MITYNG 02/236/2017

DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO



ODPOWIEDZIALNOŚĆ W SŁUŻBIE

Odpowiedzialność to słowo, którego znaczenie znałem tylko z jednego powodu. Przez większą część mojego życia „odpowiedzialnie” zajmowałem się organizacją i zapewnieniem sobie każdego dnia odpowiedniej ilości alkoholu. Mogę powiedzieć, że służyłem ofiarnie jednemu panu. Ot, cała odpowiedzialność w służbie. W chwili, kiedy w końcu zrozumiałem, że doprowadzi mnie to do śmierci lub w najlepszym przypadku do pozostania bez rodziny, pracy i domu, poprosiłem o pomoc. Na początek była to terapia. Tam dostałem informację o Wspólnocie Anonimowych Alkoholików i od tej chwili, może nie od razu, ale to tu zmieniło się moje postrzeganie odpowiedzialności i służby. W terapii otrzymałem narzędzia do dbania o siebie: co powinienem robić, by nie sięgnąć po pierwszy kieliszek. Wspólnota nauczyła mnie jak żyć bez alkoholu, jak otworzyć się na otaczający mnie świat, jak zaakceptować ludzi, z którymi spotykam się na co dzień. Stosunkowo szybko, bo chyba po trzech miesiącach abstynencji, zgłosiłem się na mojej macierzystej grupie do służby herbatowego, choć przyznam szczerze, że do tej pory herbatę czy kawę robiłem tylko w pracy i tylko dla siebie. Tu odpowiedzialność sprowadzała się do zapewnienia grupie odpowiedniej ilości produktów i właściwe wykonanie danego napoju. Jednak i tak błahe czynności pozwoliły mi się otworzyć na drugiego człowieka, zauważyć, że mogę coś dla niego zrobić, czasem nie usłyszawszy nawet zwykłego dziękuję. Powoli, acz niezauważalnie rodziły się we mnie zalążki pokory. Nie minęło dużo czasu, a moja Siła Wyższa tak pokierowała moim losem, że w momencie, kiedy już jakiś czas pracowałem nad Programem AA ze sponsorem, za delikatną namową przyjaciół i z ich akceptacją, objąłem służbę prowadzącego mityng. Tu już radykalnie zmieniła się skala odpowiedzialności. Otrzymałem klucze od sali, otrzymałem materiały niezbędne do właściwego prowadzenia mityngu, poznałem również zakres „praw i obowiązków”, jakie na mnie spoczną po objęciu służby. Tak, nie pomyliłem się, tak właśnie uważam, miałem prawo do przerwania wypowiedzi zbyt odbiegającej od tematu, w taki sposób, by nie urazić mówiącego, miałem prawo do wyboru dodatkowych tematów, takich by zainteresowały, zaintrygowały uczestników mityngu. W tych „prawach” kryje się jednak duża doza odpowiedzialności, zwłaszcza wobec drugiego człowieka. Jeszcze większa odpowiedzialność spoczywała na mnie biorąc pod uwagę „obowiązki”. Choćby ten jeden podstawowy, związany z otwarciem pomieszczenia na czas. Piszę te słowa z perspektywy czasu, jaki minął, i wdzięczny jestem niezmiernie za to doświadczenie. Teraz wiem, że ludzie, którzy mną wtedy pokierowali, nauczyli mnie poprzez obowiązkowość i odpowiedzialność bycia pomocnym dla drugiego człowieka. To ja musiałem być świadomy faktu, że ktoś – może tylko dla próby – przyjdzie pół godziny wcześniej, tak tylko sprawdzić, a zastając drzwi otwarte, zostanie na mityng. Podobnie po mityngu, kiedy wszyscy już się pożegnają i rozejdą do swoich domów, ktoś, może nie do końca trzeźwy, wyjdzie z cienia z myślą: znowu mi się nie udało. Tak właśnie było, choć wtedy wcale się tego nie spodziewałem, powiem więcej – nie byłem na takie sytuacje przygotowany. Była to dla mnie nieoceniona nauka. Kiedy uporządkowałem swoje życie, czyli skończyłem Program Kroków, sponsor zaproponował mi, bym skorzystał z oferty, jaką w dalszym ciągu ma dla mnie Wspólnota i nauczył się żyć w społeczeństwie, a i zweryfikował swoją postawę na mityngach czy grupie. Zaproponował, bym przepracował z nim spisane przez Billa Tradycje AA. Dowiedziałem się wtedy, jakie znaczenie ma jedność i że wcale nie oznacza to jednomyślności, że służba to nie władza, a na mityngu może przebywać każdy, kto choć przez chwilę pomyśli o zaprzestaniu picia. Moje podejście do służb też zaczęło się zmieniać. Zacząłem zauważać, jak ogromne znaczenie ma każda, choćby najdrobniejsza służba, jak wielkie zmiany zachodzą we mnie, dzięki właśnie tym służbom. Wtedy podjąłem się służby Rzecznika grupy. Mocna rzecz i duża odpowiedzialność. Dbałość o kontakty z właścicielem lokalu, zapraszanie spikerów, opieka nad resztą służb, to już wyższy stopień wtajemniczenia, inna organizacja, inne podejście, wszystko inne. Co się stało? Ano odczepiłem się od myśli o sobie, zacząłem więcej myśleć o grupie i ludziach tworzących sumienie grupy, jak i tych, którzy wpadają tylko na chwilę. Wyraźnie poczułem się odpowiedzialny za dbałość, za wzajemny szacunek, za to, by uczestnicy czuli się „zaopiekowani” i bezpieczni. Tym bardziej, że kolejne przepracowane Tradycje utrwalały we mnie przekonanie o właściwej drodze, bez zbędnych polemik, bez rozdrabniania głównego celu, bez afiszowania się na zewnątrz. A jedynie naszą – jako grupy – postawą sprawiać, by ludzie chcieli bywać na tych mityngach, by czuli się tu bezpiecznie i pewnie. I to wszystko bez wywyższania się, tak po prostu anonimowo, bez fanfar i peanów na cześć. Ponad osobistymi ambicjami. Teraz, kiedy piszę te słowa, pełnię służbę Mandatariusza na innej grupie, uczestniczę również czynnie w służbach Intergrupy. Dbam o swoją grupę, wiem, że zostałem obdarzony dużym zaufaniem, gdyż mogę samodzielnie podejmować decyzje, że jestem odpowiedzialny za kontakty z Intergrupą, jak również za to, by starać się zapobiegać niepotrzebnym problemom przerastającym możliwości grupy. By dobrze wypełniać swoje obowiązki, by właściwie służyć Wspólnocie, podjąłem jakiś czas temu pracę z drugim sponsorem nad właściwym zrozumieniem Koncepcji – trzeciego legatu Wspólnoty AA. Tak właśnie rozumiem odpowiedzialność w służbie, służbie, na którą zgłaszam się odpowiedzialnie, a nie pod presją chwili, by za tydzień z niej rezygnować, bo nie daję rady, bo jednak nie przemyślałem tego do końca. Z drugiej strony, jako członek sumienia grupy czy Intergrupy, odpowiedzialnie głosuję na człowieka, o którym wiem, że będzie z poświęceniem pełnił swą służbę, że nie jest to osoba wybrana z „łapanki” na zasadzie lepszy ten, niż żaden. Dużo się zmieniło od czasu, kiedy byłem herbatkowym, dużo się zmieniło w moim życiu, stałem się – stosownie do swojego wieku – bardziej dojrzały, zorganizowany, odpowiedzialny. To, co kiedyś mi przeszkadzało, teraz bardzo dobrze funkcjonuje, nie tylko w życiu naszym wspólnotowym, ale też w życiu prywatnym i zawodowym. Wiele doświadczeń ze służby w grupach przenoszę na łono rodziny czy do pracy zawodowej. Każdy ma prawo do uczestnictwa, każdy powinien we własnym sumieniu zdecydować o czynnym uczestnictwie w grupie poprzez głosowanie i, co bardzo ważne, w każdej dziedzinie życia – warto wysłuchać głosu mniejszości, niejednokrotnie jest to bardzo wartościowy głos. Odpowiedzialność w służbie to dla mnie nauka odpowiedzialności w życiu, to spokój i opanowanie w najbardziej stresujących sytuacjach, to rozwaga i satysfakcja z właściwie podjętej decyzji, to również pokora i wdzięczność za doświadczenia z popełnionych błędów. Kiedy podejmowałem się służby herbatowego, nie wiedziałem, że rozpoczynam wspaniałą drogę rozwoju, za którą teraz codziennie dziękuję swojej Sile Wyższej. Nie każdy z niej korzysta, nie każdy jest w stanie pokonać swoje przyzwyczajenia i nawyki, by stosować te zasady we wszystkich swoich poczynaniach, przekładając je ponad osobistymi ambicjami. Wiem jednak, że każdy jest w stanie tego dokonać, gdy tylko poweźmie taką decyzję, kiedy zdecyduje się na ten pierwszy skromny Krok. Wszystkim niezdecydowanym z całego serca tego życzę.

Rysiek AA


PATRZYŁAM ŚMIERCI W OCZY

Mam na imię Asia i jestem alkoholiczką, i o tym nie mogę zapomnieć ani na chwilę. Nie piję 7 lat i 6 miesięcy. Przez cały czas swojego trzeźwienia pracuję nad sobą, nad zmianą swojego sposobu myślenia. Podczas swojego trzeźwienia, bez kieliszka wódki, pokonałam wiele ciężkich życiowych sytuacji. Były okresy w moim życiu, kiedy zastanawiałam się, dlaczego ja jeszcze nie siedzę przy butelce. Często przychodziły chwile, kiedy ogarniała mnie bezsilność i przychodziły myśli: po co to wszystko? a może się napić?, ale je odganiałam i nie piłam. W ostatnim czasie przekonałam się, jak ta choroba jest podstępna i groźna. Pracuję w ochronie i mój dyżur trwa 24 godziny. Zawsze, oprócz jedzenia, biorę do pracy 1,5 l wody mineralnej. 4 grudnia 2016 nie wzięłam wody. Już od samego rana chciało mi się bardzo pić i to czegoś gazowanego. Mogłam wyjść do sklepu, ale nie chciało mi się, bo było zimno. Pracuję w obiekcie, gdzie trwają roboty wykończeniowe, więc gdy robotnicy wyjdą, mam możliwość przespać się w nocy. W ciągu dnia pragnienie gasiłam herbatą i mandarynkami, ale niewiele to pomagało. To, że chce mi się pić, tłumaczyłam mrozem. Około godziny 21:30 położyłam się spać wiedząc, że w nocy mają przyjść jeszcze jacyś robotnicy. No i po około godzinie usłyszałam głosy. Wyszłam do tych ludzi. Powiedzieli, że przyszli zakładać rolety, a ja delikatnie powiedziałam, żeby sobie robili, co mają robić. Pokazałam, w którym pokoju będę spała i powiedziałam, że jakby czegoś potrzebowali, to niech pukają i mnie obudzą. W tym momencie jeden z nich podał mi puszkę, nie wiem jak to się stało, nastąpiło całkowite zaćmienie umysłu, byłam całkowicie przekonana, że podaje mi napój energetyczny. Nawet na jego pytanie, czy lubię, odpowiedziałam, że tak, a w myślach miałam jedno „chociaż jeden człowiek na tej ziemi pomyślał o mnie i dał mi coś gazowanego do picia”. Co się działo później, przerosło moje wyobrażenie o nawrocie i głodzie alkoholowym. Weszłam do małego pokoiku bez okien, złapałam z upragnieniem za zawleczkę od puszki, lekko zaczęłam ją odchylać i w jednym momencie przeszła mi przez głowę myśl a może to jest piwo i jednocześnie usłyszałam „sssss”. Po pokoiku uniósł się zapach piwa cytrynowego, które bardzo lubię (nie piszę, „które lubiłam”, ponieważ nadal, gdy poczułam zapach, z chęcią bym się go napiła). Wpadłam w panikę, zaczęłam biegać po tym małym pokoju, a w głowie miałam chaos myśli – co zrobić z tą puszką? W końcu postanowiłam wynieść ją na klatkę schodową. Zapaliłam papierosa, obok postawiłam otwartą puszkę. Cała się trzęsłam, a moje pragnienie jeszcze bardziej się wzmogło. Zaczęłam histerycznie płakać, nie wiedząc, czy mam się napić, czy nie. W pewnym momencie zaczęłam się modlić, a modlitwa ta była trochę dziwna, ponieważ wyglądało to następująco: Panie Boże pomóż, a za chwilę myśl, że przecież nikt nie będzie wiedział; Panie Boże pomóż, a za moment: przecież nikomu nie powiem, że się napiłam; Panie Boże pomóż, i znów myśl: ale mi się tak bardzo chce pić. Nie wiem, ile to trwało, ale po pewnym czasie uruchomiły mi się tak zwane mechanizmy obronne i zaczęłam przypominać sobie różne wypowiedzi z mityngów, które pomagały mi na początku drogi, przypomniało mi się też pytanie, które zadawałam sobie na początku trzeźwienia, a mianowicie: Co to mi to da, jeśli się napiję? Gdy zaczęłam odpowiadać sobie na to pytanie, doszłam do wniosku, że zbyt wiele mam do stracenia. Między innymi siedem lat ciężkiej pracy nad sobą i odzyskanie swoich wartości, zaufanie rodziny i przyjaciół, szacunek znajomych, jak również pracę i dom. Na takie coś nie mogłam sobie pozwolić. Na koniec przypomniało mi się, że 15 minut przed tym zdarzeniem moja przyjaciółka wysłała mi z sms z zapytaniem, czy śpię. Trzęsącymi rękoma wzięłam telefon i wysłałam sms z takim samym pytaniem. Okazało się, że nie śpi, więc zadzwoniłam. Było już po godzinie 23. Przyjaciółka rozmawiała ze mną do godziny 2:00, a gdy upewniła się, że zasnę, skończyłyśmy rozmawiać. Rano niestety musiałam wynieść to piwo dalej, ale już myślałam bardziej rozsądnie, więc postarałam się, aby nie zostawać sama. Gdy wracałam z pracy, uświadomiłam sobie, że im dalej byłam od miejsca pracy, tym czułam się bezpieczniejsza. Byłam już blisko domu, gdy zdałam sobie sprawę z tego, że czuję się tak zmęczona, jakbym stanęła ze śmiercią oko w oko i stoczyła z nią bój o życie wiedząc, że na pewno przegram. Takie walki toczyłam w swym pijanym życiu nie raz i zawsze przegrywałam. Gdy wróciłam do domu, ogarnął mnie przenikliwy lęk przed ponownym wyjściem. Bałam się, aby moja skołowana głowa nie wymyśliła, jak się jednak napić. Wiedziałam, iż w tym dniu przydałby mi się mityng lub wizyta u terapeutki. Ale jak wyjść z domu? W końcu stwierdziłam, że po to właśnie mam przyjaciół. Zadzwoniłam do przyjaciela, który mieszka najbliżej i poprosiłam go, by pojechał ze mną na mityng. Później działy się już tylko cuda. Na początku drogi do trzeźwości bardzo pomagało mi, gdy do Wspólnoty przyjmowany był ktoś nowy, rocznice i wizyty u terapeutki. Gdy z przyjacielem pojechałam na mityng, przyjmowana była nowa koleżanka. Mało tego – gdy w emocjach opowiedziałam o tym, co się ze mną działo, nowa koleżanka w trakcie mityngu, po mojej wypowiedzi, podeszła do mnie, przytuliła mnie i pocałowała mówiąc trzymaj się. Było to dla mnie wielkie wsparcie. Chyba większe niż wsparłby mnie któryś z moich przyjaciół. Gdy wróciłam do domu, miałam sześć nieodebranych połączeń. Okazało się, że to z mojej przychodni odwykowej; ostatnie było o godz. 19:50. Gdy rano oddzwoniłam, dowiedziałam się, że jestem już zapisana do terapeutki na 11:30. Później była rocznica i trzydniowy wyjazd do Niepokalanowa na warsztaty kroków. Ponieważ nie wolno mi dźwigać, przyjaciele zaopatrzyli mnie w wodę i codziennie ktoś dzwonił, albo gdy ja dzwoniłam, wspierał mnie rozmową. Czułam się jak na początku drogi, więc zwiększyłam ilość mityngów, a moja terapeutka, kiedy ma tylko wolne „okienko”, dzwoni do mnie. Potwierdziło się to, co mówiłam od początku, że ja sama to mogę usiąść tylko przy butelce, a do trzeźwienia potrzebni są mi ludzie. Gdy później zaczęłam zastanawiać się nad całym tym silnym głodem alkoholowym i jak to się stało, że się nie napiłam, doszłam do wniosku, że tak naprawdę to na długo wcześniej działo się coś ze mną, i że to dzięki swoim dwóm przyjaciółkom z AA nie sięgnęłam po to piwo. Zeszły rok był dla mnie bardzo trudny, ponieważ diagnozowano u mnie raka nerki, z tego powodu odsyłano mnie od lekarza do lekarza, ze szpitala do szpitala. Przeszłam dwie operacje diagnostyczne i dwa zabiegi związane z moją chorobą pierwotną czyli WZW C. Moje badania zaczęły się pogarszać, przez co traciłam siły, a jeszcze tyle chciałam zrobić. Ponadto rozstałam się z partnerem i zostałam sama z całym tym bałaganem. Byłam już u kresu wytrzymałości. Ponieważ w swoim środowisku AA jestem odbierana jako silna, mocna kobieta, to w końcu zaczęłam taką udawać mimo to, że nie radziłam sobie z chorobami, samotnością, złością i wieloma jeszcze innymi rzeczami. I to uświadomiły mi moje przyjaciółki, które chciałam usunąć ze swojego życia, ale zdobyłam się na ostatnią rozmowę. Po ich wyjściu wzięłam kartkę i długopis i zaczęłam pisać, z czym sobie nie radzę i doszłam do wniosku, że jestem w nawrocie. Choć nie lubię nadużywać tego słowa, to jednak to był nawrót. I świadomość, że go mam, uratowała mnie przed tym piwem. Ludzie boją się takich sytuacji i nie widzą w nich nic dobrego. Ja natomiast nie byłabym sobą, gdybym nie poszukała słonecznej strony w – bądź co bądź – przykrym doświadczeniu, bo przecież zwłaszcza takie uczą. Po pierwsze: zobaczyłam, że mimo to, że mieszkam sama, to mam przyjaciół, którzy są przy mnie, gdy tego potrzebuję i poproszę o pomoc. Po drugie: zrozumiałam, co to jest bliskość i całkiem różniła się ona od moich wyobrażeń. Ponieważ wyobrażałam sobie, że bliskość to para ludzi przytulonych do siebie i najlepiej w łóżku na golasa. A bliskość jest to zaufanie do drugiej osoby, troszczenie się o nią, podanie ręki, gdy ta druga osoba upada, posunęłabym się nawet do stwierdzenia, że się cierpi, gdy tej drugiej osobie się coś złego dzieje i jest się szczęśliwym, gdy jej się wiedzie. A co najważniejsze, uwierzyłam w moc modlitwy.
Asia AA


BYŁEM NA PUSTYNI

Mam na imię Michał i wiem, że jestem alkoholikiem. Chcę Tym, którzy zechcą to przeczytać, przedstawić krótko moją drogę do dna piekła. Zacząłem bardzo wcześnie. Gdy miałem jedenaście lat, po raz pierwszy upiłem się do utraty przytomności. Z kolegami z mojego podwórka byłem na wagarach w parku miejskim. Obok nas znajomi koledzy, lecz dużo starsi – około szesnastu, siedemnastu lat, spożywali jakieś wino marki „wino”. Gdy skończył im się szlachetny trunek, wysłali mnie po następną butelkę. Przyniosłem im (z kupnem alkoholu w tych latach nie było żadnego problemu), a oni w nagrodę nalali mi około pół szklanki wina. Sytuacja ta powtórzyła się jeszcze w tym dniu chyba dwa razy, dokładnie nie pamiętam, bo zasnąłem. Podobny scenariusz powtarzał się dość często. Uczęszczałem do szkoły podstawowej, która zlokalizowana była w pobliżu rzeki. W wieku dwunastu do czternastu lat bardzo często sam kupowałem alkohol (najpierw wino potem wódkę) i wspólnie z kolegami klasowymi (opuszczając lekcje) piłem po drugiej stronie wału w nadbrzeżnej Jasinie. Już wtedy, w 1964 roku ukończyłem ośmioletnią szkołę podstawową (powtarzałem siódmą klasę). Następny etap mojego uzależnienia od alkoholu zaczął się w szkole zawodowej dla pracujących. Uważałem wtedy, że jestem już dorosły. Trzy dni w szkole – teoria, trzy dni na praktyce (nie było jeszcze wolnych sobót) i co miesiąc wypłata, która nie była wcale mała. Część pieniędzy oddawałem mamie, a resztę przeznaczałem na alkohol. Bardzo często zamiast do szkoły czy na praktykę, kierowałem swe kroki do baru, który był w pobliżu. Po ukończeniu szkoły zawodowej i zdobyciu zawodu elektromontera, podjąłem pracę zawodową. Na początek oczywiście aklimatyzacja z kolegami. Przepiłem z nimi trzy kolejne całe wypłaty i jeszcze trochę. Zostałem zaufanym członkiem braci robotniczej. Nigdy mnie nie pomijano i zapraszano na wszystkie spotkania koleżeńskie (dzisiaj nazywam je pijaństwem). Po niecałych dwóch latach Wojskowa Komisja Rekrutacyjna wysłała mnie do wojska. Wtedy już zaczynałem zauważać, że picie sprawia mi przyjemność, że lubię alkohol, że jest mi z nim dobrze – uważałem go wtedy za przyjaciela. Zostałem skierowany do szkółki podoficerskiej do jednego z garnizonów. Był rok 1968. Cały garnizon pojechał z braterską wizytą do Czechosłowacji, pozostało kilku „zupaków” (pytanie Agnieszki - co to znaczy „zupaków”?) i paru oficerów odchodzących w najbliższym czasie na emeryturę. Znowu pijackie szczęście uśmiechnęło się do mnie. Po dwóch miesiącach dowiedziałem się, że po ukończeniu „szkółki” pozostanę tam jako dowódca drużyny. Od tego momentu byłem traktowany jak swój i zaliczany do grona Panów Kaprali. Nie było wieczoru na jednostce bez wielkiego pijaństwa i obżarstwa. Wyjaśnię skąd to się brało. Pan Kapral miał przepustkę stałą na opuszczenie koszar. Elewi, którzy dopiero przyszli do jednostki, do przysięgi o wyjściu marzyć nawet nie mogli, a i po przysiędze za dużo czasu wolnego nie mieli. Młodzi ludzie, niedawno w cywilu, jeszcze zapach piwa i innego alkoholu czują w nozdrzach, i chcieliby coś wypić. I od tego był Pan Kapral. Nie kończyły się zamówienia, co wieczór świeża dostawa. W pierwszych miesiącach pobytu syna w wojsku, matka zwykle tęskniła, więc wysyłała często przekazy pocztowe, paczki żywnościowe, tylko alkoholu nie. Gdy pod koniec „szkółki” żołnierz stawał się mądrzejszy, częściej wychodził na przepustki, nie szukał już tak mocno pomocy u Pana Kaprala – następował rozjazd do jednostek, a tu przybywali nowi. I karuzela kręciła się od nowa. W tym to okresie moje uzależnienie od alkoholu wzrosło bardzo mocno. Już wtedy alkohol był na pierwszym miejscu. Przestałem go unikać. Wręcz przeciwnie – robiłem wszystko, żeby nie stracić żadnej okazji do napicia się, do uchlania się. W czasie mojej służby wojskowej spotkałem wspaniałą dziewczynę. Nasze spotkania początkowo były bardzo częste, ale z czasem, gdy miałem wybór, wybierałem alkohol (pozostanie w koszarach tłumacząc służbą). Pewnego razu zostałem zaproszony do jej domu. Po raz pierwszy miałem okazję spróbowania samogonu (bimbru) – zafascynował mnie. Na drugi dzień byłem zdrowy, bez kaca i z chęcią do życia. Od tego momentu poprawiły się moje kontakty z dziewczyną, coraz chętniej przychodziłem do niej, coś mnie tam ciągnęło. Po wyjściu z wojska poślubiłem ją. Dzisiaj dopiero, kiedy nie piję, zrozumiałem, że to nie dziewczyna, lecz bimber był przyczyną moich częstych odwiedzin. A więc alkohol w pewien sposób mi się wtedy przysłużył, bo to on pozwolił założyć mi wspaniałą rodzinę. Miałem wspaniałą żonę, wspaniałe dzieci, o których często zapominałem. Po powrocie z wojska wróciłem do tego samego zakładu, w którym pracowałem przed wojskiem. Znów ci sami koledzy, powrót do spotkań monterskich, to na działce, to w garażu kolegi lub u kogoś w domu, gdy nie było jego żony. Na picie w zakładzie było ciche przyzwolenie. Gdy kierownik widział mnie zbyt mocno zataczającego się, nakazywał zamknięcie w jakimś magazynku, pakamerze czy kantorku, żebym do fajrantu trochę wytrzeźwiał. Po około pięciu latach zmieniłem stanowisko pracy z pracownika warsztatowego na zmianowego. Komfort picia znów mi się zwiększył. Chciałem pić, bardzo chciałem pić, było mi z tym dobrze. Często mówiłem, że gdy piję, to wesoło sobie żyję. Nigdy nie zakładałem, że kiedykolwiek zechcę przestać pić. Alkohol dawał mi coraz więcej swobody. Zacząłem nie wracać do domu, nie byłem zainteresowany tym, co się w nim dzieje, nie interesowałem się rodziną. Zabierałem pieniądze z domu, nieduże kwoty. Tłumaczyłem sobie wtedy, że biorę, bo to są nasze pieniądze, a 2 czy 5 złotych to nie kradzież. Nieprawda. Dzisiaj wiem, że to była najgorsza kradzież, bo okradałem tych, którzy mi zaufali, którzy mnie kochali. Ja w tym czasie tego uczucia nie znałem. Największym koszmarem dla mnie było spotkanie się z rodziną w czasie jakichkolwiek Świąt. Najgorsza była oczywiście Wigilia. Koszmarem było wysłuchiwanie ciągłe tych samych życzeń: żebyś nie pił, żebyś przestał pić, żebyś mniej pił itp. Żeby uniknąć takich sytuacji, zacząłem unikać Świąt w gronie rodzinnym. Pracując w ruchu ciągłym prosiłem kolegów z innych zmian o zamianę, chciałem pracować w Święta nawet po szesnaście godzin. W domu tłumaczyłem, że to kolega bardzo mnie prosił o zamianę z bardzo ważnych powodów, lub że ktoś zachorował i mnie wyznaczono na służbę. Czemu tak postępowałem? W domu zabierano mi komfort picia. Pamiętam któreś Święta, które spędzałem w domu, to był koszmar. Alkohol był, mogłem pić, ale nie smakował mi – bardziej mnie to męczyło niż dawało jakąkolwiek radość, cały czas czułem na sobie spojrzenia żony i dzieci. Natomiast będąc w pracy, odczuwałem pełny komfort picia. Wszyscy uśmiechnięci, nikt nie mówi o zaprzestaniu picia, każdy chodzi ze swoim kieliszkiem w kieszeni – cóż więcej trzeba. Okres ten ciągnął się około trzydziestu lat, a ostatnie dwadzieścia lat mogę powiedzieć, że nie było dnia, w którym nie wypiłem alkoholu – raz więcej, raz mniej, ale zawsze był on w moim organizmie. Nigdy nie byłem na izbie wytrzeźwień, nie miałem żadnego kolegium ani sprawy sądowej, nie byłem na oddziale odwykowym, żadnych wszywek, a to tylko dlatego, że wybrałem sobie najgorszego przyjaciela, jakiego tylko mogłem wybrać – a była to samotność. Piłem w samotności, najpierw z jakiegoś szkła, później prosto z gwinta, bo nie było czasu na szukanie szklanki. Gdy kupiłem alkohol i trzymałem butelkę wódki w dłoni, natychmiast chciałem ją wypić. Pośpiesznie szukałem miejsca, w którym wydawało mi się, że nikt mnie nie widzi, odkręcałem i piłem kilka łyków, które mnie uspakajały i pozwoliły gdzieś się zamelinować na czas, gdy jeszcze coś było w butelce. Cały czas pracowałem w jednym zakładzie i dzisiaj wiem, że kierownictwo zakładu nieświadomie pomagało mi w piciu. Cały czas u kierownika w szufladzie rosła sterta moich oświadczeń, że to już po raz ostatni, że to już więcej się nie powtórzy… Pisząc takie oświadczenie myślałem tylko o jednym, żeby jak najprędzej wyjść, bo wiedziałem, gdzie jeszcze jest zamelinowana butelka wódki. Piłem przed pracą, piłem w pracy, piłem po pracy. Psychika moja zaczęła wysiadać. Bardzo często, gdy przychodziłem z pracy z popołudniowej zmiany i około godziny drugiej w nocy budził mnie kac, próbowałem sobie przypomnieć czy zdałem zmianę, jak zdałem zmianę, czy wszyscy moi pracownicy dotarli cali i zdrowi do swych domów, do swych rodzin i bliskich. Bardzo często w panice nasłuchiwałem, czy nie słychać na schodach podkutych butów policjantów, którzy idą po mnie – odczuwałem wielki strach, panikę, uciekałem do łóżka i chowałem się pod kołdrę – to były koszmarne chwile. Gdy miałem jeszcze coś w butelce, zapijałem i zasypiałem. W wieku 57 lat, po 42 latach pracy i po 46 latach picia postanowiłem przejść na wcześniejszą emeryturę. Decyzja moja spowodowana była tym, że moje pijaństwo bardzo się nasilało i każdy następny dzień mógł zakończyć się tragicznie. Nie dla mnie – mi było już wszystko jedno, lecz dla ludzi, za których odpowiadałem. Dnia przejścia na emeryturę nie mogłem się doczekać, tak jak kiedyś otrzymania dowodu osobistego, żebym mógł iść do kina na film od 18 lat. Wiedziałem, że gdy przejdę na emeryturę, nikt mi nie będzie mógł mówić ile, kiedy oraz co mam pić. Nie będę myślał, jaki jest dzień, na którą zmianę mam dzisiaj iść, jaki strażnik stoi dziś na bramie i inne takie rzeczy. Nadszedł wreszcie ten upragniony dzień. Pożegnałem kolegów z pracy i zacząłem pić tak, jak sobie wymarzyłem. Pierwszy i drugi miesiąc fajnie, trzy, cztery butelki dziennie, trochę piwa na przekąskę pod papierosa. Piłem dalej sam. Rodzina odeszła – uważałem wtedy, że mnie zostawiła – dzisiaj wiem, że to ja ich zostawiłem i zamknąłem się w butelce. Trzeci miesiąc – zaczęło się picie na smutno. Pomału zaczynało brakować sił, żeby dojść do łazienki, głupie myśli – pić, zapić się na śmierć. Myśli samobójcze, próby samobójcze, brak wiary w siebie w innych ludzi, brak wiary i nadziei na wyjście z pijanego kręgu. Piłem, żeby żyć i żyłem, żeby pić. Dopiłem wreszcie swojego dna. Jestem zerem. Czekam na śmierć. W tym amoku oczekiwania na śmierć w moim umyśle przyszła myśl, żeby pożyć jeszcze kilka dni. Przyszła chęć życia, ale jak to zrobić? Odstawiłem alkohol i przez ponad tydzień dochodziłem do jako takiej równowagi fizycznej. Kiedy już mogłem wypić herbatę i się ogolić, postanowiłem szukać pomocy u lekarza. Nie wiem, jakim cudem, ale trafiłem do przychodni odwykowej, gdzie mnie przyjęto i skierowano na grupę terapeutyczną, a następnie na mityng AA. Gdy trafiłem na mityng, wsłuchując się w wypowiedzi, poczułem (nie rozumiejąc wielu rzeczy), że jest to miejsce, które daje mi szanse na wyjście z nałogu. Nie wiem jak długo trwał ten mój pierwszy mityng, ale bardzo chciałem trafić na następny. Poczułem się znowu człowiekiem. Normalnym, żywym człowiekiem. Odzyskałem nadzieję, że jeszcze nie wszystko stracone oraz wiarę w to, że mogę sobie poradzić z problemem alkoholowym, jeżeli będę uczęszczał na mityngi i przebywał z takimi samymi ludźmi jak ja. Bo tylko tutaj poczułem, że jestem rozumiany, a i ja coraz więcej zaczynałem rozumieć. Na moim pierwszym mityngu dowiedziałem się, że od tego dnia mam prawo do uczestniczenia we wszelkiego rodzaju mityngach AA w każdym miejscu świata oraz uczestniczenia we wszystkich służbach Wspólnoty AA. Szósty rok trzeźwieję i w tym okresie nie było takiego czasu, w którym nie pełniłbym jakiejś służby. Oczywiście zaczynałem od przygotowania sali do mityngu oraz posprzątania po nim. Następne służby to służba skarbnika, mandatariusza i rzecznika na grupie. Potem służba skarbnika Intergrupy. Jaka następna? Nie wiem, może przygotowanie sali do mityngu. Jestem też współzałożycielem grupy, która niedługo obchodzić będzie czwartą rocznice swego działania. Grupa rozwija się prawidłowo, od jej powstania byłem skarbnikiem, potem, gdy grupa wyraziła akces przystąpienia do Intergrupy, byłem mandatariuszem, obecnie jestem służebnym jako rzecznik grupy. Cieszy mnie najbardziej to, że służby na grupie przejmują Ci, którzy swoje trzeźwienie rozpoczynali właśnie od tej grupy. Dzisiaj wiem, że wspólnota AA jest najtańszą apteką trzeźwiejącego alkoholika. Dziękuję swej sile wyższej za to, że się uzależniłem, bo dzięki temu zrozumiałem sens życia. Dzisiaj wiem, kim jestem i kim chcę być. Dzisiaj wiem, co znaczą słowa „Kocham”, „Proszę”, „Przepraszam” i „Dziękuję”. Tu poznałem prawdziwych przyjaciół, którzy są w stanie oddać wszystko, nie oczekując niczego i uczą mnie nowego życia – ŻYCIA BEZ ALKOHOLU. Od dawna mówię, że jestem SZCZĘŚLIWYM alkoholikiem.
PS. – Pewien mężczyzna widząc przypiętego wielbłądka w mej klapie zadał mi pytanie:
„Czy był pan na pustyni?”
Odpowiedziałem: Tak, wiele razy, w ustach sucho, pić się chciało, a nie było co!”
Pogody Ducha
Michał – Niepijący Alkoholik.
Rok 2012


MOJA ODPOWIEDZIALNOŚĆ W SŁUŻBIE

Co drugi wtorek miesiąca wraz z kolegą przychodzę na detoks z posłaniem. Dla osób na detoksie nasze wizyty to dodatkowa energia i poczucie, że - chociaż to trudne - można żyć bez alkoholu. Posłanie na detoksie to misja dla mnie, to także świadectwo. Moje świadectwo. Ja wiem, co mi daje chodzenie z posłaniem. To moja trzeźwość i praca na programie 12 kroków AA. Ja chętnie przychodzę na detoks. To co robię, robię dla tych ludzi, którzy czekają na pomoc i informację, ale także robię to dla siebie. Kiedy patrzę w zmęczone oczy „detoksowiczów", to czuję, jak oni mogą się czuć. Każda wypowiedź moja czy mojego kolegi, to spotkanie się naszych świadectw i ich doświadczeń. Oni widzą, że mamy podobne doświadczenia z okresu picia, a także widzą i słyszą, że można zatrzymać tę chorobę. Nie mówię im, że to łatwe, bo tak nie jest. Jest to kawał ciężkiej pracy, którą trzeba wykonać, aby być trzeźwym. Bycie trzeźwym to nie tylko niepicie, ale przede wszystkim rozwój osobisty. Powrót do dawnych zainteresowań, odnalezienie swojej Siły Wyższej. To powrót do duchowości. Duchowości nie tylko w zakresie wiary. Pod tym pojęciem mieści się wiele różnych spraw. To powrót do zainteresowań, to zadbanie o siebie pod względem fizycznym i psychicznym, to układanie nowych relacji z bliskimi. Jest tego wiele i każdy wybiera to, co mu odpowiada i pomaga trzeźwieć. Bo trzeźwienie to rozwój. Bez tego nie ma trzeźwienia. Praca nad trzeźwieniem to proces wieloletni i, prawdę mówiąc, niekończący się. Bo jeśli ktoś uważa, że już jest na tyle silny i wpadnie na głupi pomysł, że po iluś latach może ponownie spróbować pić, to jest w błędzie. Przykładem jest mój kolega, którego spotkałem tydzień temu na detoksie. Zapił po ośmiu latach. Wychodząc powiedziałem mu, że nie powinien się wstydzić, że tu jest ponownie, ale powinien być dumny, że po dwutygodniowym ciągu miał siłę pojawić się tutaj i walczyć o swoje życie. Bo przyjście na detoks to pierwszy krok do trzeźwego życia. Widziałem w jego oczach łzy. Na koniec podziękował mi za spotkanie i powiedział, że będzie się starał zostać na terapii, bo gdzieś zrobił błąd i chce się znowu wszystkiemu przyjrzeć. Alkoholizm to paskudna choroba, mocno siedząca w człowieku. Wiele osób poddaje się jej i próbuje walczyć, czyli dalej pić. Każdy powinien sobie zadać pytanie. Po co to robi? Ja dziś wiem, że detoks to miejsce, gdzie można odbić się od dna. To miejsce, gdzie chory dostaje wsparcie i organizm zaczyna normalnie pracować. Miejsce, gdzie odtruwa się pacjenta. Ale na tym się kończy praca detoksu. Reszta zostaje w rękach pacjenta, który chce być trzeźwy i wybiera leczenie, albo nie i wraca do picia. Smutne, ale prawdziwe. Ale ja, przychodząc z posłaniem na detoks, mogę tylko pomóc tym osobom podjąć właściwą decyzję. Żałuję tylko, że moi znajomi ze Wspólnoty, którzy przestali tam chodzić, w jakiejś części zabierają tym ludziom możliwość posłuchania historii trzeźwiejącego alkoholika. Posłanie na detoksie to też moja odpowiedzialność. Przecież robię to dla ludzi, którzy są zamknięci na oddziale. Oni czekają na to spotkanie. Czekają i może coś usłyszą, co pomoże im w rozumieniu choroby alkoholowej. Krótkie dwa świadectwa, które damy z kolegą, mają na celu pokazanie osobom na detoksie, że nie ma rzeczy niemożliwych do zrealizowania. Że można żyć i być szczęśliwym bez gorzały. Że picie to same kłopoty, a nie przyjemność. Przyjemność była dopóki nie przekroczyło się tej niewidzialnej granicy między piciem towarzyskim, a piciem z przymusu. Osoby będące na detoksie zatraciły tą granicę i chociaż często mówią, że nie mają problemów z alkoholem, to będąc na detoksie same mają szansę na spojrzenie na siebie z innej perspektywy. Bycie tam w szpitalnej piżamie, często z wenflonem w ręku, uświadamia, że nie jest się tu dla przyjemności. Sam tak wyglądałem, kiedy wylądowałem na detoksie. Oczywiście są osoby, które nadal temu zaprzeczają, ale to już mechanizmy obronne dają takie spojrzenie na świat. Dlatego my z kolegą swoim świadectwem chcemy chociaż odrobinę otworzyć tym osobom oczy. A czy nam się uda, tego nie wie nikt. To już nie od nas zależy. Każda osoba musi stanąć w prawdzie, tak jak ja stanąłem ponad osiem lat temu. Ja też zostałem przywieziony na detoks. Sam bym tam nie trafił, bo nie chciałem przestać pić. Albo raczej nie miałem pomysłu, jak żyć bez alkoholu. Detoks był dla mnie etapem startu w trzeźwe życie. Ja „zaskoczyłem” za pierwszym razem, ale i tak musiałem pokonać w sobie mnóstwo oporów. Rozpocząłem nowe życie, które na początku było piekłem. Bo odstawienie alkoholu nie poprawiło mi życia, nie pomogło rozwiązać problemów, nie pogodziłem się od razu z rodziną i bliskimi, a na pewno nie byłem w zgodzie z sobą. Na to potrzebowałem czasu. I ten czas dała mi dwuletnia terapia, którą podjąłem po detoksie. Później praca na terapii poszpitalnej, praca na programie 12 Kroków AA i mityngi. Z takim doświadczeniem chodzę co miesiąc na detoks, aby spojrzeć głęboko w oczy ludzi, którzy jeszcze cierpią, i dać im odrobinę nadziei. Tak widzę swoją odpowiedzialność w służbie realizując 12 Krok Programu AA „Przebudzeni duchowo, w rezultacie tych Kroków, staraliśmy się nieść posłanie innym alkoholikom i stosować te zasady we wszystkich naszych poczynaniach”.
Marcin AA


ZRZUCIŁEM ZBROJĘ

Jak fajnie jest być sobą. Kiedyś myślałem, że gdy mówię „jestem sobą”, to jestem sobą. Teraz wiem, że zawsze byłem człowiekiem w zbroi, raz ciężkiej, pancernej, raz w kamizelce kuloodpornej pasującej do garnituru. Często nosiłem ją dumny, z podniesioną głową, a gdy była nas cała armia, to byliśmy niezwyciężeni. Było też i tak, że siedziałem skulony w tej zbroi i modliłem się, by wytrzymała kolejny atak. Piszę te słowa i czuję miejsca, w których zawsze ta zbroja mnie uwierała. Wezmę głęboki oddech, by upewnić się, że już jej nie noszę. Lubię sobie to przypominać, choć pamiętam. jak bałem się ją zdjąć. Nie zdajemy sobie sprawy, że wielu z nas nosi taką zbroję. Mam na to dowód dla niedowiarków. Gdy rodzi się dziecko, to przecież nie po to, by robić krzywdę drugiemu człowiekowi lub być pasożytem, człowiekiem w pętach alkoholu, narkotyków i w sidłach dziwnych sytuacji. Nie, nie, nie. To nasz wybór, sami zadecydowaliśmy, że zakładamy tę zbroję, by trwać w tym świecie, bo bez niej się nie da. To jest namacalny dowód, że sami robimy krzywdę sobie i innym. Wiem, w czym leży problem. W tym, że ciężko ją zdjąć, a przede wszystkim brak nam odwagi, by ją zdjąć i stanąć w tym świecie jakby nago. Można, mówię wam jeszcze raz, można, a wydawało mi się, że to niemożliwe. Brak mi słów, by to opisać i nazwać. To jest inny świat. Tu nikt nie nosi zbroi, a jeśli nosi, to jego sprawa. Inaczej pachnie trawa po deszczu, widok z tego samego okna jest inny. Chodzą gdzieś tam ci ludzie w zbrojach, ale ja staram się ich nie zauważać. Idziesz drogą, którą chcesz, zawsze masz wybór. Komplikujesz sobie to piękne i proste życie lub nie. Raz żmudnie idziesz wyznaczoną sobie drogą, a jeśli wiesz dokąd idziesz, to pamiętaj – zawsze dojdziesz, wystarczy chcieć i działać. Same chęci nie wystarczą. To nie znaczy, że gdy zrzuciłem zbroję, to wszystko samo się zmieniło nagle i tak jak chciałem. Nie, to może być ciężka i długa droga, nim dostrzeżesz, że – w te niby ciężkie dni – też jest pięknie. To pewność, że idziesz właściwą, choć nieznaną drogą. Sponsor kiedyś mnie zapytał: „czy ty jesteś tak dobry dla swojej kobiety, jak chciałbyś, by ona była dobra dla ciebie?”. Szybko uświadomiłem sobie, że nie i nie chciałbym, by ona zachowywała się tak jak ja. Wiecie co? To niewiarygodne, jak droga do szczęścia jest prosta. Wystarczy dobrze postępować, być miłym, ufać, wierzyć, nie kłamać i kochać. Nic więcej. Odkąd zacząłem być taki dla mojej kobiety, ona zaczęła rozkwitać jak pięknej róży kwiat. Ludzie! Jaka ona jest dla mnie kochana nawet wtedy, gdy wystawia pazurki, a jak łatwo jest się dogadać, gdy to wszystko jest proste i nieskomplikowane, bez kłamstw. Gdy kłamiesz, to w pewnym momencie już nie wiesz, co komu mówiłeś, a tu wszystko wiadomo – proste, nieskomplikowane życie. Jeśli mówiłem tak, to znaczy, że powiedziałem tak. To jest takie proste, że aż nazwałbym to filozofią życia. Iść i nie komplikować samemu sobie życia. I to kolejny namacalny dowód na to, że wystarczy chcieć i działać. Do niczego kobiety nie zmuszałem. Sama widziała i czuła, że jestem dla niej dobry. To proste – chce być taka sama dla mnie. Dobro zawsze wraca do ciebie, niekoniecznie od razu – to prawdziwe słowa, ale to może temat na kolejny artykuł. Powiem wam kilka słów. Kiedy założyłem zbroję, założyłem ją bardzo szybko. Byłem raczej rozpieszczanym dzieckiem, choć w dzieciństwie widziałem wiele. Jako nastolatek miałem dużo: sport treningi, bójki. Zawsze musiałem być najlepszy. W wieku 18 lat stwierdziłem, że nie chcę od nikogo żadnej łaski. Sam sobie zarobię i zacząłem handel zagraniczny. Nowe kontakty, nielegalne interesy i duże pieniądze. Życie bardzo kolorowe, różniące się od naszej „szarej” Polski. Mając 20 lat miałem szybkie samochody, życie w nocnych klubach, nowe znajomości. Imponował mi świat przestępczy. Wiadomo, w tym świecie zakładałem coraz grubsze zbroje. Jak to bywa, po drodze zaliczyłem kilka razy więzienie, oczywiście w zbroi wypolerowanej. Radziłem sobie. Po sześciu latach wyszedłem i założyłem rodzinę. Żona, synek, ale ja cały czas w zbroi, bo nie wiedziałem, czy być z nimi i cieszyć się życiem, czy być z kolegami i szybko zarabiać. W skrócie – to był powód, że nam się nie udało, bo sam nie wiedziałem, czego chcę. Po rozstaniu – ucieczka w alkohol. Dotarło do mnie, że rozwaliłem ciepłe gniazdko. Nie dawałem sobie z tym rady, więc piłem, by zamazać obraz prawdziwego życia. W wieku 40 lat zaczynałem wszystko od początku, od zera, bez grosza. Nie wyobrażałem sobie tego, piłem dalej, po drodze jakaś bójka, oczywiście po pijanemu i następne 2 lata i 8 miesięcy w więzieniu. W pudle terapia. Trafiłem na super terapeutę. Otworzył mi oczy na świat, pomógł zdjąć zbroję. Ale przede wszystkim spowodował, że to sam chciałem ją zdjąć, w miarę możliwości. W więzieniu otworzyłem się na świat i na ludzi. Godziłem się z otaczającym mnie światem, akceptowałem, co mnie spotykało, a było różnie. W pewnym momencie pomyślałem: co ja się tak spinam z tym wyjściem? Został mi rok i przestało mi zależeć na terminie wyjścia, a zaczęło na jakości życia. Wiadomo, samo nic się nie dzieje. Działałem więc dalej – mitingi, sponsor, służby i zero alkoholu. Zacząłem odkrywać nowy świat, czysty, przejrzysty, piękny, a tak prosty. Nie komplikuję go sam sobie, chyba, że chcę. Zawsze mam wybór, a umiejętności chodzenia po tej krętej drodze życia to wspaniałe doświadczenie. Każdemu tego życzę z całego serca z pomocą Boską. Ale trzeba coś zrobić w tym kierunku – np. zdjąć zbroję. Zmienia się moje spojrzenie na określenie „twardziel”. Teraz wiem, że twardziel to ten, który żyje na tym świecie i może spojrzeć w lustro i innym w oczy. Daję radę i nie używam zbroi, jestem sobą. Mam szacunek dla każdego, kto zdejmie zbroję. Wejść do kogoś z bronią to każdy „leszcz” potrafi, ale wychować troje dzieci samotnie, to trzeba mieć twarde plecy a nie sztuczną zbroję. Bez zbroi świat rozbłyśnie tysiącami pięknych świateł, jeśli będziesz chciał je dostrzec na pokręconej drodze życia. Ja widzę, uwierz...
Paweł


KONCEPCJA V

Na wszystkich szczeblach naszej struktury służb światowych powinno obowiązywać tradycyjne „Prawo do apelacji”, gwarantujące wysłuchanie głosów mniejszości i wnikliwe rozważenie indywidualnych skarg.
Koncepcję V uważam za naukę i ważną informację dla demokracji we Wspólnocie oraz wymagającą dużego zrozumienia dla drugiego człowieka. Człowieka, który może mieć odmienne zdanie. Nie zawsze większość ma rację. Czasem gdy mniejszość wyrazi głośno swoje zdanie, okazuje się, że jest w tym coś na rzeczy, że warto to jeszcze raz rozważyć. Nie raz – czy to na mityngu, czy sięgając do historii – okazuje się, że większość się myliła. Dlatego też, by umożliwić takie działanie, Bill napisał V koncepcję – gwarant wysłuchania głosu mniejszości. Biorąc pod uwagę spotkania na mityngach roboczych podstawowej jednostki AA, czyli grupy, na spotkaniach Intergrup, czy Rady Regionu, wielokrotnie przeprowadzane są głosowania w wielu ważnych sprawach. Najlepiej by było, gdyby w trakcie dyskusji, przed głosowaniem doprowadzić do jednomyślności uczestników spotkania, by porozumieli się oni w danej kwestii, ale często się zdarza, że tej jednomyślności nie ma. Głosowanie daje wyraźny sygnał, czyje decyzje przeważają, ale nie znaczy to, że większość ma rację. Tu właśnie V Koncepcja daje prawo do wypowiedzenia się uczestników, których głosy były w mniejszości, a ich decyzje dla większości niezrozumiałe. Osoba, która się wypowiada w imieniu mniejszości, powinna móc uczynić to bez szkody dla siebie i bez strachu przed odwetem* w imieniu tych członków, którzy powinni czuć, że nie muszą cicho się godzić z niepotrzebną dominacją ze strony innych*. Wtedy może okazać się, że ich argumenty mają swoje uzasadnienie i że właśnie one przekonały do zmiany decyzji kogoś, kto wcześniej tego nie zauważał. Teraz należy zawsze powtórzyć głosowanie i może się wtedy okazać, że jego wynik będzie zupełnie inny od pierwotnego. Jednak w sytuacji, kiedy nikt z mniejszości nie wyraża chęci wypowiedzenia się i nie ma kto uzasadnić swoich racji, sytuacja jest rozwiązana. Nie można rozpatrywać sprawy, która nie została wyłuszczona. Głosowanie jest zakończone. Tak właśnie według mnie wygląda „Prawo do apelacji”, prawo niezbędne do demokratycznego funkcjonowania naszej Wspólnoty. V Koncepcja reguluje również sprawę wyboru i wolności każdego z jej uczestników – każdy alkoholik, który wyrazi chęć przynależności do niej, staje się jej członkiem (bez zbędnych pytań ze strony większości, którą w tym wypadku jest grupa). Nie można też zmusić kogokolwiek we Wspólnocie do wierzenia w cokolwiek albo chociażby do wnoszenia jakichkolwiek opłat. Ważną, a może wręcz najważniejszą rolę w utrzymaniu jedności we Wspólnocie, zachowaniu wolności wyboru i możliwości wypowiedzenia własnego zdania mają podstawowe służby, które w myśl II Tradycji, jako „zaufani słudzy" muszą być zawsze gotowi, aby uczynić dla grup to, czego grupy w sposób oczywisty nie mogą lub nie powinny robić samodzielnie*. I odnosi się to do każdego poziomu naszej struktury. V koncepcja świetnie wpisuje się w nasze (mojej rodziny) życie prywatne. Jest receptą na zgodną i cieszącą się sobą rodziną. Tylko poprzez wysłuchanie głosu wszystkich członków rodziny, dążenie do jednomyślności i wysłuchania tych, którzy mają odmienne zdanie, można osiągnąć porozumienie i podejmować za przyzwoleniem całej rodziny decyzje.
*Nieautoryzowany przekład VII Koncepcji napisanej przez Billa W., przyjętej na XII Dorocznej Konferencji Służb Ogólnych AA 26.04.1962 r.
Rysiek AA


NADZIEJA UMIERA OSTATNIA

Gdy straciłam już wszelką nadzieję, zdarzył się cud.Nieco wcześniej po raz kolejny leżałam w wyrze użalając się nad sobą. Na przemian oskarżałam Boga i prosiłam. O co? Dziś wiem, zarówno o co oskarżałam, jak i o co prosiłam. Wstyd mi za moje bluźnierstwa, ale widocznie prośby okazały się być silniejsze. On wiedział, co robi i nie obraził się na mnie, może dlatego, że nawet w tym pijackim widzie nie odrzuciłam Go. Nie wiedziałam tylko, dlaczego właśnie mnie dał ten krzyż do dźwigania. Próby wyjścia z nałogu kończyły się obietnicami bez pokrycia. Nadzieja zaczęła umierać, a ja razem z nią. Przy którejś z prób wyjścia z tej beznadziei wydrukowałam spis warszawskich mityngów – był długi. Przeanalizowałam lokalizacje i schowałam go głęboko do szuflady. W głowie świtało mi tylko, że jeśli kiedyś odważę się pójść na takie spotkanie, to z pewnością będzie ono jak najdalej od miejsca mojego zamieszkania. W tej beznadziei trwałam jeszcze przez kilka miesięcy, aż do pewnego styczniowego piątku. Wygrzebałam wtedy z szuflady wspomniany wydruk. Okazało się, że w piątki odbywają się mityngi przy moim parafialnym Kościele. Było mi już najwyraźniej wszystko jedno, czy spotkam kogoś znajomego. Dziś wiem, że to był pierwszy cud na drodze zdrowienia. Bóg dał mi siłę, by się ogarnąć, a gdy mąż przyszedł z pracy, poprosiłam, żeby poszedł ze mną na mityng. Czego się bałam? Może że zawrócę. Nieważne. Poszliśmy razem. Towarzyszył mi straszny lęk. Przed czym? Może przed oceną. Ale nikt mnie nie oceniał, nie wyśmiał, nie wygonił, mimo iż jeszcze wtedy zionęłam alkoholem. Pamiętam ten pierwszy mityng trochę jak przez mgłę. Słuchałam moich przyjaciół (dziś z pełną świadomością mogę tak o nich powiedzieć) i płakałam. Już wtedy wiedziałam, że chcę tego, co Oni już mają. Mówili o sobie, a ja w każdej z wypowiedzi słyszałam kawałek swojego życia. Okazało się, że nie jestem wyjątkiem i nie jestem sama. I przyszła ta oczekiwana nadzieja. Po mityngu wymieniłam numer telefonu z obecnymi na nim kobietami. Zadzwoniły. Pytały co u mnie, mówiły o sobie i o rozwiązaniu. W poniedziałek poszłam na kolejny mityng, potem na kolejny... Od tego momentu minęły prawie dwa lata. Nie piję, jestem po programie i staram się nim żyć, m.in. na co dzień przekazując go swoim podopiecznym. O powierzeniu swojego życia Bogu, rozwiązaniu, pogodzie ducha i wsparciu najbliższych mówię na detoksach. Ratując swoje życie dzielę się doświadczeniem, siłą i nadzieją. Wiem, że nie mogę zapomnieć, kim jestem. A jestem alkoholiczką, wyrwaną z beznadziejnego – wydawałoby się – stanu. Bóg dał mi nowe – powiem więcej – lepsze życie. Dziś wiem, że nadzieja umiera ostatnia.
Danusia AA


CODZIENNA ODPOWIEDZIALNOŚĆ

Odpowiedzialność to cecha bardzo pożądana, choć bywa, że trudna do stosowania w codziennym życiu. Zwykle tak jest, że to, co wartościowe (a odpowiedzialność jest wartością), sprawia trudności. Dlatego, że codzienne życie często stawia mnie przed wyborem: podjąć łatwiejszą decyzję, dokonać wygodniejszego wyboru czy też bardziej wartościowego. Ten drugi jest z reguły trudniejszy. Np. sąsiad czy znajomy proszący mnie o przysługę wymagającą poświęcenia czasu i pracy sprawia, że czasem mam dylemat: spełnić tę prośbę czy też odmówić z mniej lub bardziej prawdziwych powodów, i mieć święty spokój. Zmierzam do tego, że odpowiedzialność ściśle wiąże się z uczciwością, dotrzymywaniem słowa i innymi wartościami. Nie jest odpowiedzialnym człowiek posuwający się do kłamstwa czy kierujący się wyrachowaniem zamiast bezinteresowności, oczekujący rewanżu czy domagający się wdzięczności. Miło, jeśli tak się dzieje, ale nie powinienem tego oczekiwać „z urzędu”. Służba w AA wymaga jeszcze bardziej udoskonalonej odpowiedzialności i narzuca jeszcze większe wymogi. To nie tylko wymienione wyżej wartości i zasady, to także wrażliwość na potrzeby innych czy troska o innych. Oczywiście nie jestem w stanie pomóc alkoholikowi, który tę pomoc odrzuca, ale jeśli chce z niej skorzystać, to moim zadaniem (i mam tego pełną świadomość) jest pomóc takiej osobie. Nie jestem terapeutą, ale mogę skierować tę osobę do przychodni czy na mityng i ułatwić jej właściwe kontakty. Formy pomocy mogą być różne. Zarówno te wchodzące w zakres służby w AA, jak i inne. Prowadzenie mityngów, moje wypowiedzi czy spikerki to duże pole do działania w tej kwestii. Pełniłem takie służby. W tym miejscu wrócę do prawdomówności. Szczerość i otwartość to jedne z podstawowych cech odpowiedzialności i warunków niesienia pomocy innym. Mówiąc o sobie na mityngu jestem naturalny i autentyczny, czyli po prostu prawdziwy. Służbę mogę również pełnić poza strukturami AA. Czasem tak się dzieje. Zdarza się, że zadzwoni do mnie inny alkoholik niekoniecznie w celu otrzymania konkretnej pomocy, lecz dlatego, że chce porozmawiać. Miał zły dzień, odczuwa złość albo rozgoryczenie. Często nawet krótka rozmowa, nawet na inne tematy niż trzeźwienie – choćby zainteresowania – „stawia go na nogi”. Sam również dzwoniłem, gdy miałem „doła”. I nigdy nie zostałem odrzucony czy zbyty brakiem czasu rozmówcy, nie spotkałem się ze zniecierpliwieniem czy niechęcią. Przeciwnie, spotkałem się z życzliwością. Zdarzało się, że ta osoba akurat nie mogła rozmawiać, ale później oddzwoniła. To jest właśnie dotrzymywanie słowa, prawdomówność, uczciwość, wrażliwość na potrzeby innych, bez oczekiwania czegoś w zamian, czyli bezinteresowność. A więc to wszystko, co moim zdaniem składa się na odpowiedzialność. Pisanie artykułów do biuletynu „Mityng” to jest również forma służby, która także wymaga odpowiedzialności. Wszelkie formy służby dla AA, a więc dla innych alkoholików, powinny się cechować również bezinteresownością. Kilka razy o niej wspomniałem, bo to jedna z fundamentalnych zasad. Nie powinien służby pełnić ten, kto czegokolwiek oczekuje w zamian. Zwłaszcza, gdy oczekuje uznania, poklasku. W służbach AA nie ma miejsca na gwiazdorstwo. Dotyczy to szczególnie tych, którzy pełnią wiodące role: np. prowadzący mityngi. Przeciwnie – im mniej są widoczni, tym lepiej. Reasumując: według mnie służba w AA to pomoc innym. Odpowiedzialna i bezinteresowna pomoc.

Pozdrawiam
Wojtek AA Warszawa


KROK III

Kiedy byłem na terapii, poznałem kolegę. Jak on pięknie mówił o Bogu i Jezusie! Dla mnie to był przykład do naśladowania. Wręcz świadectwo, jaką łaską Bóg może obdarzyć człowieka. Bardzo mu zazdrościłem. Tak bardzo chciałem wierzyć tak jak on. Dostać taką łaskę… Pstryk i już. Ale nie było mi dane ot tak. Ja muszę na wszystko zapracować. Tak bardzo chciałem „wierzyć” w Boga, wierzyć ludziom, móc uwierzyć sobie. Żyłem w zakłamaniu przez wiele lat. Alkohol w moim życiu zajmował bardzo ważne miejsce choć nigdy do tego się nie przyznawałem – nawet przed sobą. Pamiętam – miałem może sześć lat, gdy tato dał mi wódki. Upiłem się pierwszy raz i podobało mi się. Mama płakała, mówiła – „coś ty mu zrobił”, a ja biegałem roześmiany, cieszyłem się, było fajnie i Mama miała czas dla mnie. Pamiętam to jak przez mgłę, jak wtedy przytuliła mnie do siebie i płakała. W moim domu alkohol był na porządku dziennym. Tata często nadużywał, więc i ja dosyć wcześnie zacząłem próbować rozweselić się przy pomocy piwa albo wina. Rodzice zbyt często zajęci sobą, mama – rodzeństwem – nie zwróciła uwagi, że mały Jacuś sobie popija. Problemy rodziców (separacja) odbiły się na moim zachowaniu już w szkole podstawowej. Od dzieciństwa były ze mną problemy wychowawcze. Mama musiała zająć się utrzymaniem domu i gospodarstwa, więc nie mogła poświęcić nam zbyt wiele czasu. A że miałem starsze rodzeństwo, zacząłem brać z nich przykład. Kłamstwo towarzyszyło mi od zawsze. Szkoła zawodowa, nowe towarzystwo, alkohol stał się wręcz pożądany. W domu kłótnie, awantury. Zaczęły się moje ucieczki z domu. Gdy miałem 17 lat, zamieszkałem z ojcem. Mama nie dawała sobie rady ze mną, z wychowaniem? Więc… A ja „wierzyłem” w działanie alkoholu. Więc jednak w coś „wierzyłem”. Alkohol, pieniądze, narkotyki nie dawały mi szczęścia. A wierzyłem w nie. Więc zawsze wierzyłem w Siłę Wyższą niż Ja sam. Zapomniałem, jaki byłem bezsilny wobec alkoholu. Jak prosiłem „Boże, jeżeli jesteś, to zrób coś, bo ja nie daję rady”. Nie wierzyłem, że mogę żyć bez alkoholu. A jednak. Jestem w więzieniu, nie piję trzy lata i żyję. Tutaj trafiłem na Mityngi. Mój pierwszy krok zrobiłem w więzieniu. Tak bardzo chciałem zmienić moje życie. W więzieniu odbyłem Terapię. W więzieniu odkryłem, że Ja „mam duszę”. Dostałem Pismo Święte od alkoholika takiego jak ja – siedzącego. Czytam Biblię i nie wstydzę się tego. W więzieniu? – Niesamowite… Więc istnieje Siła Większa niż Ja sam, która może przywrócić mi zdrowie. Jeżeli tylko ją o to poproszę. Dziękuję Bogu, że jestem w więzieniu. Dziękuję Bogu, że zrobił dla mnie to czego ja sam nie mogłem. Dziękuję, że Bóg postawił na mojej drodze ludzi, którzy pokazali mi „nową drogę”. Pokazali swoimi doświadczeniami, że jest sposób, że jest rozwiązanie. Jeżeli tylko zdobędę się na uczciwość, odwagę i przyznam, że tylko On, tylko Bóg jest Jedynym reżyserem tego Przedstawienia –mojego życia. Tak dziś proszę go na kolanach, codziennie rano i wieczorem Modlitwą III kroku: „Boże, ofiaruję siebie Tobie, abyś mnie uformował i uczynił ze mną to, co będzie zgodne z Twoją wolą. Uwolnij mnie ode mnie samego, żebym mógł lepiej spełniać Twoją wolę. Oddal ode mnie trudności, aby zwycięstwo nad nimi mogło być świadectwem dla tych, którym pośpieszę z pomocą, czerpiąc z Twojej Potęgi, Miłości i Twojego Pojmowania Dróg Życia. Dopomóż mi, abym zawsze spełniał Twoją wolę”. Dziękuję za ludzi przychylnych mi. Dziękuję za Sponsora. Dziękuję, że mam czas. Dziękuję za Wspólnotę.

Wdzięczny AA Jacek


TRADYCJA 10

Anonimowi Alkoholicy nie zajmują stanowiska wobec problemów spoza ich Wspólnoty, ażeby imię AA nie zostało nigdy uwikłane w publiczne polemiki.
We Wspólnocie jest wiele osób różnych ras, religii, narodowości. W wielu kwestiach mają różne zdania i różne punkty widzenia. Tradycja 10 AA przestrzega przed zajmowaniem się sprawami, które nie dotyczą naszego głównego celu: …trwać w trzeźwości i pomagać innym alkoholikom w jej osiągnięciu… Zgodnie z 1 Tradycją mam dbać o jedność i dobro Wspólnoty, bo ona pomaga mi w utrzymaniu trzeźwości, a w konsekwencji życia. A jeśli ja będę trzeźwa, i Wspólnota będzie trwać, to będzie możliwość pomocy cierpiącej osobie – zgodnie z naszym głównym celem określonym w 5 Tradycji i Preambule. Z tego wypływa jedność celu Wspólnoty i mojego. Analizując tę Tradycję, postawiłam sobie wiele pytań. Kto ma przestrzegać Tradycji? Tradycje mam stosować ja, lub ogólnie: każdy, kto tak postanowi, kto sam się zobowiąże. Żaden człowiek z AA, żadna grupa, a szczególnie ja mam nie prowadzić do konfliktów i podziałów, np. wypowiadając nierozważnie zdanie, które będzie dzieliło. Właśnie ja mam dbać o to, by to, co mówię, było jasne, i żeby łączyło. Żeby moja wypowiedź nie miała żadnego tła, z którego ktokolwiek mógłby wyciągnąć wniosek, że może chciałam powiedzieć coś innego. Mam nie stwarzać nawet pozorów, że wiem coś, co mnie upoważnia do wyrażania opinii, która mogłaby uchodzić za opinię AA. Takiej opinii nie ma. Czego unikać? W AA nie ma wspólnego, czy też grupowego stanowiska wobec jakichkolwiek spraw, szczególnie wobec polityki, religii czy alkoholizmu. Ale też wobec działań partii, uchodźców, oświaty, służby zdrowia, terapii, sportu, zbrojenia naszej armii, wojny, wieku emerytalnego czy szkolnego, aborcji, kredytów, pieniędzy, afer i wielu innych. Nawet wobec trzeźwienia, czy sposobów poznawania i stosowania Programu AA. Mam dyscyplinować sama siebie, z pożytkiem dla Wspólnoty i dla mnie. To dotyczy moich wypowiedzi i zachowania na mityngu, poza nim, w służbach, ale też w rozmowach z profesjonalistami czy innymi ludźmi. W czasie spotkania z ludźmi, którzy wiedzą lub mogą przypuszczać, że przynależę do AA, mam się tak wypowiadać, żeby moje słowa nie były rozumiane, jako zdanie Wspólnoty AA. Żadna grupa ani żaden członek AA nie powinien nigdy wyrażać swych opinii na temat kontrowersyjnych spraw z poza Wspólnoty, a w szczególności na temat polityki, ustawodawstwa alkoholowego lub sekt religijnych w taki sposób, który mógłby sugerować, że jest to opinia AA. Grupy Anonimowych Alkoholików nie walczą z nikim, a w tego rodzaju sprawach w ogóle nie wyrażają swoich opinii. Dlatego pilnuję się, żeby w mojej wypowiedzi nie było wykładu o terapii i leczeniu, tylko krótka informacja, że terapia zatrzymała moje picie i pokazała mi problemy związane z chorobą alkoholową. To jest moje doświadczenie, nie jestem przez to lepsza czy gorsza. Nie każdy tak musi zaczynać swoją drogę do trzeźwego życia. Podsumowując: w AA nie ma żadnego oficjalnego stanowiska w jakiejkolwiek sprawie, dlatego żaden uczestnik Wspólnoty nie może takiego stanowiska prezentować. Ale też z tej Tradycji nie wynika, że ja nie mogę mieć swojego, prywatnego zdania. Inna rzecz – jak tego zdania używam. Dlaczego? Żeby nie wikłać AA w żadne spory, polemiki, niepotrzebne dyskusje, i w konsekwencji podziały – kto za, kto przeciw. Różne zdania tworzą wewnętrzne „Ludzie pełni pychy są nieświadomi i ślepi na własne wady.” napięcia i podziały w grupach czy między grupami. A to w oczywisty sposób osłabia nasze działania przy niesieniu posłania. Ewentualne różnice zdań i podziały może też ktoś zechce wykorzystać do swoich prywatnych celów. A Wspólnota ma nie być polem do takich działań. Zajrzałam jeszcze do słownika: polemika to przeciwstawianie się poglądom reprezentowanym przez innych, a nawet zwalczanie ich. W 10 Tradycji wyrzekam się wikłania AA w jakiekolwiek spory, zatargi, kontrowersje i wojny. Staram się, robię co mogę. A ironiczna wypowiedź o mityngu bez świeczki, czy z troszkę innym scenariuszem, czyż nie jest w istocie zwalczaniem poglądów grupy, która tak postanowiła? Grupa ma do tego prawo – zgodnie z 4 Tradycją. Mam możliwość skorzystania z różnorodności we Wspólnocie. I to ja wybieram, z czego chcę skorzystać. I z tego się cieszę. Sama też jestem częścią tej wielości i różnorodności, która stanowi bogactwo Wspólnoty AA. Zadałam sobie wczoraj pytanie – czy to, co zobaczyłam na grupie po przyjściu do Wspólnoty, i co przyjęłam za oczywiste, i do czego się przyzwyczaiłam, jest na pewno treścią Tradycji zapisanych przez Billa? Ile w tym mojej wygody, nawyku, zamykania się na ducha Programu? A przyzwyczajenia osób, które przyszły 20 czy 30 lat temu? Dopiero obserwuję, zastanawiam się i analizuję, z czego wynikają i czego mnie uczą. Jak poza Wspólnotą? Biorę udział w zebraniach lokalnej społeczności, tu się wypowiadam o sprawach mojej wsi, bo tu jest do tego miejsce, uczestniczę w niektórych wspólnych działaniach. Ale pamiętam o dbaniu o dobro wspólne, świadoma działania Tradycji. W pracy wypowiadam się tak, żeby nie wzbudzać niepotrzebnych podziałów. Mam swoje zdanie, ale w różnych sytuacjach potrafię zrezygnować z wyrażania go publicznie. Wśród znajomych i sąsiadów nie zwalczam poglądów moich rozmówców, nie forsuję swoich. Nasza rodzina jako całość zajmuje się sobą. Rozmawiamy o różnych sprawach, rozwiązujemy problemy, ale nie wtrącamy się do życia innych. Z mężem mamy czasami inne zdania, albo nawet się spieramy. Ale staram się nie wypuszczać tych sporów na zewnątrz. Już nie walczę z nikim i z niczym. I ważne bardzo, że nawet ze sobą już nie walczę.
AA - la


ZZA KRAT
JAK TRAFIŁAM DO AA

Mam na imię Magda i jestem alkoholiczką. Chciałam podzielić się z Wami swoją historią. Wszystko zaczęło się dość niewinnie. Otóż byłam wtedy jeszcze dzieckiem, miałam zaledwie 12 lub 13 lat. Poznałam sporo fajnych ludzi (tak mi się wtedy wydawało). Byli dużo starsi ode mnie i oczywiście mieli już za sobą pobyty w więzieniu. W tamtym okresie bardzo mi imponowali, byli odważni, nikt im nic nie nakazywał – po prostu robili to, na co mieli ochotę w danym momencie. Stwierdziłam, że tak właśnie bym chciała żyć. I poszło… Zaczęłam się z nimi spotykać, najpierw sporadycznie, a potem już przebywałam z nimi każdego dnia. Zaczęłam pić alkohol. Było fajnie, miałam dużo odwagi i czułam się jakby bardziej silna. Nie wiedziałam oczywiście wtedy jeszcze, że zaczęłam iść zgubną dla mnie drogą. Mijał dzień za dniem, tydzień za tygodniem, a ja dowiadywałam się, jak można łatwo żyć, nie pracować, nie prosić nikogo o pieniądze. Zaczęłam z nimi „biegać” ucząc się, jak można kraść. Nie zdawałam sobie sprawy z późniejszych konsekwencji. Przestałam później chodzić do szkoły, bo moje towarzystwo było dla mnie najważniejsze. Po trzech latach, w wieku 15 lat trafiłam do poprawczaka za kradzieże i rozboje. Oczywiście nie widziałam w tym swojej własnej winy. Nikt też w tamtym czasie nie zorientował się (nie wiedział), że mam poważny problem z alkoholem. Ja też nie mówiłam, że piję i to w dużych ilościach. Spędziłam w poprawczaku pięć lat. Jeździłam na przepustki i, rzecz jasna, od razu szłam do swoich przyjaciół, którzy, jak mi się wydawało, rozumieli mnie bez słów. Bawiliśmy się, piliśmy i kradliśmy. Rodzina moja nie miała pojęcia, co ze mną począć. Nie dogadywaliśmy się. Każda próba tłumaczenia mi, że źle robię, kończyła się awanturą. Wychodziłam z domu i, aby się uspokoić, piłam. Alkohol stał się moim lekarstwem na wszystko. Każdy stres, każda porażka znikała w momencie, gdy tylko sięgnęłam po alkohol. W wieku 20 lat opuściłam zakład. Skończyłam szkołę i byłam po prostu wolna. Postanowiłam uczcić swoją wolność. Znalazłam swoje towarzystwo i kolejna zakrapiana impreza była gotowa w parę minut. Wiadomo – nie pracowałam, więc trzeba było kraść, aby mieć za co pić. Jeden rozbój, potem drugi, trzeci i kolejny – wszystko szło „pięknie”. Nikt nie wiedział, że to ja, więc nie ukarano mnie. W 2009 roku mój fart dobiegł końca. Złapano mnie na kradzieży. Skończyło się wyrokiem w zawieszeniu, więc uznałam, że nadal jestem bezpieczna. I tak kradłam dalej. Złapano mnie i postawiono mi zarzut rozboju. Nie osadzono mnie jednak nawet na dołku. Kolejny wyrok w zawieszeniu, a ja nic sobie z tego nie robiłam. W końcu w kwietniu 2009 roku zapukała do domu policja. Zabrali mnie na komisariat. Postawili zarzuty i zawieźli do prokuratora. Trafiłam do aresztu śledczego na sześć miesięcy. Wyszłam i ponownie złapałam „wiatr w żagle”. Po tym pierwszym pobycie w areszcie już wiedziałam, że jest coś takiego jak AA. Poinformował mnie o tym tamtejszy psycholog. To on zauważył, że mam problem z alkoholem. Nie byłam zachwycona tym stwierdzeniem, więc wypierałam się i tłumaczyłam. Długo na wolności nie pobyłam. Parę dni później znowu byłam w więzieniu. Odbyłam karę dwóch lat więzienia. Nie chodziłam jednak na mityngi. Uważałam, że to bzdura. Ponownie wyszłam na wolność. Znowu minęło niewiele czasu (niecałe pięć miesięcy), a ja już wylądowałam za kratami. Wiedziałam, że tak będzie, bo gdy wychodziłam, miałam sprawę karną w toku za kolejny rozbój. Wróciłam do więzienia w 2012 roku. Często przychodził do mnie psycholog. Tłumaczył mi, że powinnam zgodzić się na udział w terapii dla osób uzależnionych od alkoholu. Dla świętego spokoju podpisałam zgodę. Zaczęłam też uczestniczyć w mityngach AA. Początkowo sobie tłumaczyłam, że to tylko po to, by się mnie nie czepiali. Po pewnym czasie zaczęło do mnie docierać, że faktycznie jestem chora. W 2013 roku pojechałam na terapię i dopiero tam nabrałam pewności, że mam poważny problem. Obecnie uczęszczam na mityngi AA, bo wiem, że sama sobie nie poradzę. Jak czuję się jako kobieta w AA? Może wyda wam się to dziwne, ale jestem szczęśliwa. Wiem, że nie tylko ja jedna cierpię, ale wiem, gdzie szukać pomocy. Dziękuję ludziom, którzy przychodzą do więzień, by pomagać mi żyć w trzeźwości.
Pozdrawiam
alkoholiczka Magda


ZZA KRAT

Mam na imię Ewelina, mam 24 lata i jestem alkoholiczką. Moje picie zaczęło się w wieku 14 lat. Owszem, było fajnie, dopóki w wieku 17 lat nie trafiłam do aresztu, z wyrokiem dwa lata w zawieszeniu na pięć lat. Po wyjściu piłam dzień w dzień, dopóki nie trafiłam do Zakładu Karnego. Wyszłam po siedemnastu miesiącach i w 2014 roku znowu trafiłam do więzienia, bo odwiesili mi wyrok na trzy lata. W trakcie odbywania kary pojechałam na terapię i to właśnie z tej terapii trafiłam do AA. Na początku zaprzeczałam, że ja jestem…, ale w końcu dotarło do mnie, że jestem alkoholiczką. Bycie kobietą w AA? Uczestnicząc w mityngach, poznaję program AA i bardzo fajnych ludzi, którzy wspierają mnie, dodają siły i motywacji do trzeźwego życia. Po opuszczeniu Zakładu Karnego zamierzam nadal uczestniczyć w mityngach. Zacznę uczyć się życia na trzeźwo. Wiem, że będzie to trudne, ale mam wsparcie w ludziach, którzy walczą z nałogiem tak samo jak ja, i którzy chcą utrzymać abstynencję na długie lata. Zachęcam do uczestniczenia w mityngach, bo warto spróbować odmienić swoje życie…
Ewelina alkoholiczka