała się wówczas Wielka Księga, gdy mówi ona raczej o obrachunku osobistym, nie zaś o obrachunku moralnym, pozostawiając wolną drogę niewierzącym, agnostykom jak i noszącym ślady przebytych trudów, weteranom religijnych zmagań. W "12x12", w dyskusji na temat Kroku Dziesiątego, odszukałem fragment mówiący o panowaniu nad własnymi wadami. Od czasu, kiedy wstąpiłem do AA, robiłem to, ale tylko wtedy, kiedy akurat cierpiałem z ich powodu. Teraz robię to w sposób bardziej świadomy i systematyczny. Coraz lepiej potrafię sobie radzić z takimi problemami jak: krytykowanie innych, złość, gniew czy szukanie dominacji nad innymi. Był jednak jeden problem, z którym, jak mi się wydawało, nie mogłem sobie poradzić: urazy. Wielu przyjaciół z AA mówiło o ich naturze, o tym, jak sobie z nimi radzą. A ja słuchałem ich sympatycznie, z grzeczną pobłażliwością, w duchu uznając, że to oni mają problemy, i że to ich sprawa. Dotąd uważałem siebie za najbardziej życzliwego człowieka, a jednak nie mogłem sobie uświadomić, że to, o czym oni mówili może dotyczyć również mnie. Dzięki Bogu, że ostatecznie zdołałem zrobić wyłom w swojej skorupie. Był to rezultat regularnego uczęszczania na mityngi i rozpoczęcia stosowania w praktyce wszystkich kroków, najlepiej jak tylko mogłem to robić. Zrozumiałem, że konieczne jest ponowne dokonanie przeglądu kroków, spraw, które pominąłem i spojrzenie na nie poprzez obecne zrozumienie kroków. Ponieważ uwierzyłem, że warto odbudować swoje wnętrze, rozpocząłem całkiem nową przygodę mojego życia - poszukiwanie wiary. Musiałem przyznać, że moje dotychczasowe sposoby traktowania wiary, zadufanie w sobie, a także wykluczenie przyjęcia jakiejkolwiek pomocy drugiej osoby - nie przyniosły efektów. Doktor Jung i Doktor Silkworth mieli rację uważając dokonanie odważnego i gruntownego obrachunku moralnego za warunek konieczny procesu zdrowienia. Potwierdziła to moja próba. Chęć dokładnego określenia natury moich wad, z pozycji intelektualnej arogancji okazała się porażką. Dopiero później Krok Szósty i Siódmy, gdy wraz z przyjaciółmi z AA, na kolanach prosiłem, by zostały mi wybaczone popełnione błędy, by zrodziło się zaufanie, wiara i silne postanowienie, wyzwoliły nadzieję. W Krokach mówiących o zadośćuczynieniu moja intelektualna pycha spotkała następną trudność. Zacząłem gwałtownie usprawiedliwiać większość szkodliwych czynów, które popełniłem w okresie picia lub na skutek pijanych emocji w okresie trzeźwienia. Zamiast wybaczenia i chęci naprawienia błędów pojawiły się wymówki, wprowadzając wiele zamieszania. Ktoś w mojej macierzystej grupie, prowadził mityng i tak podsumował ten temat: nie mam nic przeciwko przyznaniu się, że nie mam racji - powiedział - lecz czy muszę to zrobić natychmiast? Może jeszcze nie jestem gotowy? Może jeszcze lubię swe wady? Dotarło do mnie, że "z miejsca" jest sygnałem alarmowym. Jeśli kiedykolwiek w świetle Kroku Dziesiątego sam stwierdzam, że postąpiłem źle i opóźniam przyznanie się, to ten fakt może pogrzebać moje szanse na sukces i spowodować nieszczęście. Ale dziś dla mnie potrzeba "natychmiastowości" nie jest zbyt mocnym atutem. Nie wiem jak ty, ale ja mam dotąd wypaczone poczucie upływu czasu. Ma to szczególne znaczenie, kiedy dotyczy działania, które powinno być podjęte dla utrzymania mojej trzeźwości. Ramy czasu rozpadają się i znowu smok odkładania spraw na później ma swój triumf. W takiej chwili potrzeba szybkiego działania jest niezbędna, bo za chwilę łatwo potrafię uzasadnić dlaczego odkładam działanie lub nie podejmuję go w ogóle. Przypuszczam, a jest to tak oczywiste dla mnie samego, że „odkładactwo” równie łatwo można odnieść do wielu innych ludzi. Lecz bez względu na to czy stosuję Krok Dziesiąty czy Czwarty - to moje wykonywanie twojego obrachunku moralnego w niczym nie będzie mi pomocne. I z pewnością nie pomoże także tobie.

Pogody Ducha B.

ROZŁĄKA

Wakacje to okres kiedy, każdy się cieszy, bo ma w końcu wolne. Ja do wakacji podchodzę trochę inaczej. To czas, kiedy się cieszę, ale też czas, kiedy nadchodzi rozłąka i czuję się z tym źle. Syn znowu jedzie na wakacje i nie będę go widział przez następne 3 tygodnie. Teraz te rozstania mniej bolą niż było to na początku. Gdy zaczynałem pracę na programie AA i wyprowadziłem się od syna, nasze spotkania były bardzo bolesne. Dla mnie, ale i dla niego. Pamiętam, kiedy już nie mieszkałem z nim od dwóch lat, a mieszkał już z nim facet mojej „eks”, to syn nadal chciał, abyśmy razem mieszkali. Pamiętam, jak przed zaśnięciem prosił mnie, abym wrócił. Nawet tłumaczenia, że nie mogę, że wujek mieszka teraz z Tobą, on nie przyjmował. Mówił mi „tato wygonimy wujka i ty zamieszkasz ze mną”. Zaciskałem zęby, aby się nie popłakać. Od tego momentu minęło kolejne 6 lat i teraz już nie ma rozmów na takie tematy. Ale brakuje mi wspólnego mieszkania z moim dzieckiem. Brakuje mi codziennego funkcjonowania. Brakuje mi wspólnych zabaw, spacerów, czytania wieczorem książek. Kiedy wyjeżdżamy razem na wakacje, to przez tydzień jest to taka namiastka naszego wspólnego życia. Patrzę na niego, gdy zasypia. Tak jak w czasie terapii, często go wącham. Czuje jego zapach. Kiedy miałem kryzys na terapii, terapeuta powiedział mi, abym powąchał syna i pomyślał, czy chcę go stracić, rezygnując z kontynuowania terapii. Wiedział wtedy, że jeśli przerwę terapię, prawdopodobnie znowu będę pił. Wczoraj, kiedy jechaliśmy do domu powiedziałem synowi, że go kocham. On nieśmiało, zawstydzony, też powiedział, że mnie kocha. Przez kilka sekund zapadła cisza w samochodzie. Chyba potrzebowaliśmy czasu, aby to przeżyć. Ja na pewno. Więc, kiedy dziś jedzie do babci na wieś, ja będę tęsknił za nim, ale już inaczej. Będę spokojniejszy i cierpliwie będę czekał do następnego piątku, kiedy się spotkamy i wyjedziemy na tydzień wakacji. I teraz takie czekanie będzie długie, ale miłe. Bo wiem, że jeśli będę cierpliwy i trzeźwy to w końcu spotkam się z nim. Taka nagroda. Mogę to porównać do mojego trzeźwienia. Potrzebowałem czasu i dużo cierpliwości, aby moja ciężka praca dała mi owoce. Tak jak jest napisane w obietnicach AA, które czytam na mityngu. Jeśli będę pracował, będę otwarty i dobry dla siebie i drugiego człowieka to kiedyś zostanę za to nagrodzony. Dziś wiem, że to prawda. Czekałem na te owoce bardzo długo, ale w końcu się pojawiały. I najważniejsze to nie zachłysnąć się nimi. Trzeba dbać o to. Dawanie dobra, rewanżuje się tym samym. Dobrze, że teraz są komórki. Będę mógł do syna zadzwonić. Usłyszeć jego głos i poczuć się z nim blisko. A gdy nie będzie odbierał, będę mógł zadzwonić do jego babci. Cieszę się, że po rozpadzie małżeństwa moje relacje z byłą teściową są nadal dobre. Mam nadzieję, że któregoś dnia będę gotowy, aby podziękować jej za wszystko i przeprosić za wszystkie moje pijackie ekscesy. Dużo zawdzięczam mamie. Wiele razy stawała po mojej stronie, a dziś, chociaż nie jestem z jej córką już od 8 lat, to nadal normalnie rozmawiamy. I na bank tym „łącznikiem” między nami jest syn. On z każdym moim dniem trzeźwienia rośnie, dorasta, i ja to dziś widzę. Każdy trzeźwy dzień składa się w jedną całość. Dziś widzę to, przeżywam naturalnie. Straciłem z jego dzieciństwa 4,5 roku i nie odwrócę tego, nawet jakbym bardzo chciał. Ale od ponad 8 lat jestem blisko niego i mogę mu w każdej chwili pomóc. Dziś może na mnie polegać i gdy mu coś obiecam to dotrzymuję słowa. I wiem, że jak będę trzeźwy będę miał kontakt z synem i będę mógł mu pomóc w życiu. Ale muszę być trzeźwy. Muszę może źle brzmi, ale pasuje tu, choć dziś ja nie muszę być trzeźwy, ja chcę być trzeźwy. Bo wiem, co dziś mam i wiem, przez co przechodziłem, kiedy piłem. A do tamtego okresu życia nie chcę już wracać. Jestem już w innym świecie. Świecie prawdziwym, a nie zmanipulowanym przez gorzałę. Dziś budzę się rano i wiem gdzie jestem. Bycie trzeźwym to coś pięknego. Pewnie osoba nieuzależniona będzie się dziwić o czym piszę. Ale ja, alkoholik, dokładnie wiem, jakie to piękne uczucie wstać rano i nie martwić się o to, co się wczoraj wydarzyło. Kończąc, chcę wszystkich zachęcić do cierpliwości, wytrwałości i pracy. Tak jak jest napisane w obietnicach AA "Już w połowie drogi zadziwią nas osiągnięte rezultaty - poznamy nową wolność i nowe szczęście”

Marcin AA


ZZA KRAT
DZIŚ CHCĘ SKORZYSTAĆ Z CZASU, KTÓRY MI JESZCZE POZOSTAŁ

Jestem alkoholikiem i mam na imię Bogdan, skończyłem 61 lat. Pierwszy kontakt ze Wspólnotą AA miałem 21 lat temu. Trafiłem na pierwszy mityng za namową terapeutki. Moja żona spostrzegła, że mam problem i dużo piję. Oczywiście, na tamten czas, ja byłem innego zdania. Grałem na weselach i uważałem, że piję tak jak inni. Tylko, że inni mieli takie wesela sporadycznie, a ja, co tydzień. W niedzielę z reguły były poprawiny, a o różnych okazjach w ciągu tygodnia nie wspomnę. Moje małżeństwo było zagrożone i chciałem je ratować. Chciałem pokazać, że coś próbuję ze sobą zrobić. To jest chyba właściwe słowo „pokazać”! Dzisiaj, z perspektywy czasu wiem, że w moim ówczesnym zachowaniu więcej było „na pokaz”, niż wewnętrznego przekonania, co do słuszności podjętego działania. Przez pierwsze kilka miesięcy, gdy prowadzący mityng pytał – kto nie zachował trzeźwości w ostatnim miesiącu? Zgodnie z prawdą podnosiłem rękę, a pozostali bili mi brawo. Nie rozumiałem, o co tu chodzi. Chodzę na spotkania ludzi trzeźwych, ja piję, a oni mnie oklaskują! Mimo wszystko, co tydzień pojawiałem się tam i swoim uporem, a także czując się zawstydzonym, doprowadziłem do tego, że nie musiałem już podnosić ręki. Pamiętam, jaki byłem zadowolony, kiedy obchodziłem pierwszą rocznice mojej abstynencji. Celowo użyłem tego słowa, bo dziś wiem jak duża różnica jest między abstynencją a trzeźwieniem. W tamtym czasie były to dla mnie synonimy, które można było stosować zamiennie. Z wytrwałością chodziłem na mityngi, mimo, że z żoną byliśmy już w separacji. Wiedziałem, że nie zdołam uratować małżeństwa, ale chciałem przejść przez proces rozwodu na trzeźwo i wytrącić żonie z ręki argumenty, przed jakim to strasznym ojcem stara się uchronić dzieci. Do świętowania drugiej rocznicy zabrakło mi kilku dni. Dziś wiem, z doświadczenia, na czym polegał mój błąd i dzielę się tym z innymi. Nie pijąc dwa lata poczułem się mocny! Stwierdziłem, że mają rację Ci, którzy mówią: „po co tam chodzisz, przecież nie masz już problemu”. Przecież ja nad wszystkim panuję! Po co mi Wspólnota? Po co mi te cotygodniowe spotkania? To było moje chore myślenie i początek drogi, przed którą mnie ostrzegano. Niby przebywałem wśród ludzi, ale czułem się bardzo samotnie. W roku 2011 trafiłem do aresztu śledczego. Nie będę pisał o szczegółach, ale zaprowadziła mnie tam rozwijająca się przez te wszystkie lata choroba alkoholowa. Będąc w areszcie śledczym otrzymałem wezwanie do sądu, gdzie Miejska Komisja Rozwiązywania Problemów Alkoholowych wystąpiła o moje leczenie i przymusową terapię. Sąd odstąpił od złożonego wniosku, ponieważ przebywałem w areszcie śledczym. Uff, udało się, jaka ulga! Później jednak zacząłem się zastanawiać, a może to by nie było takie głupie. Mając dużo czasu do rozmyślania często wracałem do swojej przeszłości robiąc swoisty rachunek sumienia. Kiedy usłyszałem wyrok 10 lat, nie zrobiło to na mnie większego wrażenia. Potraktowałem to jak czas, który został mi dany, aby zrobić coś ze sobą. Będąc już w zakładzie karnym dowiedziałem się o możliwości wyjazdu na terapię alkoholową i postanowiłem z tego skorzystać. Od podjęcia decyzji do rozpoczęcia terapii czekałem rok i cztery miesiące. Trafiłem do Warszawy na Służewiec. Tam na jednym z mityngów, spośród przychodzących do nas z wolności przyjaciół, spotkałem Ryszarda. To cudowny, starszy pan w wieku 80 lat. Wypowiedzi Ryszarda były pełne ciepła, serdeczności i przepełnione głęboką wdzięcznością za wszystko, co otrzymał we Wspólnocie. Przemawiała przez niego wolność wypływająca z doświadczenia. Najbardziej był wdzięczny za to, że z pokorą przyjmuje każdy dzień swojego życia, i za program 12 Kroków. Opowiadał o tym ze wzruszeniem. Jego słowa docierały do mnie i mnie poruszały. Słuchając Ryszarda wracałem do wspomnień sprzed 20 lat, z czasów moich pierwszych mityngów. Tamte doświadczenia były mi potrzebne, aby dziś być tu gdzie jestem. Ponownie przede mną otworzyły się drzwi do Wspólnoty, drzwi, które sam kiedyś zatrzasnąłem. Dziś wiem, że coś takiego nie istnieje. Wspólnota w swej mądrości jest cierpliwa i zawsze jest gotowa na powrót syna marnotrawnego. Spotkanie z Ryszardem sprawiło, że stałem się gotowy na przyjęcie Wspólnoty i programu do mojego serca i działania. Dopiero wtedy, po dwudziestu latach od mojego pierwszego mityngu, byłem gotowy do postawienia pierwszego kroku. Bezwarunkowo i bezapelacyjnie uznałem swoją bezsilność wobec alkoholu. Tyle czasu i taka droga, była mi potrzebna do uzyskania świadomości i uwierzenia w mój alkoholizm. Mój przyjaciel Ryszard nie jest jedyną osobą z wolności, z jaką mam przyjemność spotykać się na mityngach AA w zakładach karnych. Czuję dziś wielką wdzięczność dla wszystkich przyjaciół z wolności, których tu za murami spotykam na mityngach. Wierzę, że droga, którą obrałem jest drogą do trzeźwości i nie chcę już z niej zejść. Trzeźwieć można wszędzie, bez względu na to, gdzie się aktualnie przebywa. Dla mnie podstawą stała się szczerość, przede wszystkim wobec siebie samego i innych. Będąc we Wspólnocie AA do tej pory tylko czerpałem. Dzisiaj odnajduję przyjemność dzielenia się z innymi swoim doświadczeniem, siłą i nadzieją. Chcę dziś rozumieć drugiego człowieka, ale najpierw musiałem zrozumieć siebie. Nie chcę już osądzać innych. Wobec wad drugiego człowieka staram się przyjąć taką postawę, jaką przyjmuję wobec własnych. Tego wszystkiego uczę się we Wspólnocie AA i pomimo tego, że zacząłem to robić w tak późnym wieku, to cieszę się tym, że w ogóle taki dzień w moim życiu nastąpił. Na nowo uczę się siebie. Dziś chcę skorzystać z tego czasu, który mi jeszcze pozostał, abym mógł być wreszcie w pełni sobą. Dziękuję Ci Ryszardzie.

Bogdan AA


ZZA KRAT
CHODZIŁEM, SŁUCHAŁEM I ZOSTAŁEM.

Mam na imię Rysiek. Alkoholik; 53 lata. Do zakładu karnego trafiłem dziewięć lat temu. To tu, za murem po raz pierwszy, zacząłem myśleć nad sensem swojego życia, jakie błędy popełniam, dlaczego piję i do czego mnie to wszystko doprowadziło. Udałem się do psychologa i poprosiłem o pomoc. Dostałem informację, że są tu Mityngi AA. Zapisałem się na taki mityng, bo chciałem coś zrobić ze swoim życiem. W roku 2007 po raz pierwszy uczestniczyłem w mityngu w zakładzie karnym. Na pierwszym spotkaniu, pamiętam, było bardzo dużo osadzonych i ludzie z wolności. Usiadłem sobie gdzieś w narożniku, aby mnie nie widzieli, było mi wstyd. Czułem strach i nachodziły mnie różne dziwne myśli. Po chwili zapytano mnie czy chcę przestać pić? Niepewnie odpowiedziałem, cichym głosem, że tak. Po wypowiedzeniu tych słów zrobiło mi się jakoś ciepło i wyszły mi poty, oraz takie dziwne uczucia. I tak zacząłem regularne uczestnictwo na mityngach AA. Zaczęło mi się to podobać! Słyszałem o bardzo ciekawych doświadczeniach. Często jakby mówili o mnie. Nie od razu w to wierzyłem. Potrzebowałem czasu. Chodziłem tam rok, dwa, trzy, aż zaczęło do mnie docierać, że to jest to, co jest mi potrzebne, abym zmienił swoje życie. Najwięcej czerpałem od ludzi z wolności, za co jestem im wdzięczny. Czas, który mi poświęcali ratował mi życie. Takie spotkania przez lata uczyły mnie pokory, której bardzo potrzebowałem. Zacząłem odczuwać radość i wdzięczność, że ja Rysiek przyznaję się uczciwie: jestem alkoholikiem. Przez te wszystkie lata tu w Potulicach w zakładzie karnym dziękuje za to, że gdzieś tam poczułem potrzebę zmian. Spotkania AA, co tydzień dawały mi coraz więcej radości i wiary. Czasami się zdarzało tak, że oddziałowy nie zawołał mnie na mityng, byłem wtedy zły. Ja Rysiek alkoholik już dziś się nie wstydzę słowa alkoholik, bo uznałem swoją bezsilność. Wiem, że mam problem. Za chwilę opuszczam, po wielu latach, zakład karny i czuję prawdziwą wolność, bo mam Wspólnotę AA i cudowny program, i tam na wolności biorę się za to. Jestem niezmiernie wdzięczny wszystkim tym, którzy przez lata, tu za murami, wspierali mnie doświadczeniem, siłą i nadzieją. Życzę każdemu skazanemu, aby skorzystał z tego programu. Wystarczy chcieć!!! 

Rysiek alkoholik