201623311.html

MITYNG 11/233/2016

DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO



ZAUFANIE JEST JAK ZAPAŁKA

Ostatnio przeczytałem w jednym z maili takie oto zdanie: „Zaufanie jest jak zapałka. Drugi raz jej nie zapalisz”. Gdybym podzielał ten pogląd, to nie podjąłbym się pracy nad odbudowaniem i uporządkowaniem swojego życia, ponieważ cytowane zdanie stwierdza, że jest to niewykonalne. Tym samym nadal nie byłoby to trzeźwe życie. Oczywiście często traci się zaufanie bezpowrotnie i ja tego też doświadczyłem, ale doprowadziłem też do tego, że w wielu wypadkach zapaliłem tę zapałkę kolejny raz, choć wymagało to usilnej pracy nad sobą i wielu starań. Ale zależało mi na tym, aby odzyskać osoby, które odsunęły się ode mnie. Nie zawsze było to możliwe, ale w wielu przypadkach tak się stało. Poza tym, porównanie zaufania do zapałki to bardzo uproszczone rozumienie tej wartości. Moim zadaniem jest to bardzo szerokie pojęcie. Ja rozumiem zaufanie jako wiarę (niekoniecznie w religijnym rozumieniu). Wierzyć oznacza ufać. Uwierzenie to zaufanie, a te dwa pojęcia kształtują moje przekonania. Właśnie w oparciu o wiarę, zaufanie i własne przekonania buduję swoje codzienne życie. Przez wiele lat wierzyłem i ufałem tylko sobie, ponieważ przemawiał przeze mnie egoizm, egocentryzm, dążenie do własnych celów kosztem innych. Nie przyjmowałem do wiadomości, że jestem alkoholikiem, bo w moim przekonaniu nim nie byłem. Wtedy właśnie inni ludzie, przede wszystkim bliscy, tracili zarówno wiarę we mnie, jak i zaufanie do mnie. Nie można było na mnie polegać jako na członku rodziny, pracowniku, sąsiedzie czy po prostu przyjacielu, ponieważ przyjaźń to wartość, która była mi obca. Nadszedł wreszcie czas, gdy sytuacja się zmieniła. Ta zmiana nie dokonała się nagle, przy pomocy czarodziejskiej różdżki. To długi proces trwający do dzisiaj. Dziś nie trzymam się kurczowo samego siebie i swojego sposobu myślenia. Są ludzie, którym ufam i wierzę, że chcą mojego dobra. Wierzę też w wartości i zasady. Ale jednocześnie swoje przekonania potrafię zmienić, jeśli inni ludzie czy nowe doświadczenia wykażą, że jestem w błędzie. Rozpoczynając proces swojego trzeźwienia, musiałem przede wszystkim uwierzyć, że jestem alkoholikiem, zatem zaufać tym, którzy mogli i chcieli mi pomóc Później zacząłem odzyskiwać ich zaufanie. Nie wszystkich. Są bowiem i tacy, którzy do tej pory nie chcą mieć ze mną nic wspólnego. Mam tego pełną świadomość, jak i tego, że ich skrzywdziłem i akceptuję taki stan rzeczy, bo mają do tego pełne prawo. Ale grono tych pierwszych jest coraz liczniejsze. Wracając do owej zapałki, użyję również obrazowego porównania. Bliższe jest mi porównanie zaufania do zniszczonego fundamentu, który przez wiele lat niszczał, bo o niego nie dbałem, co więcej – sam go rozwalałem. W efekcie nic nie dało się na nim zbudować. Wreszcie zacząłem go odbudowywać, także przy pomocy innych: rodziny, przyjaciół, terapeutów, Wspólnoty AA. Chodzi mi o to, że utrata zaufania może być nieodwracalnym skutkiem mojego postępowania i często miało to miejsce, ale nie zawsze musi tak być. Wiele przykładów z mojego życia świadczy o tym, że odbudowanie wspomnianego fundamentu jest możliwe, a budowanie na nim nowego, trzeźwego życia również. Co za tym idzie – także relacji z tymi ludźmi, którzy wcześniej unikali kontaktu ze mną. Nie jestem jednak aż tak naiwny i zapatrzony w siebie, żeby sądzić, że wszyscy będą mnie postrzegać inaczej niż dotychczas. Jedni tak, inni nie, a jeszcze inni traktują mnie z rezerwą, stosując zasadę ograniczonego zaufania. Uważam jednak, że warto odbudowywać i pielęgnować ten fundament. W moim przypadku warto i trzeba.

Pozdrawiam
Wojtek
AA Warszawa

                                    

                                                      KONCEPCJA XI

czyli o tym, aby na każdym poziomie służb wybierać najlepszych kandydatów gwarantujących rzetelne wykonywanie podjętych obowiązków.

Chociaż to Powiernicy ponoszą ostateczną odpowiedzialność za administrowanie służb światowych, powinno się zawsze zapewnić im najlepsze możliwe zespoły, dyrektorów spółek, kierowników, personel i konsultantów. Dlatego zawsze powinno się poważnie traktować kwestie składu zespołów i ich prezydiów, osobiste kwalifikacje ich członków, sposób wprowadzania do służby, system rotacji, relacje między nimi, specjalne prawa i obowiązki kierowników, pracowników, konsultantów, łącznie z odpowiednią gratyfikacją finansową tych pracowników. (Tekst nieautoryzowany)

Minęło już 10 lat działalności Fundacji Biuro Służby Krajowej AA w Polsce (w skrócie: BSK) i, jak możemy się przekonać, udało się jej wprowadzić wiele zmian w życie Wspólnoty AA. Dotyczy to choćby wydawanej literatury, organizacji Zlotów Radości, Konferencji itp. Postęp jest widoczny gołym okiem. Jednak obok kompetentnego przywództwa Powierników czy fachowości dyrektorów, sukces Fundacji zależał w równym stopniu od harmonijnej współpracy z anonimową rzeszą pomocników. To ich zaangażowanie i poświęcenie, albo też brak tych cech, zadecydował o skuteczności bądź słabości naszych struktur. Pracownicy BSK, Konferencja Krajowa czy Regionalna, wraz ze wszystkimi Komisjami i zespołami pomocniczymi, tworzą obserwowany przez nas fragment całej światowej służby, której wartość będzie mierzona na podstawie tego, co w niej możemy zobaczyć. Chodzi o to, aby nie tylko wspierać światowe przywództwo Powierników, ale w istocie również je z nimi dzielić (sic!!!), oczywiście w swoim zakresie. Okazuje się, że służba mandatariusza jest pierwszą tego typu służbą. Choć mandatariusz reprezentuje sumienie swojej grupy, to poprzez spotkania Intergrupy oraz udział w zespołach regionalnych uczy się troski o dobro naszej całej Wspólnoty. Region Warszawa dopracował się struktury służb opisanej w Karcie Konferencji. W niej określone są główne zarysy, w jaki sposób porozumiewają się członkowie AA, jak powstaje sumienie Regionu, jakie kroki uważamy za najlepsze dla przyszłości naszej Wspólnoty albo kto ponosi odpowiedzialność za obraz AA. I tak najwyższym organem decyzyjnym jest Konferencja Regionalna, która zbiera się raz do roku. Wierzymy, że jej postanowienia przyczyniają się do dobra naszej wspólnoty i nas samych. Czasami członkowie Konferencji reprezentują odmienne poglądy, jednak zawsze mają szansę je wypowiedzieć i uzasadnić, a następne zanotować je w zapisie Konferencji, a jeśli przyjdzie pora – powrócić do tej sprawy.
Organem wprowadzającym w życie wskazania Konferencji jest Rada Regionu. Podczas jej spotkań w trzecie soboty nieparzystych miesięcy o godz 16.00 w Punkcie Informacyjno-Kontaktowym (w skrócie: PIK) przedstawiciele Intergrup, służb krajowych i regionalnych omawiają najważniejsze bieżące wydarzenia. Wtedy też podejmowane są niezbędne decyzje wykonawcze.
Region Warszawa tworzą członkowie AA skupieni obecnie w ośmiu Intergrupach: WARS, SAWA, PÓŁNOC, WSCHÓD, NAREW, ATLAS, MAZOWIECKA oraz MOKOTÓW. Każda z nich jest samodzielnym gospodarzem na swoim terenie, odpowiedzialnym za niesienie posłania AA. W związku z tym, że żadna z Intergrup nie ma obowiązku uczestniczenia w działaniach Regionu, aczkolwiek jest to oczekiwane, należało tak stworzyć strukturę Regionu, aby mogły być realizowane jego potrzeby, niezależnie od postawy Intergrup czy niewspółpracujących grup. Powołano zespoły regionalne: do spraw organizacyjnych, literatury, internetu, informacji publicznej, zakładów karnych, finansów, kolporterów. Istnieje również redakcja regionalnego biuletynu informacyjnego MITYNG, ściśle współpracująca z zespołem literatury. W miarę potrzeb Konferencja może powołać dalsze zespoły. Przyjrzyjmy się kilku z nich.
Zespół ds. Organizacyjnych
Możliwe, że jest to najważniejszy ze wszystkich zespołów regionalnych. Już kilka lat temu zobaczyliśmy, że ilość spraw omawianych na spotkaniach Rady Regionu stała się zbyt duża, aby wystarczająco wnikliwie im się przyjrzeć. Stąd wynikła potrzeba powołania zespołu, który mógłby przejrzeć wszystkie sprawy, by wraz z Rzecznikiem Regionu niektóre rozwiązać, gruntownie zbadać ważniejsze i przedstawić Radzie rekomendacje tych rozwiązań włącznie z opiniami mniejszości. Dzięki temu Rada Regionu może skoncentrować się na kwestiach naprawdę wymagających jej działania, unikając popełniania błędów wynikających z pośpiechu. Rdzeń zespołu tworzą przedstawiciele Intergrup, którzy posiadają długoletnie doświadczenie w naszej Wspólnocie, aczkolwiek mogą w nim uczestniczyć również ochotnicy albo osoby zaproszone spoza AA. Wspólnie przygotowują program Rady Regionu lub Konferencji dbając o to, aby zainteresowani mogli zapoznać się z tematami, które będą omawiane. Swoim działaniem zespół wpisuje się w wizję jedności Regionu Warszawa. Wszyscy członkowie AA mogą mieć wrażenie, że „należą do zespołu", a przynajmniej mają takie prawo. Do zadań tego zespołu należy też obsadzenie wakatów w służbach członkami AA posiadającymi jak najlepsze kwalifikacje, np. takie jak stateczność i pracowitość. Ci członkowie praktycznie wpływają na trwały sukces naszych służb. Uważne zastanowienie się, staranne rozpatrzenie i przeprowadzenie rozmowy kwalifikacyjnej, odmowa przyjęcia przypadkowych rekomendacji, dostatecznie wczesne przygotowanie list odpowiednich kandydatów – tak mają wyglądać podstawowe kryteria i sposoby działania tego zespołu. Sumiennie i bez przerwy muszą odrzucać wszelkie pokusy działania w pośpiechu lub pochopnej oceny. Równocześnie trzeba podkreślić, że żaden z zespołów regionalnych nie posiada władzy, nie może też samodzielnie decydować o sprawach w regionie. Może jedynie przedstawiać rekomendacje odnośnie wszystkich spraw – zarówno do Rady Regionu, jak przez delegata/Powiernika służbie krajowej.
Zespół ds. Finansowych
Jak mawiają niektórzy, jest to miejsce, gdzie mieszają się duchowość i pieniądze. Zespół z założenia ma być forum wymiany doświadczeń dla skarbników grup AA. Tam uzyskują praktyczną wiedzę o tym, co dzieje się z pieniędzmi zbieranymi w grupach i przekazywanymi do Intergrup i Regionu. Tu zdobywają informacje, czy mamy wystarczające fundusze, aby podjąć jakieś zobowiązania finansowe. Wielu z nas, zarażonych filozofią patrzenia na świat przez różowe okulary zapomina, że potrzebujemy ludzi trzeźwo patrzących na życie, posiadających doświadczenie finansowe. Podstawowym działaniem tego zespołu jest dopilnowanie, aby finanse naszego Regionu posiadały rezerwę na złe czasy i były zawsze wypłacalne. Zespół musi w każdym roku ostrożnie oszacować dochód ze sprzedaży literatury i tak opracowywać plany wydatków, aby nie było strat czy niegospodarności. Szczególnie podkreśla znaczenie Siódmej Tradycji. Pamiętam czas, kiedy jedna z największych Intergrup nie miała zaufania do służb Regionu i nie wnosiła swego wkładu finansowego. Boleśnie to odczuwaliśmy. Dziś sytuacja diametralnie się zmieniła. Wpłaty z tej Intergrupy i udział osobowy są największe. Oby więcej takich przemian.
Zespół ds. Informacji Publicznej
Trudno przecenić jego znaczenie. Oczywiście, marzy się, aby większość członków była ekspertami w dziedzinie relacji ze społeczeństwem. Czy nie jest to idealne miejsce dla dziennikarzy, redaktorów, pracowników agencji reklamowych osobiście związanych z programem AA? Ale trzeba również podkreślić fakt, że zwykła komercyjna biegłość nie wystarczy. Z tradycyjnego konserwatyzmu AA, zawartego w sentencji „Przyciąganie, a nie reklamowanie", jasno wynika, że profesjonalni członkowie tego zespołu powinni być w stanie przystosować swoje doświadczenie zawodowe do potrzeb AA. Zespół ten w swoim składzie powinien zawsze zawierać kilku członków AA, którzy – ze względu na długie doświadczenie – naprawdę „czują AA", tzn. mają doskonałe rozeznanie w całości naszego obrazu i tego, czego AA potrzebuje w relacjach ze społeczeństwem. Chodzi o to, żeby dotrzeć do milionów alkoholików. Musimy to uczynić bezpośrednio i pośrednio. Aby to osiągnąć, konieczne jest zrozumienie i przychylne nastawienie społeczeństwa do AA. Musimy być w lepszych stosunkach ze środowiskiem medycznym, religijnym, pracodawcami, rządem, sądami, więzieniami, szpitalami psychiatrycznymi, i ze wszystkimi, którzy w swej działalności stykają się z cierpiącymi alkoholikami. Potrzebujemy ich dobrej woli. Ostatnio coraz częściej słyszymy o takich spotkaniach, zwanych mityngami informacyjnymi. To wspaniała okazja przekazać wiele szczegółów na temat naszej Wspólnoty oraz zestawy materiałów informacyjnych. Zanotowaliśmy już wiele pozytywnych rezultatów tych spotkań. Ciesząc się z nich mamy jednak świadomość, że zniechęca nawet jedna gafa popełniona publicznie. Stąd wyraźna ostrożność w poczynaniach. Odwrotnie, każdy sukces w relacjach ze społeczeństwem zaprasza w naszym kierunku nowe rzesze cierpiących alkoholików.
Zespół ds. Internetu
Chyba żaden z naszych zespołów nie wprowadził tylu zmian w życiu Wspólnoty co Zespół ds. Internetu. Powstał kilka lat temu a już dzisiaj trudno sobie wyobrazić jego brak. Po pierwsze przejął trud opracowywania książeczki adresowej. Zgromadzone tam informacje są dostępne również na stronie internetowej Regionu obok informacji z życia Regionu. Możemy tam znaleźć zaproszenia do udziału w służbach, warsztatach czy imprezach jubileuszowych. Wagę zespołu podkreśla fakt, że Konferencja Regionu Warszawa przyjęła zmianę w zapisie Karty Konferencji powołując służbę łącznika internetowego, do którego zadań należy polepszanie bieżącej łączności z Intergrupami (łącznicy Intergrup) oraz służbami internetowymi Służby Krajowej. Ponadto łącznik ten obsługuje system informacyjny EMITENT wysyłając informacje do zainteresowanych życiem naszej Wspólnoty członków AA posiadających dostęp do Internetu. Z tym zespołem współpracuje zastępca rzecznika Regionu ds. Archiwum.
Zespół ds. Literatury
Prawie każdy z nas wie, że BSK AA w Warszawie wydało już większość książek AA. Podobnie jest z broszurami. Tymi zagadnieniami zajmuje się pracownik Biura wraz Komisją Literatury oraz działem kolportażu. Oni ponoszą odpowiedzialność za wznawianie istniejących książek i broszur, również za tworzenie nowych broszur, które mają sprostać nowym potrzebom lub zmienionym warunkom. Powstaje więc pytanie, czym ma zajmować się Zespół ds. Literatury w Regionie? Odpowiedź jest prosta. W tym środowisku przygotowuje się do służby przyszły delegat/powiernik Służby Krajowej. Chodzi też o to, aby dla naszych członków, przyjaciół i szerokiego społeczeństwa każdy aspekt AA mógł być dostępny w odpowiedniej i zrozumiałej formie pisanej. To, co tak dobrze nam wychodzi, kiedy mówimy, musimy również oddać w druku. I koniecznie w duchu AA. W warszawskim Zespole ds. Lieratury powstało wiele różnych ulotek, które zdały egzamin w naszym środowisku, a następnie, po odpowiednich modyfikacjach – wydane przez BSK – są wykorzystywane w całym kraju. Zespół Literatury jest też naturalnym środowiskiem, do którego doświadczeń i współpracy mogą odwoływać się delegaci. Nie sposób również pominąć uczestnictwa członków Zespołu Literatury przy opracowaniu zapisów z wypowiedzi na naszych warsztatach Tradycji, Koncepcji albo tematycznych. W ten sposób doświadczenia z naszego regionu mogą służyć pomocą alkoholikom nawet w najodleglejszych zakątkach globu. Są ostatnio bardzo poszukiwaną lekturą. Warto podkreślić, że jest to praca honorowa, bez oglądania się na zapłatę albo inną gratyfikację. Wielką satysfakcją jest, gdy informacje ukażą się w biuletynie regionalnym MITYNG.
W ten sposób przeszliśmy do biuletynu informacyjnego Regionu Warszawa MITYNG, który również posiada zespół redakcyjny. Do jego zadań należy pomaganie Redaktorowi naczelnemu w wyborze tematu przewodniego oraz treści zawartych w biuletynie. Redakcja zachęca aowców do spisywania doświadczeń, przekonuje o wartości takich zapisów nie tylko dla innych, ale i dla nich samych. Chyba nic tak nie porządkuje naszych myśli jak przeczytanie własnych tekstów. Ujmuje Redaktorowi (wolontariuszowi) część jego ciężkiej pracy. Zbiera warte rozpowszechnienia informacje z życie wspólnoty AA. Jest to również miejsce, w którym nabywają wprawy przyszli redaktorzy. Bywa czasami, że materiały opracowane w redakcji MITYNGU spotkają się z przychylną oceną redakcji ogólnopolskiego biuletynu ZDRÓJ i tam są publikowane. Jest to dla nas wielki zaszczyt. Z Zespołem ds. Literatury i redakcją MITYNGU współpracują kolporterzy grupowi. Oni również mają swój zespół, podczas którego wymieniają się doświadczeniami, sukcesami i trudnościami w sprzedaży naszej literatury. Wielką wagę przykładają zarówno do upowszechnienia literatury AA, jak również do „czystości stolika” literatury AA. Chodzi o to, aby patrząc na wystawioną literaturę, nowicjusz nie budował sobie fałszywego obrazu, czym jest, a czym nie jest Wspólnota AA. Członek AA dba o interesy AA i daje temu wyraz. Zespołowi przewodniczy Kolporter Regionu.
Specyficzną służbą jest niesienie posłania AA do zakładów, w których przebywają osadzeni po wyrokach sądowych albo do aresztów śledczych. Doświadczeniami z tej służby dzielą się członkowie AA w czasie spotkań Zespołu ds. Zakładów Karnych. Ważne jest, aby stale zadawać sobie pytanie, co daną służbę może uczynić bardziej efektywną. Wraz z Zespołem ds. Literatury, członkowie tego zespołu opracowują historie osobiste ludzi, którzy otrzymali posłannictwo AA w zakładzie karnym, a teraz, po wyjściu z więzienia, kontynuują trzeźwość przy pomocy programu AA. Możliwe, że wkrótce ukaże się specjalna publikacja poświęcona doświadczeniom z niesieniu posłania AA do zakładów karnych. Zespół ten jest również inicjatorem spotkań informacyjnych z kuratorami, terapeutami pracującymi w zakładach karnych. Bądźmy przyjaźni dla naszych przyjaciół, to wszystkim się opłaca.
***
        Szczegółowe opisanie operacyjnej strony zespołów Rady Regionu Warszawa zajęłoby zbyt dużo miejsca. Ale uwaga – ich spotkania odbywają się najczęściej w naszym regionalnym punkcie informacyjnym (w PIK-u). Szefem tego Punktu jest zastępca rzecznika Regionu ds. PIKu. Wraz z podobnymi funkcyjnymi wybranymi w Intergrupach opiekuje się sprawami administracyjnymi, zabezpiecza miejsce i termin na spotkania warsztatowe, gospodaruje środkami z kapelusza zebranymi w tym lokalu.
      Jak widzimy, każda ze służb w AA posiada swoje kierownictwo wykonawcze, do którego przyłączają się ochotnicy. Od jakości kandydatów do służb zależy w dużej mierze przyszłość Wspólnoty. Równocześnie przez udział w różnych zespołach otrzymujemy szansę rozwijać w sobie potrzebne cechy. Nie chcę sobie wyobrażać co się dzieje, jeśli wybieramy kogoś, kto ma zupełnie odmienne wyobrażenie o swych obowiązkach niż ci, którzy go wybierają, bądź też lekceważy opinie innych.
Troska o dobór kandydatów do służb każe przyjrzeć się kilku dalszym uwagom.
1. Rozróżnienie między kierownictwem wykonawczym i wyznaczającym politykę.
Każda czynna służba zawsze musi być sprawowane przez jedną osobę, wspomaganą przez tylu pomocników, ilu potrzeba. Sam zarząd lub zespół nigdy nie jest w stanie aktywnie kierować czymkolwiek. Równocześnie żałośnie wygląda przywódca nie prezentujący własnych poglądów, odwołujący się jedynie do opinii spierających się alkoholików. Funkcja ta musi być przekazana jednej osobie posiadającej znaczną swobodę i władzę do wykonania swojej pracy. Powiernicy w całości przekazali wykonanie woli Konferencji Krajowej czy Regionalnej w ręce Rzeczników Regionów. Oni są głównymi administratorami i kierownikami na swoim terenie. Pamiętamy przy tym, iż podstawowa zasada dobrego zarządzania mówi, że ktokolwiek ponosi odpowiedzialność za konkretne zadanie, musi posiadać konieczną do jego wykonania władzę, fundusze, personel i wyposażenie. Tę rolę pełnią zespoły służb w naszym PIK-u. Natomiast wykorzystanie umiejętności kierowniczych Rzecznika Regionu oznacza, że część zadań będzie zadecydowana przez niego, a część przygotowana w zespołach regionalnych.
2. Wynagradzanie pracowników.
Kluczowe osoby w Fundacji BSK AA są i muszą być członkami AA. Ale polityka płacowa wobec nich bywa często źle rozumiana. Wielu członków AA traktuje służby AA jako rodzaj instytucji charytatywnej, która za nic nie płaci. Pamiętamy, że nasza Wspólnota jest równie pożyteczna dla nas. jak i dla nowoprzychodzących, że przyczynia się dla ogólnego dobra. Jej istnienie nie może zależeć tylko od dobrej woli ochotników. Na różnych szczeblach służb muszą być opłacani pracownicy, szczególnie na styku z instytucjami spoza AA. Jednak równocześnie wierzymy, że wysokość wynagrodzenia powinna być porównywalna z wynagrodzeniem za podobne usługi poza AA. Powinniśmy również pomyśleć o znanym fakcie, że niska płaca powoduje, że pracownik może się poczuć niepewnie i nieudolnie. Na dłuższą metę jest to bardzo szkodliwe. Nie jest to ani dobre duchowo, ani dobry interes. Zakładając, że są pieniądze na służby, powinniśmy należycie wynagradzać pracowników. Oczywiście powyższe słowa dotyczą obecnie jedynie płac w BSK. W naszych służbach regionalnych nie mamy na tyle pieniędzy, aby myśleć o płatnych pracownikach. Nie jesteśmy też bogatymi dobroczyńcami, którzy wspierają chorych i ubogich, albo fundują różne atrakcyjne imprezy, szczególnie za cudze pieniądze. W ramach własnych środków pomagamy innym, aby pomóc sobie samym. Możemy tylko pamiętać o zwrocie kosztów niezbędnych do wykonania służby, np. za dojazd na spotkania, warsztaty czy konferencje poza miejscem zamieszkania. Lecz równocześnie oczekujemy sprawozdań z tych zajęć. Służby to nie są darmowe wycieczki.
3. Rotacja służb
Głównym powodem przyjęcia zasady rotacji było bezpieczeństwo i ciągłość naszych służb. W ten sposób zostało usuniętych wiele pokus niszczącej rywalizacji czy dominacji. Każdy ma jednakową szansę. aby jak najlepiej wykorzystać „swoje pięć minut w życiu”. Jednak najlepiej zasadę rotacji zaleca jeden z przyjaciół mówiąc „trzeba dać innym potrzeźwieć”. Duch współpracy weteranów i nowicjuszy jest chyba największym dobrem, jakim została obdarzona nasza Wspólnota. Po spełnieniu swej służby możemy pomóc następcy sprawując przy nim duchową opiekę. Wiemy też, że im bardziej odpowiedzialne zadanie, tym dłuższego czasu potrzeba, aby się przygotować na jego wykonanie, jeżeli chcemy, aby było skuteczne. Na przykład prowadzącego mityng można zmienić co sześć miesięcy, mandatariusza co rok. Ale abyśmy mieli pożytek z Delegata, musi służyć dwa lata, a Powiernik – trzy. W Regionie Warszawa została przyjęta zasada, aby służby kierownicze, jak np. Przewodniczącego zespołu, Rzecznika Regionu czy Delegata Służby Krajowej wybierać odpowiednio wcześniej ,aby wybrany miał czas przysposobić się do służby. Jest tylko jedna funkcja, która w AA nie podlega rotacji, to funkcja zwykłego uczestnika mityngu, i to niezależnie od pełnionej obecnie czy kiedyś funkcji.
4. Udział pracowników BSK w regionalnych spotkaniach służb AA.
Wiele omawianych spraw organizacyjnych wymaga szerszego spojrzenia. Choćby sprawa organizacji zlotów radości czy wynajęcia sal. Wymaga to podpisywania umów z instytucjami. W takich sytuacjach możemy korzystać z usług pracowników BSK lub ich pełnomocników. Powinniśmy przy tym traktować ich z całym szacunkiem należnym przyjaciołom i współpracownikom pamiętając, że w BSK skupiają się doświadczenia służb z kraju, dopływają również informacje z całego świata, możliwe więc, że koszyk potrzebnych wiadomości jest większy od naszych doświadczeń lokalnych. Zresztą każda zdrowa współpraca musi mieć zawsze charakter partnerski, nie oparty na rywalizacji.
Pozdrawiam pogodnie
Marek
 Warszawa 12 02 2006


DLA WŁASNEGO DOBRA…

Za każdym razem, gdy mowa o zaufaniu, przypominają mi się początki mojego trzeźwienia i bardzo trudne doświadczenia terapii. Tak się złożyło, że trafiłam na terapeutę, który wówczas wydawał mi się tyranem i facetem bez serca. Nie cackał się ze mną, nie głaskał, nie pocieszał. Walił między oczy, łapał za słówka, a przede wszystkim bez skrupułów rozprawiał się po kolei z każdym mitem, który miałam na własny temat. Dziś wiem, że spotkanie tego człowieka na początku mojej drogi to nie był przypadek, lecz działanie Siły Wyższej. Czułam ból i bunt, ale w myśl łacińskiego przysłowia „per aspera ad astra” (przez trudy do gwiazdy) stwierdzam dziś, że dla mnie nie było/nie ma innej drogi do osiągnięcia zrozumienia, do zerwania z błędnym sposobem myślenia, do zaprzestania mylenia przyczyn ze skutkami, czyli do rzetelnego postawienia Pierwszego Kroku. Pijąc przez wiele lat zrujnowałam praktycznie wszystkie dziedziny swojego życia. Wartości, które wyniosłam z domu, role życiowe, które przypadły mi w udziale, a w końcu moją tożsamość. Uświadomienie sobie całego ogromu katastrofy „na wszystkich frontach”, stanowiło dla mnie wstrząs. Ale z tych wszystkich strat, najboleśniejszą i najtrudniejszą do zaakceptowania była ruina moich relacji rodzinnych. Dzięki mojemu terapeucie wiele czasu, pracy i uwagi poświeciłam właśnie temu tematowi. Ciągle jednak cierpiałam, bo miałam wrażenie, że moja rodzina i moje dzieci nie dość doceniają to, co robię. Nie piłam „już” miesiąc, półtora, a w moim domu nadal panował chłód. Myślałam z żalem: „czy oni nie rozumieją, że teraz wszystko będzie inaczej, nie widzą, że ja się staram?”. Poskarżyłam się na terapii, że to wszystko chyba nie ma sensu, że całe to trzeźwienie, to przereklamowana sprawa, skoro nie mogę załatwić najważniejszych dla mnie spraw, a życie bez znieczulenia boli… I wtedy usłyszałam od swojego terapeuty: „Dla twojego dobra lepiej będzie, jeśli przyjmiesz założenie, że oni już NIGDY ci nie zaufają. Przestań zajmować się udowadnianiem im czegokolwiek, a unikniesz wielu rozczarowań i smutku. Zajmij się sobą, swoim życiem”. Ta opcja była dla mnie przerażająca i do dziś nie wiem, dlaczego zaufałam wówczas Zbyszkowi, dlaczego nie zwiałam z terapii, dlaczego zostałam i w tamtej chwili poddałam się wszystkiemu, co ten „złośliwy” terapeuta ze mną wyczyniał. Płakałam, w nocy gryzłam poduszkę, ale robiłam wszystko, co mi kazał. Poczułam, że wbrew zewnętrznej oschłości ten człowiek jest mi życzliwy, że chce dla mnie dobrze. Świadomie piszę „poczułam”, a nie „zrozumiałam”, bo to nie zadziało się w mojej głowie, tylko zupełnie gdzie indziej… nie wiem: w sercu, w duszy (?). Zaufałam. To był przełom. Jeden z wielu paradoksów mojego życia i mojego trzeźwienia. Przyjęcie najgorszej z możliwych opcji moich dalszych relacji z dziećmi i z mężem dało mi dziwny spokój i spowodowało, że odnalazłam w sobie bodaj najważniejszą rzecz, bez której dziś nie wyobrażam sobie żadnej zmiany, osiągnięcia żadnego ważnego celu – cierpliwość.
Zupełnie odrębną sprawą było moje zaufanie do samej siebie i do innych ludzi. Pijąc (i jeszcze przez jakiś czas po zakończeniu picia) byłam przekonana, że wiem, co się ze mną dzieje, a przede wszystkim byłam święcie przekonana, że wiem, co czuję. Ufałam swoim stanom emocjonalnym i pokrętnym myślom. Wierzyłam, że to, co roi się w mojej głowie, to jest najprawdziwsza prawda. A ta „prawda” była straszna. Świat wokół mnie okrutny, ludzie wyrachowani, pełni złych intencji, czyhający na moje skuchy, cieszący się z moich porażek. Wszystkie życzliwe gesty odbierałam jako element gry, która miała tylko jeden cel – wykorzystać mnie. Dziś to już tak naprawdę nie pamiętam, co właściwie owo „wykorzystanie” miało oznaczać… Dopiero praca z Programem, a szczególnie praca nad gruntownym i odważnym obrachunkiem z Czwartego Kroku zachwiała, a potem zburzyła wszystkie moje wyobrażenia (mity i urojenia) o tym, co widzę, co czuję i co myślę. Przyglądając się swemu życiu, swojej przeszłości – tej z alkoholem i tej wcześniejszej – zaczęłam dostrzegać, że moje wieloletnie bezgraniczne zaufanie do własnego sposobu myślenia nie miało żadnych racjonalnych podstaw, a moje kiepskie relacje z innymi wcale nie wynikały z ludzkiej podłości i nieżyczliwości. I znowu paradoks – to, że przestałam kurczowo trzymać się własnych przekonań, że dopuściłam ewentualność, iż się mylę w ocenie rzeczywistości, czyli, że przestałam ufać sobie, spowodowało, że zaufałam ludziom. Terapeutom, aowcom, moim bliskim… czyli wszystkim, którzy razem dysponują siłą większą od mojej własnej, siłą, która pomaga mi iść naprzód, rozwijać się i budować. Wielokrotnie słyszałam, że Bóg przemawia przez ludzi. To prawda. Zawsze, gdy otwieram się na przyjmowanie tego, co mają mi do zaoferowania inni ludzie, otrzymuję spokój, pogodę ducha i przekonanie, że „Wszechświat jest taki, jaki być powinien”, mimo, że czasem jest trudno i zupełnie nie tak, jak bym chciała. Nie jestem osobą religijną, nie wierzę w kościół, w rytuały i odprawianie misteriów, ale ufam Sile Wyższej, ufam, że zawsze działa ona na moją korzyść i daje mi to, co jest mi potrzebne, nie zajmując się moimi zachciankami. Zaufałam ludziom, którzy mówili, że trzeźwienie to jest proces, a nie jednorazowy akt, i że cierpliwe pokonywanie własnych słabości, braków i nieumiejętności przyniesie niesamowite efekty, ale nie zaraz, natychmiast tylko… „w swoim czasie”. I przynosi. Słowo daję!  Najważniejsze osoby w moim życiu, moje dzieci, które kocham nad życie, ufają mi, choć – w myśl wskazówek terapeuty sprzed kilkunastu lat – zaprzestałam prób przekonywania ich, że mówię prawdę, że wszystko będzie inaczej, że jestem dobra, i takie tam... Przekonały ich nie moje słowa, tylko moje czyny, bo całą swoją energię i determinację wkładam w to, by każdego dnia być lepszą. Choć odrobinę. I nie lepszą od kogokolwiek, tylko od samej siebie z dnia poprzedniego. To działa. A na dodatek dzieje się coś, w osiągniecie czego nie bardzo wierzyłam: coraz bardziej ufam sobie, swoim uczuciom, emocjom i myślom.
Doris


ZAUFANIE TO MÓJ FILAR.

Podczas mojej wędrówki ku trzeźwości zaufanie jest jednym z filarów mojego życia. Kiedy byłem na terapii, najpierw zaufałem terapeucie i poddałem się temu, co mi przekazywał. Nie wojowałem, bo wiedziałem, że jak dalej będę skakał – będzie po mnie. Później, kiedy skończyła się terapia i zacząłem częściej bywać na mityngach, zaufałem ludziom, których tam spotykałem. Jestem osobą, która jeśli nie dotknie, to nie uwierzy. ale… no właśnie, w kwestii uzależnienia zaufałem innym alkoholikom, którzy mówili, że nie ma powrotu do kontrolowanego picia. Co więcej, w ogóle nie ma powrotu do picia. Każda wypowiedź na mityngu – gdy ktoś mówił o swoim zapiciu – powodowała, że ja, chociaż nie wiedziałem jak będzie ze mną, zaufałem, że mam nie sięgać znowu po gorzałę, aby poprawić sobie życie. Zaufałem, że alkohol nie rozwiąże moich problemów, ani nie pomoże mi w moich relacjach z drugim człowiekiem. Wchodząc w program AA, zacząłem dostrzegać zmiany, jakie następują w moim życiu i w moim charakterze. Każda moja wypowiedź, czy to na mityngu, czy na grupie poszpitalnej powodowała, że się otwierałem i było mi lepiej. Kiedy piłem, zaufanie u bliskich wynosiło zero, nawet chyba mniej niż zero. A jak miało być? Przecież ja przez cały czas ich oszukiwałem, aby dbać tylko o swój komfort picia. Ja sam nie miałem do siebie zaufania, ponieważ wielokrotnie i nagminnie łamałem to, co sobie obiecywałem. Podczas mojej drogi ku trzeźwości pokonywałem problemy już bez alkoholu, ale z pomocą innych osób, które mnie otaczały. Nagle okazało się, że dostałem pomocną dłoń od osób, które, jak mi się wydawało, już dawno mnie skreśliły. Dostałem od nich wsparcie i czas na realizację swojego „nowego życia”. Zaryzykowali i dziś razem ze mną cieszą się moją trzeźwością i radością, jaką mam w sobie. Dziś jestem słowny i jeśli się czegoś podejmę, staram się to realizować. Dziś można na mnie polegać. Dostałem od życia kredyt zaufania, który wykorzystuję, ale i spłacam. Kiedy tak myślę, to ja nawet swoje życie, w jakiejś części, powierzyłem Bogu i zaufałem, że to On będzie mnie prowadził. Tak jak w modlitwie o Pogodę Ducha – dziś nie walczę z całym światem, tylko odpuszczam i patrzę, co się wydarzy. Oczywiście nie oczekuję, że wszystko zrobi się samo, ale kiedy przychodzi taka chwila, gdy już nie daję rady i nikt nie jest mi w stanie pomóc, powierzam się swojej Sile Wyższej. Przyznam się, że ufam ludziom, chociaż nie raz dostaję przez to po tyłku. Nie każdy podchodzi do życia tak jak ja. Ale to już nie moja sprawa. Każdy rozlicza siebie, i ja modląc się wieczorem rozliczam swój dzień i dziękuję za to, co mam i kim jestem. Nie wyobrażam sobie życia bez zaufania, bo jak takie życie miałoby wyglądać? Nie dam rady sam wszystkiego zrobić, nie jestem najmądrzejszą osobą na świecie. Potrzebuję wsparcia i pomocy innych osób. Dzięki programowi AA i terapii nauczyłem się prosić o pomoc. Dla mnie proszenie o pomoc to zaufanie drugiej osobie. Prosząc, pokazuję swoje braki i ufam, że nie będzie to wykorzystane przeciwko mnie. Ufam, że prosząc o pomoc, zostanę potraktowany poważnie i jeśli ktoś będzie mógł i chciał, to mi pomoże. Gdy ja komuś zaufam, albo gdy ktoś zaufa mi, to moje życie staje się łatwiejsze i prostsze. Nie ma w nim miejsca na zakłamanie i obłudę. Najważniejsze o czym pamiętam i chcę o tym Wam napisać, to o czasie, który muszę dać osobom, aby to ich zaufanie mieć. Zaufanie buduje się przed długi czas, ale niestety traci bardzo szybko. Więc – jak to się mówi we wspólnocie AA – „daj czas, czasowi”.
Marcin AA


KTO ZADBA O INTERESY AA?

Do powstania tego artykułu przyczyniła się rozmowa, jaką przeprowadziłem z pewnym psychologiem, nieraz stykającym się z alkoholikami w swojej pracy. Mówiliśmy o naszej Wspólnocie. Ze zdziwieniem usłyszałem o ostrożności, z jaką postępuje wobec osób informujących go o uczestnictwie w AA. Tak się składało, że często za taką informacją szło oczekiwanie innego traktowania, prośba o opinię do Sądu o tym, że od kilku dni delikwent jest aniołkiem i nie katuje już żony, albo gwałtownie potrzebuje zasiłku itp. Sięgnąłem pamięcią do moich pierwszych dni trzeźwości. Już po uczestnictwie w kilku mityngach uważałem się za członka AA. Jako potwierdzenie miałem w uszach oklaski na pierwszym mityngu i słowa, że zostałem przyjęty i mam prawo do uczestnictwa w mityngach na całym świecie. Uwierzyłem wtedy głęboko w swoją przynależność do AA; poczułem się członkiem, który ma prawo do wszystkiego, co tylko jest dostępne dla alkoholika, i chciałem z tego korzystać. Przy okazji moja próżność zastała skutecznie połechtana. Niech się cieszą, że taka wspaniała osobistość, czyli ja, zaszczyciła Wspólnotę swą obecnością. Powstał jednak dylemat – czy moje przekonanie było wystarczające, by już nazwać się członkiem AA? Szczególnie wobec ludzi spoza Wspólnoty? Na początku drogi nie zadawałem sobie tych pytań, później zrodziły się wątpliwości. Każdy może nazywać się według swego upodobania, nawet w to uwierzyć, a mimo to stwierdzać coś, co dopiero może stać się prawdą. Postawa konsumencka nie jest oczekiwanym obrazem przynależności, raczej jest nim dopiero podjęcie aktywnej odpowiedzialności za funkcjonowanie Wspólnoty. Kiedyś, chcąc otrzymać skierowanie do Strzyżyny, poszedłem do centrum odwykowego, i tam, po wypełnieniu ankiety, otrzymałem je. Za jakiś czas przysłano mi inną ankietę, w której byłem wypytywany, jako pacjent tego ośrodka, o wyniki terapii. Nie odpowiedziałem. Byłem wdzięczny za pomoc, lecz ani przez moment nie mogłem się nazwać pacjentem tego ośrodka, a tym bardziej uczestnikiem terapii. Nie czułem się odpowiedzialny za jego pracę. Teraz rozumiem, dlaczego na mityngach AA możemy spotkać ludzi zupełnie niezainteresowanych życiem Wspólnoty AA. Zachowują się podobnie jak ja w stosunku do terapii w centrum odwykowym. Nastawiony byłem na osiągnięcie doraźnej korzyści, a nie na udział w terapii. A teraz wielu zachowuje wstrzemięźliwość wobec Wspólnoty. Niestety zupełnie zapominają o prostym fakcie: nie nauczy się pływać, kto nie wejdzie do wody i nie skorzysta z programu AA, kto nie zaangażuje się w życie Wspólnoty. Samo oglądanie nie pozwoli poznać smaku ciastka. Spróbujcie przez moment wyobrazić sobie mityng, gdzie wszyscy przyszli szukać doraźnej korzyści, wyrzucić coś z siebie albo pochwalić sytuacją materialną, opowiedzieć o ostatniej awanturze. Mówią kolejno, a nikt nie słucha. Brak zainteresowanych wzajemnymi doświadczeniami. Robi się nudno, narasta zniecierpliwienie, chęć ucieczki. Kto wtedy uzdrowi atmosferę? Jakie posłanie otrzyma nowy, który akurat przyszedł na swój pierwszy mityng? I jak tu mówić o dbałości o interesy AA? Stawianie własnych oczekiwań nad dbałością o źródło pomocy kiepsko rokuje dla kondycji naszej Wspólnoty. Bogu dziękuję za uczestników mojego macierzystego mityngu. Każdym nerwem czułem, czym dla mówiących jest Wspólnota i jej program. Byłem dla nich najważniejszy. Obdarowano mnie bezinteresowną miłością i zainteresowaniem. Tego brakowało mi najbardziej. A jeszcze dali nadzieję na życie bez alkoholu. Dzisiaj czuję, że tak obdarować potrafią tylko ci, którzy sami zostali obdarowani przez Boga. Tej miłości nie mogłem odpłacić odrzuceniem. Nieraz się słyszy, że alkoholicy nie potrafią działać dla wspólnego celu. Chyba jest w tym stwierdzeniu dużo racji. Miałem ostatnio okazję przebywać na Zlocie Radości AA poza Warszawą. Własnym oczom nie wierzyłem, gdy zobaczyłem stoisko sprzedaży literatury. Kolorowo, bogato, ale nie od publikacji wydawanych przez BSK AA. Tego nie widziałem. Poczułem się kompletnie zdezorientowany. Rozsądek nakazuje najpierw wypełnić obowiązki wobec własnej Wspólnoty, a dopiero później, jeśli są możliwości, pomagać innym, a nie odwrotnie. To nie koniec niespodzianek. Brałem udział w spotkaniach warsztatowych, gdzie wyraziłem zdziwienie brakiem literatury AA. Odniosłem wrażenie, że jednemu z kolegów nie spodobały się moje słowa. Wieczorem wszystko się wyjaśniło, gdy zobaczyłem tego kolegę rozkładającego drugie, jeszcze bardziej imponujące stanowisko literatury spoza AA. Dla mnie był przykładem osoby dbającej bardziej o własne interesy, niż zainteresowanego niesieniem posłania naszej Wspólnoty. Ale tak się często dzieje, gdy inne cele zasłaniają wartości AA. Z niedocenianiem zasad AA możemy się czasem spotkać wśród ludzi podejmujących pracę na polu zwalczania alkoholizmu. Lecz musimy przy tym pamiętać, że zawodowi pracownicy różnych placówek odwykowych, nawet jeśli są trzeźwiejącymi alkoholikami, zajmują się przede wszystkim realizowaniem zadań swojej placówki, a nie dbałością o Wspólnotę AA czy propagowaniem jej programu. I trudno się dziwić – za to mają pieniądze. Podobnie się dzieje, jeśli alkoholicy utworzyli stowarzyszenia pomocy potrzebującym, fundacje czy inne formy zorganizowanej działalności charytatywnej. Wymagają one zupełnie odmiennych metod pracy. I mimo, iż wypełniają cele podobne celom AA, to teraz działanie tej instytucji staje się dobrym powodem do poniechania zadań wspólnoty AA, a co gorsza, również i zasad AA. Im dłużej się zastanawiam, jak to się dzieje, że nasza Wspólnota istnieje i nadal pomaga cierpiącym alkoholikom, tym bardziej utwierdzam się w uczuciu uczestniczenia w nieustającym cudzie. Gdy jedni utrwalają postawę niegotowości, drudzy odchodzą do zadań poza AA albo znikają z horyzontu, to jednak znajduje się grupka ludzi podejmujących trud służby. Nie sposób przecenić ich rolę. Ktoś powiedział, że 1/10 członków AA wykonuje 9/10 wszystkich niezbędnych prac. Myślę, że liczba aktywnych członków może być nawet mniejsza. Powrócę więc do podstawowego pytania: kto zadba o Wspólnotę AA? A gdy przychodzą mi na myśl rozpadające się rodziny, pokaleczone związki, zawiedzeni przyjaciele, odpowiedź może być jedna: czas dorosnąć. Działa to, w co wierzysz. I za to jestem odpowiedzialny. A Ty?

Pozdrawiam
Marek
Warszawa 21 lipca 2005


LEKCJA ZAUFANIA

Gdy zastanawiałam się, czym właściwie jest zaufanie, przeczytałam kilka definicji słowa "zaufanie" i dopiero wtedy mogłam określić, czym ono jest dla mnie. Według definicji zaufanie jest wiedzą bądź wiarą w to, że osoba, którą obdarzymy tym uczuciem, nas nie zawiedzie. Zaufanie może być kierowane do samego siebie, jak też do innych osób bądź do zwierząt. W tych trzech przypadkach stosuję jednak jak kierowca zasadę ograniczonego zaufania, ponieważ mogę się zawieść na każdym z nich. Dlatego dla mnie zaufanie ściśle powiązane jest z wiarą i powierzeniem się Sile Wyższej, którą dla mnie jest Bóg, jakkolwiek go pojmuję. Jeśli oddaję i POWIERZAM swój bagaż do przechowalni bagaży, to jednocześnie WIERZĘ w to, że firma, która jest właścicielem przechowalni, odpowiednio zaopiekuje się moim bagażem, czyli obdarzam ją ZAUFANIEM. I dziś jest tak z moim życiem, ja po prostu zaufałam Bogu i wierzę w to, że moje trzeźwe życie, choć nie usłane różami, toczy się właściwym torem. Ale, żeby nie było… nie stało się to od razu za pstryknięciem palcami, chociaż czasami myślę, że tak było. Siedem lat temu nie chciałam przestać pić, natomiast zapragnęłam innego życia, bardziej wartościowego. Po czternastu latach walki z alkoholem nie wierzyłam, że cokolwiek na ziemi i niebie może mi pomóc w zaprzestaniu picia, tym bardziej, iż nie bałam się śmierci. Natomiast doskonale wiedziałam, że nie będę miała takiego życia jakiego pragnę, póki nie zaprzestanę picia. Powiedziałam sobie, że spróbuję po raz ostatni. Wróciłam na mitingi i terapię, zaczęłam czytać literaturę i słuchać ludzi, tylko tym razem tak, jak to jest napisane w „Dwanaście kroków i Dwanaście tradycji”. Słuchałam jak słuchają umierający, jakby od tego co usłyszę i wyczytam zależało dalsze moje życie. I faktycznie tak jest. W początkowym okresie mojego trzeźwienia dowiedziałam się, by zaczynać każdy dzień od lektury Refleksji, że mam się modlić bez względu na to, czy wierzę w jakiegoś Boga czy nie, i bez względu na okoliczności. Mam także być Mu wdzięczna za wszystko, co mnie spotyka. Za dobro i zło, bo wszystko to jest dla mnie lekcją, której nie mam wykuwać na pamięć, tylko sumiennie je przyswoić. Moje lekcje, na których uczyłam się zaufania do mojego Boga, były bardzo trudne, ale on postawił przede mną ludzi, którzy pomogli mi przez nie przejść i się ich nauczyć. Pamiętam, jak nie umiałam rozstać się z pijącym mężem, i prosiłam Boga, by mi pomógł poprzez dodanie siły i odwagi. Wtedy on postawił przede mną kobiety, które miały podobny problem, a mimo to rozstały się z mężami. UWIERZYŁAM, że i ja dam radę, reszta należała do mnie. Po 24 latach w końcu kazałam mężowi się wyprowadzić. Gdy wierzyciele „pukali mi do drzwi”, nie dawałam sobie z tym rady i byłam u kresu wytrzymałości, ogarniała mnie rozpacz. Wtedy zaczęłam przed każdą wizytą i telefonem do wierzyciela modlić się i POWIERZAĆ całą sprawę Bogu, i – o dziwo – oni szli mi na rękę. Chcę dodać, iż w tym czasie byłam po ciężkiej chorobie, bez pracy, prądu i gazu oraz środków do życia. Niejednokrotnie miałam sytuacje życiowe czy zdrowotne, w których brakowało mi siły, by z nimi się zmierzyć. Wtedy po prostu mówiłam „Panie Boże, zajmij się tym bo ja nie potrafię” i gorąco WIERZYŁAM, że we właściwym czasie on się tą sprawą zajmie. Takim przykładem może być sprawa mojego mieszkania. W 2000 roku, jeszcze przed wejściem ustawy o ochronie praw lokatora, dostałam eksmisję. Sprawa długo leżała na półce, aż w końcu trzy lata temu została wznowiona. Chciano mnie eksmitować. Przeżyłam koszmar – w wieku 50 lat i po 5 latach trzeźwości miałam zostać bezdomną. W pierwszej chwili wpadłam w rozpacz. Do tego pani z ADM-u powiedziała mi, że w moim przypadku mogę iść do schroniska dla bezdomnych, a tego już zupełnie sobie w ogóle nie wyobrażałam. W tej histerycznej rozpaczy zaczęłam się modlić, lecz nie prosiłam Boga o mieszkanie, tylko pytałam go jak mam pomagać ludziom, skoro sama jestem w rozsypce. Zaraz po tym przyjaciele zabrali mnie na pomost nad jeziorem, nad którym zawsze zbieram się do kupy. Już po drodze histeria zaczęła mijać, a gdy koleżanka spytała mnie „– Gdzie teraz będziesz mieszkać?” odpowiedziałam jej „– Kochanie, mój dom jest tam, gdzie ja jestem”, a na pomoście w rozmowie z Bogiem powiedziałam mu „– no cóż Panie Boże, Ty wiesz lepiej, co mi jest potrzebne. Jak ma być schronisko, niech będzie, może Ja komuś jestem tam potrzebna, a może ktoś Mnie”. ZAUFAŁAM Bogu, że wszystko będzie dobrze i zaakceptuję jego wolę. Dziś wygrałam sprawę o lokal socjalny i jestem już wpisana na listę osób oczekujących na taki lokal.
Drugi przykład, który podam, ma w sobie humor, a do tego jest z ostatniej chwili. Niedawno miałam operację na nerki. Gdy przywieziono mnie na salę operacyjną i zaczęto mnie przygotowywać do operacji, podszedł do mnie lekarz anestezjolog mówiąc, że jestem dziwną kobietą, ponieważ leżę spokojnie i o nic nie wypytuję. Odpowiedziałam mu „– Panie doktorze,, ja na medycynie się nie znam, a rano powierzyłam się komu trzeba, a pan jest od tego aby mnie obudzić”. Lekarz uśmiechnął się i powiedział, że rozumie. Gdy obudziłam się, na klatce piersiowej miałam siniaki, jakby po reanimacji. Okazało się, że są to ślady po przełożeniu mnie na łóżko – z powodu małej ilości płytek krwi wystąpiły wylewy. Dwa ostatnie przykłady nie są już lekcją zaufania, natomiast są pełnym zaufaniem, ponieważ jeśli swoje sprawy i życie POWIERZAM swojej Sile Wyższej, to WIERZĘ, że Ona się tym zajmie, ale nie wtedy kiedy ja chcę i jak ja chcę, tylko wtedy, kiedy jej zdaniem jest odpowiednia na to pora i jak ona uważa to za stosowne. Właśnie kiedyś, gdy mi było bardzo źle, kolega powiedział mi „powierzaj i proś, a wszystko we właściwym czasie będzie ci dane”. I tak się dzieje. Dziś wiem, że jedyną osobą, którą darzę pełnym ZAUFANIEM, jest Bóg. Wiem, ze to dzięki temu zaufaniu dziś mam mieszkanie, pracę, moja choroba jest bardzo ciężka, ale stabilna, mam grono przyjaciół, na których mogę liczyć oraz kochających synów. Mam piękną pięcioletnią wnuczkę, która mogła stracić wzrok, ale powierzyłam ją Bogu i choroba oczu się zatrzymała. Teraz ponownie, dzięki drugiemu synowi, będę babcią i też wierzę, że będzie wszystko dobrze, ponieważ bezgranicznie ufam Bogu.
Asia AA


KRÓTKA HISTORIA O POCIĄGU I FACECIE PO CIĄGU.

Jakiś czas temu wybrałem się w podróż pociągiem. Wsiadłem na pustym, zimnym peronie Dworca Wschodniego, do równie pustego i zimnego wagonu, wybrałem tak samo zimny i pusty przedział, po czym usiadłem przy oknie. Poranek był mglisty i nastrajał melancholijnie, budząc w mojej duszy radość z podróży. Tyle razy, gdy jeszcze piłem, wsiadałem do pociągu pijany nocnym szaleństwem i rojeniami o ucieczce od „złego świata” we wspaniały miraż krajobrazu płynącego za oknem i zakąszanego piwem stojącym na stoliczku. Tym razem na stoliczku położyłem gazetę i kanapkę. Pociąg wytoczył się ze stacji, przeturkotał nad Wisłą, zebrał pasażerów z podziemnych czeluści Centralnego i, na koniec, zatrzymał na Zachodnim. Wsiadało niewiele osób, słychać było tylko w oddali trzaskanie drzwi, zamajaczył zaspany konduktor, ktoś przebiegł, chuchając w dłonie. Poza tym nie było nikogo. Pomyślałem z zadowoleniem, że los mi sprzyja i zapewne, aż do następnej stacji, będę jechał jak panisko, sam w przedziale. Wagon zatrząsł się delikatne, coś zgrzytnęło, pociąg ruszył i zaczął nabierać prędkości, a ja z uczuciem pełnego komfortu rozłożyłem gazetę, delektując się samotnością. Niestety szczęście nie trwało długo – właśnie zagłębiłem się w jakiś ciekawy artykuł, poddając radosnemu kolebaniu wagonowych resorów, gdy usłyszałem mocne szarpnięcie drzwiami. Na korytarzu stał osobnik w skórzanej kurtce, nieogolony, ze wspomnieniem kilku przepitych nocy wypisanym na twarzy i z wyrazem oczu błagających kolejarzy o litość. „– Ale dlaczego, do cholery, tak buja?” zdawały się mówić te oczy, czerwone jak radziecka flaga i zwężone w wąskie, kitajskie szparki. Mruknął coś niezrozumiałego, co mogło znaczyć wszystko: od „dzień dobry”, przez „cześć”, aż do „przepraszam uprzejmie, czy można?” i co najwyraźniej mogło być jakimś kitajskim narzeczem, po czym, próbując złapać równowagę, jak marynarz na rozhuśtanym okręcie, dotarł do miejsca naprzeciwko mnie i zwalił się ciężko na fotel, także obok okna, lecz tyłem do kierunku jazdy. W przedziale rozniósł się makabryczny fetor skacowanego ciała, przetrawionej wódki, piwa, potu, papierosów i wszystkiego, co dzieje się w nocy, kiedy człowiek pije. Ten zapach wytrącił mnie z równowagi. Udawałem, że czytam, ale nie mogłem się skupić – moje myśli błądziły wokół „jeszcze cierpiącego brata alkoholika”. Byłem wściekły – miałem takie fajne, samotne miejsce w przedziale, a tu, proszę, niespodzianka. I to jaka! Mężczyzna ów najwyraźniej cierpiał, nie tylko z powodu bólu pulsującego pod czaszką i wyginającego brwi w błagalny nawis, lecz także z powodu - jakże dobrze mi znanego - potwornego pragnienia. Zza pazuchy wyciągnął butelkę piwa. Zerknął na mnie, a potem zaczął się mocować z otwarciem butelki. Wstawił ją pod stolik i zaczął szukać przyczepionego do stoliczka otwieracza. Teraz nie mogłem już czytać spokojnie. Odłożyłem gazetę i zacząłem udawać, że patrzę przez okno. W końcu, z sykiem, otworzył butelkę i zaczął pić. Och, jak dobrze znałem ten rodzaj łapczywego picia, jak dobrze znałem ten gulgot, jaki jest w stanie powstać tylko w gardle kogoś, kto ma potwornego kaca i pije piwo. Żłopał łyk za łykiem, nie odrywając butelki od ust, a w mojej głowie kotłowały się myśli. Co powinienem zrobić? Zabrać rzeczy i wyjść? Tak jakoś, jakby tu rzekł jakiś terapeuta - nieasertywnie. Powiedzieć mu, żeby się wyniósł? Tak jakoś głupio mi było. W dodatku do mego serca zakradły się wątpliwości – „nieśliśmy posłanie – zaczął szumieć jakiś głos – alkoholikowi, który wciąż jeszcze cierpi” dopowiadał. Mój umysł pokazał mi nawet wersję ewangeliczno-aowską. W wersji tej jestem Świętym Wojciechem, który, zamiast szerzyć wiarę wśród pogańskich plemion, szerzy Program 12 Kroków wśród jeszcze cierpiących. Na szczęście to był tylko miraż i paranoiczna tęsknota za świętym niesieniem posłań. Poczułem, że w tym wypadku moje ewangelizowanie mogłoby się skończyć tym samym dla mnie, co dla Wojciecha płynięcie do Prus – utratą głowy. Tymczasem jeszcze cierpiący poczuł najwyraźniej ulgę w cierpieniu i to, co mu zostało spienionego w butelce odstawił – uwaga – nie na stolik (jakoś tak zbyt na wierzchu by było), lecz wcisnął butelkę między fotel a ścianę. I odsapnął, wyrażając tym sapnięciem, że już trochę lepiej. W przedziale zapach alkoholowo-kacowaty został teraz podbity przez aromat piwa. Tego było już za wiele. Musiałem podjąć jakieś działania. Myślałem jeszcze przez chwilę i nagle wpadł mi do głowy pomysł. Wstałem i zdjąłem plecaczek. Usiadłem i czując, że jestem obserwowany przez jeszcze cierpiącego, wyciągnąłem z plecaczka książkę. Rozpostarłem się w fotelu, udając, że czytam, ale zadbałem o to, żeby „brat alkoholik” siedzący naprzeciwko dobrze i wyraźnie widział, co czytam. Przed jego oczami pojawił się wyraźny tytuł książki: „Anonimowi Alkoholicy wkraczają w dojrzałość”. Skacowany osobnik stężał. Anonimowi alkoholicy wkraczający w dojrzałość musieli mu się wydać zjawą nie z tego świata. Na jego twarzy pojawił się okropny grymas, a drżąca ręka zaczęła rozpaczliwie szukać butelki z piwem. Złapał ją i w te pędy... uciekł. Zostałem sam w przedziale. Otworzyłem okno, żeby przewietrzyć. Żal mi było skacowanego osobnika, bo doskonale pamiętam, jak sam miałem takie potworne kace. Nawet przypomniało mi się zdanie z tej książki, którą tak ostentacyjnie otworzyłem” „tragedią naszego życia jest to, jak bardzo musimy cierpieć, zanim nauczymy się prostych prawd, według których trzeba żyć”. Sam w końcu też tak cierpiałem, jak ów „brat alkoholik”. Z drugiej strony zrobiło mi się wesoło. Zacząłem się śmiać, stojąc w otwartym oknie pociągu i wciągając w płuca wspaniały wiatr pachnący przygodą, trzeźwą przygodą. Okazało się, że Anonimowi Alkoholicy mogą przyjść mi z pomocą w najbardziej nieoczekiwanych momentach. I okazało się, że warto czytać literaturę AA!
Z uśmiechem
Tomek AA


UFAM ŻE LUDZIE SĄ DOBRZY

Czwarta rano, no... może trochę po. Obudziłem się, jeszcze dokładnie nie wiem gdzie jestem, ale tak jak co dzień sprawdzam jak się czuję. Nie jest źle, może trochę za sucho w ustach, może nie do końca jest w porządku z żołądkiem (coś tam się przewala, coś drży i dygocze). I ta głowa. Z nią jest najgorzej, na początek pustka i zaraz ten sam dobrze znany, przejmujący lęk. Zaraz, co dzisiaj za dzień? Poniedziałek. To drugi dzień nie piję, to drugi dzień po pięciodniowym ciągu. Więc skąd ten strach? Czego się boję? Powoli przypomnij sobie, masz jeszcze trochę czasu, nie musisz jeszcze wstawać, by iść do pracy. Właśnie szefowa stwierdziła, że prędzej czy później wywali mnie z roboty za pijaństwo. To kwestia czasu, kiedy następnym razem się upiję. Tym razem jej wierzę, wiem, że tak postąpi. Aha... i jest jeszcze żona. Zupełnie zobojętniała wobec mnie, nie płacze, nie krzyczy, nawet nie obraziła się za ostatni ciąg. Mówi, że jej już jest wszystko jedno co będę robił, będzie się starać ułożyć życie obok mnie, ale beze mnie. To już koniec. Dalej już nie ma nikogo, nie ma kolegów, nie ma przyjaciół, nie ma do kogo się odezwać, do kogo się zwrócić. Tak wyglądał początek mojego trzeźwienia. Bez wiary, bez perspektyw, bez jakiegokolwiek planu, co robić. Totalna klęska, czarna dziura, brak pomysłów i chęci do życia. Nie ma wokół mnie nikogo, komu mógłbym zaufać, kogo mógłbym się poradzić, co dalej, co zrobić, jak żyć. Tego nauczyły mnie lata spędzone z butelką pod pachą. Pracowałem na takie podejście do ludzi całymi latami. Na początku, po paru kieliszkach – dusza towarzystwa, ufny i chętny, czy to do pomocy, czy do zabawy. Z czasem, kiedy coraz bardziej zacząłem zwracać uwagę na to, co inni o mnie mówią, jak mnie oceniają, coraz bardziej, systematycznie i powoli odsuwałem się od ludzi. Na początku pojawiła się obawa, a później lęk przed oceną, strach przed niezapamiętanymi zdarzeniami, a przede wszystkim wszechogarniające zaprzeczenie: nie ma co im ufać, kłamią, knują przeciwko mnie. Ale tak łatwo się nie dam. To co robię, to moja sprawa, nie pozwolę by mnie ktoś powiózł (cokolwiek by to nie znaczyło). I w końcu nadszedł ten dzień, kiedy nie było do kogo się zwrócić, nie było ratunku, punktu zaczepienia. Krąg się zamknął. Dziwne i przerażające uczucie: nie ma wokół mnie osoby, z którą bym mógł porozmawiać, nie ufam nikomu, wszyscy są przeciwko mnie, a co najważniejsze – nie rozumieją mnie. Pewnie cieszyliby się z mojego nieszczęścia. To uczucie osamotnienia, brak chęci do życia spowodowało jednak wykonanie jedynej rzeczy, jaką mogłem wtedy wykonać: zwrócenie się o pomoc do obcej osoby, osoby, która mnie nie zna, nie zna mojej historii. Poszedłem do ośrodka terapii uzależnień. Wcześniej korzystałem z takich usług, na trochę pomogło, może i teraz coś się zadzieje. Na tamten czas nie miałem już innego wyjścia – musiałem zaufać obcej osobie – mojej indywidualnej terapeutce. Pierwsza rozmowa, pierwsze informacje, które niewiele zmieniały, i wreszcie sugestia lekarza psychiatry, bym został kuracjuszem zakładu psychiatrycznego (powód: zagrożenie życia). Wówczas nastąpiło we mnie przełamanie, uwierzyłem tym osobom. Nie zamknęli mnie w psychiatryku, ale przestraszyłem się na tyle, że stosowałem się do zaleceń. Brałem przepisane mi leki, zacząłem terapię wstępną, no i dostałem kartę z dwudziestoma czterema rubryczkami. To karta na mityngi Anonimowych Alkoholików. Tak jak terapia nie była mi obca, tak mityngi to było zupełnie coś nowego. Nigdy o nich nie słyszałem, nie wiedziałem, co mnie tam może spotkać. Znów odezwał się brak zaufania. Z niepokojem i obawą szedłem na pierwszy mityng, nawet dobrze go nie pamiętam. Wiem za to, że właśnie tam, powoli i systematycznie zacząłem nabierać wiary w ludzi, przecież ci nieznani mi "goście" próbowali ze mną rozmawiać, próbowali powiedzieć co i jak oni robili, by było im trochę lżej, proponowali numery swoich telefonów. Powiem szczerze: trudno mi było to pojąć, jak można być tak pomocnym, otwartym (i to zupełnie bezinteresownie), dziękowałem za numery tylko dlatego, że nie chciałem podać swojego. Trudno mi było rozmawiać otwarcie, bo podświadomie czegoś się obawiałem. Powoli to przechodziło, ale cały ten proces utrudniał fakt, że nic nie zmieniałem w życiu pozamityngowym. Na mityngach z czasem coraz łatwiej mi było zaufać, zwierzyć się, poradzić w trudnej sprawie. Miałem tam na tamtą chwilę dwie godziny ulgi, spokoju i czegoś, co wtedy jeszcze nie potrafiłem nazwać – takiej wewnętrznej pogody. W domu, w pracy wstępował we mnie wojownik, pełen wrogości, szukający wszędzie podstępu i niegodziwości. Te dwie osobowości kłóciły się we mnie burząc spokój zdobyty na mityngach, niszcząc pogodę, która bardzo mi się podobała. I wtedy usłyszałem od mojego terapeuty, bym poszukał sobie sponsora. Kolejna sugestia, o której wcześniej nikt nawet nie wspomniał. Byłem bezpieczny finansowo, a tylko tak mi się kojarzył sponsor, więc nie bardzo rozumiałem, o co chodzi, ale budujące się we mnie zaufanie do ludzi  kazało mi poważnie podejść do tematu. Po dwóch miesiącach poszukiwań, na warsztatach po raz kolejny moja Siła Wyższa pomogła mi zaufać drugiemu człowiekowi – został on moim sponsorem w Programie 12 Kroków AA. To, co zadziało się później, przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Ukończona terapia dała mi narzędzia jak ustrzec się głodów, nawrotów, co zrobić ze złością i co to jest HALT. To, co dał mi Program, trudno opisać w kilku słowach, lub, jak kto woli, mogę krótko stwierdzić, że zmienił całe moje życie. Z odludka przerażonego utratą rodziny, utratą pracy (35 lat w jednej firmie), samotnego, nieufającemu nikomu człowieka, z każdym przepracowanym uczciwie (na to kładł główny nacisk mój sponsor) Krokiem, zmieniał się mój stosunek do ludzi. Przestałem ich podejrzewać, zacząłem otwarcie rozmawiać, kiedy oni się uśmiechali, u mnie pojawiał się uśmiech, a dodatkowym bonusem była właśnie ta pogoda, o której wspomniałem wcześniej. Teraz mam ją na co dzień, ufam, że ludzie są dobrzy i chętni do pomocy, sam teraz pomagam innym, którzy zaczynają tak jak ja zaczynałem – nieufnie i z podejrzliwością. Cieszę się każdym dniem, cenię i pielęgnuję w sobie spokój. Dzięki zaufaniu, którym darzę drugiego człowieka zauważyłem, że jak ja im – tak oni mnie. To naprawdę cudowne doświadczenie. Z całych sił ufam również swojej Sile Wyższej, że prowadzi mnie we właściwym kierunku i właściwą drogą. Mam mocne argumenty, by z niej nie zbaczać. Inną sprawą, której nie można pominąć, to zaufanie moich najbliższych w stosunku do mojej osoby, zaufanie, które swoim zachowaniem, swoim postępowaniem i swoim życiem niszczyłem i deptałem. Nie wiem, czy go odzyskałem, myślę, że za wcześnie nawet o to pytać (może w ogóle nie pytać?). Zdaję sobie sprawę z zadanych bliskim ran i robię wszystko, by powoli i sukcesywnie budować na nowo swój wizerunek, wizerunek człowieka godnego zaufania. Wiem, że warto i dziękuję swojemu Bogu, że jest dla kogo to robić, że oprócz rodziny jest wokół mnie cała rzesza przyjaciół, że nie jestem już osamotniony, że są ludzie, którzy już teraz bezgranicznie mi ufają. To odpowiedzialność i zadanie na resztę życia, które dzisiaj jawi mi się jako piękne i niezapomniane przeżycie.               

Rysiek AA


SPONSOROWANIE

Słowo „sponsor” dzisiaj kojarzy mi się nierozłącznie z Dwunastym Krokiem AA: Przebudzeni duchowo, w rezultacie tych kroków, staramy się nieść posłanie innym alkoholikom, którzy wciąż jeszcze cierpią...”. Podkreśliłem te słowa, gdyż alkoholicy, którzy wciąż cierpią, są najczęściej w grupach AA, a ja myliłem tych ludzi z tymi, którzy wciąż piją. Dzisiaj dla mnie – Felka alkoholika – człowiek, który pije, wymaga tylko rzetelnej informacji o alkoholizmie jako chorobie i miejscu, gdzie może otrzymać pomoc, czyli o AA. Trochę inaczej jest z ludźmi, którzy trafili do AA i wciąż nie mogą znaleźć tego, czego szukają – ukojenia, spokoju i radości. Sponsorowanie polega na pomocy w przeprowadzeniu tych ludzi przez ten najtrudniejszy czas w drodze do prawdziwej trzeźwości. Pierwszy etap to sponsorowanie wstępne, bardziej opieka starszego brata. Pomaganie w niepiciu, a czasami dyskretne „popychanie” do przychodzenia na mityngi i inne spotkania AA. Namawianie do mycia szklanek, przygotowywania kawy i herbaty. Żadnych innych prac w AA. Za wcześnie. Najistotniejszą książką w tym okresie jest „Życie w trzeźwości” (ang. „Living sober”). Mówienie o tradycjach AA i popularnych hasłach: „Naucz się słuchać”, „Daj czas czasowi”, „Szukaj pogodnej strony dnia” itp. Wstępne sponsorowanie – moim zdaniem – może czynić, a nawet powinien każdy, kto ma kilka miesięcy trzeźwości i ma stałego sponsora, z którym pracuje nad zapoznaniem się z Krokami. Moim zdaniem jest bardzo istotne, by sponsor ofiarował pomoc sam, a nie czekał na to, aż podejdzie do niego nowoprzybyły. Wiem z własnego doświadczenia, że było to dla mnie niemożliwe, gdy byłem „nowy”. Ale chętnie przyjąłem pomoc ofiarowaną mi przez „starszego” przyjaciela z AA. Gdy nowoprzybyły „dojrzeje” do dalszej pracy nad „12 Krokami AA” – „sponsor tymczasowy” powinien mu pomóc w poszukaniu sponsora stałego, może też ofiarować mu swoje usługi, oczywiście jeżeli uważa, że jest do tego gotowy. Moim zdaniem najważniejszą rzeczą, jaką sponsor ma do zrobienia, to pomóc nowoprzybyłemu. Pomóc (a nie nauczyć) zapoznać się z 12 Krokami AA. Pomóc w zrozumieniu tego niezwykłego, wspaniałego programu. Czyli najważniejszą rolą sponsora jest słuchanie. Słuchanie uważne tego, co mówi sponsorowany. Sponsorowałem przyjacielowi ponad półtora roku – i kiedy ten, pomimo moich nalegań, nie wykazywał chęci pracy nad Drugim Krokiem – musieliśmy się rozstać. Do dzisiaj uważam, że ta decyzja była słuszna. W AA dowiedziałem się, że każdy człowiek musi znaleźć swą własną ścieżkę do Boga i nikt nie ma prawa mu w tym przeszkadzać. Nadmierne opiekowanie się, pouczanie, przymuszanie, by ktoś postępował tak, jak ja chcę, bo wydaje mi się to dobre, jest postępowaniem niewłaściwym. Mój przyjaciel, któremu sponsorowałem, poszedł pić. Korciło mnie pójść do niego, wyciągać go z knajpy, próbować pomóc w pracy itp. Ale przemogłem się. Nic z tych rzeczy. Jedyne co robiłem, to w każdy poniedziałek o godz. 19 czekałem na niego u mnie w domu, tak jak zawsze. Trwało to ponad dwa miesiące, aż pewnego poniedziałku o godz. 19 przyszedł i zaczęliśmy pracować dalej. To trudne. Chcę też powiedzieć kilka słów o korzyściach sponsorowania. Kiedy poznałem „12 Kroków” i próbowałem je stosować, żyło mi się lepiej, spokojniej, ale czegoś mi brakowało. Brakowało mi świeżości – codzienności. Codzienność stała się wygodna, syta, „uporządkowana”, aż w końcu zaczęła być nudna. Wówczas przyszło mi do głowy „a może bym został sponsorem”. Tylu przyjaciół prosiło mnie o to, a ja wykręcałem się brakiem czasu, a najczęściej niedojrzałością i tym, że ja nie umiem tego robić. Kiedy odważyłem się sponsorować, zaczęły się dziać zdumiewające rzeczy. Program AA zaczął żyć nowym rytmicznym życiem. Zacząłem odkrywać niezwykłości Programu AA. Dzisiaj sponsorując, nie wiem, kto więcej z tego korzysta – czy ja sponsorując czy mój sponsorowany. Zrozumiałem sens 12 Kroku. Łatwo jest powiedzieć o sobie na mityngu spikerskim, łatwo pójść do szpitala czy więzienia opowiedzieć o sobie. To bardzo potrzebne. Ale najtrudniej jest systematycznie pracować z innym alkoholikiem. Ale ileż to daje radości! Tego trzeba spróbować. Jeszcze jedno zdanie. Jedyne, czego wymagam od sponsorowanego, to to, by był sponsorem dla innego.
Felek