MITYNG 01/235/2017

DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO



ŚWIATEŁKO W TUNELU – NADZIEJA

„Nawet, jeśli niebo zmęczyło się błękitem, nie trać nigdy światła nadziei” Bob Dylan
Prawie 20 lat temu lekarz powiedział mi, że jestem chora na chorobę alkoholową i sama sobie z nią nie poradzę. Miałam 3 letniego syna, pracę i „nadzieję”, że sama dam sobie radę. Ponad 10 lat żyłam między odtruciami a wszywkami. Było coraz gorzej i gorzej. Ale nie traciłam nadziei, że może dam radę kiedyś przestać pić. W maju minęło 7 lat, od kiedy lekarz po moim ostatnim zapiciu nie wszył mi esperalu, tylko rozpoczęłam terapię. Miałam dość picia. W czasie terapii nie chodziłam na mityngi. Po jej skończeniu też nie. Uznałam, że jestem bezsilna wobec alkoholu i to wystarczy, więc po terapii sama dam sobie radę. Świat stał się piękny, dużo dobrego i pozytywnego wydarzyło się w moim życiu. Miałam wiele planów, marzeń i wiele „nadziei” na normalne życie. Po roku abstynencji poszłam na mityng z koleżanką z terapii, i dzięki Bogu, że tam trafiłam, bo…17 stycznia 2011 roku dostałam wylewu krwi do mózgu. Diagnoza: tętniak. Moje życie legło w gruzach. Miałam operację, przeżyłam i w dobrym stanie, z zaleceniem oszczędzającego trybu życia wróciłam do domu. Nie docierało do mnie to, co się wydarzyło. Dopiero w maju, gdy skończyło mi się zwolnienie lekarskie, neurolog powiedział, że nie ma dla mnie powrotu do pracy, planowanego wyjazdu za granicę i że wysyła mnie do ZUS-u po rentę. To była tragedia! Całkowite załamanie i rozpacz. Straciłam wiarę i nadzieję całkowicie. Straciłam sens i cel życia. Gdy od grupy AA w 3 rocznicę abstynencji dostałam „Codzienne Refleksje” z życzeniami od przyjaciół, to w środku ja napisałam: Jak dalej żyć... kiedy brak już sił??? Chodziłam na mityngi, nie piłam, ale nie radziłam sobie z życiem, było coraz gorzej. Była czarna rozpacz, ból, żal, pretensje do Boga, świata i ludzi. Zero wdzięczności za to, że tak wiele otrzymałam. Ta zgryzota doprowadziła mnie do próby samobójczej. Po wyjściu ze szpitala byłam zmęczona sobą i użalałam się na swoim losem. Nie wiedziałam, o co Bogu chodzi. I wtedy zaczęło się dziać w moim życiu! Dostałam siłę i odwagę, by poprosić o pomoc nie tylko Boga, ale też drugiego alkoholika. Poznawanie programu AA stało się kluczem do odzyskiwania wiary, nadziei i sensu życia. Przyjmowania życia takim, jakie ono jest. Pozytywne myślenie i wielka wdzięczność. Nareszcie uznałam bezsilność wobec mojej drugiej choroby, świata, ludzi i sytuacji życiowych, jakie pojawiają się w moim życiu. Dziękuje Bogu za każdy dzień. Staram się nie kierować za wszelką cenę własnym życiem, a powierzam go Bogu najlepiej jak umiem. Uwierzyłam, że w życiu wszystko jest po coś dane: ból, łzy, cierpienie, zza których, dzięki łasce Boga, przenikają promienie słońca i „nadziei”. Dziś, dzięki programowi AA i Wspólnocie, moje życie ma inne kolory. Dziś wiem, że jestem potrzebna drugiemu człowiekowi, wspaniałemu synowi, który jest studentem prawa.
Pozdrawiam
W miarę szczęśliwa alkoholiczka, rencistka, a przede wszystkim matka
Danka AA
„Nadzieja to czas bez pożegnań” – ks. Jan Twardowski


ŻYWE WSPOMNIENIE

Chcę Wam napisać o przeżyciu, jakiego doznałem ostatnio, a które siedzi mi w głowie cały czas. Pojechałem do Taty na imieninowego pączka i grę w karty. Mama wyjechała do sanatorium i Tata sam siedział w domu, więc wpadłem na pomysł, aby go odwiedzić. Kupiłem pączki i pojechałem po pracy na umówioną godzinę. Wszystko pięknie, ładnie do momentu, kiedy nie wysiadłem z samochodu i nie zobaczyłem bloku. Nagle przed oczami, jak żywe, śmignęły mi wspomnienia z okresu, kiedy piłem razem z Tatą. Ten sam scenariusz. Mamy nie ma, my się umawiamy i pijemy. Bardzo się zdziwiłem. Skąd nagle takie wspomnienia? Wiele razy przyjeżdżałem do rodziców i nic takiego się nie wydarzyło. Poczułem ścisk w ciele. Ostatni raz, kiedy piłem z Tatą, to czas bardzo odległy. Musiałbym się cofnąć pamięcią o dobre 10 lat. A tu nagle w jednej chwili wszystko wraca. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Choroba alkoholowa to jednak bardzo podła i podstępna „franca”. Po raz kolejny udowodniła mi, jak szybko mogę wrócić do pijanego myślenia a jeśli nic z tym nie zrobię – do picia. Zastanawiam się po co mi się to przydarzyło. Jedno wiem na pewno: muszę być uważny, bo może nie dziś, może jutro albo za tydzień będę miał kryzys. Mój organizm daje mi sygnały a ja, na szczęście, je wyłapuję. Terapia pozwoliła mi na skorzystanie z tego, czego mnie uczono. Praca na Krokach AA dała mi jasność myślenia. A może to był sygnał z „góry" abym uważał? Moim zdaniem gdy ktoś myśli, że jeśli się nie pije jakiś czas, to wszystko układa się i można zapomnieć o pijanych czasach, to jest w błędzie. Moje zdarzenie pokazuje, że ze mną tak nie jest. Chorobę alkoholową, którą mam, będę ją miał do końca życia. Będzie ona uśpiona, ale walcząca. Każde moje podłamanie czy niepowodzenie będzie chciała wykorzystać. Tak, jestem alkoholikiem i będę nim do końca życia. Dla mnie nie ma już kontrolowanego picia, nie ma picia towarzyskiego, nie ma picia. I nikt mnie nie przekona, nawet terapeuci, którzy czasem próbują przekonać takiego jak ja do tego, że jest zdrowy, ponieważ nie pije od kilku lat i nie ma objawów choroby alkoholowej. Poznałem już takie osoby i wiem, że tego rodzaju myślenie zyskuje zwolenników. Mam tak w głowie poukładane, że na tę chwilę nikt mnie nie przekona, że jestem zdrowy i że mógłbym spróbować alkoholu. Dziękuję, ale nie, ponieważ uwielbiam teraźniejsze swoje życie. Bez wódki, awantur, łez i Bóg wie czego jeszcze. Dziś jestem trzeźwy, a jutro... to jutro. Wczorajsze spotkanie z Tatą było miłym spotkaniem. Zwyczajnie – ojciec spotkał się z synem. Bez wódki przy pączku graliśmy w karty jak kiedyś i było super. Nie potrzebowałem gorzały, aby Tata patrzył na mnie, a ja żebym czuł, że On mnie kocha. Ja to czułem, bo to uczucie biło od Niego. Widziałem, jak się cieszy, że wpadłem do Niego i że jesteśmy sami. Dla takich prawdziwych chwil warto żyć. A buziaka, którego dostałem od 67-letniego emeryta traktuję jak nagrodę za swoją pracę i swoje dotychczasowe życie. Nawet nie jestem Wam w stanie opisać, jak świetnie się wtedy czułem. Jaki byłem dumny. A dziś, pisząc to, w moim sercu czuję radość i miłość do Taty, którego jeszcze kilka lat temu oskarżałem, że przez Niego stałem się alkoholikiem. Praca na terapii i na Krokach AA pozwoliła mi spojrzeć prawdziwie na siebie, a także wybaczyć Tacie jego zachowanie, którego doświadczyłem w dzieciństwie. Trwało to lata, ale dziś nie zżera mnie chęć zemsty, tylko czuję radość, gdy Go widzę. Rodziców się nie wybiera. Moja relacja z Tatą miała górki i dołki, ale nigdy nie mieliśmy tak dobrego kontaktu jak dziś. I niech tak zostanie jak najdłużej, jak i moja trzeźwość, o którą dbam każdego dnia.
Marcin AA



GDYBY TO BYŁO TAKIE PROSTE, SAM BYM SOBIE DAŁ RADĘ! 

Mam 38 lat, jestem alkoholikiem. Pochodzę z rodziny, w której nie pijano alkoholu, ale także nie okazywano uczuć. Praktycznie przez całe dzieciństwo matka wychowywała mnie w dziwny, dysfunkcyjny sposób. Czułem się jak hodowlane zwierze, które ma być piękne i inteligentne. Jakbym miał spełnić jej marzenia, którym nie był w stanie sprostać mąż. Ojciec pracował w Policji (w tamtym czasie: Milicji), wychodził z domu rano, wracał wieczorem. Nigdy nie widziałem, by moich rodziców łączyło coś poza ślubem. Oprócz ciepła domowego ogniska niczego mi nie brakowało, chowali mnie pod parasolem. Ale to oznaczało też, że nie wierzyli we mnie. Od dziecka nigdy nie byłem samodzielny, ponieważ rodzice torpedowali moje inicjatywy i próby bycia niezależnym. Kontrolowali i kazali się tylko uczyć. Od dzieciństwa towarzyszył mi lęk i jakieś dziwne poczucie winy. Z moim bratem także nie miałem dobrych relacji. Dorastając, na siłę szukałem jakichś autorytetów i sposobu na życie. Nie mając wzorca rodziny, uczyłem się od kolegów, jak postępować z kobietami i łatwo zarabiać pieniądze. Kiedy osiągnąłem pełnoletniość i uwolniłem się spod władzy rodziców, zacząłem chodzić własnymi drogami. Obrałem swój sposób na życie, w końcu mogłem się zabawić i żyć po swojemu, nie bojąc się rodziców. Myślałem, że tak wygląda szczęście, ponieważ robiłem, co chciałem. Zacząłem popijać alkohol i nie wracałem na noc do domu. Miałem słabą głowę, ale szybko zauważyłem, że alkohol poprawia mi nastrój, dodaje odwagi, więc za wszelką cenę chciałem nauczyć się pić więcej, żeby czuć się jeszcze lepiej. Starałem się nie upijać, aby zaimponować moim starszym kolegom dotrzymując im towarzystwa do samego rana. Próbowałem i oszukiwałem samego siebie, że kontroluję wypijany alkohol przez picie dużej ilości kawy, a w późniejszych czasach przez zażywanie narkotyków. Tak zaczynało się moje życie towarzyskie: kobiety, znajomości w półświatku, szemrane interesy, które dawały mi satysfakcję i łatwe pieniądze. Wreszcie byłem kimś. Moje zakłamanie było już głębokie, a przez to, że ludzie zaczynali się mnie bać i nabierali do mnie respektu, czułem się kimś ważnym. Nie docierało do mnie, że mogę kogoś krzywdzić. W międzyczasie poznałem dziewczynę, z którą po jakimś czasie zamieszkałem. Urodziła się nam córka. Nie byłem jeszcze przygotowany do założenia rodziny – nie miałem pojęcia, jak to się robi, a alkohol i narkotyki załatwiły resztę. Bycie odpowiedzialnym było dla mnie czymś obcym. Ważniejsze było, jak się zabawić. Normalnością stały się zdrady i noce poza domem. Po jakimś czasie zaczęło mi towarzyszyć straszne poczucie winy, które stawało się nie do zniesienia. Na chwilę stawałem się dobrym ojcem, kochającym partnerem oraz modelową głową rodziny. Jeździliśmy razem nad wodę, na  działkę i wczasy nad morzem, ale to była tylko maska, bo w chwili, kiedy pojawiał się alkohol i koledzy, zaczynał się kolejny koszmar. Dopiero teraz, kiedy nie piję, zdaję sobie sprawę, jak moja partnerka musiała cierpieć. Dwoiła się i troiła, by scalić rodzinę, a ja w głowie miałem wyłącznie       kolegów, wódę i balety. Potrafiłem tylko krzyczeć i rozkazywać! Zdarzyło mi się ją uderzyć. Nie miałem czasu nawet dla własnego dziecka. Zdarzały się wspólne zabawy i spacery, ale po paru chwilach wpadałem w wielkie emocje i uciekałem pod byle pretekstem, jak najdalej od domu, a bliżej moich egoistycznych przyjemności, które miały na imię alkohol, narkotyki, pieniądze i koledzy. Te cztery imiona zawładnęły mną i moją duszą. Te demony zamieniały mnie w zwierzę, zabierając moje człowieczeństwo.  Wymówki wymyślałem na poczekaniu: Byłem coś załatwić, a tu masz   pieniądze i nie dyskutuj. W którąś Wigilię sprowokowałem kłótnię,  zostawiłem ją i córkę, i pojechałem do kochanki. Przez cały mój upadek moja partnerka była obok mnie, nawet wtedy, kiedy wyrzuciłem ją z domu. Ponieważ uważałem, że ja mogę wszystko, a jej nie wolno nic! Była już zrezygnowana, zmęczona życiem z kimś takim jak ja. W tym zakłamaniu i upadaniu na własne życiowe dno wystarczało małe piwo albo jakaś kasa, i było OK. Prowadząc takie życie staczałem się, nie kontrolując już niczego. Żyjąc w iluzji i ogromnej pysze uważałem, że ona powinna wrócić do mnie na kolanach. Mój egoizm i egocentryzm sięgały zenitu! Nigdy nie wierzyłem, że moja partnerka ode mnie odejdzie. Ale odeszła i zostałem sam z dzieckiem. Wydaje mi się, że Bóg tak to ułożył: pozostawił mi córkę i psa, abym w bólu i cierpieniu własnego upadku odnalazł nadzieję i drogę wyjścia. Teraz piłem razem z moim psem. Córka, nie mając wyboru,     zmuszona była żyć z ojcem pijakiem. To było duże szczęście, że jakoś na tamten czas kontrolowałem to, co się dzieje z córką. Nie wiedziałem, jak się wyrwać z tego koszmaru, stanąć na nogi i zacząć inaczej żyć. Przecież mam córkę i muszę ją jakoś wychować! Dzięki Bogu alkohol nie zabrał mi jeszcze wszystkich uczuć i wartości. Towarzyszył mi ogromny ból bezradności, no i samotność. Pokłóciłem się z matką i bratem. Ich również straciłem z powodu mojego picia. Wynikły między nami   nieporozumienia. Moja duma i uraza była tak wysoka, że się na nich  obraziłem i nie rozmawiamy do dzisiaj. Zostałem całkiem sam, bez niczyjej pomocy i nadziei. Wiedziałem, że lada chwila mogę stracić córkę. Swoim pijackim życiem doprowadziłem do tego, że kobieta, z którą już nie byłem, w swojej bezsilności zostawiła mi dziecko. Było mi to wtedy nie na rękę. Pijąc dalej wiedziałem, że mogę zostać zupełnie sam, a to by mnie zabiło. Ojciec od roku już nie żył. Bardzo chciałem zmienić swoje życie, bo było już nie do zniesienia. Nie miałem żadnego zawodu, właściwie nic nie umiałem poza tym, że handlowałem różnymi rzeczami. Obracałem się w półświatku szemranych interesów. Często patrzyłem w niebo i zadawałem pytanie: Boże, jak ja mam to zmienić. Jestem bezsilny, nie umiem…! Pewnego dnia w bólu i cierpieniu, jakie mi towarzyszyły, mając za sobą dwie wszywki i bagaż różnych podłych doświadczeń, spotkałem przyjaciela (dawnego znajomego), który powiedział, że od prawie trzech lat nie pije i jest szczęśliwy. Pytałem go jak to się stało, że przestał pić i zmienia swoje życie? Przyjaciel opowiadał mi o Wspólnocie AA i o ludziach, którym uwierzył, że można inaczej żyć. Zdziwiło mnie to, co mówi, jak wygląda i jak się prowadzi. Zobaczyłem człowieka całkowicie odmienionego. To był dla mnie szok. Wariat! Co on gada? Gdyby to było takie proste, sam bym sobie dał radę! Dziś wiem, że Bóg postawił na mojej drodze drugiego człowieka, który wskazał mi terapeutę, a ten z kolei drogę do AA. Tak zaczęła się moja nowa droga życia. To był początek przemiany duchowej, która postępuję do dziś, przez ponad pięć lat. W tym okresie wiele zmieniło się w moim życiu. Rozpocząłem uczestnictwo w mityngach i terapii. Na początku mało z tego rozumiałem, po kilku miesiącach uczestnictwa w AA, nie stosując się do sugestii wychowywała mnie - zapiłem. Dane mi jednak było powrócić do AA i zacząć wszystko od nowa, ale inaczej i z odrobiną pokory. Zacząłem słuchać na mityngach i wprowadzać w życie to, co usłyszałem. Po pół roku poprowadziłem mityng. Służba uczyła mnie odpowiedzialności, mimo, że wiązało się to z emocjami. W moim życiu coraz częściej gościł spokój. Czułem, że coś się zmienia i trwa to do dziś. Chodząc na mityngi i służąc w AA zacząłem dostrzegać własną przemianę i urzeczywistnianie się programu AA w moim życiu. Poczułem nową wolność, zasmakowałem Pogody Ducha. Skończyłem średnią szkołę, zdałem maturę i nawet przez pół roku studiowałem. Dzięki Wspólnocie AA przestałem pić, ćpać, skończyłem z ciemnymi interesami. Uczę się życia na nowo, uczę się kochać siebie i innych. Mogę dziś w spokoju i radości wychowywać córkę, dając jej miłość oraz uczucia, których ja nigdy nie otrzymałem. Dzisiaj córka ma dwanaście lat. Pomagam Jej w lekcjach, chodzimy na spacery, a także jeździmy na piękne wczasy nad morze. Uczę się także normalnej i uczciwej pracy. Mam plany na przyszłość i wierzę w to, że jeśli będę postępować uczciwie, moje marzenia się spełnią. Dzięki Wspólnocie AA odnalazłem Boga, tak jak ja go pojmuję, który jest dla mnie największym przyjacielem. Wiem, że nigdy mnie nie opuści, jeśli ja tego nie zrobię. Kiedyś był dla mnie obojętny. Staram się być uczciwy, odpowiedzialny. Uczę się pokory i tolerancji do drugiego człowieka i otaczającego mnie świata. To wszystko zawdzięczam programowi AA, literaturze i drugiemu człowiekowi, bo Bóg dał mi te narzędzia, aby żyć od nowa, aby stawać się każdego dnia lepszym i pożytecznym człowiekiem. Moja była dziewczyna odwiedza córkę i mnie. Widujemy się prawie codziennie. Niepostrzeżenie pogłębia się między nami więź emocjonalna. Ma to też swoje minusy. Córka i ja w głębi serca zastanawiamy się, czy moglibyśmy znowu być razem, we trójkę. Nie wiem, czy jestem na to gotowy. Wierzę w to, że program AA jest drogą, którą wskazuje mi Bóg. Program AA zawarty w 12 Krokach, Tradycjach i Koncepcjach, stał się dla mnie podstawowym narzędziem naprawy moich zachowań, mojej odpowiedzialności i całego mojego życia. Bardzo wierzę, że poprzez taką pracę nad sobą i z dobrym kontaktem z moją Siłą Wyższą, którą nazywam Bogiem, odzyskam całą swoją rodzinę, bo to jest w mojej trzeźwości najważniejsze. Dziękuję Bogu za Wspólnotę AA i program, a Wspólnocie AA za Boga, który dał mi narzędzia do zmiany mojego życia. Dziękuję wam, kochani czytelnicy, że jesteście, i za to, że mogę się z wami podzielić moja historią osobistą.
Pogody Ducha.
AA


ANONIMOWY

Anonimowość. Według definicji z encyklopedii, to „niemożność identyfikacji tożsamości jednostki pośród innych członków danej społeczności". Natomiast anonimowość w grupach 12 Kroków to reguła ochrony prywatności w dwunastokrokowych grupach samopomocy. W czasie mojej 30 letniej zawodowej służby w armii, niekiedy pojawiał się temat anonimowości, ale w kontekście, że ktoś coś wykonał, przewinił, otrzymał czy napisał. Tak bardzo to nie zaśmiecałem sobie tym głowy, i tak ciągle były to regulaminy, instrukcje albo groźba interwencji prokuratora. We Wspólnocie temat anonimowości, który sznureczkiem powiązany jest we wszystkich Tradycjach, mocno mnie zaabsorbował – psowały mi słowa wypowiadane na koniec każdego mityngu „wszystko, co na tej sali zostało powiedziane, niech tu zostanie". Ja, Marian alkoholik zostawię tu wszystkie swoje brudy, tu, na tej sali. Tak jakby nikt nic nie wiedział, nikt nic nigdy nie widział, ani w pracy, ani na mieście, w towarzystwie i rodzinie. 40 lat mojego picia ma zostać na sali. W moim ówczesnym pojęciu, anonimowość we Wspólnocie miała mi dać komfortowe poczucie bezpieczeństwa. Zadzwonił do mnie brat (alkoholik spoza Wspólnoty) – Marian słyszałem, że zapisałeś się do AA. I tu pękło! Skąd brat ma taką informację? Po rozmowie okazało się, że od byłego uczestnika mityngów, który wrócił do picia. A brat to w ogóle nie miał pojęcia, co to jest AA (tak jak ja wcześniej). Ten przypadek zmotywował mnie do głębszego poznania zasad anonimowości w AA. Doszedłem do wniosku, że mityngi nie są najwłaściwszym miejscem na moje wywody moralne, intymne i życiowo trudne. Od tego mam spowiednika i terapeutę (niektórzy mają sponsora). Doświadczyłem, że zamiast żądać od uczestników mityngów zachowania całkowitej anonimowości (co w obecnych czasach przy dziwnym urodzaju sponsorów, wydaje się być wprost niemożliwe), mam się skupić na tym, jak najlepiej postępować zgodnie z programem, żebym nie musiał swojej wypowiedzi oznaczać klauzulą tajności.
Marian AA
Garwolin


PIERWSZY PROMYK- NADZIEJA

O nadziei można powiedzieć wiele wzniosłych słów, że dodaje skrzydeł, że buduje, pomaga... Czy w moim życiu też tak było? Gdy byłam dziewczynką, bardzo chciałam tańczyć, marzyłam o szkole baletowej. Niestety, lekarze zabronili mi ćwiczyć cokolwiek. Marzyłam o wózku dla lalki, a dostałam łóżeczko... może niezbyt duża różnica, ale jednak. To bardziej przypominało listy do Mikołaja, niż serce pełne nadziei. W moim dorosłym życiu często miewałam nadzieje na przeróżne... korzyści, np. dobrą ocenę na egzaminie, na lepszą pensję, na udany urlop. Kiedy brałam swoje tabletki czy piłam alkohol, te nadzieje stawały się coraz bardziej kategoryczne. To już nie były takie sobie mrzonki: „dobrze by było, gdybym przestała pić" albo „lepiej by było, gdyby nie plątał mi się język". To już nie listy do Mikołaja, to były żądania. Koniecznie musiało być tak, jak ja tego chciałam, bez żadnych kompromisów, bez kroku w tył, bez negocjacji. Jeśli coś poszło nie tak, był powód do użalania się i picia. MOJE nadzieje MUSIAŁY się spełniać! I miały ulepszać moje życie, bo ja marzyłam o tym, żeby pić, tyle, że bez konsekwencji. Po co mi wyrzuty sumienia, kac, bałagan w domu, pusty portfel? Każdy kolejny kac po brzegi był wypełniony moimi życzeniami – niech alkohol daje mi ulgę, a nie złe samopoczucie, niech ktoś mnie naprawi, żebym mogła pić normalnie, tak, jak wszyscy inni ludzie! Miałam długą listę takich żądań, właśnie – żądań, które dotyczyły wyłącznie mnie i mojego samopoczucia, mojego świata zamkniętego w butelce wódki. Gdzie wtedy była moja wiara? Bo czy bez niej jest jakakolwiek nadzieja? Utopiłam ją w butelce najtańszej wódki. Pierwszy promyk nadziei poczułam po tygodniu terapii zamkniętej. Już wcześniej wytrzymałam bez alkoholu ponad miesiąc (nie licząc pożegnania z alkoholem – przed wizytą u psychiatry, który miał mi dać skierowanie do OTU), ale nie miałam wokół siebie życzliwych świadków mojego niepicia, nie czułam wtedy takiej radości z kolejnego trzeźwego dnia. Kibicowała mi tylko moja córka, ale ona miała tylko 11 lat i traktowała moją trzeźwość jak coś normalnego, zwykłego, podczas gdy dla mnie to był ogromny wysiłek. Potrzebowałam codziennego liczenia trzeźwych dni, oklasków po kolejnych dziesięciu, dwudziestu... dniach bez wódki. To dawało mi coraz mocniejszą wiarę, że uda mi się już tak na zawsze. To właśnie tam, w Ośrodku Terapii Uzależnień pomyślałam z nadzieją, że uda się wszystko naprawić, posklejać małżeństwo, życie... Mój scenariusz był trochę inny, musiałam jeszcze trochę powalczyć ze swoimi uzależnieniami, jeszcze parę razy sięgnąć po alkohol, połknąć kilkaset  tabletek, ale czas nadziei czekał na mnie za następnym progiem, bo parę lat temu trafiłam (po raz kolejny) na mityng. Dzisiaj jestem pełna nadziei, dzisiaj w ogóle jestem innym człowiekiem. Niby Iwona ta sama: niewysoka, blondynka, (choć coraz więcej siwych niż jasnych włosów), zielone oczy..., ale już nie ta przegrana, opuszczona, smutna i bez nadziei na cokolwiek dobrego. Odmieniły mnie właśnie mityngi, to od Was dowiedziałam się wszystkiego, czego potrzebowałam do życia: o pogodzie ducha, o Sile Wyższej, o modlitwie i zgodzie na świat taki, jaki jest. Właśnie ta zgoda wypełnia moje serce nadzieją, bo dziś już nic nie musi być po mojemu. Nie jestem zawiedziona, gdy coś się nie spełni, bo ja już nie oczekuję konkretnych rzeczy. Powierzyłam swoje życie Sile Wyższej i mam zaufanie do Boskich wyroków. Tak wiele dobrego dostałam od Boga, że bluźnierstwem było by oczekiwać teraz, że spełni On moje jakiekolwiek zachcianki. Koniec z listami życzeń, z żądaniami! Ja mam już wszystko!  Moja nadzieja? Moja nadzieja jest na każdym mityngu, czuję ją, gdy przekraczam próg sali, w której się spotykamy. Rozglądam się, patrzę na znajome twarze, są wszyscy, radośni, zadowoleni pomimo wszystko i trzeźwi jak ja. W tych ludziach, w Was jest najwięcej mojej nadziei. Dziękuję za nią.
Iwona AA


KIERUJĘ CZY NIE?

Czasem słyszę na mityngach: ja swoim życiem nie kierowałem, nie kieruję i nie będę kierował, bo powierzyłem to Bogu. Inni znów mówią: gdy piłem, życie całkiem wymknęło mi się spod kontroli, ale teraz, gdy nie piję, jakoś tam trzeźwieję, czuję że mam wpływ, przynajmniej częściowy, na swój los. Jeden z kolegów zauważył humorystycznie, że gdy jedzie z Warszawy do Łodzi, to gdzieś w okolicach Rawy Mazowieckiej przebiega granica między tymi, którzy nie kierują, a tymi kierującymi. Nie jestem tylko pewien i przy okazji dopytam, którzy są z której strony. W psychologii istnieje pojęcie poczucia sprawstwa – jest to przekonanie o wpływie na bieg wydarzeń, o poczuciu kontroli nad życiem i skuteczności własnych działań. Ludzie o silnym poczuciu sprawstwa są samodzielni, mają wysokie poczucie wartości i sensu istnienia, wierzą we własne możliwości. Nawiasem mówiąc, gdy patrzę teraz na zestaw tych cech, coś mi się zdaje, że to nie są alkoholicy. Na drugim biegunie są ludzie o bardzo niskim poczuciu sprawstwa. Wierzą oni, że ich życiem sterują czynniki od nich niezależne: los, przeznaczenie, pech, szczęście, prawa natury czy wreszcie Bóg, jakkolwiek byśmy Go pojmowali. Wydaje mi się, że obie te skrajne postawy są niewłaściwe. Pierwsza prowadzić może do pychy, a druga do uczucia niezadowolenia, obniżonego poczucia wartości i braku odczuwania szczęścia. Jest jeszcze jedno niebezpieczeństwo związane z drugą postawą: jeśli niczym nie kieruję, to i za nic nie odpowiadam. Jako negatywny przykład takiego myślenia podaję zdarzenie sprzed kilku lat. Jechałem samochodem w charakterze pasażera jedną z głównych ulic dużego miasta w Europie. Prowadził kolega z wieloletnim stażem w AA, jechał pewnie i bardzo szybko. Na zwróconą uwagę powiedział tak: ja swoje życie powierzyłem Bogu, jadę szybko, jeśli coś lub ktoś wyjdzie mi na drogę, to widocznie Bóg tak chciał. O co chodziło Billowi W., gdy w Kroku Pierwszym pisał: „…i że przestaliśmy kierować naszym życiem”, czy jak jest dosłownie w oryginale, ale koślawo po polsku: „…nasze życie stało się niekierowalne”? Słowo „przestaliśmy” wskazuje na to, że prawdopodobnie kiedyś, gdy choroba alkoholowa jeszcze nas nie pokonała, kierowaliśmy. Sugeruje też, że gdy się z nią jakoś uporamy (wiadomo, że nie do końca), to znowu w jakimś stopniu zaczniemy. Klucz jest w słowach: „w jakimś stopniu”. Takie podejście mają ludzie o umiarkowanym poczuciu sprawstwa. Mówią oni: na pewne rzeczy mam wpływ, a na inne nie. Ta postawa wydaje mi się właściwa i do takiej kategorii ludzi chciałbym się zaliczać. Zastanówmy się jeszcze, co mówi, często praktykowana w AA, Modlitwa o Pogodę Ducha? Są rzeczy, których nie mogę zmienić (nie mam na nie wpływu), ale są takie, które zmieniać mogę (mam na nie wpływ, kieruję tymi sprawami), a po to, bym jedne od drugich potrafił odróżnić, potrzebuję mądrości (rozumu) i również o tę mądrość się modlę. Każdego dnia mówię: „Niech się dzieje wola Twoja, a nie moja, Panie, jakkolwiek Cię nie pojmuję”, pamiętając, że wiele spraw zupełnie ode mnie nie zależy. Podejmuję też kilkanaście decyzji i działań, bywa, że niemądrych, za które ponoszę odpowiedzialność i które czasem przynoszą skutki przeze mnie przewidziane, a czasem zupełnie nie. Trochę kieruję, a trochę nie, tak mi się przynajmniej wydaje, czasami tylko brakuje mi mądrości, by umieć rozpoznać, z którą sprawą mam właśnie do czynienia.
Witek AA.


WIEDZIAŁEM ŻE MAM RACJĘ.

Historia, którą chcę opisać, wydarzyła się przed kilku laty. W regionie od wielu lat nie wychodziła tak dobrze nam znana Książeczka Adresowa. Nie wiem, dlaczego tak się stało, ale to fakt. Do Rady Regionu i Zespołów Regionalnych dochodziły głosy AA o potrzebie „wskrzeszenia” spisu mityngów. Sprawą zajął się Zespół ds. Literatury. Ponieważ tak się zdarzyło, że ja miałem komputer i coś tam na nim „grzebałem”, poproszono, abym spróbował z materiałów archiwalnych napisać na nowo nasz spis mityngów. Muszę w tym momencie dodać, że gdyby nieoceniona pomoc Andrzeja „Trzynastki", który miał pokaźne archiwum z racji pełnienia służb i pomagał mi przy tworzeniu projektu, trwało by to pewnie z rok. W pracę zaangażowane były również inne zespoły i wielu AA. Książeczka miała mieć szesnaście stron, jednak już na etapie wstępnego projektu wiedziałem, że to jest bardzo mało. Ślęczałem nad pracą wiele dni i wieczorów, więc nic dziwnego, że traktowałem plik z danymi, który powstawał w moim komputerze jak „własność”, jak swoje dziecko. Pisałem ją przecież od zera. Rodziło się we mnie przekonanie, że kto, jak nie ja wiem najlepiej, jak książeczka ma wyglądać. Prawie gotowe „dzieło” przedstawiłem na Radzie Regionu. Zrobiłem dwie wersje, szesnasto- i dwudziestoczterostronicową. Byłem przekonany, że gdy Rada zobaczy moją „samowolę”, to mi przyklaśnie. Jaka wściekłość mnie ogarnęła, gdy po podziękowaniu mi za wysiłek, wszyscy zajęli się tą szesnastostronicową książeczką. To ja wiem najlepiej, jak powinna wyglądać i ja wiem, że 24 strony to i tak jest mało. Oczywiście znalazły się osoby podpowiadające, że to ja mam plik z danymi i mogę sobie niezależnie od Regionu wydrukować swoją wersję Książeczki Adresowej. Znaleźli się również chętni do dystrybucji. W mojej głowie powstał mętlik. Wiedziałem, że mam rację i ilość stron jest niewystarczająca i że bardzo szybko trzeba będzie ją zwiększyć. Z drugiej strony: gdzie ta jedność, zaufanie, gdzie moja pokora, gdzie korzystanie z doświadczeń, a wreszcie decydujący głos większości. Wiedziałem, że się mylą i w bardzo prosty sposób mogłem to wykazać, i łamiąc wszystkie zasady, wydać swoją Książeczkę Adresową. Nie uczyniłem tego. Nie było to łatwe, ale przyjąłem decyzję większości bez protestów. Książeczka się ukazała i tak jak przewidywałem, okazało się, że bardzo szybko trzeba było zwiększyć ilość stron. Przez lata ilość ta wzrastała aż do obecnej objętości. Sama Książeczka niewiele się zmieniła od pierwowzoru. Po latach zrozumiałem mądrość podjętych wtedy decyzji. Dotarło do mnie, że ludzie muszą czuć potrzebę zmian i rozumieć je tak, aby nie było zbędnych dyskusji np. o wyrzucaniu pieniędzy. Pragnienie nas, Anonimowych Alkoholików, które niektórzy nazywają zbiorowym sumieniem, budowało naszą Książeczkę i spowodowało, że nie zarzucono jej wydawania tak jak kiedyś. Uświadomiłem sobie, że, mimo iż miałem rację, to przez swoje działania mogłem wszystko zepsuć lub opóźnić o kilka lat. Głosów przeciwnych było niewiele. Zdarzały się próby tworzenia alternatywnych spisów mityngów, lecz nasza Książeczka Adresowa jest szczególna. Dlaczego? Dlatego, że każdy z nas rozumie potrzebę jej istnienia i nikt tak „mądry” jak ja nie próbował jej nikomu narzucić. Jestem wdzięczny za pracę, którą mogłem wtedy wykonać, a najbardziej za doświadczenia, które zdobyłem. Cieszę się również, że wygrałem walkę ze sobą, choć wydaje mi się, że to bardziej zasługa mojego Sponsora, który ma na mnie duży wpływ, niż moja.
Pozdrawiam AA


POGODA DUCHA

Gdy wracam z urlopu, znajomi z reguły zadają mi standardowe pytanie: jaką miałeś pogodę? Wydaje się, że słoneczne i bezdeszczowe dni są gwarancją udanego wypoczynku. Żywimy przekonanie, że warunkiem sensownego urlopu jest dobra atmosferyczna aura. Gdy spotykam dawno niewidzianego znajomego, zdarza mi się pytać: jak zdrówko? Zdrowie podobnie jak pogoda nad Bałtykiem uchodzi za synonim szczęśliwości. Czy mimika twarzy może bezbłędnie opisywać stan psychiczny? Uśmiechniętych i energicznych ludzi uważa się za osoby szczęśliwe, a smutnych i flegmatycznych za mniej lub wcale. Czy to jest zasada? Pogoda DUCHA... co za elektryzujące, pełne siły i nadziei pojęcie, będące przedmiotem życzeń, westchnień, tęsknot i modlitw. Czym jest? Co to jest? Dziś słów i refleksji parę na ten, niby oczywisty, a moim zdaniem wciąż niezbadany i źle rozumiany temat. Na program 12 kroków wszedłem po sześciu miesiącach abstynencji. Telepało mną nerwowo. Byłem słaby emocjonalnie, pełen niepokoju i lęku. Średnio raz na dwa miesiące łapałem „duuużego doła”. Mój sponsor mawiał: jeśli Ty działasz, to TEN PROGRAM też działa. Szybko odzyskasz pogodę ducha! Wszedłem w to. Pomyślałem, że w ten sposób ugaszę mój wewnętrzny pożar, który do tej pory próbowałem koić alkoholem. Potraktowałem PROGRAM instrumentalnie, niczym UŻYWKĘ do poprawy samopoczucia. Dwa miesiące solidnej pracy. Sugestie wykonywałem wzorowo. Czułem się znakomicie. Przyszedł grudzień i nagle bęc, powróciło dołowanie, co gorsza, z jakąś większą siłą. Gdzie ta Pogoda Ducha? Sponsor radził zawsze to samo. Poczekajmy do czwartego kroku, a póki co, spotęgujmy sugestie! Spotęgować sugestie?! Ale wtedy musiałbym już otworzyć ośrodek terapeutyczny we własnym mieszkaniu, albo zamieszkać w jakiejś komunie alkoholowej, bo na mitingi chadzałem już 6 razy w tygodniu. Do kolegów wydzwaniałem dziesięć razy dziennie, a na kolankach nie miałem już siły klęczeć! Wyjechałem w Karkonosze. Starym sposobem „wybiegałem napięcie” na nartach. Gdy tylko wróciłem do Łodzi… powtórka z rozrywki. Był to pierwszy sygnał do refleksji nad pojęciem POGODY DUCHA, a raczej do zrewidowania obiegowych opinii na ten temat. Po raz pierwszy zadałem sobie pytanie: czy można czuć się fatalnie psychicznie, ale mieć jednocześnie Pogodę Ducha? Mój sponsor zbaraniał! A ja przeczuwałem, że to jest jakiś kierunek do dalszych przemyśleń. Czy Pogoda Ducha to pogodne samopoczucie? Gdy czuję się dobrze, mam dużo wigoru, rozpiera mnie energia i wtedy jest cudownie! Super, ale to nie jest stan duchowy, lecz psychiczny. Stan zmienny, przeplatany dniami gorszymi, a nawet dramatycznymi. Dobry, czy tak zwany zły czas istnieje zawsze w moich myślach, uczuciach i zachowaniu. Ale PSYCHIKA TO NIE DUCHOWOŚĆ. To „inna para kaloszy”. Szczęście to nie jest brak nieszczęścia. Pogoda Ducha to nie jest brak niepogody. Rok kalendarzowy cyklicznie migruje pomiędzy zróżnicowanymi porami roku. Mamy tu nie tylko skoki temperatury, są też różnice ciśnienia, wilgotności, wiatru, nasłonecznienia. Zimny, październikowy dzień, to rodzaj tej samej pogody, co słoneczny lipcowy poranek czy dżdżysty marzec. Nie można zmienić warunków atmosferycznych. Nikt nie powstrzyma śnieżycy ani spiekoty. Można uciekać przed słońcem w cień, przed deszczem pod dach, ale nie da się zatrzymać tych zjawisk. Spróbuj zatopić korek pływający po wodzie. Im silniej w niego uderzasz, tym bardziej tonie, ale im bardziej tonie, tym silniej wyskakuje z powrotem. Taką metodą zwykły korek może łatwo cię zmęczyć. To nie jest dobry sposób. Znamy powiedzenie o próbie topienia smutków w alkoholu, które jak to się okazuje – niestety potrafią pływać! Ponoć chińscy rzeźnicy nie ostrzą przy rozbiorze mięsa tak często noży, jak ich odpowiednicy na zachodzie. Dlaczego? Pracują elastyczną dłonią, która napotykając chrząstki i kości prześlizguje się po nich, podczas gdy europejscy masarze pracują twardym i tępym ruchem noża. Moja walka z cyklicznym złym samopoczuciem miała wiele bitew. Dwa lata temu jednego dnia chodziłem po Tatrach Słowackich przez 18 godzin ciurkiem, by dostarczyć sobie endorfin. Podobnie jak w wypadku wielogodzinnych nart biegowych, zawsze następnego dnia miałem fatalne samopoczucie niczym KAC. Dziwne, ale czułem się jakby po pijaństwie. Organizm osłabiony, odwodniony i obolały. Jak z opisanym wyżej korkiem – im większe zatopienie, tym silniejsze jego wybicie na powierzchnię! Hiob jest bohaterem jednej z biblijnych ksiąg Starego Testamentu. Był człowiekiem sprawiedliwym, wierzącym i dobrym. Miał szczęśliwą rodzinę i duży majątek. Kochał Boga i czcił go z oddaniem. Szatan wątpił w szczerość jego intencji sugerując, że już niewielki kryzys odmieni Hioba. Bóg pozwolił poddać go próbie. Od tego momentu spadają na niego różnorakie nieszczęścia. Traci majątek. Potem umierają jego dzieci. Pomimo to nie złorzeczy Bogu i przyjmuje swój los z pokorą. Jakby nie dość było tych nieszczęść, zaczyna chorować na trąd. Porzuca go żona i przyjaciele. I w tych dramatach także jest pogodzony z sytuacją. Za każdym razem wypowiada sakramentalne zdanie: „Dał Pan i zabrał Pan. Niech Imię Pańskie będzie błogosławione”. Zgłębiając tę biblijną opowieść można metaforycznie powiedzieć, iż pogodne życie to nie są jedynie „słoneczne, bezwietrzne dni”. To także wiele mroźnych zim i ponurych jesieni. To słońce pustyni, susza, a czasem huragan. To nadciśnienie, wilgotność i kondensacja. Jaki ma sens WALKA z NATURĄ ZDARZEŃ? Można nienawidzić matkę Ziemię za tsunami i tajfuny. Ale na najgłębszym poziomie życie jest ŚWIADOMOŚCIĄ, że WSZYTKO JEST TAKIE, JAKIE MA BYĆ. Ta AKCEPTACJA różnych odsłon losu, serwowanych nam każdego dnia, jest już stanem wyższym niż psychika. JEST STANEM DUCHOWYM. A to już jest inny level (To dać w przypisie: 1. Przypisek redakcji: z jęz. ang. – poziom). Pogoda Ducha to radość z życia takiego, jakim jest, a nie jakim być by mogło. I ten stan wymaka się zarówno „głowie”, jak i „sercu”, będąc czymś innym aniżeli uczucie, myśl czy zachowanie. Obsypany trądem, w żałobie po dzieciach, bez grosza przy duszy, opuszczony przez żonę… Czy Hiob w takim stanie był szczęśliwy, radosny i w dobrym nastroju? Z pewnością nie. Ale czy miał Pogodę Ducha? Każdy z nas ma własne niepowodzenia, klęski i katastrofy. Osobiste przeciwności losu i swoje pasmo krzywd. Prywatne smutki i troski. Zostały jeszcze ostatne i kluczowe wersy tego tekstu. Życzmy sobie, by na nas czytających, spłynęło to, o czym mówią i nieustannie nam towarzyszyło.
Boże, użycz mi pogody ducha, abym godził się z tym,
Czego nie mogę zmienić.
Odwagi, abym zmieniał to, co mogę zmienić.
I mądrości, abym odróżniał jedno od drugiego.
Niech się dzieje wola Twoja, a nie moja, Panie!
Grzegorz AA


ISKIERKA NADZIEI

Ostatnio czytając naszą literaturę, a konkretnie „Przekaż dalej”, natknąłem się na fragment, który pozwolę sobie zacytować: choć nowicjusz musiał być „praktycznie pijakiem z rynsztoka”, to jednak nie mógł upaść tak nisko, by całkowicie stracić nadzieję – musiał tylko chcieć przestać pić. Bill i Hank poszukiwali takich kandydatów, którzy mieli wciąż w sobie iskrę życia i, co najważniejsze, gdzieś głęboko tliła się jeszcze nadzieja („Przekaż dalej” str. 244). Czytając ten fragment pomyślałem sobie: kurczę, napisane tak dawno temu, a przecież to dokładnie o mnie. Prawdą chyba jest, że pijackie życiorysy i przeżycia są do siebie podobne. Mimo, że nie straciłem domu ani rodziny, czułem się dokładnie jak z rynsztoka. Miałem za sobą dwie próby samobójcze, miałem za sobą wynoszenie rzecy z domu, miałem przed sobą wizję utraty pracy i realne szanse na utratę najbliższych. To był moment, kiedy całkowicie straciłem wiarę, że cokolwiek jeszcze może w moim życiu się zmienić, straciłem wiarę w siebie jako człowieka, praktycznie nic mi nie zostało. Mając świadomość i dokładnie pamiętając czasy pierwszej terapii, kiedy potrafiłem przez pięć lat utrzymać abstynencję, teraz nie wyobrażałem sobie życia bez alkoholu. A przecież tamte pięć lat to było dobre pięciolecie, to był okres pełen planów, marzeń i nadziei na ich spełnienie. Wystarczyło 25 gram alkoholu wypitego przy okazji imprezy zakładowej, by wszystkie nadzieje pękły jak bańka mydlana. Minęło 11 lat, kiedy znalazłem się w punkcie praktycznie bez wyjścia, bez wiary, że jeszcze cokolwiek mogę zmienić, że ktokolwiek mi może pomóc. Właściwie to już wszyscy się ode mnie odwrócili. Nikt mnie nie szukał, nikt na mnie nie czekał, nie widziałem przed sobą żadnej przyszłości. Totalny dół. Nie wiem, co mną kierowało, kiedy szedłem do ośrodka uzależnień na pierwszą wizytę. Teraz wydaje mi się, że jeszcze miałem tę iskrę życia, a co najważniejsze, tliła się we mnie nadzieja, że może coś… Nie potrafiłem tego wtedy określić, nie wiedziałem, po co idę, co chcę osiągnąć. Ten wątły płomyczek nadziei w tamtym czasie nie pozwalał określić czegokolwiek. Jednak (teraz tak to widzę) już wtedy prawdopodobnie czułem, że tak jak w cytacie: „ja chcę przestać pić”, właśnie ta niewielka, cieniuteńka nadzieja skierowała mnie do tego ośrodka. Od tamtego momentu minęło trochę czasu, czasu, który z dnia na dzień utwierdzał mnie w przekonaniu, jak ważna jest nadzieja. Nadzieja, że mimo z pozoru beznadziejnej sytuacji, byłem w stanie odmienić swoje życie, znaleźć z pomocą ludzi rozwiązania, stać się innym człowiekiem. Ale po kolei. Pierwsze zalążki wiary, którą zacząłem budować właśnie dzięki nadziei, że jestem w stanie coś zmienić, dała mi moja indywidualna terapeutka, a później terapeuta z terapii wstępnej. To oni zaszczepili u mnie nadzieję na lepsze jutro. To od nich dostałem wskazówkę, bym poszedł na mityng Wspólnoty Anonimowych Alkoholików. To były moje początki. Terapię już miałem raz przepracowaną i nie wiązałem z nią zbytnich nadziei, że coś się zmieni. Dziś widzę, że błędnie wtedy myślałem i źle oceniłem, bo dużo z terapii wyniosłem i skorzystałem. Ale ten ówczesny brak nadziei na efekty terapii pozwolił na skierowanie większych jej pokładów w kierunku Wspólnoty. Wspólnoty, której uchwyciłem się jak przysłowiowy tonący brzytwy. Chodziłem na mityngi, z nadzieją czekałem na zmiany. Przecież wielu ludzi ze Wspólnoty mi to obiecywało, więc trzymałem się tego i znów miałem nadzieję. To właśnie ta już bardziej sprecyzowana nadzieja skłoniła mnie do podjęcia się pierwszej służby (herbatkowy). Teraz wiem, jak ważny to był element mojego rozwoju. A przecież wtedy ja miałem tylko nadzieję, że dzisiaj się nie napiję. Nie myślałem jeszcze wtedy o zmianie swego stylu życia, choć dotychczasowy powoli zaczynał mi doskwierać. Wtedy otrzymałem następną informację – znajdź sobie sponsora i przepracuj z nim Program 12 Kroków. I znowu musiałem mieć nadzieję, że znajdę takiego gościa, że będzie to właściwy człowiek, i w końcu, że dam radę przebrnąć przez wszystkie dwanaście Kroków. Znalazłem właściwego człowieka (a właściwie to on mnie znalazł), przepracowałem Program i moje nadzieje na spełnienie marzeń zaczęły się urzeczywistniać. Każdy dzień przynosił zmiany, każdy dzień mnie zaskakiwał, każdego dnia byłem w stanie jeszcze wprowadzić w życie coś, czego wcześniej nawet nie znałem. Myślę sobie, że to właśnie te niesprecyzowane wcześniej nadzieje na lepsze jutro zaczęły się urzeczywistniać, tworzyć moją inną, nową, lepszą osobowość. Dzisiaj z wiarą i nadzieją patrzę w przyszłość, wiem, co mam robić. Jestem silnie umocowany we Wspólnocie, która potrafiła zestaw niesprecyzowanych bliżej nadziei przekuć w wiarę w siebie, wiarę w otaczających mnie ludzi i wiarę w nadzieję, która jest trwałą wartością i której nigdy nie mogę porzucić. To ona uratowała mnie przed depresją, przed zaniechaniem  jakiegokolwiek działania, przed zatopieniem się w nałogu. Na tę chwilę, jak nieraz słyszę na mityngu, mam nadzieję, że „dzisiaj nie sięgnę po pierwszy kieliszek”, resztę jestem w stanie sam rozwiązać. W książce „Dasz Radę” ks. J. Kaczkowskiego przeczytałem takie zdanie: „z nadzieją jest jak ze wszystkim w życiu – mądre gospodarowanie nią ustawia wiele spraw w odpowiedniej perspektywie”. Na dzień dzisiejszy tym się kieruję. Mam nadzieję sumiennie wywiązywać się z obowiązków męża, ojca, dziadka, mam nadzieję pomóc jeszcze nie jednej osobie, mam nadzieję być zaufanym sługą w służbach na rzecz Wspólnoty. W końcu mam nadzieję, że resztę życia spędzę godnie i pożytecznie w pogodzie ducha bez względu na spotykające mnie sytuację.
Tak jak napisał Jan Kochanowski:
 Nie porzucaj nadzieje,
Jakoć się kolwiek nie dzieje:
Bo nie już słońce ostatnie zachodzi,
A po złej chwili piękny dzień przychodzi. (fragment Pieśni IX)
Takich pięknych dni Wam wszystkim życzę.
    Rysiek AA


CZĄSTKA MNIE - NADZIEJA

Nadzieja umiera ostatnia. Kiedy trafiłem na odwyk, nadzieja trzymała mnie przy życiu. Miałem dość swojego życia, wszystkiego. Ale tliło się malutkie światełko, które dla mnie było chyba ostatnią szansą. Wydawało mi się, że nie da się poukładać tego wszystkiego, co rozwaliłem. A jednak krok po kroku powstawałem jak feniks z popiołów. Trwało to bardzo długo i nadal trwa. Nadzieja, że mogę nie pić, stała się marzeniem, które pielęgnowałem, jak swoją (na początku) abstynencję, a teraz trzeźwość. Od ludzi z AA dowiedziałem się, jak Oni sobie radzą. Terapeuci dali mi narzędzia i wiedzę. Potrzebowałem tylko to poukładać i spróbować na nowo żyć. Bez gorzały i kłamstw. Jakże to było trudne! To, że jestem alkoholikiem, przyjąłem bez kłopotu, ale że mam nie pić do końca życia, jeśli chcę być trzeźwy, to był „kosmos”. Nie mogłem się zgodzić, że będę musiał zrezygnować z czegoś, co było najważniejsze na świecie. Cholerna butelka była moim bożkiem, którego czciłem, nosiłem, dbałem o niego. Nie było ważne nic i nikt. Nie obchodziło mnie, co myślą i mówią inni. Nie obchodziło mnie, że rozpadała się moja rodzina, odchodzili bliscy i znajomi. Najważniejsze wtedy było tylko ja i moja „ukochana”. Tak wtedy myślałem. Ale spotkałem terapeutę, później drugiego… Bardzo dużo zawdzięczam pewnemu Węgrowi, który wlał w moje serce kroplę nadziei, że mogę być inny. Szczęśliwy, wesoły i trzeźwy, ale czeka mnie ciężka praca, aby tak było. To On zaproponował mi, abym powąchał moje małego syna, gdy przyjdzie mnie odwiedzić. A później mi powiedział, że stracę Go i Jego zapach, jeżeli nie przestanę pić. To na mnie zadziałało. Płakałem, gdy się z synem żegnałem po odwiedzinach. Od tego czasu minęło kilka lat. Lat ciężkiej pracy i potknięć, ale też lat sukcesów. Nie udało mi się wszystkiego „naprawić”, ale nie mam wrogów i nie odwracam głowy, kiedy kogoś spotkam na ulicy. Dziś nie wstydzę się, że coś zrobiłem nie tak, jak powinienem. Praca na krokach AA pokazała mi drogę ku trzeźwości, ale też normalności. Każdy mityng daje siłę, nadzieję i pokazuje, że życie bez „procentów” jest fajne. Czytając literaturę aowską utwierdzam się w tym, co robię. Moje życie nie jest usłane różami. Są i trudne dni, z którymi sobie radzę, raz lepiej, raz gorzej. W dodatku mam bliskie osoby, które mi pomagają. Na mityngu i na terapii dowiedziałem się, że samemu nic nie zrobię. Dziś mam znajomych, nawet przyjaciół, do których mogę zadzwonić o każdej porze dnia. To Oni są moją nadzieją i pomocą w trudnych chwilach. Chociaż nie mieszkam z synem, to mamy super kontakt. Spotykamy się, On czasem nocuje u mnie i kocham Go tak samo, jak kilka lat temu, gdy Go wąchałem. Napiszę Wam jeszcze o moim Aniele. Pojawił się w moim życiu, kiedy byłem już rok po terapii. Mieszkałem sam i byłem w trakcie rozwodu. Pojawił się nagle, nie wiadomo skąd. Dał mi nadzieję, że mogę kochać i być kochanym. Objął mnie swoimi skrzydłami i dał energię i siłę. Czułem się bezpiecznie w jego ramionach. Każdego dnia dziękuję mojej Sile Wyższej, że Go zesłała. Dziś wiem, że mój Anioł jest czymś, o czym nawet nie marzyłem. Kiedy wieczorem, kładę się spać, jest obok mnie i tuli mnie, a rano, gdy wstaję –  uśmiecha się do mnie.
Nadzieja jest tym czymś, czego nikt i nic nie może mi tego zabrać. To cząstka mnie i póki ja żyję, Ona jest ze mną.
Marcin AA


NADZIEJA

Jest to stan oczekiwania że coś się spełni – takie określenie znalazłem grzebiąc trochę w Internecie. Ale muszę wrócić do początków swojego zachowania w okresie, kiedy intensywnie piłem. Otóż po większości swoich ciągów alkoholowych, kiedy trochę doszedłem do siebie , miałem wiarę i nadzieję, że teraz tak głupio i beznadziejnie się nie upiję, że tak nie można... itd. Zresztą większość z nas zna takie swoje wewnętrzne gadanie, usprawiedliwianie siebie i przekonanie, że następnym razem, kiedy trafi się okazja do wypicia, to wszystko ułoży się dobrze i wrócę jak ,,człowiek” do domu. Niestety niewiele z tych moich życzeniowych ,,nadziei” się spełniało, bo spełnić się nie mogło. Była to nadzieja chorego człowieka, a raczej mrzonka, że stanie się jakiś cud i... I właśnie, co? Ale odmieniło się, kiedy spotkałem się ze swoją rzeczywistością, kiedy uderzyłem w tak zwaną ścianę, albo jak to się u nas mówi, dosięgnąłem swojego dna. Swoje trzeźwienie rozpocząłem od terapii w przychodni przeciwalkoholowej i miałem nadzieję, że tam, w tej przychodni ci mądrzy ludzie nauczą mnie pić normalnie – tak jak mogą pić inni ludzie. A tu nic z tych rzeczy. Wręcz przeciwnie – dowiedziałem się, że dla mnie alkohol się skończył i żebym sobie wybił z głowy mrzonki o jakimś tam powrocie do tzw. picia  kontrolowanego. No i moja nadzieja prysła. Chodziłem na terapię, a po jakimś czasie poszedłem na swój pierwszy miting. Takie były sugestie, więc „na odczepnego” poszedłem, żeby terapeutka nie czepiała się mnie. O dziwo, spodobał mi się ten mój pierwszy miting. Nie musiałem „mówić”, z mówieniem miałem duże kłopoty, bo wszystko było tajemnicą. Po jakimś czasie zaobserwowałem, że osoby, które często chodzą na mitingi mają pogodę ducha, że ci ludzie są zadowoleni wewnętrznie, w przeciwieństwie do mnie. U mnie wtedy myśl goniła myśl, mało było spokoju, nie potrafiłem żyć tu i teraz i zazdrościłem kolegom, że są tacy pogodni. Gdzieś w głębi ducha miałem jednak nadzieję, że kiedyś, tak jak oni, osiągnę taki stan. W końcu na jednym z mitingów podpytałem się takiego weterana, co zrobić, żeby być pogodnym tak jak oni. Odpowiedź była bardzo prosta: „więcej i częściej chodź na mitingi". Pomyślałem: „też mi rada!" Ale to właśnie ci koledzy z większym stażem i doświadczeniem mieli rację. Kiedy zacząłem częściej chodzić na mitingi, też stałem się bardziej pogodny i wyciszony. Moje oczekiwanie, moja nadzieja zaczęła się spełniać. Jestem przekonany, że nadzieja bez wiary nie ma racji bytu. To w AA nastąpił mój powrót do wiary i jednocześnie do nadziei, że moje życie w wielu aspektach się odmieni na lepsze – od osobistego do tego związanego z pracą, domem, relacjami z innymi ludźmi. W swoim trzeźwym życiu przeżyłem też wiele trudnych chwil, kiedy potrzebowałem wiary i nadziei, kiedy odchodziły bliskie mi osoby. I zawsze tak się jakoś działo, że pojawiały się osoby, które mi w tych trudnych chwilach pomagały. Nie zostawałem sam z problemami. Było to dla mnie ważne. Moje dzisiejsze życie duchowe opieram głównie na wdzięczności. Ale też proszę Boga o pomoc w pozbyciu się moich wad charakteru, bo przecież nie jestem ideałem. Nadzieja i wiara są bardzo ważnę w moim życiu. Mam nadzieję, że pozostanę wolnym od alkoholu na zawsze. Lecz sugestie mówią: „nie pij tylko dzisiaj", więc tak robię i mam nadzieję, że tak mi pozostanie.
Pozdrawiam i do zobaczenia na mitingach.
L – alkoholik

MOJE MITYNGI

Mój pierwszy mityng był przymusowy, musiałam być na kilku, żeby rozpocząć terapię zamkniętą. Niewiele z niego pamiętam, byłam potwornie zdenerwowana, speszona i czułam się tam bardzo obco. Prawdopodobnie przyznałam się, że jestem pierwszy raz, i pewnie dostałam brawa, ale w ogóle tego nie pamiętam. Byłam sparaliżowana strachem. W pamięci pozostała mi tylko wątpliwość: czy ja dobrze trafiłam, czy jestem we właściwym miejscu, czy naprawdę jestem taka sama, jak oni? Usłyszałam opowieści o rozbitych rodzinach, o przepitych domach, samochodach, a ja? Co ja tu robię, biedna myszka, rodzinę wciąż mam, tak, mój mąż ma inną kobietę, ale to wciąż mój mąż, przecież mieszkamy razem, przecież ja go kocham. Mam gdzie mieszkać, no tak, przepiłam oszczędności córki (około 2 tysięcy), nie mam pracy, ale to przecież coś innego niż te ogromne długi i straty, o których usłyszałam, prawda? Czułam się jakaś inna i to mi przeszkadzało. Nawet nie chodziło o to, że byłam lepsza czy gorsza. Ja bardzo chciałam być wreszcie KIMŚ, chciałam znać o sobie jakąś prawdę, gdzieś się odnaleźć, mieć swoje miejsce. Może dlatego tak bezboleśnie pogodziłam się ze swoją chorobą, nareszcie byłam kimś – lekomanką i alkoholiczką. Nie jest to powód do dumy, ale też nie czułam wstydu z tego powodu. Wstydziłam się wielu swoich wad, zachowań, gdy piłam, ale ta prawda o mnie była mi potrzebna. Chciałam się czuć swojsko, ale na tym pierwszym mityngu tak się nie czułam. Na następnych też nie, chociaż bez tego zdenerwowania było mi na nich lepiej. Czasami wzruszałam się do łez słuchając innych. Najlepiej czułam się na terapii zamkniętej, przeżyłam tam wspaniałe chwile. Gdy czytałam swój życiorys, byłam najszczęśliwszą osobą na świecie (nareszcie ktoś cierpliwie wysłuchał tego wszystkiego, co miałam do powiedzenia). Bardzo związałam się ze swoją grupą – na zajęciach, mityngach, tu było „u siebie" i „na swoim miejscu". Jak już się tak dobrze poczułam, to zaczęłam narzekać: dlaczego wszystko musi zaczynać się i kończyć Bogiem, dlaczego wciąż muszę się modlić, klękać, prosić i czekać na Łaski? Czy ja nie mogę sama? Przecież tak dobrze mi idzie, nie piję już drugi miesiąc? Oczywiście, nikt mi nie kazał wierzyć, klęczeć i modlić się, ale ja tak odbierałam mityngi – bez Siły Wyższej nic dobrego się nie wydarzy. Ja po prostu nie słuchałam uważnie, nie chciałam korzystać z pomocy, którą podawano mi pod nos, na tacy: „posłuchaj, uwierz, spróbuj", ja chciałam koniecznie po swojemu. Częściej byłam na terapii, na warsztatach, na nawrotach, niż na mityngach. Codziennie chodzić na mityng? A kto ma na to czas? Tak, spotkać się na mityngu ze znajomymi bardzo chętnie, ale żeby tak raz czy dwa w tygodniu po półtorej, czasem dwie godziny!? Jeszcze dojazdy, to takie czasochłonne. Skończyłam terapię zamkniętą, wróciłam do Poradni na terapię ambulatoryjną (wcześniej mnie z niej wyrzucono), mąż rozwiódł się ze mną, przyjaciele z OTU rozpierzchli się do swojego życia. Nie upłynął rok od mojego pierwszego mityngu, gdy przyszedł czas płacenia za swoją głupotę, za to, że chciałam „po swojemu", a nie tak, jak inni w AA. Zaczęłam brać tabletki. Dwa lata szarpaniny, obłudy, wstydu, poczucia bezradności i bólu. Wciąż leczyłam się w poradni, tam byłam trzeźwa, ba, nawet opowiadałam o swoich doświadczeniach (omijając wszakże prawdę o nałogu), a po zajęciach, jakby w nagrodę za miło spędzony czas – garść tabletek. Bałam się alkoholu, ostatnie moje duże picie omal nie skończyło się samobójstwem. I uparcie nie chodziłam na mityng. Po dwóch latach firma farmaceutyczna przestała produkować moje tabletki. Nie szukałam innych, a alkoholu wciąż się bałam. I tak zostało – jestem trzeźwa. Przyszły inne kłopoty – moja Mama zachorowała, trzeba było zainstalować Ją w Domu Opieki, zająć się Jej mieszkaniem i, oczywiście, zaopiekować się Mamą. Znów nie miałam czasu na mityngi. Opiekowałam się Mamą jak mogłam najlepiej i dawało mi to wiele radości. Mijały miesiące, lata. Mama trafiła do szpitala, okazało się, że jest śmiertelnie chora i wtedy coś się wydarzyło. Wracałam od Mamy zrozpaczona i myślałam: co dalej? Przecież za tydzień, za miesiąc, czy dwa Mama odejdzie! Dopiero co Ją zdobyłam (bo wcześniej nigdy nie byłyśmy sobie zbyt bliskie), nareszcie Ją polubiłam, właściwie to Ona pomogła mi trzeźwieć, i teraz ma odejść? Jak sobie poradzę? I wtedy usłyszałam swoją myśl (dziś wiem, że to był głos Boga) – MUSZĘ PÓJŚĆ NA MITYNG! Bo nie dam sobie rady sama. Poszłam... i chodzę do dziś. Minęły ponad trzy lata od tamtej „Boskiej" chwili. Wciąż jestem na jakimś mityngu, słucham, wzruszam się, czasem płaczę i czuję się „u siebie". Teraz, kiedy nie muszę już wszystkiego sama i po swojemu, inaczej brzmią słowa słyszane na mityngach. Ja po prostu nareszcie słyszę wszystko to, co mówią inni. Jestem taka sama jak Wy, co chwila chcę powiedzieć: ja mam tak samo! Nic mi nie przeszkadza, nic nie jest zbędne, nareszcie znalazłam swoją Siłę Wyższą, bardzo chętnie klęczę, codziennie się modlę, czytam „nasze" książki. Odnajduję w tym wszystkim siebie i Boga, który zawsze jest obok mnie. Moja Mama odeszła, ale lubię myśleć, że kiedy Bóg wskazywał mi drogę na mityng, Ona szła razem ze mną i trzymała mnie za rękę.
Iwona AA


2 LATA PÓŹNIEJ

Zgarnęli mnie, gdy miałem niespełna 41 lat. Miałem wtedy w plecaku 9 wyroków: dwa za wyłudzanie (już przedawnione), trzy za prowadzenie samochodu pod wpływem alkoholu (w tym jeden przedawniony) i cztery za prowadzenie samochodu wbrew zakazowi sądowemu. W momencie gdy dotarłem na Białołękę, miałem do odsiadki 3 lata i 3 miesiące. Potem 1,5 roku mi zawiesili, w sumie odsiedziałem 19 miesięcy. Rok po wyjściu przesiedziałem jeszcze 8 miesięcy na obrączce. Gdy piszę te słowa mam ponad 44 lata i wisi nade mną jeszcze jeden, dziesiąty w kolejności wyrok: 3 miesiące odsiadki za niepowrócenie z przerwy. Taki jest mój niechlubny bilans zatargów z prawem. Ufam, że już się nie powiększy. Gdy rozpoczynałem odsiadkę, nie piłem od 5 i pół roku. Miałem świadomość, że jestem alkoholikiem. Dlatego nie piłem. Ale nie miałem świadomości tego, co dzieje się w moim życiu. Dlatego ćpałem. Przećpałem kilka z tych  lat abstynencji od alkoholu. Miałem za sobą kilkadziesiąt mityngów AA, ale niewiele z nich rozumiałem i jeszcze wówczas „nie zatrybiłem”. Nie piłem ze strachu, bo doświadczyłem już spustoszeń, jakie pod wpływem alkoholu poczyniłem w swoim życiu. Ćpanie jakoś udawało mi się utrzymywać, pod jako taką kontrolą. A przynajmniej w mojej pokrętnie zracjonalizowanej rzeczywistości tak to wówczas widziałem. W początkowej fazie odsiadki miałem wrażenie, że świat mi się zawalił. Byłem całkowicie sam. Ludzie na wolności mieli już szczerze dość mojego postępowania i zapewne cieszyli się, że trochę ode mnie odpoczną. Należę do grupy raczej „strachliwych inteligentów”, zatem w puszce czasem udało mi się zabłysnąć, ale z reguły byłem z boku. Nie grypsowałem, nie ćwiczyłem, nie miałem kumpli „z miasta”. Było mi trudno. Moja wiedza i umiejętności zawodowe były nieprzydatne w celi. Z czasem, gdy już się trochę ogarnąłem leżąc dzień za dniem na swojej kozetce, zacząłem zastanawiać się nad tym, jak to się stało, że po 41 latach – wydawać by się mogło – błyskotliwego życia, siedzę w pierdlu. Zacząłem szukać odpowiedzi na pytanie: jak żyć? Jak żyć, gdy wyjdę? Jak żyć, aby tu nie wrócić, ale też jak żyć, aby wreszcie przestać krzywdzić zarówno siebie, jak i innych ludzi? Zbliżyłem się do Boga. Chodziłem na msze. Modliłem się. Wyspowiadałem się. Zacząłem spisywać swoje przemyślenia. Trochę pomogło. Przestałem wreszcie biadolić, a zacząłem szukać prawdziwych odpowiedzi na pojawiające się pytania. Od początku odsiadki chodziłem na cotygodniowe mityngi. Rok przesiedziałem na zamku, na oddziale przejściowym. Na mityngi chodziło kilka osób, czasem byłem sam, mogłem więc otwarcie pogadać z dwoma facetami przychodzącymi na mityngi z wolności. Zacząłem czytać aowską literaturę. Samodzielnie przerobiłem kroki. Tak jak umiałem, po swojemu. Szczególnie ważne były czwarty i ósmy. Wypisałem uczciwie wszystkie swoje wady. Te, które „zaprowadziły” mnie za kratki, ale też i wszystkie inne. Przed samym sobą nie miałem nic do ukrycia, a warunki sprzyjały do bycia uczciwym. Miałem czas, aby krok po kroku przemyśleć całe swoje dotychczasowe życie. Nieraz ziomki z celi grali w karty, albo oglądali „M jak miłość”, a ja siedziałem i pisałem. Czułem, że z czasem jest mi coraz lżej. Sporządziłem listę osób, które skrzywdziłem. Nazwałem konkretnie po imieniu, jakie draństwo wyrządziłem każdemu z nich. Lista miała 33 pozycje. Najczęściej przewijające się sprawy to: nieuczciwość, wyłudzenie pieniędzy, kłamstwa, egoizm i zdrada. W stosunku do każdej z tych osób odpowiedziałem na pytanie: „jak zamierzam zadośćuczynić im wszystkim?”. Pisałem i pisałem. Czytałem aowskie refleksje, uczyłem się na pamięć Desideraty, na każdym spacerze jedno zdanie. Powoli znikały z mojej duszy złe myśli o sobie. Krok po kroku porządkowałem swoją przeszłość i krok po kroku coraz klarowniejsza wydawała się odpowiedź na pytanie „jak żyć?” Do niektórych osób ze swojej listy zadzwoniłem i przeprosiłem. Do niektórych napisałem i przeprosiłem. Niektórzy nie odpisali, niektórzy nie byli gotowi wybaczyć, większość jednak przyjęła moje nowe oblicze z życzliwością. Bez entuzjazmu, bo przecież dobrze mnie znali z przeszłości, ale z gotowością na „nowe otwarcie”. Poczułem, że to jest właściwy kierunek. Trwało to około roku. Dwanaście miesięcy, które spędziłem w wielu celach, z wieloma ludźmi, których dzisiaj już nie pamiętam, podczas tych miesięcy wieczorami siedziałem, myślałem i pisałem. A także działałem. Gdy przeszedłem na półotworek, trafiłem do innej aowskej grupy. Wieloosobowej, żyjącej aktywnie aowskim przesłaniem. Zaaklimatyzowałem się. Tam też poznałem Waldka, który przyjechał do mnie na widzenie, wziął mnie do siebie na przepustkę, i którego po pewnym czasie poprosiłem o sponsorowanie. Poczułem się gotowy na prawdziwą realizację 12 kroków. Dziś jestem dwudziesty szósty miesiąc na wolności i pracujemy wspólnie nad 5 krokiem. Wyszedłem po 19 miesiącach, urwałem na wokandzie 2 miesiące. Z dzisiejszej perspektywy wiem, że odsiadka to był bardzo ważny okres w moim dorosłym życiu. Trudno powiedzieć, że najbardziej pozytywny, bo był przecież okropny i nigdy nie chciałbym wrócić do puchy. Ale efekty pobytu w więzieniu mają trwałe pozytywne skutki w moim dzisiejszym, wolnościowym życiu. Poza tym, na co zapracowałem samemu, zadziało się jeszcze coś, co zaistniało niezależnie ode mnie. Co nie jest moją zasługą. Być może zasługą mojej gotowości do zmiany. Mianowicie: podczas odsiadki zmieniły mi się priorytety. Tak jakby ktoś poprzekładał mi puzzle w głowie. W mojej mapie świata jest tak, że jest to działanie Siły Wyższej ode mnie. Że to nie ja, ale „coś” za mnie poukładało mi klocki w życiu na nowo. Większość spraw, za którymi uganiałem się przez większość życia, stała się po prostu dla mnie nieistotna. Przestałem chcieć ciągle „więcej”. Zaakceptowałem to, co mam. Żyję uczciwie. Wobec siebie i innych. Mówię prawdę. Nie potrzebuję niczego więcej, poza tym, co mam. Jestem szczęśliwy. Nie wiem dokładnie jak to się stało, ale ta przemiana nastąpiła podczas siedzenia w puszce. Czuję, że dobrze wykorzystałem ten czas. Zdaję sobie też sprawę, że więzienie uwolniło mnie od wielu złych rzeczy w moim poprzednim życiu. Nigdy więcej nie chciałbym tam wrócić. Ale wszystko wskazuje na to, że to dobrze, iż tam trafiłem.
Przemek
21 października 2016