MITYNG 12/234/2016

DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO



TROCHĘ INNA OPOWIEŚĆ WIGILIJNA.

Chcę opisać najpiękniejsze Boże Narodzenie w moim życiu. Jednak żeby opowiedzieć dlaczego Wigilię bez choinki, prezentów, zastawionego stołu i domu pełnego gości wspominam jako najlepszą ever, muszę nieco się cofnąć w czasie. Piłam przez wiele lat, z każdym rokiem coraz głębiej wchodząc w uzależnienie, i jednocześnie coraz bardziej oddalając się od własnego życia, od spraw, które kiedyś były dla mnie ważne, od rodziny. Sprawa pokrętnej, wypaczonej, choć ogromnej miłości do moich dzieci i relacji między nami, to jest temat na całkiem inne opowiadanie. Natomiast mój mąż to „kliniczny” przypadek osoby współuzależnionej. Trwał w tym związku, pomimo, że na „zdrowy rozum” dawno powinien był zabrać dzieci i uciec jak najdalej z tego bagna. Walczył ze mną, imał się różnych sposobów wpłynięcia na mnie i na moje picie: prosił, groził, zabierał pieniądze, zamykał mnie w domu, kilka razy podniósł na mnie rękę... Tylko jednego nie zrobił przez te wszystkie lata – nigdy nikomu nie powiedział o tym, co się dzieje u nas w domu. Próbował ogarnąć obowiązki ojca i matki, pogrążając się coraz bardziej w niemoc, frustrację, poczucie porażki – cierpiał i nie miał pojęcia, co robi „nie tak” (wiem, bo po latach rozmawialiśmy o tym). A potem przyszedł ciepły kwietniowy dzień, w którym jakaś nieznana siła w jednej chwili uwolniła mnie od obsesji picia. Ta zmiana wyzwoliła w moim mężu tłumione przez te wszystkie lata złość i gniew, które teraz wybuchły jak wulkan. Gdy wróciłam z detoxu, w moim domu zapadła cisza – mąż przestał się do mnie odzywać na wiele miesięcy. Unosząca się w tej ciężkiej ciszy wrogość – to jedyne, co czułam. A dzieci były coraz bardziej zadowolone i uśmiechnięte, cieszyły się, że odzyskują matkę… Myślę sobie, że mąż czuł się zazdrosny i urażony. I pewnie bał się tej naszej (mojej i dzieci) nowej „komitywy”. Wymyślał więc coraz to nowe sposoby, by na powrót przyciągnąć dzieciaki do siebie, a jednocześnie jakoś mi dokuczyć, ukarać mnie (?). Nie piłam już prawie 8 miesięcy. Zbliżały się Święta Bożego Narodzenia. Plan mojego męża był prosty: sprawić, bym te Święta spędziła samotnie. Pomysł był niezły, kuszący: zaproponował dzieciom wspólny wyjazd na Święta i Sylwestra do Rzymu. Byłam przerażona perspektywą Świąt w pustym domu. Miałam wprawdzie już wówczas parę zaprzyjaźnionych osób z AA, ale… to był szczególny czas… I wtedy stało się coś, czego nawet w snach nie byłam w stanie przewidzieć: moje dzieci chórem powiedziały NIE. Wielokrotne próby przekonania ich nic nie dały. Syn bez wyjaśnień odpowiadał za każdym razem – nie, nie! Dlaczego? Bo nie. A córka: nie, bo Święta spędza się z rodziną… Z rodziną! No i zostaliśmy we trójkę. Ja oczywiście byłam kompletnie do Świąt nieprzygotowana. Nie miałam nic – choinki, prezentów, ani świątecznego jedzenia. Nie pamiętam dokładnie – chyba na Wigilię otworzyłam jakąś puszkę z rybkami… Zresztą ja i tak nie byłam w stanie nic przełknąć. Gardło miałam ściśnięte. Przez cały wieczór nie mogłam powstrzymać łez… płakałam ze wzruszenia i miłości… Od tamtego czasu minęły lata, w moim życiu i moim domu bardzo wiele się zmieniło, ale wspomnienie zawsze wraca, gdy przed Wigilią krzątam się po kuchni, szykując „prawdziwe” Święta dla mojej rodziny (bywało też nie raz, że dla przyjaciół z AA, którzy tę moją rodzinę w międzyczasie powiększyli). I czuję wtedy ciepło, miłość, radość. Jestem szczęśliwa.

Doris



KONCEPCJA XII
Czyli o tym, jak duch wspólnoty światowej ogarnia nasze służby krajowe i regionalne.

Ogólne gwarancje Konferencji: we wszystkich swoich poczynaniach Konferencja Służb ma kierować się duchem tradycji AA, dbając o to, by sama nigdy nie stała się ośrodkiem bogactwa lub władzy. Podstawową zasadą finansową ma być zapewnienie wystarczających funduszy operacyjnych i rozsądnej rezerwy budżetowej. Żaden z członków Konferencji nie może znaleźć się w pozycji nieuzasadnionej władzy nad innymi. Wszystkie ważne decyzje mają być podejmowane w drodze dyskusji i głosowania, i jeśli to tylko możliwe, głosem większości. Działania Konferencji nigdy nie mogą spowodować pociągnięcia jej członków do karnej odpowiedzialności lub wywołania publicznej polemiki. Chociaż Konferencja pełni służbę na rzecz Wspólnoty Anonimowych Alkoholików, nigdy nie będzie nią rządziła, i tak jak Wspólnota, której służy, na zawsze pozostanie demokratyczna w duchu i działaniu.
* w tekście wykorzystano fragmenty nieautoryzowanego przekładu amerykańskiej wersji Poradnika Służb, części dotyczącej Koncepcji.

Kiedy pod koniec lat 50-tych Bill W. rozpoczął pisać Koncepcje dla służb światowych, chyba nikt w Polsce nawet nie myślał o wspólnocie AA. Posłanie AA dopiero zaczęło swój światowy marsz. Koncepcje były opisaniem świata AA dostępnego Billowi, które pozwalało na zrozumienie, jak porozumiewają się członkowie naszej wspólnoty. Wysłuchajmy słów Billa zawartych we wstępie do amerykańskiego Poradnika Służb: (tekst nieautoryzowany) ...Koncepcje próbują nakreślić taką strukturę, w której wszystko może działać jak najskuteczniej, przy minimalnych tarciach. Osiąga się to przez takie powiązanie naszych pracowników ze swoją pracą i wzajemnie ze sobą, że możliwości wystąpienia konfliktów są ograniczone do minimum. (...) Tak jak wcześniej napisane „Dwanaście Kroków i Dwanaście Tradycji" oraz Karta Konferencji, te zasady panujące w służbie są wynikiem wielu przemyśleń i szerokiej konsultacji. Mam głęboką nadzieję, że tych Dwanaście Koncepcji stanie się mile widzianym dodatkiem do naszego „Podręcznika Trzeciego Legatu Służb Światowych AA", i że okażą się one wiarygodnym roboczym przewodnikiem w przyszłych latach.

Bill W. z właściwą sobie otwartością dzieli się z nami swymi doświadczeniami nie próbując nawet wypowiadać się o strukturach w innych krajach. Pozostawia ten temat zainteresowanym. Wcześniej czy później alkoholicy na całym świecie spotykają się z problemami porozumienia się, współpracy, komunikacji. Niesienie posłania cierpiącym wymaga dostępu do nowych środowisk, każe przekraczać bariery państwowe, językowe. I tak, jeśli my dzisiaj możemy swobodnie korzystać z programu AA, to dzięki temu, że ktoś go tak przedstawił, iż uwierzyliśmy w jego działanie. Teraz trzeba przekazać tę ideę dalej. Ale jak to czynić, gdy każdy nosi swoją wizję AA? Wspólne stanowisko wobec prawie każdego problemu powstałego w naszej Wspólnocie jest wyrażane przez Konferencję. Jej działanie jest regulowane Kartą Konferencji. Omawiana teraz Koncepcja zawiera Artykuł 12 Karty Ogólnej Konferencji Służb. O ile jej jedenaście pierwszych Artykułów może zostać z łatwością zmienione przez samą Konferencję w dowolnej chwili, to Artykuł 12 Karty sam w sobie jest odrębną całością. Wniesienie poprawki albo skreślenie którejkolwiek podstawowej Gwarancji wymagałoby pisemnej ¾ wszystkich grup ujętych w spisie, które faktycznie głosowałyby nad każdą zgłoszoną propozycją, mając sześć miesięcy na gruntowne przemyślenie. Praktycznie jest to prawie niemożliwe. Pamiętam, ile troski wyrażali nasi ówcześni Powiernicy, gdy w 1996 roku, w czasie VI Kongresu AA w Warszawie została przyjęta Karta Konferencji Służby Krajowej. Zostały tam wykorzystane teksty z Karty Konferencji Służb Światowych. Później, w 1998 roku idee zawarte w Artykule 12 świadomie znalazły się w Karcie Konferencji Regionu Warszawa. Duch wspólnoty przeniknął granice i dotarł do naszych służb. Okazało się, że Koncepcje są równie ważne dla służb AA, jak Tradycje dla AA jako całości. Dzisiaj nikt nie kwestionuje wartości Tradycji AA nie tylko w czasie Konferencji Regionu Warszawa, ale również na każdym mityngu. Ich duch zapanował w grupach AA. Podobną drogę przechodzą Koncepcje, jako wskazówki pełne rozwagi i duchowości. Tworzą praktyczny klimat harmonii, skuteczności; wyrażają mądrość, aby być przezornym na przyszłość bazując na naukach przeszłości. Artykuł 12 rozpoczyna się od ogólnego stwierdzenia: „We wszystkich swoich poczynaniach Konferencja kierować się będzie duchem Tradycji AA...", składa się z sześciu zaleceń, które nazywamy Gwarancjami. Tymi słowami zaczyna się również punkt IV Karty Konferencji Regionu Warszawa. Są one szczególnie podniosłym zobowiązaniem. Przyjrzyjmy się nim.

Gwarancja Pierwsza: „Konferencja nigdy nie stanie się ośrodkiem niebezpiecznego bogactwa lub władzy".

Dopóki Region Warszawa będzie odmawiać przyjmowania dotacji z zewnątrz i utrzymywać datki od poszczególnych członków AA na skromnym poziomie, możemy mieć pewność, że Konferencja nie stanie się ośrodkiem bogactwa. Cel niesienia posłania AA stale wymaga odpowiednich funduszy. Raczej mało prawdopodobne jest to, że kiedykolwiek wpłaty z grup znacznie przewyższą kwoty potrzebne na zabezpieczenie uzasadnionych działań. Również grupy AA wykazują niechęć w tworzeniu niepotrzebnych struktur, obawiając się powstania kosztownej biurokracji. Dlatego wydaje się, że główną trudnością pozostanie skuteczne informowanie grup AA o faktycznych potrzebach finansowych, choćby takich jak utrzymanie Punktu Informacyjno- Kontaktowego wraz ze służbami dyżurnymi, zabezpieczenie funduszy dla delegatów czy spotkania z profesjonalistami. Doświadczenia zebrane w Dwunastu Koncepcjach sugerują problemy z utrzymaniem władzy Konferencji na dostatecznym poziomie. Przed tym chroni nas rotacja, udział w głosowaniach i uważne postrzeganie zapisów w Karcie. Nikt nie może posiąść niebezpiecznej władzy ludzkiej. Słusznie powiedziano o naszych sługach: „Oni nami nie rządzą swoim mandatem; przewodzą nam swoim przykładem". Jest jeszcze jeden rodzaj władzy, przed którą nie trzeba się bronić. To władza duchowa. Gdy Konferencja jednogłośnie przyjmuje jakąś decyzję, mam wrażenie szczególnej podniosłości. Ktoś powiedział przy tym: „Bóg był z nami przy podejmowaniu tej decyzji". I ja się z tym zgadzam.

Gwarancja Druga: „Podstawową zasadą finansową ma być zapewnienie wystarczających funduszy operacyjnych i rozsądnej rezerwy budżetowej”.

Kiedy kilka lat temu zrodziła się idea powstania PIK-u (Punkt Informacyjno-Kontaktowy), następnym etapem było zgromadzenie niezbędnych funduszy. Zbieraliśmy je ponad dwa lata. Zadaniem kolejnego Rzecznika było zrealizowanie naszych zamierzeń. Dziś mamy świadomość, że utrzymanie naszego Punktu ma pierwszoplanowe znaczenie dla życia Regionu. W PIK-u możemy organizować spotkania służb, warsztaty, a przede wszystkim działa w nim służba informacyjna. W tę działalność wpisują się wszystkie Intergrupy warszawskie. Wymaga to poświęcenia wolnego czasu. Robimy to chętnie, bo w ten sposób utrwalamy swoją trzeźwość. Przekładając czas służby na pieniądze, nasze ofiary dają ogromną sumę. Jednak kiedy dochodzi do wydawania gotówki, wielu z nas trochę się ociąga, szczególnie jeśli chodzi o datki na służby światowe: „nasza grupa tak naprawdę wcale ich nie potrzebuje, nie psujmy AA pieniędzmi i służbami. Oddzielmy to, co materialne, od duchowego. To zapewni prostotę spraw”. W ostatnich latach jeszcze słuchaliśmy takich głosów, ale dzisiaj odzywają się coraz rzadziej. Znikają, kiedy potrzeba AA jest oczywista. Niezbędne były do tego właściwe informacje i rozpropagowanie idei. Wtedy oczekiwane wpłaty przychodzą. Ofiarodawcy rzadko widzą, co zostało zrobione. Mają jednakże pewność, że pomoc uzyskają tysiące alkoholików i ich rodziny. Z ideą Funduszu Rezerwowego spotykaliśmy się już w grupach AA, gdy skarbnik był zobowiązany do odprowadzenia nadmiaru zgromadzonych funduszy do Intergrupy, Regionu czy BSK. W ten sposób zabezpieczaliśmy się przed pokusą innego rozdysponowania pieniędzy. Identycznie postępujemy w pracach Regionu Warszawa. Region świadomie przekazuje część swoich środków do BSK na utrzymanie służb krajowych i biura. Pozostałe pieniądze wydaje zgodnie z zakładanym budżetem. Następną kwestią tej Gwarancji jest pytanie, czy AA jako całość powinno zdecydować się na filantropię w stosunku do nowych i ich sponsorów, sprzedając książki po kosztach produkcji lub jeszcze taniej? Jak dotąd obowiązuje przekonanie, że filantropia finansowa wobec jednostek nie powinna być zadaniem grup AA lub AA jako całości. Sponsor może dać swojemu podopiecznemu komplet ubrań, może załatwić mu pracę, albo podarować książkę AA. Coś takiego często się zdarza, i świetnie, że tak jest. Ale filantropia jest obowiązkiem sponsora, a nie samej grupy AA. Wpływy ze sprzedaży książek są podstawą ciągłej wypłacalności naszych służb. Równocześnie trzeba podkreślić, że Fundusz Rezerwowy będący gwarancją wypłacalności nie jest własnością prywatnych inwestorów – jest w całości posiadany przez samo AA.
Gwarancja Trzecia: „Żaden z członków Konferencji nie może znaleźć się w pozycji nieuzasadnionej władzy nad innymi”.
 „Prawo Udziału" (z IV Koncepcji), które podkreśla, że nasi zaufani słudzy, zarówno jako jednostki, jak i grupy powinni posiadać prawo głosu proporcjonalne do ponoszonej odpowiedzialności jest na tyle ważne, że uczyniono z niego treść tej Gwarancji. W ten sposób mamy pewność, że sama Konferencja nigdy nie będzie mogła unieważnić lub wnieść poprawek do tego prawa. „Prawo Udziału” jest praktycznym sposobem kontrolowania wszelkich przyszłych tendencji do uzyskania nieuzasadnionej władzy w jakiejkolwiek postaci. Ten zdrowy stan rzeczy jest oczywiście dalej wzmacniany przez pojęcia „Apelacja” i „Petycja”. Dla mnie ta Gwarancja kojarzy się z pewnym incydentem sprzed lat. Na spotkaniu Zespołu Organizacyjnego omawialiśmy kolejny punkt założonego planu, gdy pojawił się przyjaciel pełniący funkcję ówczesnego Rzecznika Regionu. Zażądał abyśmy przerwali dyskusje i natychmiast rozpoczęli przygotowania do Konferencji. Kolega, przewodniczący Zespołu, lekko ściśniętym głosem wyjaśnił, że za chwilę zajmiemy się tym punktem, a teraz prosimy, aby nie przeszkadzać nam swoimi propozycjami. Zapadła cisza, a za chwilę wznowiliśmy dyskusję, czemu przysłuchiwał się Rzecznik. Już pod koniec dyskusji Rzecznik ponownie poprosił o głos i przeprosił uczestników Zespołu za próbę zakłócenia obrad i narzucanie swej woli. To był moment prawdy. Wspólne sumienie Zespołu obroniło się przed autorytatywną władzą, ale tym, co nam najbardziej zaimponowało, to postawa Rzecznika. Zrobić błąd łatwo, ale przyznać się i przyjąć właściwą postawę daleko trudniej. Nie dziwię się, że Artykuł 12 Karty Konferencji zaczęto nazywać „Kartą Praw Służb AA". Jest tak, ponieważ w Gwarancjach zobaczyliśmy wyraz głębokiego i pełnego miłości szacunku dla duchowych postaw przyjaciół.
Gwarancja Czwarta: „Wszystkie ważne decyzje mają być podejmowane w drodze dyskusji i głosowania, i jeśli to tylko możliwe, głosem większości".

Nie potrafię sobie wyobrazić aby ktoś mógł jednocześnie maszerować w dwóch różnych kierunkach, a z takim problemem musi sobie czasami poradzić Konferencja, kiedy jej członkowie przedstawiają przeciwstawne propozycje. Tu ujawnia się przydatność naszych zespołów regionalnych. Zanim propozycja dotrze do Konferencji, ma szansę być dokładnie wysłuchana. Wraz z innymi członkami zespołu projektodawca wyjaśni, na ile wpisuje się ona w cele Regionu, czy czasami nie jest tylko ambicją działania albo też, czy nie prowadzi do osłabienia Regionu, choćby przez promowanie innych ośrodków działających niezależnie od naszych służb. Szeroka dyskusja potrafi ujawnić wszelkie zalety i wady propozycji. Jeśli zespół uzgodni swoją opinię, to przedstawia ją Radzie Regionu. Wtedy jest duże prawdopodobieństwo skierowania go do realizacji. Był taki czas, gdy mówiliśmy, że na zespołach się nie głosuje, oczekując od siebie jednomyślności. Ale później nowi, którzy nie odbyli stażu przygotowawczego w zespołach, zupełnie bezwiednie wprowadzili głosowanie większościowe. Jakby została zapomniana troska aby nikt nie czuł się przegrany, osamotniony albo odrzucony. Podstawowe zasady AA przypominają, by swojej aktywności nie kierować przeciw komukolwiek. Czasy, gdy grupa głosowała na rzecz wygodnej dla siebie decyzji, już odeszły w zapomnienie. Ta Gwarancja z jednej strony tworzy zabezpieczenie przeciw często pochopnej i despotycznej władzy zwykłej większości, a z drugiej strony dopuszcza doświadczenie i częstą mądrość mniejszości, obojętnie jak nielicznej. Ciekawie wyglądało to na Konferencji, badajże w Zielonej Górze, kiedy prowadzący głosowania kolejno wzywał oponentów do przedstawienia swojej racji. Byłem wśród nich, ale nie potrafiłem wyłożyć swoich poglądów. Ponadto Gwarancja przypomina, że wszystkie ważne sprawy, jeżeli tylko pozwala na to czas, zostaną obszernie omówione, i że rozmowy będą trwały tak długo, aż naprawdę zdecydowana większość będzie mogła poprzeć każdą doniosłą decyzję, jaka ma być podjęta przez Konferencję. Wyraża faktycznie zgodę i zaufanie, jakich zwykła większość nigdy by nie dała. Delegaci opozycji są dużo bardziej zadowoleni, ponieważ ich racje zostały w pełni i uczciwie wysłuchane. Czasami mniejszość z uporem próbuje wykorzystać zasadę zdecydowanej większości do blokowania ewidentnie potrzebnego działania. Z tym spotkałem się jeszcze na Staszica
, kiedy kolega przez kilka spotkań blokował postanowienie o budżecie. Później nie przyszedł, a budżet przeszedł i funkcjonuje do dzisiaj. Nauczyłem się, że każdy projekt wymaga stałego osobistego nadzorowania.
Gwarancja Piąta: „Działania Konferencji nigdy nie mogą spowodować pociągnięcia jej członków do karnej odpowiedzialności lub wywołania publicznej polemiki”.

Anonimowi Alkoholicy uznają, że nie ma potrzeby karania członków za postępowanie odbiegające od zasad AA. Żaden system kar nie jest potrzebny. Gdy nie udaje się postępować zgodnie z zasadami duchowymi, alkohol znów bierze w swoje władanie. To dużo większa kara, niż uciekanie się do ataków personalnych i nagany. Dla tej samej przyczyny, nie możemy i nie powinniśmy nigdy wchodzić w spory publiczne, nawet w obronie własnej. Doświadczenie wykazało, że nie ma potrzeby kłócenia się z kimkolwiek, niezależnie od prowokacji. Nic nie może być bardziej niszczące dla naszej jedności i życzliwego obrazu, jakim cieszy się AA, jak publiczne „pranie brudów”. Szczególnie nie wolno ryzykować uraz i konfliktów, jakie pojawiają się przy karaniu w gniewie. Kilka dni temu byłem świadkiem awantury ulicznej. Przeciwnicy obrzucali się mnóstwem obelg, w gniewie padały słowa, których można się wstydzić. Podobnie było tuż przed wyborami. Po wysłuchaniu wzajemnych oskarżeń przywódców partyjnych straciłem ochotę do głosowania. Traciłem zaufanie do każdej ze stron, za to rosła niechęć do uczestników sporu. Na luksus utraty twarzy AA nie może sobie pozwolić, bo dla wielu znaczy to życie. Ale czasami zdarza się, że ktoś krytykuje AA. Jeśli krytyka jest uzasadniona, warto w prywatnym liście podziękować krytykom. Natomiast wobec bezzasadnych zarzutów najlepszą obroną jest zupełny brak obrony, w szczególności zupełna cisza na szczeblu publicznym. Nieraz BSK wysyła w naszym imieniu list informujący o działalności AA. Osobnym problemem jest publiczne pogwałcenie Tradycji AA, kiedy niektórzy członkowie próbują używać imienia AA dla własnych prywatnych celów. Ale nawet w tej sferze należy unikać agresywnych lub karzących działań. Prywatnie możemy poinformować gwałcących Tradycje, że jest to niedopuszczalne. Jednakże i wtedy winniśmy opierać się jedynie na nacisku opinii AA. Musimy mieć świadomość, że wewnętrzne niesnaski łatwo przyciągają nieproszoną publiczną uwagę. Słowo „strażnik" Tradycji AA jakim są nazywani członkowie Konferencji, nie oznacza prawa czy obowiązku do podawania do sądu każdego, kto umyślnie narusza Tradycje. Wydaje się, że jest skuteczne przekazywanie zainteresowanym więcej faktów o naturze i celu naszej Wspólnoty. W takich warunkach wkrótce przekonują się, że ich postępki są niegodne i nierozsądne. Powszechna znajomość Tradycji może być najbardziej wiarygodnym środkiem zapobiegawczym i ochroną AA w przyszłości. Czasami ci, którzy łamią Tradycje, sądzą, że mają prawo przyjmować pieniądze z gmin na promocję działań AA, wbrew Tradycjom AA. To przykre. Albo powodowani względami religijnymi, materialnymi czy niechęcią do oficjalnych struktur, podejmują próbę ulepszenia AA. To poważny problem, który grozi rozłamem. Trzeba stale przypominać o niestosowności takiego działania, wyjaśnić, co oznacza dana Tradycja i jakie mamy w związku z tym doświadczenia. Równocześnie warto zauważyć, że nie posiadamy żadnej doktryny, którą trzeba bronić. Nie mamy żadnego członkostwa, władzy, prestiżu, czy dumy, które trzeba zaspokoić. Nie mamy żadnej własności czy pieniędzy, wartych kłótni. To są cechy, z których powinniśmy zrobić jak najlepszy użytek w razie zagrożenia rozłamem. Nowego, któremu nie podobają mu się zasady AA, uspokajamy: „Być może twój przypadek faktycznie jest inny. Spróbuj czegoś innego”. Kiedy należący do Wspólnoty aktorzy, policjanci i księża chcą mieć własne grupy, mówimy: „Świetnie! Wypróbujcie swój pomysł”, Kiedy grupa AA, jako całość, chce prowadzić klub, mówimy: „Czasami kończy się to źle, ale może wam się uda”. Prosimy jedynie, aby unikać publicznego posługiwania się nazwą AA przez tych, którzy chcą wykorzystać techniki i pojęcia AA. Jeżeli poszczególni członkowie AA chcą zebrać się na rekolekcje lub w jakimkolwiek innym celu, nadal powtarzamy: „Świetnie. Mamy tylko nadzieję, że nie będzie to pod szyldem AA”. Wszystkich, którzy chcą wystąpić z AA, pogodnie zapraszamy, aby po prostu to zrobili. Jeżeli są w stanie poradzić sobie lepiej w inny sposób niż Wspólnota AA, cieszy nas to. Bez złości i przymusu możemy obserwować i czekać na to, co przyniesie Wola Boża. O ile nie wzniecimy problemu tam, gdzie go w ogóle nie ma, nie będzie żadnych kłopotów. Mamy takie powiedzenie, że „AA jest gotowe oddać całą wiedzę i całe doświadczenie, jakie posiada – wszystko, z wyjątkiem samej nazwy AA”. Rozumiemy przez to, że wszyscy bez ograniczeń mogą stosować nasze zasady. Nie chcemy z nich uczynić naszego wyłącznego monopolu, ale nazwę Anonimowi Alkoholicy zachowujemy dla siebie.

Gwarancja Szósta: „Chociaż Konferencja pełni służbę na rzecz Wspólnoty Anonimowych Alkoholików, nigdy nie będzie nią rządziła, i tak jak Wspólnota, której służy, na zawsze pozostanie demokratyczna w duchu i działaniu”.

Członkowie Wspólnoty AA posiadają dużo więcej wolności i swobody, niż można sobie wyobrazić w dzisiejszym świecie, i trudno przyjąć, by kiedykolwiek zostały one ograniczone. Ale to żadna cnota. Wiemy, że osobiście musimy dokonać wyboru między dostosowaniem się do Dwunastu Kroków i Dwunastu Tradycji AA, lub stanąć w obliczu rozpadu i śmierci. Dotyczy to zarówno pojedynczych aowców, jak i całe grupy. Nie ma żadnych kar za niestosowanie się do zasad AA; żadnych narzuconych opłat czy składek – jedynie dobrowolne datki; żaden członek nie może być usunięty z AA – członkostwo jest zawsze wyborem jednostki; każda grupa AA prowadzi swoje wewnętrzne sprawy po swojemu – choć mamy prośbę, by powstrzymała się od działań, które mogą zaszkodzić AA jako całości. I na koniec stwierdzenie: dowolna grupa alkoholików zbierających się, aby osiągać trzeźwość, może nazwać się grupą AA, pod warunkiem, że jako grupa nie mają żadnego innego celu lub przynależności. Ceniąc sobie ogromne swobody oczekujemy, że Konferencja zawsze powstrzyma się przed aktami władzy, które mogłyby ograniczyć wolność członków AA w obliczu Boga. Dlatego oczekujemy, że nasza Konferencja będzie zawsze próbować działać w duchu wzajemnego szacunku i miłości – jednego członka w stosunku do drugiego. To z kolei oznacza, że powinno panować wzajemne zaufanie; by żadne z działań nie było podejmowane w gniewie, pośpiechu czy lekkomyślnie; że dołożymy starań, by szanować i chronić mniejszości; że nie będą podejmowane żadne działania karne wobec poszczególnych osób; że, jeżeli to tylko możliwe, ważne działania podejmowane będą głosem zdecydowanej większości, i że nasza Konferencja będzie zawsze rozważnie baczyła, by nie powstały tyranie, duże lub małe, czy to w większości czy mniejszości. Suma tych kilku postaw i praktyk jest samym sednem demokracji – w duchu i działaniu. Czy nasza Konferencja Regionu Warszawa, a także Służb Krajowych stanie się symbolem tej umiłowanej wolności, zależy w dużej mierze od nas samych. Przez wybór Mandatariusza wyrażamy szacunek do służby. Wybrani przez nas Mandatariusze i członkowie dalszych służb stanowią podstawową część Konferencji. Oni realizują wyżej przedstawione sugestie. Wypełniając prawo do służby odkrywają wolność, która stanowi o naszym istnieniu. To wielka odpowiedzialność.
Pozdrawiam pogodnie Marek Warszawa 27.02.2006 r.

ŚWIADOMA ANONIMOWOŚĆ

Trudno mi pisać o anonimowości we Wspólnocie AA, ponieważ z biegiem lat widzę, że łamana jest ona coraz częściej. Ludzie burzą się, gdy mają podać swoje dane do imprezy zbiorowej (jak np. 40-lecie AA w Polsce), a przecież wymaga tego ustawa, natomiast bez ogródek podają swoje dane na portalach społecznościowych, niejednokrotnie wspominając, że są członkami naszej Wspólnoty. Czasami zdjęcia, które wrzucają, są rejestracją wydarzeń organizowanych przez grupy AA i gdzieś z tyłu widnieje napis „…rocznica grupy AA…” A więc przyjrzyjmy się, co publikujemy np. na Facebooku. Tyle o grupowej anonimowości AA. Napiszę natomiast o sytuacji przeciwnej, której ludzie w AA bardzo się boją, a która mnie bardzo pomagała, czyli o „łamaniu” swojej anonimowości wobec osób spoza Wspólnoty. Jeszcze w okresie swojego picia i podczas prób jego zaprzestania nie uważałam się za alkoholiczkę. Można było nazwać mnie różnie, ale nie tym określeniem. Mimo to gdzieś w głębi duszy zdawałam sobie sprawę, że nią jestem. Nie dopuszczałam jednak do siebie myśli, iż mogę być alkoholiczką. Przecież to moja mama nią była, a ja doskonale pamiętałam, co ona wyprawiała – ja taka nie byłam. Gdy powróciłam do Wspólnoty, usłyszałam słowa: „Na czole nie mam wypisane, że jestem alkoholiczką”. Ja też nie mam tych słów na czole, ale je mówiłam. Ktoś zapyta: dlaczego? A to dlatego, że zawsze wiedziałam, iż swój byt i swoje życie mam ratować wszystkimi uczciwymi, a możliwymi dla mnie sposobami. Na początku swojej trzeźwości doszłam do wniosku, że jeżeli nie wstydziłam się chodzić pijana po ulicach, to dlaczego mam się wstydzić mówić, że jestem trzeźwą alkoholiczką? Zaczęłam mówić swojej rodzinie i swoim znajomym o tym, że jestem alkoholiczką. Myślałam, że będę w jakiś sposób przez nich potępiona, a stało się wręcz odwrotnie. Byłam przez nich chroniona. Gdy odbywały imprezy z alkoholem, to na czas mojego pobytu rezygnowano z picia, a nawet, gdy zdarzyło się, że pito przy mnie, to nikt mnie do tego nie namawiał, a nawet pilnowano, by nikt do mojej szklanki z napojem nie nalał alkoholu. Gdy zaczęły się moje kłopoty ze zdrowiem i częste pobyty w szpitalach, gdy mam różnego rodzaju zabiegi w pełnym znieczuleniu, to przy każdym zabiegu mówię o tym, iż jestem alkoholiczką. Gdybym się wstydziła o tym powiedzieć, mogłabym już stracić życie. Ponieważ mam małopłytkowość i każdy mój ruch podczas zabiegu grozi krwotokiem, lekarze anestezjolodzy wiedząc, iż jestem osobą uzależnioną, podają mi mocniejsze znieczulenie. Pamiętam, że gdy piłam, niejednokrotnie przyznawałam się do tego, iż jestem alkoholiczką tylko po to, by usprawiedliwić swoją nieobecność w pracy. Ogarniał mnie wtedy wstyd, ale w swej głupocie uważałam, to za ostatnią deskę ratunku, ponieważ wszystkie inne usprawiedliwienia już wykorzystałam, a pracę chciałam utrzymać. Dziś swoich pracodawców informuję o swojej chorobie, ale nie po to, by się usprawiedliwić, ale po to, by w razie potrzeby pomogli mi w dalszym trzeźwieniu. I tak się dzieje – kiedy potrzebowałam wolne, by pojechać na jakieś warsztaty, Zloty Radości, czy na pracę na krokach do Woźniakowa, moi pracodawcy nigdy nie robili mi problemów. Kiedyś zdarzyła mi się zabawna historia. Przyjmowałam się do pracy i mój przyszły pracodawca opowiadał, jak to on nie lubi alkoholików. Uśmiechnęłam się i powiedziałam mu, że mamy problem, ponieważ ja jestem alkoholiczką od trzech lat niepijącą. Mój przyszły szef zmieszał się i powiedział: „Nie, niech pani się nie gniewa, ale takich alkoholików jak pani ja bardzo szanuję”. O tym, że jestem alkoholiczką, mówiłam w urzędach i sądzie, kiedy groziła mi bezdomność. Zawsze spotykałam się z przychylnym nastawieniem mówiąc, że próbuję zacząć swoje życie od nowa. Dziś wiem, że moje przyznawanie się do bycia alkoholiczką nie poszło na marne, bo dzięki temu wzrasta świadomość ludzi o chorobie alkoholowej. Zdają sobie sprawę, że potrzebna jest nam ich pomoc, a czasami także ich wiara w nasze wyjście z uzależnienia.

Asia AA

CZY CHCĘ, ABY MOJE ŚWIĘTA BYŁY UDANE?


W życiu każdego trzeźwiejącego alkoholika, czy chce czy nie, przychodzi czas nazywany „okresem świątecznym”. Nie jest istotne, czy ktoś jest wierzący czy nie. Wszyscy musimy ten czas jakoś przeżyć. Dla mnie był on zawsze wyjątkowy. Jako dziecko i młodzieniec cieszyłem się, że mogę spotkać dalszą rodzinę, a oczekiwanie na prezenty, czy polewanie się wodą stanowiły tematy moich długich rozmyślań i wspomnień. Nawet nie zauważyłem, gdy w to miejsce wkroczył alkohol i planowanie, jak go spożyć, aby nikt nie widział. To on wykradł mi dziecięce marzenia. Cofając się pamięcią widzę, jak radość z kolejnych spotkań malała. W miarę rozwoju mojego upadku rosła niechęć i poczucie fałszu towarzyszące temu okresowi. Obwiniałem za to innych, przypisując sobie dojrzałość pozwalającą mi dostrzec cały ten „komiczny teatr”. Teraz myślę o tym ze wstydem. To przecież ja oszukiwałem chowając wszędzie alkohol i pijąc go w ukryciu. Trudniej mi było ukryć swoją słabość, a na jakiekolwiek uwagi, że mam problem, reagowałem agresją. Otaczające mnie osoby wydawały mi się fałszywe. Nie zdawałem sobie sprawy, że to one najbardziej mnie kochały. Ci, którym byłem obojętny, już dawno „położyli na mnie krzyżyk”. To swoich najbliższych krzywdziłem najbardziej. Stawałem się coraz bardziej butny. Wydawało mi się, że jestem mistrzem kamuflażu. Przyszedł w końcu moment, gdy już nikt nie zwracał na mnie uwagi, a ja myślałem, że wygrałem „batalię o wolność”. Dużo później dowiedziałem się, że zamiast myśleć o świątecznym czasie, rodzina zastanawiała się, czy będę pijany i jak bardzo. Zabrałem IM również ICH marzenia. Tak bardzo przypomina mi to moje dzieciństwo. Wtedy nie rozumiałem, o czym rozmawiali dorośli. Rozmawiali o moich pijanych rodzicach. Przyszedł w końcu moment, gdy wypiłem tak dużo, że zasnąłem przy świątecznym posiłku. Gdy się ocknąłem, czułem wstyd. Aby poczuć się lepiej, zrobiłem awanturę i kazałem się odwieźć do domu. Świąteczny wieczór spędziłem sam w piwnicy dopijając resztki alkoholu, które wyprosiłem od sąsiada. Takie były moje ostatnie pijane Święta. Nic dziwnego, że gdy zbliżały się kolejne, myślałem o nich ze strachem i niechęcią. Nie wiedziałem, co robić. Najchętniej zatrzymałbym czas, chciałem się ukryć, uciec. Powróciły myśli o „oszustwie” świątecznym. Ponieważ nie piłem już ponad pół roku, chodziłem na terapię i miałem od niedawna sponsora, podjąłem próbę wyjaśnienia, a może nawet potwierdzenia swoich negatywnych myśli o świętach. Bałem się bólu prawdy. Wstydziłem się spojrzeć swojej rodzinie w oczy i powiedzieć „przepraszam”. Było to dla mnie tak trudne, że wolałem wyrzec się Świąt. Kiedyś nie przeszkadzało mi, że zachowuję się i wyglądam jak świnia, a teraz tak ciężko było BYĆ z najbliższymi. Zawsze czułem się bezpiecznie nie okazując uczuć. Trzeźwiejąc nie mogłem zatrzymać rodzącego się we mnie życia duchowego. Stanąłem przed dylematem i musiałem sobie odpowiedzieć na pytanie: „czy to ja chcę, aby moje Święta były udane?”. Pytanie łatwo postawić, lecz zdawałem sobie sprawę, że odpowiedź na nie niesie ze sobą pracę i ból prawdy lub rezygnację z moich marzeń o byciu szczęśliwym człowiekiem. Moje szczęście było możliwe tylko wtedy, gdy moi najbliżsi mogli być jego częścią. Odpowiedź była prosta. Jeżeli Oni pragną przeżyć wyjątkowo ten okres, to i ja muszę się tego nauczyć. Nic nowego nie wymyśliłem, bo patrząc na innych alkoholików i słuchając opowieści widziałem uśmiech i radość. Jedni spędzali ten świąteczny czas tradycyjnie z rodziną, inni realizowali swoje wyjazdowe plany. Wszyscy pragnęli towarzystwa osób im najbliższych. Tak mało mamy czasu dla siebie. Paradoksalnie podjęcie tej decyzji dodało mi sił i pozwoliło zwalczać lęk. Nie będę opisywał, jak bardzo było trudno. Okazało się jednak, że nie aż tak, jak to sobie wyolbrzymiałem. Cieszę się, że zdobyłem się na „uczciwość wobec siebie i innych”. Od tamtej pory minęło wiele Świąt. Każde z nich są dla mnie wyjątkowe. Pomimo późniejszego zmęczenia nie mogę doczekać się następnych. Musiałem spełnić tylko jeden jedyny warunek – nie być sam, nie być zamkniętym w swoim świecie. Musiałem „wyjść do ludzi”. Aby to uczynić, podjąłem trud trzeźwienia.
AA


PORANNE MEDYTACJE

Chciałbym podzielić się z Wami spostrzeżeniem, które mi towarzyszyło ostatnio. Cały czas siedzi mi w głowie to, co czytałem rano w medytacjach „24 godziny na dobę”. Było tam o nowo przybyłych alkoholikach, którzy pojawiają się na mityngach. Dobrze jest się nimi zająć, aby wychodząc ze swojego pierwszego czy drugiego mityngu czuli się zaopiekowani. Aby chcieli wrócić i aby czuli się dobrze we Wspólnocie AA. Było też o wierze w Boga i o bliźnim. I tu pojawia się problem. Napisane było, że Ci, którzy wierzą w Boga, a robią krzywdę bliskim, są kłamcami. Trafiło mnie to, jak nie wiem co. Od razu przypomniał mi się pewien wieczór, kiedy wróciłem zły do domu i naskoczyłem na córkę. Zauważyłem, że ja, chociaż niepijący już kilka lat – nadal mam problem z emocjami. Moje emocje są tak silne i tak silnie je przeżywam, że nie raz sam się zastanawiam, po co mi to. Ale wracając do tego, co przeczytałem w medytacjach, przyznam, że zabolało mnie to, ponieważ mimo, że się staram, nadal zdarza mi się nie zapanować nad emocjami i zrobić rozpierduchę. Program 12 kroków AA jest wspaniałym programem, ale też bardzo wymagającym i... no właśnie, od kiedy stosuję ten program, Krok 10, czyli bieżący obrachunek moralny od razu pokazuje mi moje słabości i wybuchowość. I nagle się okazuje, że jestem słaby i nie potrafię sobie poradzić w życiu z prostymi sprawami. Reaguję nieadekwatnie do danej sytuacji. Mam huśtawkę emocjonalną. Tak, jeszcze nie do końca pogodziłem się z tym, że jestem słaby. Często robię zadymę, bo nie radzę sobie. Zdarza mi się to. Nie często, ale się zdarza. Nie wiem, ile czasu jeszcze potrzebuję, aby być lepszym, spokojniejszym. Każdego dnia uczę się pokory i cierpliwości. Jednego dnia przyjmuję to na klatę i jest dobrze. a innego dnia jestem jak wulkan. No cóż… jestem człowiekiem, który zrujnował sobie sferę emocjonalną pijąc gorzałę i teraz na nowo musi ją odbudowywać. Na nowo poznawać różne rzeczy. Od razu chcę zaznaczyć, że nie zwalam wszystkiego na chorobę alkoholową, ponieważ nie piję już, a nadal mam problemy. Mam nadzieję, że przyjdzie kiedyś taki dzień, gdy wstanę rano i będę stabilny emocjonalnie. Nie będę myślał o czymś, co było albo będzie. Po prostu chcę mieć kiedyś taką równowagę emocjonalną. No cóż, może rzeczywiście dla mnie ten mój Bóg jest po to i tylko wtedy, gdy ja Go potrzebuję. Często się zastanawiam nad tym, jaka jest relacja między Nami. Chociaż wiem, że On nie ocenia tak jak ja, tylko kocha mnie takim, jakim jestem. Trochę religijnie się zrobiło, ale o tym było dziś rano w medytacjach. W dodatku Program 12 Kroków AA jest programem duchowym. Dla mnie emocje wiążą się też z wiarą. Jedno wiem na pewno – nie rzuciłbym pierwszy kamieniem, a wieczorem podziękuję za dzień, który się kończy i poproszę o spokój wewnętrzny. Bycie trzeźwym to proces na całe moje życie. Raz jest lepiej, raz jest gorzej. Nie napiszę, że wszystko układa mi się super, ponieważ musiałbym Was oszukać. Jedno jest pewne – nawet jednego trudnego dnia na trzeźwo nie zamieniłbym na wspaniały dzień, kiedy byłem pijany. Ktoś zapyta: czemu? Odpowiedź jest prosta – pijane życie nie jest prawdziwe. Kończąc życzę Wam wytrwałości w tym, co robicie i głowa do góry. Można żyć godnie i być szczęśliwym bez alkoholu. Ja tak mam już od kilku lat.

Marcin AA


SPRAWOZDANIE Z WYDARZENIA W PIK-U

W ramach warsztatowego cyklu „Niesienie posłania AA przez infolinię i w Punkcie Informacyjno- Kontaktowym” 8 października br. w PIK-u przy ul. Brazylijskiej 10 w Warszawie, około piętnastu osób z AA wzięło udział w spotkaniu z siedmiorgiem przedstawicieli Al-Anon. Zajęcia warsztatowe poprowadził Krzysztof, który przypomniał, że ponad 70% osób dzwoniących w czasie naszych dyżurów i kontaktujących się z nami przez infolinię, to bliscy czynnych alkoholików, a nie oni sami. Nie czujemy się pewnie w rozmowie z nimi, a często dajemy się wciągać w długą rozmowę. Tymczasem nasze doświadczenie – doświadczenie bycia alkoholikiem – nie jest tym właściwym, by dzielić się nim z osobami współuzależnionymi, i w niczym nie może pomóc zarówno im, jak i osobom, w których sprawach dzwonią. Krzysztof rozpoczął spotkanie od odtworzenia nagrania zainscenizowanej rozmowy telefonicznej, w której „dyżurny alkoholik” udziela rad „matce” pragnącej ubezwłasnowolnić nadmiernie pijącego syna. Rozpoczęła się długa dyskusja o tym, jak należy zachowywać się w podobnych sytuacjach. Przedstawiciele Al-Anon opowiadali o swoich doświadczeniach i przemyśleniach w tej kwestii, nasi Dyżurni dzielili się własnymi. Dyskusja zawierała bardzo wiele wątków i przykładów rozmów oraz korespondencji on-line, które w krótkim sprawozdaniu trudno wyliczyć i opisać. Tym bardziej, że wiele doświadczeń pokrywało się, a zdarzenia miały tylko nieco inny kontekst lub różniły się nieistotnymi szczegółami. Najczęściej przedstawianym „sposobem” na taką rozmowę było odesłanie rozmówcy pod numer telefonu PIK Al-Anon. Dyskutujący zdawali sobie jednak sprawę z tego, że nie można brutalnie urywać rozmowy, ograniczając się do przekazania tej suchej informacji, ale przynajmniej spokojnie wysłuchać dzwoniącego, który przedstawia nam swój wielki problem a, być może, nie było mu łatwo przełamać się, by do nas z tą sprawą zadzwonić. Mówiono też o próbach zachęcenia dzwoniących do udziału w mityngu Al-Anon, zapewniając o panującej tam bezwzględnej anonimowości i życzliwej atmosferze oraz na pójście – razem z osobą uzależnioną, której dotyczy rozmowa – na otwarty mityng AA. To sposób o tyle skuteczny i celowy, że – podkreślali to przyjaciele z Al-Anon – osoby współuzależnione, podobnie jak alkoholicy, bardzo bronią się przed nazwaniem ich osobami „chorymi”, zaprzeczają swojemu współuzależnieniu nie rozumiejąc jego istoty i twierdząc, że „ja przecież z nim/nią nie piję”. Wspólne pójście na mityng AA daje im natomiast poczucie skutecznego działania, troskliwej opieki nad uzależnionym bliskim i bywa bardzo korzystne i efektywne dla obu tych osób. Wszyscy dyskutanci podkreślali to, że nie należy pouczać dzwoniących, ani udzielać im rad, a jedynie informować o możliwościach, jakie dają Wspólnoty AA i Al-Anon oraz – w miarę potrzeb i pytań dzwoniących – wyspecjalizowane służby i organizacje, a także dzielić się wyłącznie własnym doświadczeniem, nie zaś „wiedzą o chorobie alkoholowej”. Jako konkluzję blisko trzygodzinnej dyskusji można by przedstawić zdanie jednego z jej uczestników, że „AA i Al-Anon nie stoją po dwu stronach barykady, lecz są dwiema stronami tego samego medalu – choroby alkoholowej". Wskazana jest więc bliska współpraca obu Wspólnot i – w miarę możliwości – wspólne dyżury ich przedstawicieli.

Sporządziła Ewa z Zespołu Dyżurnych PIK AA w Warszawie


MOJA ANONIMOWOŚĆ

Kiedy po raz pierwszy trafiłem na mityng, anonimowość nie stanowiła dla mnie problemu. Nie tak dawno przeprowadziłem się do nowego miasta, praktycznie nikogo nie znałem, nie obawiałem się, że spotkam kogoś znajomego. Głównie pod tym względem chciałem być anonimowy. Po prostu wstydziłem się swojego uzależnienia. Z czasem doszedłem do wniosku, że z jakichś powodów ta anonimowość, dla uczestników mityngów, jest bardzo ważna. Nie znałem ani jednego nazwiska przyjaciela z AA, dostając numer telefonu musiałem nieźle się nagłowić, jak zapisać na przykład trzech Krzyśków z tego samego miasta, by wiedzieć, który jest który. Dałem radę. Nie pytałem, dlaczego tak jest, a Tradycje znałem tylko z tekstu odczytywanego na mityngu. Wiele razy, nawet w prywatnych rozmowach traciłem wątek wypowiedzi tylko dlatego, że musiałem uważać, by nie wymienić swojego nazwiska. Dodatkowo na każdym mityngu słyszałem tekst: „wszystko, co na tej sali usłyszałeś, niech na niej pozostanie”. To jeszcze potęgowało moje poczucie skrytości i tajemniczości. Powodowało, że wielokrotnie chodziłem spięty, skryty przed światem zewnętrznym, za murem tworzącym aurę tajemniczości. Doprowadziłem swoją anonimowość do granic absurdu. Niejednokrotnie czułem się jak konspirator, partyzant, a i ludzie mnie otaczający nie pomagali, bo oni też byli zakonspirowani. Jakież było moje zdziwienie, kiedy zaczynając pracę ze sponsorem na Krokach, dostałem od niego maila ( jest z innego miasta), podpisanego imieniem i nazwiskiem. „Może to jakieś inne AA?”, myślałem sobie, ale nie zagłębiałem się w temat, ani nie pytałem nikogo. Zająłem się bardzo mocno „przerabianiem” Kroków i temat anonimowości jakby się oddalił. Akceptowałem stan jaki jest i uczciwie podchodząc do pracy sukcesywnie zmieniałem siebie, a co za tym idzie, spojrzenie na otaczający mnie świat. Coraz mniej interesowały mnie smutki i radości, coraz mniej w moich wypowiedziach było opowieści o świństwach, czy grzeszkach z okresu picia, o których przecież i tak wiedzieli moi najbliżsi i otoczenie, w którym się obracałem. Więcej natomiast mówiłem o rozwiązaniach i moich metodach radzenia sobie w życiu, a to przecież raczej nie powinno być żadną tajemnicą. Kolejną sytuacją zmieniającą moje spojrzenie na anonimowość było zdarzenie, które miało miejsce w zakładzie, w którym pracuję. Moja szefowa, dzięki której przestałem pić (postawiła mi ultimatum: albo się leczę albo wylatuję z pracy), teraz, prawie po roku mojego niepicia, w burzliwej wymianie zdań, podczas jednego ze spotkań produkcyjnych, ogłosiła wszem i wobec, że jestem alkoholikiem i mam problem właśnie z alkoholem. Moja anonimowość legła w gruzach. Stałem się ciekawym przypadkiem w stylu: „ile jeszcze wytrzyma bez gorzały?”. W oswojeniu się z nową sytuacją pomógł mi sponsor (przegadaliśmy zdarzenie, w końcu po to mam sponsora), ale i Program, który przygotował mnie na różne życiowe niespodzianki. Z perspektywy czasu teraz dziękuję swojej Sile Wyższej za taki stan rzeczy. Z czasem ludzie oswoili się z tematem, a niektórzy nawet przychodzą pytać mnie jak to zrobiłem, że nie piję. W tym mniej więcej czasie zacząłem pracować ze sponsorem nad Tradycjami Wspólnoty AA, wychodząc z założenia, iż nie na darmo Bill stworzył Trzy Legaty, i jak to powiedział mój sponsor, warto poznać wszystkie trzy. Zacząłem inaczej pojmować znaczenie anonimowości, tym bardziej, kiedy wgłębiłem się w naszą literaturę, a raczej zacząłem ją czytać ze zrozumieniem. Kolejno weryfikowałem swoje podejście, choćby po przeczytaniu tekstu w „Jak to widzi Bill” str. 311 cytat:

„Mówienie najgorszego. Przybierało to różne formy, lecz moim ulubionym motywem było zawsze stwierdzenie: Ależ ja jestem okropny! Tak pod wpływem pychy wyolbrzymiałem często swoje skromne osiągnięcia, podobnie w poczuciu winy demonizowałem swoje wady”.
Tak, to prawda. W większości przypadków w wypowiedziach, które miały „zostać na tej sali” było więcej chęci popisania się i samobiczowania, niż dzielenia się doświadczeniem. Dziś swoją anonimowość pielęgnuję poprzez pokorę i skromność, poprzez świadomość, że występowanie publicznie i wypowiadanie się jako Anonimowy Alkoholik poprzez wzmacnianie mojego ego i windowanie poczucia samouwielbienia szkodzi nie tylko mi. Szkodzi przede wszystkim Wspólnocie, gdyż takie wypowiedzi mogą być traktowane jako stanowisko całej Wspólnoty. A przecież ja mam budować, a nie rujnować tę Wspólnotę. Wspólnotę, która przecież najprawdopodobniej uratowała mi życie. Jeszcze dobrze nie przetrawiłem tej informacji, kiedy czytając naszą pozycję „Doktor Bob i dobrzy weterani” doszedłem do stron 281-282, gdzie przeczytałem: „Ponieważ nasza Tradycja dotycząca anonimowości wyraźnie wytycza poziom graniczny, dla każdego, kto zna angielski, musi być oczywiste, że zachowanie anonimowości na jakimkolwiek innym poziomie jest pogwałceniem tej Tradycji. Uczestnik AA, który ukrywa swoją tożsamość przed drugim uczestnikiem Wspólnoty, podając jedynie swoje imię, łamie tę Tradycję tak samo, jak ten uczestnik Wspólnoty, który pozwala, aby jego nazwisko ukazało się w prasie w powiązaniu ze sprawami odnoszącymi się do AA. Ten pierwszy zachowuje swoją anonimowość powyżej prasy, radia i filmu; ten drugi zachowuje swoją anonimowość poniżej prasy, radia i filmu, podczas gdy Tradycja ta postuluje, abyśmy zachowywali anonimowość na poziomie kontaktów z prasą, radiem i filmem”.
Pomyślałem sobie: jakie to proste – wszystko, co powoduje u mnie wzrost pychy, chęć popisania się, wypłynięcia na fali AA jest łamaniem anonimowości, ale z drugiej strony nic nie stoi na przeszkodzie zacieśnianiu więzi i otwartość we własnym kręgu. Od jakiegoś czasu, nowym tematem do rozważań nad anonimowością jest dla mnie jest Internet i jego szkodliwy (lub nie) wpływ na naszą Wspólnotę. Na swój własny użytek stosuję się do zasady, że tam, gdzie sto procent uczestników forum należy do Wspólnoty AA, jestem anonimowym alkoholikiem w pełnym tego słowa znaczeniu. Tam zaś, gdzie nie jestem tego pewien, tam występuję, jako „normalny” użytkownik, bez określania mojej przynależności. Zresztą ostatnio ukazała się w Emitencie notatka pod tytułem: „Wytyczne AA od GSO, BOX 459, Grand Central Station, New York, NY 10163” właśnie na temat bezpiecznego poruszania się w Internecie, zachowania tam anonimowości, tworzeniu stron, czy korzystania z forów społecznościowych, w powiązaniu z bezpieczeństwem naszej Wspólnoty. Z tego, co zauważyłem to właśnie na forach społecznościowych i stronach, niemających nic wspólnego ze Wspólnotą AA, a używających tego znaku, jest wiele do zrobienia w temacie anonimowości. To ja mam stosować te zasady we wszystkich moich poczynaniach i to ja mam je stosować ponad osobistymi ambicjami. Jestem tylko człowiekiem i mogę popełniać błędy, na których zresztą się uczę, ale robię wszystko, co w mojej mocy, by stosować się do tych sugestii. Zasadę anonimowości staram się stosować we wszystkich moich poczynaniach. Czego i Wam wszystkim życzę. Na koniec jeszcze cytat: „Warto pamiętać, że nie ma potrzeby, by prędkość rozwoju technologii wymuszała prędkość naszych działań”.
Dobre ćwiczenie na cierpliwość – dwa razy się zastanawiam, zanim coś zrobię w Internecie, i nie tylko w nim.
Rysiek AA


A JEDNAK UFAM…

Lipiec 2005 r.

Jadę dziś do Taty do szpitala. Tata od dwóch miesięcy co chwila ląduje w szpitalu, ma poalkoholową marskość wątroby. Tak, jestem DDA – dorosłym dzieckiem alkoholika. Tata miał słabość do alkoholu. Lubił wypić, nie codziennie, ale jednak. Był bardzo obowiązkowym facetem, w pracy nie pił nigdy, ale w weekendy i owszem. No i potem ta emerytura! Kochał swoją pracę i nie umiał bez niej żyć, więc pił. Zabieram dla Niego gazety (musi wiedzieć, co dzieje się wokół), owoce i napoje (jest bardzo gorąco).
Dzisiaj jestem trzeźwa, jeszcze... Od dwóch miesięcy chodzę na zajęcia grupowe w Poradni Leczenia Uzależnień na ul. Meander w Warszawie. Trafiłam tam w maju, gdy kolejny raz wypiłam. Zadzwoniłam wtedy do Mamy (– Mamo, ratuj!!!). Razem z siostrą znalazły tę poradnię. Tata już wie, że mam problem z alkoholem. Siedzę przy Jego łóżku, oglądamy razem wiadomości w telewizji i nagle Tata pyta: – Iwonka, dlaczego ty pijesz? Burza myśli w głowie. Po długiej chwili odpowiadam, że nie wiem, po prostu nie wiem. Jeszcze nie zauważyłam, że to pytanie pada z ust alkoholika, że ja też mogłabym zapytać Taty: – a Ty, dlaczego Ty piłeś? Nie pytam jednak, bo czuję się potwornie winna z powodu swojego picia. Tata zmarł w sierpniu. Wtedy miałam trzecią wpadkę – przyszłam na zajęcia pod wpływem alkoholu. Wyrzucili mnie z terapii.

Lipiec 2016 r.
Sięgam do swoich notatek z Ośrodka Terapii Uzależnień. Trafiłam tam trzy miesiące po śmierci Taty – trzy miesiące zapijania żałoby i samotności. W moim zeszycie jest ćwiczenie: Wymienię 10 powodów, dla których sięgałam po alkohol”. Co napisałam? Oczywiście piję, bo zmarł Tata. Dalej: bo mąż mnie zdradzał, bo sąsiadka miała do mnie niesłuszne pretensje, bo padał deszcz... Wszystko, tylko nie ja! Odpowiedzialność? Dopóki piłam i brałam tabletki, nie miałam zielonego pojęcia o odpowiedzialności. Mnie ona nie dotyczyła, była zbyt poważna i dorosła, a ja byłam skrzywdzonym dzieckiem we mgle. Skrzywdzonym przez los, Boga i ludzi. Mogłam się tylko nad sobą użalać. Żyłam od krzywdy do krzywdy, od cierpienia, które prowadziło mnie wprost do butelki wódki, do cierpienia spowodowanego wypiciem tej wódki. Nieustające wyrzuty sumienia, ciągłe żale do siebie, że znowu się napiłam, a przecież chciałam z tym skończyć! Tkwiłam w opętańczej spirali (wyrzuty sumienia, pragnienie ulgi, wódka i znów... wyrzuty sumienia) nie było miejsca na jakąkolwiek odpowiedzialność, na zastanowienie się nad konsekwencjami picia. Czasami w mojej głowie pojawiały się takie przerażające myśli: – Co ja robię ze swoim życiem i z życiem mojej córki? Przecież wiem, jak wygląda życie z pijanym rodzicem, i dlatego tyle razy obiecywałam sobie, że nigdy nie narażę swojego dziecka na podobne doświadczenia. Gdy nie dotrzymywałam tej obietnicy, czułam potworną złość, wstyd, a nawet pogardę do samej siebie. Ale to jeszcze nie była odpowiedzialność, to był tylko kolejny powód do picia. Jeszcze się czara nie przepełniła, nie osiągnęłam swojego dna. – Tato, już wiem, dlaczego piłam. Jestem chora, a moja choroba nazywa się alkoholizm. Już wiem, co kryje się pod tą nazwą, nauczyłam się, jak z tą chorobą żyć, a przy okazji nauczyłam się odpowiedzialności. To była ciężka i bolesna lekcja, ale było warto ją przejść. W trzeźwym życiu zobaczyłam, że mam wpływ na to, co dzieje się wokół mnie. Z początku było trudno uporać się ze świadomością, że to JA – nikt inny, nie mąż, nie sąsiadka – odpowiadam za moje nieszczęście. Oczywiście, jestem chora, ale to nie może mnie zwolnić od odpowiedzialności za to wszystko, co robiłam pijąc. Musiałam uczciwie przyznać się do swoich błędów i krzywd, jakie wyrządziłam. Czy sobie wybaczyłam? Chyba trochę tak, skoro żyję i jestem trzeźwa, choć wciąż mam w sercu żal do siebie o picie, o branie tabletek, o zawód, jaki sprawiłam córce. Ale da się z tym żyć, w myśl modlitwy o Pogodę Ducha. Wyciągnęłam wnioski z pijanego życia: – Ja, Iwona, lekomanka i alkoholiczka muszę być odpowiedzialna za swoje życie! Staram się. W rzeczywistości wygląda to tak, że nie śpieszę się już ze swoimi decyzjami, najpierw chcę się w nich poczuć dobrze, myślę, co się stanie, jeśli np. zapłacę czynsz za tydzień, a nie dziś, czy za tydzień będę miała pieniądze, może zapłacić dziś chociaż połowę... Myślę o konsekwencjach. Po namyśle, po jakimś czasie zawsze przychodzi taka chwila, w której wiem, jak mam postąpić. Jakbym dostała pozwolenie od mojej Siły Wyższej na taki, a nie inny krok. Rozglądam się w swoim życiu, patrzę na innych ludzi, sprawdzam, kogo moje decyzje dotykają, czy nie krzywdzę nikogo, czy nie włażę komuś za bardzo w życie, czy kogoś nie pomijam. Często pytam, przede wszystkim córki, ale też i innych. To mi pomaga, bo nie zawsze wiem, jak postąpić. Przestałam już zwalać winę na innych, koniec z tym: – Bo on, bo oni... Popełniam błędy, nie wszystko mi się udaje, ale mam wpływ na to, jak się czuję, gdy się pomylę, a moje decyzje okażą się złe. Dziś traktuję takie doświadczenia jak lekcje i nauczki, ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Uczę się przez błędy. Trzy lata temu umierała moja Mama. Byłam wtedy już trzeźwa, od czterech lat trzeźwiałam samotnie. Bałam się, że nie przeżyję kolejnej żałoby, że wrócę do alkoholu, do tabletek. Ale stał się cud, posłuchałam szeptu Boga – poszłam na mityng i już zostałam we Wspólnocie. To jedna z najważniejszych decyzji w moim życiu, bo przecież, przede wszystkim, jestem odpowiedzialna za swoje trzeźwienie. Tutaj, razem z Wami, nauczyłam się podejmować życiowe decyzje, i te mniej ważne (jak spędzać wolny czas), i te na długie lata. Nie ma już miejsca na „jakoś to będzie” czy „zobaczymy później”. Ja już mam świadomość swojego wpływu na to, co się dzieje wokół mnie, już wiem, że moje działania mają swoje konsekwencje i muszę brać je pod uwagę. Bo przecież nie jestem samotną wyspą. Uczciwość i odpowiedzialność, której nauczyłam się we Wspólnocie, pomagają mi w życiu, czynią je łatwiejszym, bardziej uporządkowanym. Pamiętam przy tym, że są rzeczy, na które nie mam wpływu i zawsze może zdarzyć się coś, czego się nie spodziewam. Ale takie jest życie, prawda? Ja mam tylko odróżniać to, co mogę zmienić, od tego, z czym mam się pogodzić. Są takie chwile, gdy nie mogę się nadziwić: wystarczyły mi trzy lata z Wami, we Wspólnocie, aby zrozumieć tak elementarne pojęcia jak uczciwość, odpowiedzialność, dojrzałość... Jak mogłam przeżyć tyle lat w chaosie i cierpieniu? Wystarczyły mityngi, otwarte serce i Wasze ciepło, żeby nauczyć się żyć. Bo każdą mądrość, o której piszę, wyniosłam z mityngu. To magia. Bardzo Wam za nią dziękuję.
Iwona AA


TRENING ANONIMOWOŚCI

Moim zdaniem anonimowość łączy się ściśle z dyskrecją. To pierwsze pojęcie kojarzone jest ze Wspólnotą AA. Drugie ma ogromny, często decydujący wpływ na relacje międzyludzkie, wzajemne zaufanie. W ostatnich dniach spotkałem się z sytuacją, gdy anonimowość (jakkolwiek ją rozumieć) i dyskrecja jednej z osób pozostawiała wiele do życzenia. Polemizowaliśmy. Mieliśmy różne zdania, różny punkt widzenia na poruszane kwestie. Nie widzę w tym nic nieprawidłowego, ponieważ każdy ma prawo do własnego zdania. Ta polemika dotyczyła dwóch osób: mnie i mojego adwersarza. Powinna też pozostać między nami. Z mojej strony tak właśnie było. Kierowała mną bowiem zasada anonimowości, jak również dyskrecja. Byłem przekonany, że to była wyłącznie sprawa nas dwóch. Kilka lat trzeźwienia sprawiło, że w moim przypadku jest to codzienną normą postępowania wobec innych. Mam na myśli wszelkie rozmowy „w cztery oczy”, telefoniczne czy mailowe, bez względu na różnice zdań. Dlatego bardzo zdziwiłem się, gdy kilka dni temu dowiedziałem się, że sprawa naszej dyskusji wyszła poza nasze dwuosobowe grono. Co więcej, ujawnienie naszych polemik miało charakter stawiania mnie w niezbyt korzystnym świetle. A gdzie akceptacja odmiennego myślenia czy innego zdania, oprócz wspomnianej anonimowości i dyskrecji? Przejdę teraz do anonimowości w rozumieniu Wspólnoty AA. Mityngi i zajęcia terapeutyczne to spotkania ludzi uzależnionych. Poruszane są sprawy i tematy osobiste, bolesne, intymne. Dlatego obowiązuje zasada anonimowości, czyli zachowania dla siebie tego, o czym była mowa i nie ujawniania tej wiedzy poza grupą – także innym alkoholikom. Z tym wiąże się kolejna sprawa – kogo, kiedy i jak informować o tym, że jestem alkoholikiem. Wiadomo, jaki jest tego odbiór i reakcja społeczeństwa. Ale to osobna sprawa i każdy ma w tej kwestii własne doświadczenia. Te zasady nie są wyjątkowe. Dotyczą także innych środowisk: zawodowych, rodzinnych czy kół zainteresowań. Niektóre z tych zasad wynikają z wymogów prawnych czy regulaminowych (tajemnica zawodowa, służbowa, lekarska). Inne podyktowane są przestrzeganiem norm etycznych czy moralnych, do czego zobowiązują: odpowiedzialność, uczciwość, zaufanie. A to z kolei kształtuje postrzeganie mojej osoby przez innych, czyli relacje z otoczeniem. Na przykład rozpowszechnianie (potocznie: „obgadywanie”) osobistych problemów czy poglądów kogoś z rodziny, współpracowników czy sąsiadów byłoby złamaniem zasad anonimowości codziennego życia i naruszeniem wzajemnych relacji. Reasumując – tematy wiodące poszczególnych wydań „Mityngu” tworzą jedną całość składającą się na proces trzeźwienia. Są to m. in.: uczciwość, odpowiedzialność, zaufanie czy anonimowość. Anonimowość i dyskrecja są fundamentalną zasadą Wspólnoty AA, ale również powinny nią być w życiu codziennym. Dlatego zajęcia terapeutyczne i mityngi zawsze dla mnie były treningiem i przygotowaniem do życia codziennego, także i w tej kwestii.

Pozdrawiam
Wojtek
AA Warszawa

MOJE SPOJRZENIE NA ANONIMOWOŚĆ

Anonimowość to fundamentalna zasada Wspólnoty Anonimowych Alkoholików. Przestrzeganie jej jest podstawą do bycia sobą. Chodząc na mityngi i wypowiadając się, nie muszę się martwić, że ktoś to co usłyszy ode mnie, wyniesie poza salę albo wykorzysta przeciwko mnie. Oczywiście zdarzają się przypadki, że ktoś łamie tą zasadę, ale no cóż, tacy są ludzie. Na szczęście niewiele jest takich osób. Kiedy zacząłem chodzić na mityngi, zastanawiałem się, jak to z tą anonimowością jest, po co Ci ludzie gadają o swoim „brudnym” życiu, czy nie wstydzą się tego i co im to daje. Wiele razy zastanawiałem się, co będzie, kiedy spotkam na mityngu kogoś znajomego. Wiem, że obowiązuje zachowanie anonimowości osób oraz usłyszanych spraw i zdarzeń, ale przecież jaki ja będę anonimowy, skoro on mnie zna? Jakaś ściema – myślałem sobie. I pewnego dnia usłyszałem, że jeśli spotkam znajomego na mityngu, to tylko dlatego, że on ma taki sam problem, jak ja i przyszedł w tym samym celu, co ja. Kiedy to usłyszałem, ulżyło mi. Nagle poczułem się spokojniejszy i bardziej otwarty na innych. Cieszę się, że Wspólnota oprócz 12 Kroków, ma też 12 Tradycji. Dla mnie to takie drogowskazy życiowe. Czasem patrzę z podziwem, jak ludzie żyją Wspólnotą. Ja wstępując w szeregi AA odkryłem nową jakość życia. Chociaż na każdym mityngu tak dużo mówi się o anonimowości, to jednak, kiedy w przerwie podchodzę do kogoś i proszę o pomoc, to tą pomoc dostaję. Znajomi podają swoje imię, numer telefonu. Prawie nikt nie waha się, aby tak zrobić. Ja sam też tak robię, kiedy ktoś mnie poprosi. Anonimowość daje mi poczucie bezpieczeństwo i swobody. Często bywa tak, że wchodząc na salę, nie znam wszystkich. Ale to w niczym nie przeszkadza. Tutaj, jak to we Wspólnocie, wszyscy są dla siebie bliscy. Oczywiście ktoś powie, że są osoby, które wkurzają. Ale ważne jest to, aby nie oceniać, tylko mówić o sobie i o swoich przeżyciach. Tam nikt nie przychodzi się popisywać ani zmyślać. Alkoholik to super manipulator, więc jeśli ktoś chce oszukać oszukańca, to wali głową w mur. Nikt się nie nabierze na takie cuda. Anonimowość daje możliwość bycia sobą, w miejscu i z ludźmi, których nie znam. Ja wśród nich czuję się świetnie. Pamiętam, kiedy 2 lata temu byłem na wakacjach z synem. Pokłóciłem się z „eks”, bo wtrącała się w nasz wyjazd. Tak mnie wkurzyła, że poszukałem w Internecie, gdzie jest mityng w miejscowości, w której byłem i poszedłem się wygadać. Wszedłem tam, wywaliłem, co we mnie siedziało i dostałem to, czego oczekiwałem – wsparcie. W czasie pobytu kilkakrotnie spotykałem osoby, które były na tym mityngu. Nikt niczego nie komentował, tylko się do mnie uśmiechał. To właśnie jest anonimowość.

Marcin AA


PYK PYK PO KLAWISZACH...

Witajcie. Muszę Wam o czymś opowiedzieć. Otóż byłam w sobotę na mitingu AA w Ursusie. Dwóch moich byłych pacjentów obchodziło swoje rocznice: 6 i 7 lat. Rozpoczyna się miting i prowadzący mówi PROSZĘ O WYŁĄCZENIE APARATÓW TELEFONICZNYCH – nikt się nie poruszył, bo okazuje się, że na tym mitingu od bardzo dawna jest OCZYWISTYM, że w takiej sytuacji, jaką jest miting AA, telefony nie są nikomu potrzebne. Wielokrotnie słyszę od pacjentów, z którymi pracuję, jak bardzo IRYTUJĄ ich ludzie, którzy w czasie wypowiedzi członków różnych grup AA-owskich albo czytają sms-y, albo piszą sms-y, albo sprawdzają pocztę, czy wiadomości, bo sprzęcik im na to pozwala. Człowiek, który akurat mówi, dzieli się doświadczeniem, może cierpi i chce to z siebie wyrzucić, a tu raptem pyk, pyk, po klawiszach. Co to jest? Brak empatii, brak podstawowych zasad wychowania, brak taktu, skrajny egoizm? Jeszcze dużo można by o tym, co oznacza ten rodzaj zachowania. W teatrach od dawna przed podniesieniem kurtyny słyszymy prośbę o wyłączenie telefonów, w kinach tuż przed seansem także, i w wielu kościołach księża o tym przypominają. Wiem, że czasami wypowiedź przyjaciela na mitingu AA może drugiemu człowiekowi kompletnie zmienić życie, a często też może to życie uratować. Tylko że do MÓWIENIA, jak i do SŁUCHANIA jest potrzebna odpowiednia atmosfera.
Pozdrawiam bardzo bardzo Hanka


KONCEPCJA III

Aby zapewnić skuteczne przewodzenie, powinniśmy przyznać tradycyjne „Prawo do decyzji” każdemu elementowi służby AA – Konferencji, Radzie Powierników, Radzie Fundacji, Biuru Służby Krajowej, Komisjom KSK oraz personelowi i osobom zarządzającym.

W dwóch poprzednich Koncepcjach uwidoczniony został fakt, że grupa AA dysponuje dziś najwyższą władzą i odpowiedzialnością. Jednak nie tylko może, ale i powinna pewne elementy tej władzy scedować na niższe instancje naszej Wspólnoty, czyli Intergrupy, Regiony, czy w końcu na Konferencje i Powierników. Aby móc w ten sposób działać, grupa AA powinna mieć swojego przedstawiciela na niższym szczeblu Wspólnoty (patrz Intergrupa), który przekazywałby informacje w obie strony. Tym przedstawicielem jest Mandatariusz. Jest on zaufanym sługą, wybranym przez sumienie grupy, jako jej przedstawiciel na zewnątrz. Zaufanym, czyli takim, który jest w stanie samodzielnie i z pełną odpowiedzialnością podczas spotkań Intergrupy podjąć decyzję zgodną z sumieniem grupy lub zgodną ze swoim sumieniem, gdy w trakcie spotkania dojdzie do wniosku, że wypracowana decyzja podjęta na poziomie grupy i widziana z jej poziomu wygląda zupełnie inaczej, niż w chwili jej rozpatrywania na Intergrupie. Ważne jest, by była to osoba wybrana przez sumienie grupy odpowiedzialnie, by umiała podejmować takie decyzje, a w konsekwencji jasno i klarownie przekazać ją w informacji zwrotnej na spotkaniu grupy. Musi on również pamiętać, że zgodnie z 12 Tradycją powinien „stosować te zasady przed osobistymi ambicjami”, ale również przed ambicjami grupy, która może wywierać na niego presję niezmienności podjętej decyzji. Jeśli podda się takim naciskom grupy, przestaje być zaufanym sługą, a staje się jedynie mało znaczącym posłańcem.
Właśnie zaufanie i odpowiedzialność powinny być nadrzędnymi elementami przy wyborze każdego ze służebnych i na każdym poziomie naszej Wspólnoty. Postępując zgodnie z III Koncepcją, Mandatariusz powinien widzieć sprawy już nie z poziomu grupy, a Intergrupy, zaś przedstawiciele Intergrupy (w naszym przypadku Rzecznicy) z poziomu Regionu, i tak do Konferencji i Rady Powierników. Jest to Koncepcja o prawie do decyzji każdego zaufanego pełniącego służbę w naszej Wspólnocie. W każdym elemencie naszej Wspólnoty niezmiernie ważny jest właśnie wybór odpowiednich delegatów, ponieważ od nich zależy skuteczność działania poszczególnych służb. W przypadku słabo działających Mandatariuszy, traci na jakości działanie Intergrupy i tak w kolejnych etapach służb, w Regionie itd. Każdy ze służebnych mając na uwadze dobro Wspólnoty powinien jak najlepiej przygotować się do spotkań, a po spotkaniu dokładnie zreferować w formie sprawozdania efekty swoich działań. I właśnie takie sprawozdania są ważnym elementem komunikacji, są one pomocnym dokumentem z przebiegu każdego spotkania na każdym poziomie naszej Wspólnoty. Podsumowując – III Koncepcja to odpowiedzialność i zaufanie, jako podstawa wyboru każdego służebnego na każdym poziomie Wspólnoty Anonimowych Alkoholików.


NAWET NAJDŁUŻSZA PODRÓŻ ZACZYNA SIĘ OD PIERWSZEGO KROKU

Wiele lat temu rozwiązując krzyżówkę odczytałem hasło. Było to przysłowie gruzińskie mówiące o tym że nawet najdłuższa podróż zaczyna się od pierwszego kroku. Po kilku latach systematycznego i czynnego udziału w życiu wspóhaoty anonimowych alkoholików treść krzyżówkowego przysłowia stała mi się bliska. Staram się iść małymi krokami bez pośpiechu drogą która ma mnie doprowadzić do trzeźwości. Na tej drodze nie jestem sam i to niesamowicie mi pomaga Myślę sobie, że jeśli obecność przyjaciół pomaga mnie, to moja obecność może pomóc przyjaciołom. Od kilku miesięcy służę mojej macierzystej grupie jako mandatariusz. Wiem że każda ostatnia sobota miesiąca to czas spotkania intergiupy. Mam tam być by słuchać, a co usłyszę przekazać kolegom na mityngu. Czasami są to informacje dotyczące całego AA, innym razem regionu. Przez kolegów zostałem obdarzony zaufaniem, i zależy mi na tym by tego zaufania nie zmamować. Decyzję by włączyć się w służby podjąłem sam. Nie jestem "z łapanki". Tej decyzji nie żałuję - to mi pomaga. Jeśli czytanie, literatury, służba, systematyczne uczestniczenie w mityngach pomogło już tak wielu to ufam, że pomoże i mnie. W pijanym życiu to ja byłem "najmądrzejszy", zawsze wszystko wiedziałem lepiej. Moja pijana " mądrość" przywiodła mnie na skraj przepaści. Bez domu, rodziny, bez przyjaciół i nadziei, że może być inaczej. Bogu dziękuję że tak dokładnie pamiętam moje wcześniejsze życie przed wstąpieniem do wspólnoty AA. Dzisiaj jest zupełnie inaczej. Cieszę się życiem, zdrowieniem, brakiem lęku który towarzyszył mi nieustamaie. I jeśli pycha nie weźmie góry a ja zdobędę się na odrobinę pokory to może być już tylko lepiej. Zostałem zaproszony przez moją Siłę Większą do wyruszenia w podróż. Jedyne co miałem zrobić to postawić pierwszy krok. I nawet gdy zdarza się, że ja wątpię w Mojego Przewodnika, On nigdy nie wątpi we mnie. Tracąc zaufanie do siebie przestałem ufać wszystkim, a juższczególnie Sile której nie mogłem zmierzyć, zważyć i objąć umysłem. Na mój zły stan psychiczny "pracowałem" ponad dwadzieścia lat. Teraz muszę znależć w sobie odrobinę cierpliwości by moja Siła Wyższa mogła ozdrowić mój umysł, duszę i ciało. Patrząc na trzeżwiejących alkoholików widzę skutki działania łaski miłującego Boga. Myślę, że większość z nas, swój obecny stan przypisuje interwencji Boga. Według mnie słusznie. Jeśli ktoś myśli inaczej, to ma do tego pełne prawo.
S.... Sawa


ZZA KRAT
CZY WARTO?

Mam na imię Paweł i jestem alkoholikiem. Teraz już wiem, że moje spotkanie z AA zaczęło się standardowo, terapia wolnościowa zapita, druga terapia w Zakładzie Karnym. To tam coś usłyszałem, zacząłem słuchać i powiedziałem sobie „dobra, spróbuję, nie mam innego wyjścia, straciłem wszystko, co mogłem stracić". Miałem ponad rok wyjścia, gdy zacząłem się angażować. Angażowałem się, gdy słuchałem. Pracowałem nad sobą. Dużo czytałem dostępnych mi czasopism AA i coraz bardziej uświadamiałem sobie, że to wszystko pokazuje mi, jaka jest prawda. Czas najwyższy spojrzeć prawdzie w oczy i przyznać się, że jestem alkoholikiem. W programie AA jest mowa o tym, że warto to zrobić. Ja wiele razy próbowałem sam, lecz nigdy się nie udawało. Pomyślałem – spróbuję pójść tą drogą, bo praktycznie innej nie było. Mogłem jedynie skoczyć z powrotem w dół. Ten rok przed wyjściem, w kontakcie z AA sprawił, że byłem w miarę przygotowany do spotkania z wolnością i byłem pewny, że nie chcę pić, i że robię to dla siebie, a nie dla żony, nie dla dzieci, nie dla Sądu. To ja chcę ratować swoje życie. Teraz to wiem, że to wymaga dużo mojej pracy. Jak nie puszczali mnie na mitingi, to ja mityng robiłem sam, w celi. Wszelkiego rodzaju problemy, które mnie spotkały, starałem się rozwiązywać według wskazówek AA, na spokojnie, bez emocji. I już ze świadomością, jak dużo w tym wszystkim jest mojej winy i że to ja muszę się zmienić, a nie otaczający mnie świat. Zacząłem dostrzegać pierwsze korzyści, widząc w samym sobie pozytywne zmiany jak np. lepszy kontakt z bliskimi i otaczającym mnie światem. W więzieniu spotkałem swojego sponsora, z którym pracuję do dziś. On nadal pracuje i służy chodząc do Zakładów Karnych. Robi kawał dobrej roboty. Przed wyjściem z więzienia najbardziej przerażała mnie myśl, że nie dam sobie rady ze swoimi problemami i potrzebami finansowymi pracując legalnie. Do końca wydawało mi się to problemem nie do przejścia. Wspomnę tylko, że w wieku 40 lat zaczynam w 100% wszystko od nowa. Start od zera. Mieszkam u matki i mam sporo długów finansowych. A moje wyjście w listopadzie 2013 r. zaczęło się tak: 1000 zł na żelaznej kasie, nie mam kurtki, ani butów. Rękę wyciąga przyjaciel z AA i kupuje mi kurtkę, a buty oddaje mi swoje. Byłem wstrząśnięty. Przecież on wcale nie musi tego robić! Ale dostrzegłem też coś innego: on mi pomaga, ale ja w zamian nie jestem mu nic winien, nie muszę mu oddać żadnej przysługi, nie muszę iść i w ramach wdzięczności popełniać jakiegoś kolejnego przestępstwa. W ramach wdzięczności mam być razem z nim w AA. Jemu się udało, to może i mi się uda. Wiedziałem, że będzie ciężko. Przez 40 lat praktycznie nie pracowałem legalnie, wiec zbytnio nie umiem robić czegoś konkretnego. Postanowiłem iść do pierwszej lepszej legalnej pracy, aby zarobić jakiekolwiek pieniądze. Z pomocy społecznej dostałem 300 zł, więc musiałem pracować za 7 złotych za godzinę. Kierownik śmiał się, że wreszcie ma trzeźwego sprzątającego, który trzeźwo chodzi za odkurzaczem. Kolejny plus, który dostrzegłem: starałem się sumiennie wykonywać swoją pracę, choć to nie było łatwe; podnoszenie petów z popielniczek to niesamowita lekcja pokory. Jakiś kierowniczek każe mi coś robić… Wspomnę tylko, że mam odsiedzianych prawie 10 lat, między innymi za zbieranie haraczy od takich biznesmenów. Na nic mi nie wystarczało, i to rozwalało mnie emocjonalnie. Co chwila jakieś pożyczki, bo brakowało na życie. Jedne pieniądze pożyczałem, żeby oddać drugie. Naprawdę było ciężko. Spłacałem swoje zadłużenia po 50 zł, 100 zł i aby do przodu. Wiedziałem przynajmniej, że nie utonę. Z AA podczas trzeźwienia przeżyłem wiele wspaniałych chwil: wspólne wyjazdy do Lichenia i Częstochowy. Marzyło mi się, aby po wyjściu z więzienia pojechać nad morze. Dowiedziałem się, że tegoroczne warsztaty dla służb do Zakładów Karnych są organizowane właśnie nad morzem. Przeżyłem tam pożyteczne chwile, a przy okazji spełniło się moje następne marzenie. Wystarczy, że nie piję. Jestem w AA, chodzę na mityngi a tu nikt mi nic nie każe. Robię to dla siebie, myślę, że chcę to robić, bo to mi pomaga. Nie miałem wyjścia, pracowałem i było bardzo ciężko. Wstawanie o 4:30 by zdążyć na 6:00 do pracy. MASAKRA! Pracowałem tam pół roku. Kolejny plus, jaki dostrzegłem, kiedy wychodziłem z pracy – kierownik powiedział, że zawsze do tej pracy mogę wrócić. Pomyślałem: „fajnie”. Oczywiście utrzymywałem cały czas kontakt z AA. Pracowałem ze sponsorem, który biega w maratonach i przypomniał mi o bieganiu. Było mi łatwiej, bo w młodości biegałem, ale to on zaszczepił to we mnie. Bieganie dało mi dużo. Gdy było mi ciężko i gdy było mi lekko, biegałem. Bardzo pomogło mi to w pracy nad sobą. Nawet półmaraton przebiegłem w czasie 1h 41m. Od samego początku wśród ludzi z AA czułem się bezpiecznie. Tylu ludzi i tyle rąk wyciągniętych w moją stronę. Wszyscy chcą pomóc. Idę na miting i słyszę, że ludzie mają takie same problemy jak ja, a jakoś sobie z nimi radzą. Kolejny dowód na to, że można. Zarabiałem mniej więcej 1600 zł. W tym czasie sponsor mówi: „a może byś poszedł do szkoły?”. Jestem po podstawówce. Mimo, że wcześniej wydawało mi się to nierealne, to powiedziałem, że dobrze, jak zmieniać to zmieniać wszystko, wykształcenie też zmienię. Poszedłem do zaocznej szkoły. Po części do tej decyzji przyczyniła się moja praca sprzątającego, bo pomyślałem, że nie chcę całe życie sprzątać. Teraz wiem, że dobrze zrobiłem. Został mi ostatni rok szkoły, nie będę się już więcej wstydził, gdy ktoś zapyta mnie o wykształcenie. Już nie będę mówił, że podstawowe. Następna moja praca w budowlance; tam płacili 10zł/h, więc nieco więcej. Zabawne, że w tej pracy moim szefem był były policjant. Pomyślałem: „ale mnie Pan Bóg wystawia na próbę”. Okazało się, że gość był bardzo w porządku. Między innymi zaprosił mnie na spływ kajakowy, w którym co roku uczestniczył. Pojechałem tam ze swoją kobietą i ze sponsorem. I było ekstra. Szczerze mówiąc – wiele fajnych chwil. W tym miejscu pracowałem kilka miesięcy. Z różnych powodów rozstaliśmy się, ale w dobrych stosunkach. Nie jest łatwo, ale pomału wychodzę ze swoich problemów finansowych. Tu jest ważna systematyczność. Poznaję nowy świat: legalna praca, mnóstwo obowiązków, pieniędzy zawsze za mało. Dla mnie nowa szkoła życia i pokory. Można swoje życie tak poukładać, by każdy klocek pasował do innego klocka. To funkcjonuje, mówię wam! Da się żyć, można tak żyć. Kiedyś myślałem, że jest to niemożliwe. Teraz już wiem, że dużo zależy też od tego, co chcesz widzieć idąc o 5 rano do pracy. Można widzieć i słyszeć świergocące ptaki lub być złym, że kolejny dzień trzeba iść do pracy. Często sobie tłumaczyłem „tego nie umiesz, takiej szkoły nie masz, całe życie się bawiłeś, to teraz pracuj fizycznie”. Innego wyjścia nie ma. Tak siedzę teraz i zastanawiam się, co by tu jeszcze Wam napisać… Co było najgorszego w drodze do miejsca, w którym jestem. Wiecie co? Nie ma takiej rzeczy. Z perspektywy czasu patrząc, spotykały mnie same dobre rzeczy, umożliwiające mi dojście do miejsca, w którym teraz jestem. Trzy lata po wyjściu z więzienia wychodzę na prostą, kończą mi się moje różne sprawy sądowe, mam kochaną kobietę przy boku, matkę, która w między czasie zachorowała na raka, ale dzięki Bogu jest wszystko OK, i zdrowie nam dopisuje. W miarę uporządkowane życie finansowe, prawie wszystkie nowe meble w domu, szykujemy mieszkanie dla córki mojej partnerki. I to wszystko z legalnej pracy. Tak więc można. WYSTARCZY NIE PIĆ. Nie muszę się bać, nie muszę oglądać się za siebie, a w nocy śpię spokojnie, więc warto. W ostatnim czasie spróbowałem wyjazdów zagranicznych w fachu budowlanym, niesamowita trampolina emocjonalna, praca z ludźmi, którzy praktycznie non stop piją, mieszkanie z nimi, całkiem inny tok myślenia niż mój. Mój drugi raz, gdy pomyślałem, że się napiję, był na jednym z tych wyjazdów. Trzymałem butelkę piwa w ręku i zadałem sobie pytanie „dokąd chcesz iść tą drogą z butelką?”. I odstawiłem ją na półkę. Wiadomo – jechałem dla pieniędzy, ogarnąłem za to kilka ważnych spraw. EKSTRA, ale to wyjazdy nie dla mnie, przez non stop nerwową sytuację szybko włączył mi się stary tok myślenia. Zaczynałem znów być agresywny, więc to na pewno nie droga, którą chcę iść, na pewno nie wśród ludzi, którzy piją alkohol. Obecnie jestem w domu, czuje się tu potrzebny. Znów znajdę pracę na miejscu. Mityngi dostępne na miejscu i wszystko będzie OK. Wystarczy nie pić. NAPEWNO WARTO. Pozdrowienia dla przebywających w Zakładach Karnych. WARTO! Wspomnę tylko, że wczoraj zdałem egzamin teoretyczny, by odzyskać prawo jazdy. NA PEWNO WARTO NIE PIĆ!!!

Paweł AA