MITYNG 05/239/2017

DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO



NIE TOLEROWAŁEM TOLERANCJI

Długo się zastanawiałem, jak to właściwie było z tą moją tolerancją, co się zmieniło i jak jest teraz. Ot, takie moje przyzwyczajenie: sprawdzić, jak było wcześniej, czy moje działania były właściwe, a przede wszystkim, czy w ogóle jakieś działania były wykonane. Mam trochę materiałów, do których mogę sięgnąć, by odtworzyć historię swoich zmian lub też zaniechania ich. Takim zbiorem są moje dzienniki wdzięczności pisane od samego początku pracy ze sponsorem, na Programie AA. Przeglądam je dość systematycznie (mam już kilka notesów zapisanych dzień po dniu) praktykując obrachunek moralny, czyli Krok Dziesiąty. Sięgając wstecz, do czasu czynnego alkoholizmu, stwierdzam, że moja tolerancja (nie mylić z akceptacją), była ściśle ukierunkowana. Tolerowałem wszelkie moje zachowania, głównie krzywdzące moich najbliższych, których pretensji na temat moich zachowań po prostu nie przyjmowałem. Teraz wiem, jestem świadomy, jak bardzo wypaczona była moja psychika, jak poprzez manipulacje, próby tłumaczenia, ograniczone, nierealistyczne spojrzenie na świat powoli i systematycznie oddalałem się od ludzi. Właśnie brak poszanowania do jakichkolwiek wartości, brak rozumienia słowa „tolerancja” w odniesieniu do postaw ludzkich, zdarzeń, czynów uczyniło ze mnie człowieka samotnego wśród tłumu otaczających mnie ludzi. Naukę tejże tolerancji, czyli w moim rozumieniu przede wszystkim poszanowania ludzkiej odmienności, zacząłem dopiero na pierwszych mityngach AA, gdzie ze zdziwieniem stwierdziłem, że nie ma tam podziałów, ludzie nie spierają się o swoje racje, nie wywierają presji jeden na drugiego. Dzisiaj wiem, że tak pokierowała mnie moja Siła Wyższa, bym trafił akurat na taki mityng. A przecież, teraz to wiem, nie zawsze jest tak miło. Tak było ze mną – aż mnie parzyło, by zareagować, by wywalić na stół swoje racje tym przemądrzałym aowcom. Daleko mi było do jakiejkolwiek tolerancji, nie dość, że błędnie interpretowałem to słowo, to w wielu wypadkach okazywałem całkowity jej brak. Pół biedy, kiedy dusiłem to w sobie, wojując wewnętrznie. Gorzej, gdy wyraźnie artykułowałem swoje niezadowolenie, powodując – tym razem już bez alkoholu – izolację i powolne, acz systematyczne odsuwanie się ludzi ode mnie. Następowało ciekawe zjawisko, którego nie rozumiałem: przychodziłem na mityng i po przywitaniu się, krótkiej rozmowie typu „fajnie, że przyszedłeś”, zostawałem sam. Ludzie po prostu, nie chcąc wchodzić ze mną w polemikę, a wiedząc, że do takiej doprowadzę prędzej czy później, nie podejmowali rozmowy ze mną. Zacząłem pracę na Programie AA ze sponsorem. Zacząłem, tak jak jest napisane w Wielkiej Księdze, „zmieniać swoje życie”, a co za tym idzie, zmieniać samego siebie, zmieniać stosunek do ludzi. Dzięki sponsorowi zacząłem rozumieć Kroki, rozumieć, że moje wcześniejsze myślenie było błędne. Mój stosunek do ludzi zaczął się zmieniać praktycznie już od Kroku Drugiego, a całkowitym dopełnieniem tej zmiany stał się Krok Dziewiąty. Wtedy, przy bezpośredniej rozmowie z ludźmi, których niejednokrotnie z premedytacją krzywdziłem tylko dlatego, że byli odmiennego zdania, dotarło do mnie, jak wypaczone było moje ich postrzeganie. Następowała zmiana spojrzenia na ludzkie zachowania, przemilczenie sytuacji i zdarzeń oraz brak dyskusji tylko dlatego, by nie zaogniać, nie wywoływać niepotrzebnych polemik. Taka całkowita i bezsporna tolerancja na wszystko i wszystkich. Odzyskałem swoje miejsce wśród ludzi, więcej słuchałem, niż mówiłem. Wiele sytuacji mi się nie podobało, przeszkadzało. Nie odzywałem się w imię tolerancji, w imię zgody na inność, różnorodność. I znów sponsor zaproponował mi coś nowego – głębsze poznanie naszych Tradycji, oczywiście przy jego pomocy. Skorzystałem z tej oferty, wychodząc z założenia, że na pewno mi to nie zaszkodzi. To było bardzo dobre założenie. Już pierwsze trzy Tradycje zweryfikowały moją świadomość i spojrzenie na osobistą tolerancję wobec otaczającego mnie świata. Wspólne dobro jest najważniejsze, do tego niezbędne jest właściwe podejście do słowa „służba”. I najważniejsze jest to, że wszyscy mają prawo w tym uczestniczyć i nie do mnie należy ocena ich jako ludzi. Tu jednak powoli i sukcesywnie następowała zmiana rozumienia słowa „tolerancja”. Na przykład na początku pojawił się brak tolerancji na osoby palące w moim towarzystwie, zwłaszcza w miejscach, gdzie palenie było zabronione. Grzecznie zwracam im uwagę, mając na względzie fakt poszanowania tej osoby, mimo, że jest osobą palącą. Teraz, jeśli o mnie chodzi, nie wszystko toleruję, bo tak się zwyczajnie nie da. Są zachowania, których nie tolerowałem, nie toleruję i nie będę tolerować. Co innego tolerowanie samych ludzi – myślę, że każdy człowiek zasługuje na szacunek (niekoniecznie na akceptację, ale o tym później), obojętnie, jaki jest i jak się zachowuje. Po prostu toleruję osoby, a nie toleruję niektórych ich zachowań. I wiecie – myślę sobie, że nigdy bym nad tym się nie zastanawiał, gdybym w którymś momencie swojego życia nie doszedł „do ściany”, nie osiągnął dna i nie zdecydował się na zmianę. Wymagało to ciężkiej i systematycznej pracy, ale wierzcie mi, że warto było.
Rysiek AA


HISTORIA OSOBISTA

Mam 43 lata i jestem alkoholiczką. Pochodzę z rodziny, gdzie alkohol był, jest i pewnie będzie. Wychowali mnie dziadkowie, rodzice pracowali. Alkohol poznałam ucząc się w szkole zawodowej: lampka wina, kieliszek wódki. Wino mi smakowało – było słodkie, wódka nie. Skończyłam szkołę, podjęłam pracę. Mając 21 lat poznałam mojego męża. Zakochałam się. Po roku znajomości wzięliśmy ślub, urodził się mój najstarszy syn. Mieliśmy swoje mieszkanie. Jednak w moim małżeństwie od początku gościł alkohol. Mój mąż pił. Przeszkadzało mi to, ale myślałam, że tak ma być. Mąż pracował, utrzymywał dom. A że wracał z pracy pijany? Cóż, inni mężowie robili tak samo. Po trzech latach urodziła się moja starsza córka, mąż wyjechał za granicę. Bałam się wtedy. Zostałam sama z dwójką małych dzieci. Powodziło nam się dobrze, nie narzekałam na brak pieniędzy, ale czułam się samotna. Mąż przyjeżdżał do domu raz w miesiącu na 2-3 dni i wracał do pracy. Kiedy przyjeżdżał, zawsze pił. Ja zajmowałam się domem, dziećmi, nie pracowałam zawodowo. Zaszłam w kolejną ciążę. Urodziła się moja młodsza córka. Dzieci rosły i chowały się dobrze, ale w moim małżeństwie działo się coraz gorzej. Tak minęły cztery lata. Nie zgodziłam się na kolejny wyjazd męża. W tym czasie poznałam już alkohol i polubiłam go. Mąż przywoził do domu drogie koniaki, wódki. Delektowałam się nimi. Alkohol sprawiał, że czułam przyjemny szum w głowie, znikał stres. W tym czasie miałam romans z moim dawnym chłopakiem; trwało to około pół roku. To był błąd i bardzo tego żałowałam, a wyrzuty sumienia zagłuszałam alkoholem. Mąż wrócił do kraju, zmienił się, nie był już tym samym człowiekiem. Nie powiedziałam mu o zdradzie, ale on wiedział. Pił coraz więcej, a ja z nim. Zaczęliśmy popadać w długi. Zamieniliśmy mieszkanie, myślałam, że mamy „czystą kartę”, że pospłacaliśmy długi. Kiedy mąż uderzył mnie pierwszy raz, byłam przerażona. Bił mnie regularnie, dzieci płakały, bały się. Ja też się bałam i piłam coraz więcej. W końcu zgłosiłam sprawę do Prokuratury. Mąż otrzymał wyrok w zawieszeniu. Po kilku miesiącach znów mnie uderzył; właściwie to tylko dzięki mojemu starszemu synowi nie zabił mnie. Kolejna sprawa i kolejny wyrok w „zawiasach”. I moja kolejna ciąża. Piłam już wtedy regularnie. Alkohol pomagał mi na krótką chwilę. Urodziłam zdrowego chłopca. Ciągle jeszcze miałam nadzieję, że mój mąż zmieni się, że będzie dobrym ojcem i mężem, i że przestanie pić. W tym czasie wiedziałam już, że ja także mam problem z alkoholem, ale nic z tym nie robiłam. Mój młodszy syn miał trzy miesiące, kiedy okazało się, że mąż ma jeszcze nieślubne dziecko. Wtedy coś we mnie pękło. Piłam przez cały miesiąc codziennie. Wniosłam sprawę o rozwód. To był ciężki czas, nie miałam pieniędzy, sprawa rozwodowa trwała półtora roku. Dostałam rozwód, mąż wyprowadził się, a ja zostałam sama z czwórką dzieci na utrzymaniu. Chciałam tego, przestałam się bać. Nawet podjęłam leczenie w poradni odwykowej, ale trwało to zaledwie kilka miesięcy. Kiedy mąż zniknął z mojego życia, poczułam się pewnie. Mogłam robić, co chciałam. Znalazłam pracę, zarabiałam pieniądze, ale alkohol był już bardzo częstym gościem w moim domu. Piłam sama wieczorami w domu. Bywało, że następnego dnia czułam się źle, robiłam wtedy dwu-trzydniowe przerwy, ale wracałam do picia. W końcu znalazłam dobrą pracę, początkowo było mi trudno, bo pracowałam w nocy, ale szybko przestawiłam się na taki tryb życia. Pracowałam nocami, w dzień zajmowałam się domem i piciem. Tak minęły dwa lata. Dzieci dorastały, w pracy przybywało obowiązków, a ja radziłam sobie coraz gorzej. Piłam już codziennie, głównie wódkę. Coraz gorzej się czułam, coraz gorzej wyglądałam, coraz więcej spraw odkładałam na potem. W końcu pewnego dnia wydało się w pracy, że piję i zostałam zwolniona. Wtedy przestało się dla mnie liczyć cokolwiek. Wiedziałam, że zostałam zwolniona z mojej winy, ale nie umiałam się z tym pogodzić. Przestałam dbać o dom, dzieci od dawna zajmowały się same sobą. Piłam codziennie, kilka razy w ciągu doby, liczył się tylko alkohol, nie umiałam już żyć bez wódki. Zbliżały się Święta, chciałam je hucznie wyprawić, no i wyprawiłam. Zaczęłam przygotowania w środę, ocknęłam się w sobotę. Nie pamiętam jak funkcjonowałam przez te trzy dni. Kiedy to do mnie dotarło, zobaczyłam przed sobą pustkę. Chciałam umrzeć, piłam na umór. Moje dzieci mnie ocaliły. Bliska mi osoba zadała mi pytanie – czego ty naprawdę chcesz? Zaczęłam się zastanawiać. Wiedziałam, że dalej jest już tylko śmierć. Odpowiedziałam sobie: chcę żyć! Następnego dnia poszłam do poradni odwykowej, wróciłam do Wspólnoty AA, podjęłam leczenie. Mija jedenaście miesięcy, od kiedy nie piję, pełnię służby we Wspólnocie, czytam literaturę, uczestniczę w terapii, chodzę na mityngi. Podjęłam naukę w szkole zaocznej, nie pracuję. Powoli polepszają się moje kontakty z dziećmi. Starsza córka usamodzielniła się, ale jest częstym gościem w moim domu. Nie piję dla siebie, nie dla innych i jest mi z tym dobrze. Mam partnera, również trzeźwiejącego alkoholika, jest nam dobrze razem. Zaczęłam wszystko od nowa i cieszę się z tego trzeźwego życia. Problemy były, są i będą, tylko dzisiaj rozwiązuję je na trzeźwo i jest mi z tym dobrze. Dzisiaj nie zamieniłabym żadnego z moich trzeźwych dni na dni, w których piłam. Jestem alkoholiczką, nie czuję się z tego powodu gorsza od innych ludzi. Dzięki programowi AA staram się być dobrym, uczciwym człowiekiem.
Czarna AA


TOLERANCJA

Tolerancja to, najogólniej określając, akceptacja odmienności innych. Tak to rozumiem. Chodzi mi o odmienność w każdej sferze, a więc poglądy, wyznanie, zainteresowania, upodobania czy nawet sposób ubierania się. Ja na przykład nigdy nie nosiłem wąsów ani brody, ponieważ ich u siebie nie lubię, ale nie mam krytycznego nastawienia do ludzi wyłącznie z powodu wąsów czy długich włosów. Od czasu, gdy zacząłem trzeźwieć, zacząłem też szanować wybory innych i te ich wybory innych nie mają wpływu na moją ocenę tych ludzi. W tym miejscu zastrzeżenie: to, co napisałem, dotyczy tych, którzy przestrzegają wartości, zasad moralnych i etycznych ogólnie przyjętych we wzajemnych relacjach międzyludzkich. Nie znoszę chamstwa, wulgarności czy dążenia do własnych celów kosztem innych, egoizmu i egocentryzmu. Na takie postawy życiowe nie mam zgody i tolerancji, także wobec samego siebie. Czasami zdarza mi się postąpić niewłaściwie, sprawić komuś przykrość, a nawet skrzywdzić. Popełniam błędy, jak każdy. Rzecz w tym, że już potrafię je dostrzec. Szanuję poglądy czy upodobania innych, o ile nie naruszają moich granic. Chodzi mi o to, że nigdy nie narzucam innym swojego zdania czy swojego sposobu postępowania. Także w przypadku różnic w różnych kwestiach. Tego samego oczekuję od innych wobec mnie. Jeżeli tak się dzieje, to można mówić o wzajemnej tolerancji i zrozumieniu. A oto przykład z „naszego podwórka”. Każdy z trzeźwiejących alkoholików ma swoją drogę trzeźwienia. Jedni preferują mityngi i nigdy nie uczestniczyli w żadnej terapii. Inni, przeciwnie – unikają mityngów, korzystają natomiast z różnych form warsztatów terapeutycznych nawet po wielu latach trzeźwego życia. Ja też mam swoją drogę i swój sposób na trzeźwe życie, ale nie narzucam go innym i nie oczekuję, że inni dostosują swój sposób myślenia czy postępowanie do mojego. Z tym wiąże się kolejna rzecz: czasami dyskutuję z ludźmi na różne tematy, wymieniamy poglądy, argumenty. Po takiej wymianie poglądów każda ze stron może wziąć coś dla siebie lub pozostać przy swoim zdaniu. Ważne, aby kierować się wzajemnym szacunkiem i akceptacją. A już na pewno nie powinno być miejsca na ocenianie innych w rodzaju „nie znasz się” lub jeszcze dosadniej. To nie jest walka czy konfrontacja. To nie jest narzucanie swoich racji. Warto o tym pamiętać, choć przyznaję, że w takich sytuacjach czasem emocje biorą górę, także i we mnie. Dobrą szkołą kształtowania i rozwijania w sobie tolerancji są grupy terapeutyczne. Na mityngach AA obowiązują inne zasady: jeden mówi – reszta słucha, nie dyskutujemy, nie polemizujemy. Natomiast na zajęciach terapeutycznych ścierają się różne poglądy, spostrzeżenia, doświadczenia. Dlatego takie zajęcia często mają burzliwy przebieg. Bywało, że kończyłem zajęcia z dużymi emocjami. Dominowała we mnie złość. Ale to była właśnie nauka tolerancyjności i zachowania innych w codziennym, trzeźwym życiu. Moim zdaniem tolerancja wiąże się ściśle z empatią. Kiedyś sąsiad nie odpowiedział na moje powitanie przy porannym spotkaniu. Tak jak przez wiele lat w takich przypadkach – ogarnęła mnie złość, rozżalenie i poczułem chęć rewanżu. A okazało się, że sąsiad wcale nie miał zamiaru mnie zlekceważyć, tylko bolał go ząb i to zajmowało jego myśli i emocje. Zmierzam do tego, że pierwsza, pochopna ocena sytuacji czy wydarzenia może okazać się błędna i niewłaściwa, a to z kolei kłóci się z tolerancją i zrozumieniem innych. Tę prawdę życiową również wyniosłem z terapii i mityngów.
Pozdrawiam
Wojtek
AA Warszawa


KAMIENISTA DROGA

Już w czasach mojej młodości jedno było dla mnie pewnikiem: w żadnym wypadku nie zostanę alkoholiczką!!!
Przez cale lata z bólem musiałam przyglądać się temu, jak moja matka cierpi na skutek ciężkiego alkoholizmu. Pielęgnowanie jej przekraczało moje siły. Nie! Coś takiego nie mogło się powtórzyć, czegoś podobnego ja sama nie mogłam doświadczyć. Tym śladem na pewno nie podążę. Jednak stało się tak, że, nim zdążyłam się zorientować, już wstąpiłam na tę kamienistą drogę. Zaczęło się to całkiem cicho, bez rozgłosu i fanfar. Po prostu. Podczas spotkań i uroczystości chętnie i bez oporów uczestniczyłam w spożywaniu alkoholu. Problemem stało się to jednak dopiero wówczas, gdy świadomie zaczęłam stosować alkohol w charakterze niwelatora moich sytuacji stresowych lub jako rozładowywacza moich obaw i lęków. Mój mąż często wieczorami był w drodze, ja natomiast zostawałam w domu sama z moją małą córeczką. Nie potrafiłam zasnąć do momentu, aż usłyszałam silnik samochodu powracającego z pracy męża. W krótkim czasie odkryłam jednak, że łyk koniaku pozwalał mi zasnąć bez żadnych obaw. Z biegiem czasu z jednego solidnego łyka koniaku zrobiło się kilka łapczywie wypijanych łyków. Nadszedł dla mnie straszliwy czas ze wzmocnionymi objawami strachu, kłamstwami i problemami zaopatrywania się w alkohol, chowaniem zakupionego już towaru oraz pozbywania się pustych opakowań. Do tego wszystkiego zaczęły dołączać się pierwsze objawy zespołu abstynencyjnego. Nie chciałabym tu dalej rozwijać tego tematu, gdyż jestem zdania, że każdy z nas przeszedł przez coś podobnego. Nadszedł czas, że nie potrafiłam już żyć ani z alkoholem, ani też bez niego. Życie moje oscylowało pomiędzy nadzieją, a samozniszczeniem. Było mi już wszystko jedno, co piłam, ważne, aby był w tym alkohol. Pól butelki wódki jednym haustem nie było żadnym wielkim wyczynem. Moje myśli w dzień i w noc kręciły się tylko wokół hasła: alkohol. Wciąż na nowo próbowałam narzucać sobie przerwy w piciu, ale nawroty były druzgocące. W najgorszym okresie szukałam miejsca na suficie, żeby się powiesić. Przed dużymi nożami kuchennymi odczuwałam paniczny strach, gdyż wydawało mi się, że muszę się nimi zakłuć. Potem – nareszcie – nadeszło moje dno. Mój organizm przejął panowanie. Dostałam bardzo sinych skurczy. Domyśliłam się, że to było już „za pięć dwunasta”. Nie panowałam już nad niczym. Moje ciało usamodzielniło się i to pozwoliło mi opuścić trop mojej matki i zwrócić się po pomoc do AA. Z bardzo wielkim uczuciem strachu „progowego” poszłam na swój pierwszy mityng. Z miejsca jednak zostałam jak najserdeczniej przyjęta. W tym samym czasie rozpoczęłam sześciotygodniową kurację odwykową. Przez jeden rok chodziłam na tą samą grupę AA. Dzięki przyjaciołom poznałam także inne grupy AA, co bardzo pomogło mi w moim trzeźwieniu. Tak więc rozpoczęła się moja droga. Bez wpadki, wolno mi dziś z zadowoleniem obchodzić ósmą rocznicę mojego trzeźwienia. Lata te nie zawsze były łatwe. Jednak w czasach mych największych zachwiań zawsze brał mnie ktoś za rękę i towarzyszył mi. Czasem współczująco, czasami troskliwie, ale czasami też bardzo bezpośrednio. Za to chciałam dziś podziękować mojej Sile Wyższej oraz moim przyjaciołom, gdyż dzisiaj wiem, że moja Siła Wyższa i moi przyjaciele zawsze są blisko mnie. Wystarczy, że wyciągnę do nich rękę.   
Dziękuję Wam wszystkim.
Krystyna


BYCIE TOLERANCYJNYM

Moja przygoda z trzeźwością zaczęła się kilka lat temu. Teraz jest super, ale nie było tak od początku. Było we mnie mnóstwo buntu, pychy i niezrozumienia. Był też strach i wielki lęk przed niewiadomym. Jeszcze na terapii patrzyłem na inne osoby z boku, porównując je do siebie. Każdy mityng to kolejne porównania i rodzące się pytanie „co ja tu robię?”. Przecież ja jestem inny. Kiedy wyszedłem z terapii, chciałem wysyłać na leczenie znajomych i bliskich z rodziny. Nie miałem żadnego wglądu w nich, ani tolerancji. Z tolerancją to w ogóle miałem problem. Nagle pijane osoby wkurzały mnie na ulicy, a śpiących na przystanku najlepiej od razu wysyłać do izby wytrzeźwień. Gdy idąc ulicą, widziałem pijących spokojnie piwo w „ogródkach”, zazdrościłem im. Byłem zły, że oni mogą, a ja nie. Jeśli się komuś układało, też zazdrościłem i wkurzałem się. Kiedy pierwszy raz na mityngu usłyszałem o Obietnicach AA, pomyślałem, że może powinienem i ja poczekać, że może kiedyś i ja dostanę tę łaskę. Musiałem poczekać, ale też – jak napisano w Obietnicach – pracować nad nimi. „Samo” nie przyjdzie do mnie. Dzień po dniu, tydzień po tygodniu, miesiąc po miesiącu, rok po roku zmieniała się moja postawa, a także moje podejście do innych ludzi. Szybko się okazało, że bez drugiego człowieka nie mogę trzeźwieć. Potrzebuję go, jak kwiatek wody lub słońca. Nie ważne, czy to był drugi alkoholik, czy terapeuta. Po trochu, krok po kroku łamałem w sobie wszelkie nietolerancje, wszelkie bariery i ocenianie. Jakże wielkim zaskoczeniem było dla mnie, gdy na jakimś mityngu osoba dzieląca się swoim życiem, nagle zaczęła mówić… o mnie. W jednej chwili przełamała się we mnie blokada, niepewność. Nagle zrozumiałem, że wszystkie uzależnione osoby są bardzo podobne do siebie. Nie ważne, jak potoczyło się ich życie i jak bardzo je sobie zrujnowali. Ważne było to, że są chorzy tak samo, jak ja na chorobę alkoholową i chcą zmienić swoje życie. Chcą, tak jak ja, być kimś innym, lepszym. Chcą skończyć z pijanym życiem tak, jak ja tego chciałem. Moje życie powoli zaczęło nabierać radości, kolorów. Oczywiście były też poważne kryzysy, ale już nie przechodziłem ich sam. Miałem znajomych ze Wspólnoty, rodzinę, bliskich, którzy chętnie mi pomagali. Co więcej, oni niczego nie oczekiwali ode mnie. Nic nie chcieli, a to, co robili, robili bezinteresownie. Na początku mnie to zaskoczyło, ale wkrótce sam tak postępowałem. Pomoc drugiemu alkoholikowi to ważna rzecz. Moje wypowiedzi na mityngach, przychodzenie na detoks z posłaniem – to rzeczy, które robię z przyjemnością, mając na uwadze dobro innych. To dla innych alkoholików to robię, chcąc pokazać im, że można żyć inaczej. Z dala od alkoholu i problemów z nim związanych. Mimo, że konsekwencje pijanego życia jeszcze przez długo odbijały mi się (nadal się czasem odbijają) „czkawką”, to jednak warto być trzeźwym. Konsekwencje pojawiają się, ale też, dziś będąc trzeźwym, eliminuję je. Nie da się wszystkiego uratować czy odbudować, ale mogę starać się być lepszym człowiekiem. Bycie tolerancyjnym to życie w zgodzie z sobą, ale też z innym człowiekiem. To samo dotyczy mojego prywatnego lub zawodowego życia. Dzięki tolerancji traktuję ludzi podobnie, na podobnym poziomie. Nie oceniam po wyglądzie czy zachowaniu, nie znając człowieka. Daję sobie i jemu czas na wzajemne poznanie się. Życie dzięki temu jest dla mnie łatwiejsze. Mam problemy, z którymi radzę sobie raz lepiej, raz gorzej, ale staram się być uczciwym wobec siebie i innych. Więc głowa do góry i do przodu.
Marcin AA


ODRZUCONA PRZEZ KOBIETY

W roku 1996 trafiłam do AA, ale nie bardzo pamiętam jak się czułam we Wspólnocie, ponieważ wtedy nie uważałam się za alkoholiczkę. Pamiętam tylko, że trafiłam tu z ludźmi z grupy terapeutycznej, więc nie byłam sama. Pamiętam też pierwsze wypowiedzi kobiet, które upewniły mnie w tym, że nie jestem alkoholiczką. Kobiety mówiły o zabranych im dzieciach, o pobytach w więzieniach, „na dołkach” i detoksach, a także o ciężkich zespołach odstawienia alkoholu, wliczając w to „delirki”. Mówiły też o rozbitych rodzinach. A ja nic z tych rzeczy nie miałam, więc nie utożsamiałam się z nimi i tą chorobą. Mimo bycia córką alkoholiczki, nie podejrzewałam, że z moim piciem jest coś „nie tak”. Szybko wróciłam do picia i piłam przez siedem lat, do czasu, kiedy ograniczono mi prawa rodzicielskie. Znów trafiłam do Wspólnoty AA, chodziłam na parę mityngów. W tym czasie trafiałam na grupy, gdzie byłam jedyną kobietą. Czułam i czuję się do tej pory na tych mityngach wyśmienicie, jak również na mityngach mieszanych kobieco-męskich. Gdy po kolejnych siedmiu latach picia trafiłam do Wspólnoty, zaczęłam się zastanawiać, dlaczego na samą myśl o kobiecym mityngu aż ciarki mnie przechodziły. Kiedyś postanowiłam iść na taki mityng. Gdy powiedziałam o tym swojej terapeutce, to stwierdziła, że gdy to mówiłam, miałam minę, jakbym jadła cytrynę. A tak w ogóle, to od niepamiętnych czasów wszystkie kobiety uważam za przysłowiowe „blondynki” (z góry przepraszam Czytelniczki o tym kolorze włosów, w tej grupie jestem i ja). Kiedy o tym myślałam, doszłam do ciekawych wniosków: po pierwsze – wychowywała mnie kobieta, czyli moja kochana babcia, która była kobietą dominującą, i ani mój tata, ani ja nie mogliśmy się jej sprzeciwić. Ona zawsze decydowała za nas i „wiedziała lepiej”, co nam jest potrzebne. Przez to, mimo że ją kochałam, to gdzieś w głębi duszy miałam do niej żal, pretensję, jak również po cichu nienawidziłam jej za to, co mi robiła. Przykładem może być wybór szkoły i zawodu. Ja chciałam być pilotem wycieczek, ale babcia nawet mnie nie zapytała, co chcę robić, tylko stwierdziła, że będę krawcową i wysłała mnie do zawodówki odzieżowej. Do dziś nie wykonuję tego zawodu. Po drugie – moja mama, która, gdy miałam siedem lat, wyrzekła się mnie w czasie rozwodu z ojcem. Dziś myślę, że chciała dla mnie dobrze, ponieważ wiedziała, że jestem emocjonalnie związana z babcią. W późniejszym okresie, gdy matka piła, niejednokrotnie zawiodłam się na niej. Po trzecie, gdy mój tata został oskarżony o zabicie mojej mamy, to kobiety i koleżanki z osiedla wytykały mnie palcami i nazywały córką mordercy. Natomiast koledzy mnie wspierali. Moje wnioski są takie, że brak wyboru, odrzucenie i brak wsparcia zawsze kojarzyłam z kobietami. Stąd też mój brak zaufania do kobiet. Jedyna kobieta, której całkowicie zaufałam, to moja terapeutka (może dlatego, że patrzę na nią jak na profesjonalistkę, a nie kobietę). Mimo, że byłam krzywdzona przez mężczyzn (podwójne molestowanie w wieku 5 i 10 lat) i próba gwałtu (w wieku 20 lat), to i tak facetów darzę większym zaufaniem niż kobiety. Chociaż żałuję jednego, że mimo to, że mężczyźni zwracają na mnie uwagę, to traktują mnie jak kumpla, nie widząc we mnie kobiety. Na mityngach mieszanych dowiedziałam się, że mężczyźni też mają uczucia i dziś staram się nie traktować facetów przedmiotowo. Natomiast, jeśli chodzi o kobiety, to byłam bardzo zdziwiona, gdy pewna kobieta pierwsza poprosiła mnie o pomoc. Myślałam sobie: „czego ta baba chce?”, ale przełamałam swój lęk i spotkałam się z nią. Dziś, mimo, że nadal nie darzę kobiet pełnym zaufaniem, staram się z nimi rozmawiać, pomagać i tolerować je, a nie okazywać jawną wrogość. Ponadto wiem, że nie wszystkie kobiety mnie odrzucają. Moje wybory zależą tylko ode mnie, a krzywdy nie dam sobie zrobić, ponieważ jako osoba dorosła umiem o siebie zadbać.
Asia AA


ZAWSZE SĄ MITYNGI

Na początku swojej terapii podchodziłam do mityngów jak pies do jeża. Potem się do nich przekonałam i zagościły na stałe w moim rozkładzie zajęć. Był to okres, kiedy uczyłam się trzeźwego życia, chłonęłam jak gąbka to, co mówili inni i byłam zachwycona wspólnotą, a szczególnie możliwością spotkania innych kobiet. Bardzo potrzebowałam przedefiniować swoją kobiecość i kobiece mityngi mi w tym pomagały. Następny okres mojego życia był wypełniony rozwodem, problemami z dziećmi i ogólnie trudną sytuacją. Wtedy bardzo mi pomogły służby w AA, bo gdyby nie konieczność przyjścia na mityng z powodu podjętych zobowiązań, to pewnie trudno byłoby mi znaleźć na to czas w nawale zajęć i problemów. Teraz, z perspektywy czasu bardzo dobrze wspominam służbę skarbnika, a jeszcze lepiej dwuletnią służbę mandatariusza. Dzięki niej poznałam dużo osób, zrozumiałam, jak działa samo AA i miałam poczucie, że nareszcie coś z siebie daje a nie tylko biorę. Tak, to właśnie było najważniejsze – służby pozwalały mi się oderwać od myśli o mojej sytuacji i skupić na robieniu czegoś pożytecznego. Potem jeszcze prowadziłam mityng i było to dla mnie zarówno trudne, jak i wiele uczące doświadczenie. W pewnym momencie zrozumiałam, że zaczynam uciekać w AA od swojego życia. Wymyślam kolejne rzeczy do zrobienia, spotykam się, piszę – i w efekcie nie mam czasu dla swoich dzieci, dla siebie czy dla bliskich mi osób. Dlatego zaczęłam na mityngach bywać dużo rzadziej. Nie znaczy to, że zrezygnowałam z pracy nad sobą – nadal uczęszczałam na różne warsztaty (również dla uzależnionych) i spotykałam się z trzeźwiejącymi alkoholikami. Ten okres był dla mnie czasem równowagi i budowania nowych relacji poza wspólnotą. Jednak trudno mi zachować równowagę. Przez następne miesiące byłam bardzo zajęta nowym związkiem, zagrożoną ciążą a potem cudownym synkiem. Niestety, zaniedbałam przez to siebie i na efekty nie trzeba było długo czekać. Im trudniejsza robiła się sytuacja z jednym z moich starszych dzieci, tym gorzej sobie radziłam ze swoimi emocjami, zaczęłam wpadać w stare schematy myślowe i nie umiałam wyjść ze złego samopoczucia. Dopiero rozmowa z inną trzeźwiejącą alkoholiczką uświadomiła mi, że muszę o siebie zadbać. Poumawiałam się z dziewczynami ze wspólnoty i dopiero one wyciągnęły mnie na mityng. I jak to zwykle bywa, zupełnym przypadkiem dostałam na nim rozwiązanie przynajmniej części swoich problemów, bo ktoś był w podobnej sytuacji i mógł się ze mną podzielić swoim doświadczeniem. Dlaczego o tym piszę? Bo dzisiaj widzę, że mityngi są mi potrzebne, żeby posłuchać innych, odzyskać pokorę, a przede wszystkim, żeby mieć te dwie godziny refleksji nad sobą. Bardzo dużo radości daje mi też to, że czasami mogę się komuś pomóc, podzielić się swoim doświadczeniem. Pod tym względem mityngi są czymś bardzo wartościowym. Jednak są też rzeczy, które mnie do mityngów zniechęcają.  Jest dużo wojenek pomiędzy różnymi towarzystwami wzajemnej adoracji. Są też osoby, które są po prostu męczące. Jednak ani jedno ani drugie nie przekreśla w moich oczach mityngów. Wręcz przeciwnie – pozwala mi pracować nad swoją pokorą, pogodą ducha i wyrozumiałością. Pozwala też wyłapywać takie same moje zachowania, bo przecież dlatego mnie tak drażnią, że nie jestem od nich wolna. Tak, więc kiedyś przychodziłam na mityngi brać, potem dawać, w teraz po prostu pracować nad sobą. Czego jednak mityngi mi nie dają? Kilka razy w życiu doszłam do ściany – mityngi ani wsparcie znajomych nie wystarczały. Wtedy najbardziej pomogła mi fachowa pomoc. Dlatego teraz nie szukam na mityngu rozwiązania wielu problemów, raczej inspiracji gdzie mogę znaleźć pomoc specjalistów. Nie raz zdarzało mi się słyszeć na mityngach rzeczy bardzo szkodliwe, szczególnie na tematy nie bezpośrednio związane ze alkoholizmem (takie jak depresja czy wychowanie dzieci). Jest wiele problemów, gdzie najbardziej może pomóc zdobycie wiarygodnej wiedzy, wsparcia innych osób z podobnym problemem i pomoc kogoś, kto się specjalizuje w takim zagadnieniu. Podsumowując, – jako alkoholik potrzebuję przeglądać się w innych ludziach, pomyśleć nad tym, co robię, zainspirować się czyjąś historią. Potrzebuję też pomagać, dzielić się tym, co było moim doświadczeniem. Najcudowniejsze w mityngach jest to, że zawsze są i można w każdej chwili z nich skorzystać. Jednak, w moim przekonaniu, nie należy AA traktować, jako jedynej formy pracy nad sobą, szczególnie, kiedy zmagam się z czymś trudnym. Warto wtedy poszukać innych form wsparcia, takich, gdzie spotkamy się ze zrozumieniem i dowiemy się, jak sobie radzić. O ile rozwój duchowy jest podstawą zdrowienia, o tyle nie może być zamiennikiem specjalistycznej pomocy.
Jaga


TRADYCJA PIĄTA

„Każda grupa ma jeden główny cel; nieść posłanie alkoholikowi, który wciąż jeszcze cierpi”.

Na wstępie ja, Przemek alkoholik chciałbym powiedzieć w skrócie, jak rozumiem pewne rzeczy: kim jest alkoholik, który wciąż jeszcze cierpi? Jest to osoba, która jest uzależniona od alkoholu i która albo nie wie, jak zaprzestać picia, albo która przestała pić, ale nie wie, że jest sposób na lepsze, szczęśliwsze życie bez alkoholu, więc męczy się życiem „na sucho”. A co to znaczy nieść posłanie? To znaczy, by głośno mówić, że jest sposób na lepsze, szczęśliwsze życie bez alkoholu, że rozwiązanie jest w zasięgu ręki, że mi się udało i innym też się może udać znaleźć sposób na lepsze życie, życie, jakiego wcześniej nie miałem. Co rozumiem przez główny cel? Moim najważniejszym celem jest dzielenie się swoim doświadczeniem, czyli wyciąganiem wniosków z korzystnych i bolesnych przeżyć, z gry o śmierć i życie. Przypominam sobie, jak dwa lata temu wypowiadałem się na mityngu w Grodzisku Mazowieckim, użalając się nad sobą; opowiadałem, jak to jest być nieszczęśliwym, niekochanym, nienagradzanym alkoholikiem, ale trzeźwym. Wtedy usłyszałem wypowiedź jednego z uczestników. Mówił o tym, co on robi, żeby żyło mu się lepiej. Pomyślałem, że ja też bym tak chciał. Ale jak to zrobić? Mam dopiero trzy miesiące trzeźwości. Odpowiedź wkrótce przyszła – tamten alkoholik zaczepił mnie w przerwie, mówiąc, że słyszał jak się wypowiadałem, jak cierpię na trzeźwo. Powiedział mi: „Przemek, jest sposób na lepsze życie, szczęśliwsze życie.” I się zaczęło. Zacząłem robić to, co mi mówił, te tak pozornie proste rzeczy, a tak bardzo na tamtą chwilę dla mnie trudne. No i udało się – jestem wolnym człowiekiem, który dzieli się tym, co przedtem dostał za darmo od tamtego alkoholika: szczęśliwym życiem na trzeźwo. Teraz jestem trzeźwym, szczęśliwym, rozwijającym się duchowo alkoholikiem, który stosuje jak tylko potrafi PROGRAM 12 KROKÓW. To, co dostałem, oddaję swoim podopiecznym: receptę na fajne życie. Mam sponsora, z którym pracuję na 12 TRADYCJACH i przenoszę te Tradycje w swoje codzienne życie w domu, społeczeństwie i pracy. Wspólnie z moim sponsorem założyliśmy grupę AA, która pracuje ściśle na Programie 12 KROKÓW i 12 TRADYCJI. Uczestnikami mitingu są ludzie, którzy stosują Program w swoim życiu prywatnym, są sponsorami duchowymi, ale także ludzie bez Programu, którzy mają swoją drogę (terapia, samodyscyplina, itp.) i nowicjusze, którzy trafiają tu dzięki naszym działaniom na detoksie, w poradni odwykowej, ośrodku pomocy społecznej (roznosimy ulotki, plakaty informujące o tym, po co i gdzie się spotykamy). Przychodzą po pomoc szukając sposobu na rozwiązanie i właśnie tu go dostają. SPOSÓB NA LEPSZE ŻYCIE NA TRZEŻWO – BEZ ALKOHOLU – to jest główny cel grupy AA. Przenosząc Tradycję Piątą do mojego domu: głównym celem mojej rodziny jest miłość, zaufanie, uczciwość, szczerość, wspólne pomaganie sobie, wsparcie w trudnych chwilach, wspólne spędzanie wolnego czasu i przekazywanie dzieciom, że życie może być szczęśliwe, jeśli tylko tego chcemy. Są to rzeczy, które są dla nas czymś nowym, wcześniej nieznanym. Mnie, Przemkowi ALKOHOLIKOWI, Wspólnota AA dała receptę na lepsze, nieznane dotąd życie, więc będę ją przekazywał dalej, gdyż moje doświadczenie może uratować życie komuś innemu. Wiem, że dopóki głównym naszym celem będzie dzielenie się tym, co nam się przydarzyło, będzie to owocowało trzeźwością mojej rodziny i moją. I tak się dzieje, ponieważ nasi przyjaciele pytają, jak my to robimy, że się nie kłócimy. Jeżeli chodzi o życie w moim otoczeniu, społeczności, to daję tyle, ile jestem w stanie. Staram się wykorzystać swoje doświadczenie jak tylko potrafię najlepiej. Z kolei swoją pracę chcę ją wykonywać jak najlepiej, uczciwie, robić jedną rzecz sumiennie, a nie łapać wiele „srok za ogon”. Dobre rezultaty przynosi, gdy robię to, w czym jestem dobry, to, na czym się znam. Pracując przez 15 lat w zawodzie elektryka nie stanę się nagle dobrym piekarzem. Dziś wiem, że doświadczenie, którym się mogę podzielić, jest szczere i uczciwe, które pokaże młodszym stażem, że zawsze jest jakieś rozwiązanie. Dziś umiem też słuchać, uczyć się od innych, a nie tyko wierzyć w swoje racje. Dziś nie pisałbym tych słów bez Wspólnoty AA, bo nie wiedziałbym jak żyć, albo w ogóle nie byłoby mnie wśród żyjących.
Pozdrawiam, Przemek


ZACIĄGNĘŁAM WIELOLETNI KREDYT TRZEŹWOŚCI

Był 13 maja 1996 r. W mojej parafii odbywał się odpust M. B. Fatimskiej. W kościele, po mszy wysłuchałam szczerego świadectwa trzeźwiejącego alkoholika. Stałam pod chórem i łzy płynęły mi po policzkach. Świadectwo tak mnie wzruszyło, że ja też zapragnęłam trzeźwieć po piętnastu latach picia, upodlenia i wstydu. Kolega zapraszał chętnych do sali katechetycznej. Poszłam i nigdy nie zapomnę radości i pozytywnych emocji, jakich wtedy doświadczyłam. Ś.P. Ula z mężem przytulili mnie jak rodzoną siostrę. Uczęszczałam na mityngi, choć niewiele rozumiałam. Przyjmowałam tylko te wypowiedzi, które pasowały do mojego zbrukanego życia. Miewałam jeszcze krótkie wpadki, ale zawsze potem biegłam na mityng i wyznawałam szczerze kolejny upadek. Ogarniał mnie ogromny wstyd, że przyjaciele mogą nie pić latami, a ja nie mogłam wytrzymać dwóch miesięcy. Czułam się gorszą albo chorą psychicznie. Nawet nie wiedziałam, że maj to Piąty Krok: Wyznaliśmy sobie, Bogu i drugiemu człowiekowi istotę naszych błędów. A więc to Bóg postawił mi na drodze drugiego człowieka, żebym nie była odosobniona w tej chorobie. Z pomocą przyjaciół i sponsorów, po roku pracy nad sobą, wytrzeźwiałam. Doceniłam potrzebę czystego, trzeźwego kochania. Czekała mnie jeszcze praca nad moimi wadami. Czytałam dużo naszej aowskiej literatury – czułam jak rozjaśnia mój chory umysł. Wzrastała też moja chęć do życia. Rodzina zaczęła mi ufać, ale przyglądali się, jak długo wytrzymam. Zaciągnęłam wieloletni kredyt trzeźwości u Boga i ludzi. Obecnie choroba nie pozwala mi uczęszczać na mityngi. Już nie potrafię się cieszyć trzeźwością. Znoszę upokorzenia od moich uzależnionych bliskich. Jestem bezsilna wobec zachowania ludzi, których kocham. Nie potrafię pomóc, chociaż ciągle próbuję. Z tego powodu, po wielu latach trzeźwości, popadłam w niechęć i smutek. Pytam siebie: po co mi ta trzeźwość, skoro mój przykład nic nie znaczy, a domownicy wręcz mi dokuczają, żeby sprawdzić, czy się nie załamię? Moi bliscy chętnie rozmawiają o swoich kłopotach z obcymi; mnie nie chcą słuchać. Ja na co dzień widzę, co się dzieje, rozmawiam… nic nie pomaga – jak grochem o ścianę. Jest mi smutno, moje serce krwawi, że na starość zbieram cięgi za moje picie w młodości. Trwam tylko dlatego, że w chwilach najcięższych Jezus niesie mnie na swoich ramionach i wspiera mnie kochająca córka, która też jest w AA.
Serdecznie pozdrawiam
Stenia AA
P.S. Do redakcji, proszę poprawić mój styl pisania, jest niedoskonały jak ja i może mało ciekawy, choć bardzo się starałam. Brakuje mi Pogody Ducha. Przyjaciołom życzę radości z trzeźwienia. AA Stenia


TRZEŹWOŚĆ EMOCJONALNA

Trzeźwość emocjonalna jest na „wyciągnięcie ręki”. Nie popełniać błędów Billa i dr Boba. Moją religię buduję sam, skorzystałem z podpowiedzi Billa i wróciłem do wiary dzieciństwa. Religijność jest częścią mojej duchowości, która jest dla mnie tarczą przed autodestrukcją, przed gniewem i złością, broni mnie przed depresją. Moja religia broni mnie przede mną samym. Miałem dobrych nauczycieli/sponsorów/instruktorów życia w trzeźwości, abym nie oszalał „na sucho”, słuchałem ich jak syn słucha ojca, jak dobry syn słucha dobrego ojca. Pomogli mi zrozumieć, założyć długie portki i być mężczyzną. Kocham całe swoje życie i robię, co chcę, odzyskałem wolność w granicach poznanych zasad. Bill i dr Bob swoim życiem pomogli mi nie robić ich błędów, ale z ich życia wziąłem to, co pomagało im żyć w trzeźwości i osiągnąć trzeźwość emocjonalną.
Pogody ducha
Adam z Gdańska i AA


KONCEPCJA CZWARTA

Pamiętam, jak dzięki aktywnemu uczestnictwu w życiu AA odkryłem, że mimo pogardy do siebie i innych, moje negatywne nastawienie zmienia się. Moja pustka wewnętrzna wynikała z bezużyteczności. Żyłem sam dla siebie, według własnych zasad, spełniając własne zachcianki. Dzisiaj to nie są dla mnie puste frazesy i banały. Bycie chcianym i potrzebnym okazało się dla mnie lekarstwem na moje niskie poczucie wartości, poczucie winy i wstyd po okresie 26-letniego picia alkoholu. Kiedy jako mandatariusz grupy pojechałem pierwszy raz na Konferencję Regionu AA Warszawa, nie było dla mnie ważne, czy mam prawo głosować i jak, tylko to, że mam prawo uczestniczyć i mam prawo udziału. Oczywiście nie do końca potrafiłem to uczucie zadowolenia i satysfakcji, które mi towarzyszyło, wtedy nazwać. Ale po jakimś czasie dotarło do mnie, że dzięki służbie w AA mogę odzyskać szacunek do siebie. Moje życie nabiera sensu. To, czego potrzebowałem, to poczucie przynależności, zaufania. Po wielu latach zacząłem się czuć chciany i potrzebny. Bardzo proste a niesamowite odkrycie. Przez całe życie na siłę szukałem akceptacji u innych ludzi, ale według własnych zasad. W AA otrzymałem szansę akceptacji i przynależności według zasad ogólnie przyjętych. To, że przez większość swojego życia czułem się odrzucony, wynikało między innymi z mojej samowoli i egoizmu. W AA otrzymałem szansę wyzbywania się ze swojej pychy i arogancji. Trenuję przyjmowanie woli wobec siebie poprzez poznawanie i stosowanie zasad AA, czyli naszego Programu. Koncepcje AA, w tym Koncepcja Czwarta, określa moje i innych „Prawo do uczestnictwa”, lub – jak kto woli – „Prawo do udziału”. Koncepcja ta pozwala na uczestnictwo i określa m.in. prawo do głosowania w strukturach Konferencji. Łatwo dojść do wniosku, że jeżeli Konferencja jest powołana po to, aby wyznaczyć cele i sposoby działania AA na najbliższy okres, to warto zaprosić do dyskusji na Konferencji lub poprosić o podzielenie się doświadczeniem osoby, które posiadają potrzebną wiedzę, często większą od naszej. Może właśnie dlatego na Konferencję zapraszani są przyjaciele i sympatycy AA, alkoholicy pełniący służbę w innych Regionach AA, pracownicy BSK i powiernicy Służby Krajowej. Osoby te nie mają prawa głosowania, ale ich uczestnictwo, wiedza i doświadczenia są bezcenne, bo na Konferencji zastanawiamy się, jak pomóc tysiącom alkoholików. Kto może głosować, określa jasno Karta Konferencji Regionu AA Warszawa – są to mandatariusze grup i członkowie Rady Regionu. I każdy z nich posiada jeden, równy innym głos. Taki kształt Konferencji pozwala z jednej strony podjąć bardziej słuszne decyzje, jak skuteczniej pomagać alkoholikom, a z drugiej – pozwala, aby każdy głos AA był słyszany. Ustalenia Konferencji mogą docierać do grup poprzez mandatariuszy. Koncepcja ta, czyli „Prawo Udziału” zabezpiecza AA przed ostateczną władzą i koryguje ją w określony sposób. A równocześnie zachęca wszystkich bez wyjątku alkoholików do zaangażowania i brania na siebie odpowiedzialności za przyszłość AA (więc i swoją). Tak lekceważone przeze mnie wcześniej Tradycje i Koncepcje okazują się prostymi zasadami, które zbliżają mnie do ludzi. Ułatwiają porozumienie i partnerstwo, o których nie miałem zielonego pojęcia. Może dlatego przez ponad cztery lata pracując w firmie i zespole, nigdy nie pokłóciłem się z kolegami i szefem w pracy – przyjmując jego wolę wobec siebie do czasu, kiedy uznałem, że jego wola wobec mnie przekracza moje możliwości. Rozstałem się z szefem i firmą w zgodzie i życzliwości, podejmując decyzję o zmianie pracy i firmy. Zacząłem akceptować ogólnie panujące zasady, a nie udowadniać, że moje są jedynie słuszne. Nie zareagowałem złością i agresją, obrażając się jak dziecko, tak jak kiedyś. Być może brakuje mi jeszcze dojrzałości i trzeźwego, rozsądnego myślenia i postępowania. Okazuje się, że bycie potrzebnym i pożytecznym dla innych wiąże się z przestrzeganiem określonych zasad, które nie koniecznie muszą mi się podobać. Kolejne niesamowicie proste odkrycie. Abym stał się lepszym człowiekiem, dobrze, abym poznał i stosował nasze Kroki AA. Abym nie stał się lepszym od innych, tylko lepszym dla nich, czyli nauczył się być między ludźmi, dobrze, abym poznał i stosował Tradycje AA. Abym stosował to wszystko w obszarze AA, czyli w służbach, dobrze, abym poznał i stosował Koncepcje AA. Myślę, że jeżeli trenuję bycie razem z innymi alkoholikami, wspólnie podejmując odpowiedzialność i decyzję, łatwiej mi będzie porozumieć się i brać odpowiedzialność wspólnie i razem z żoną w domu, szefem w pracy, sąsiadem, kolegą lub przyjacielem. Moja pustka wewnętrzna wypływała z tego, że czułem się bezużytecznym egoistą i wygodnym tchórzem. Nie potrafiłem być dla innych, bo zawsze chciałem, by inni byli dla mnie. AA daje mi tę szansę, abym był innym człowiekiem, lepszym dla innych, ale na określonych zasadach. Czego sobie i innym życzę.
Mariusz AA


KONCEPCJA PIĄTA

„Na wszystkich szczeblach naszej struktury służb światowych powinno obowiązywać tradycyjne „Prawo do Apelacji”, gwarantujące wysłuchanie głosów mniejszości i wnikliwe rozważenie indywidualnych skarg”.
Koncepcję Piątą uważam za naukę i ważną informację dla demokracji we Wspólnocie, wymagającą dużego zrozumienia dla drugiego człowieka. Człowieka, który może mieć odmienne zdanie. Nie zawsze większość ma rację. Czasem, gdy mniejszość wyrazi jasno swoje racje, okazuje się, że jest coś na rzeczy, że warto to jeszcze raz rozważyć. Nieraz, czy to na mityngu, czy gdy sięgniemy do historii, uświadamiamy sobie, że większość się myliła. Dlatego też, by umożliwić takie działanie, Bill napisał Koncepcję Piątą, stanowiącą gwarancję wysłuchania głosu mniejszości. Biorąc tę Koncepcję pod uwagę na mityngach roboczych podstawowej jednostki AA, czyli grupy, na spotkaniach Intergrup, czy Rady Regionu, wielokrotnie przeprowadzane są głosowania w wielu ważnych sprawach. Najlepiej by było, gdyby w trakcie dyskusji, przed głosowaniem doprowadzić do jednomyślności uczestników spotkania, by porozumieli się oni w danej kwestii Jednak często się zdarza, że tej jednomyślności nie ma. Głosowanie daje wyraźny sygnał, czyje zdanie przeważa, ale nadal nie znaczy to, że większość ma rację.
Tu właśnie Koncepcja Piąta daje prawo do wypowiedzenia się uczestnikom, których głosy były w mniejszości, a ich racje przez większość nieakceptowane. Osoba, która się wypowiada w imieniu mniejszości „powinna móc uczynić to bez szkody dla siebie i bez strachu przed odwetem”* w imieniu tych członków, którzy „powinni czuć, że nie muszą cicho się godzić z niepotrzebną dominacją ze strony innych”*. Wtedy może okazać się, że ich argumenty mają swoje uzasadnienie i że właśnie one przekonały do zmiany decyzji kogoś, kto wcześniej tego nie zauważał. Po wypowiedzi przedstawiciela mniejszości należy zawsze powtórzyć głosowanie. Może się wtedy okazać, że wynik jego będzie zupełnie inny od pierwotnego. W sytuacji jednak, kiedy nikt z mniejszości nie wyraża chęci wypowiedzenia się w temacie i nie ma nikogo, kto chciałby uzasadnić swoje racje, wtedy sytuacja jest rozwiązana: nie można rozpatrywać sprawy, która nie została wyłuszczona. Głosowanie jest zakończone. Tak właśnie według mnie wygląda „Prawo do Apelacji”, prawo niezbędne do demokratycznego funkcjonowania naszej Wspólnoty.
Koncepcja Piąta reguluje również sprawę wyboru i wolności każdego z uczestników AA, a więc: każdy alkoholik, który wyrazi chęć przynależności do Wspólnoty, jest jej członkiem, bez zbędnych pytań ze strony większości, którą – w tym wypadku – jest grupa. Nie można zmusić kogokolwiek we Wspólnocie do wierzenia w cokolwiek albo chociażby do wnoszenia jakichkolwiek opłat. Ważną, a może wręcz najważniejszą rolę w utrzymaniu jedności we Wspólnocie, zachowaniu wolności wyboru i możliwości wypowiedzenia własnego zdania mają podstawowe służby, które w myśl II Tradycji, jako „zaufani słudzy” „muszą być zawsze gotowi, aby uczynić dla grup to, czego grupy w sposób oczywisty nie mogą lub nie powinny robić samodzielnie”*. I odnosi się to do każdego poziomu naszej struktury.
Koncepcja Piąta świetnie wpisuje się w nasze (mojej rodziny) życie prywatne. Jest wskazówką dla zgodnej i cieszącej się sobą rodziny – tylko poprzez wysłuchanie głosu wszystkich członków rodziny, dążenie do jednomyślności i wysłuchania tych, którzy mają odmienne zdanie, można osiągnąć porozumienie i podejmować decyzje za przyzwoleniem całej rodziny.
* Nieautoryzowany przekład VII Koncepcji napisanej przez Billa W.,
a przyjętej na 12. Dorocznej Konferencji Służb Ogólnych AA w dniu 26 kwietnia 1962 r.


JA (KOBIETA) I AA

Od napisania pewnego tekstu minęło 9 lat. To i dużo i mało. Jednak gdy czytam to dziś, mam wrażenie że od stanu w jakim byłam wówczas (po 6 latach abstynencji!) minęła cała wieczność. Dzisiaj naprawdę jestem zupełnie kimś innym. Jestem Kobietą! I czuję to całą sobą. A wszystko zawdzięczam AA. Serio, serio… Wiem, że czasem takie deklaracje przyjmowane bywają sceptycznie. Wiem, bo sama miewam takie odczucia słysząc: Zawdzięczam wszystko Wspólnocie albo Wspólnota uratowała mi życie. Jednak w tym przypadku: w sprawie mojej przemiany z kogoś o nieokreślonej tożsamości w 100%ową kobietę, która jest pewna swej wartości i nawet bywa dumna z tego kim jest – to akurat jest prawda. To mój aktywny pobyt w AA przez te wszystkie lata i spotkani tutaj ludzie sprawili, że w końcu uznałam swą płeć za dar, przywilej a nie za karę albo pomyłkę…Nie chcę oczywiście powiedzieć, że zawsze było pięknie i różowo, że cały proces przebiegał bez zgrzytów i wątpliwości. Było ich sporo. Czasami miałam wrażenie, że i tutaj docierają stereotypy ciągle jeszcze funkcjonujące w tzw. zdrowej części społeczeństwa – że kobieta-alkoholiczka to jest dno dna, że alkoholiczka jest gorszym gatunkiem, itd., itd… Słyszałam pod swoim adresem uwagi, które nie były „konstruktywną krytyką”, a jedynie wyrazem niechęci lub lekceważenia ze strony wyrażających je mężczyzn.  Chociaż dzisiaj to już tak naprawdę nie mam pewności, czy rzeczywiście takie sygnały otrzymywałam z zewnątrz, czy ciągle jeszcze do głosu dochodziła moja własna słaba samoocena… Nie wiem. Zresztą to dzisiaj dla mnie nie ma znaczenia. Ważne, że teraz jest inaczej. Jest dobrze i z każdym dniem lepiej… Bycie we Wspólnocie, Program i moja praca nad sobą dały zdumiewające efekty, których nawet w najśmielszych marzeniach nie byłam w stanie przewidzieć, wyśnić…Odważyłam się więc podzielić z Wami moją opowieścią o mnie sprzed lat. To bardzo osobisty tekst, pisany na potrzeby małej grupki zaufanych kobiet w sytuacji podobnej do mojej. Mimo to, zdecydowałam się opublikować to tak, jak napisałam wtedy, bez poprawek, skrótów i upiększeń, chociaż kusiło mnie aby przynajmniej czas teraźniejszy pozamieniać na czas przeszły. Tyle, ze to nie byłoby to samo… Tak sobie pomyślałam: a może jakiejś dziewczynie/kobiecie będącej na początku drogi i czującej się tak jak ja wtedy, przeczytanie tych wynurzeń da choć odrobine nadziei…? Byłoby miło…
************************
„Ja jako kobieta” (8.03.2008 r.) napisała: Dorota P.
Bardzo trudno mi się było zebrać do pisania tej pracy. Nie czuję tego tematu, nie wiem, co miałabym tu napisać. Na udział w tej grupie zdecydowałam się z nadzieją, że właśnie ten temat będzie efektem uczestnictwa, a nie początkiem. Chyba wolałabym napisać powieść science-fiction. Myślenie o tej pracy przywołało we mnie wszystkie niedobre uczucia, które towarzyszyły mi przez większość życia, bo znów musiałam się porównać do moich wyobrażeń i przekonań, a konfrontacje te zwykle kończą się dołem emocjonalnym, spadkiem i tak niewysokiego poczucia wartości Zupełnie nie umiem się zlokalizować w strefie ‘kobiecość”. Mam wrażenie, ze nie spełniam większości warunków, które wg mojego przekonania, czy też wg wpojonych mi stereotypów – determinują przynależność do grona kobiet. To, że jestem kobietą zostało zadecydowane przy moim urodzeniu – jako że wówczas „na oko” lekarz ocenił, że należę do płci żeńskiej. Poza obszarem między kolanami a pasem – bardzo trudno mi jest wskazać inną dziedzinę, zbiór zachowań albo cech, o których mogłabym powiedzieć „o! tak! – tu jestem kobietą w pełnym tego słowa znaczeniu”.
       Jako mała dziewczynka bardzo rzadko bawiłam się lalkami, rzadko bawiłam się „w dom” albo w inne typowe dla małych dziewczynek zabawy. Preferowałam raczej zabawy i rozrywki chłopięce. Nie miałam zbyt wielu koleżanek. Kolegów tez zresztą nie. Nie umiałam się z nikim bliżej zaprzyjaźnić. Zawsze byłam jakby nieco z boku „wyrwana z kontekstu”, inna, nieprzystająca do rzeczywistości. Moje koleżanki, jeśli je miałam - łaziły po drzewach i dachach, szalały na rowerach po ulicy, czepiały się pociągów w lasku na Kole albo biły się na pięści – a ja z nimi.
      Gdy miałam 6 lat, moja matka zachorowała na „SM”. Najpierw była długo w szpitalu, a potem wprawdzie w związku z rentą siedziała w domu, ale nie specjalnie się domem i domowymi pracami zajmowała. Nie poświęcała także mnie zbytniej uwagi. Matka i życie naszej rodziny skupione było na chorobie. Gospodynią domową, kucharką, opiekunką do dziecka w naszym domu był ojciec. Nie miałam w dzieciństwie zbyt wielu kontaktów z innymi kobietami. Jak już wspomniałam nie przyjaźniłam się z nikim blisko – toteż nie bywałam w domach innych niż mój własny. Nie miałam możliwości przez obserwacje nauczyć się bycia kobietą, żoną i matką. Nabrałam przeświadczenia, że kobieta nic nie robi, a wszystko kręci się wokół niej. Potem – w dorosłym życiu – zderzyłam się z oczekiwaniami wobec mnie i było mi okropnie przykro, że coś muszę albo, że coś powinnam. Zupełnie mi się to nie zgadzało z obrazem wyniesionym z domu – a wszystkich, którzy czegoś ode mnie chcieli – postrzegałam jako bezdusznych krzywdzicieli.
     W okresie dojrzewania dziewczynom zaczęły rosnąć piersi. Mam wrażenie, ze wszystkim oprócz mnie. Przez całe życie stanowi to dla mnie powód do utrapienia. Nie jestem kobietą – bo kobiety mają piersi. To oczywiste. Ja je miałam jedynie będąc w ciąży. No i w okresie kiedy byłam workiem tłuszczu – ale wtedy to nie miało znaczenia. Ten fizyczny defekt zważył na różnych sprawach w moim życiu. Zwłaszcza na sferze seksu i mojego do niego nastawienia. Po to, żeby uprawiać seks na ogół trzeba się rozebrać. Katastrofa! Miałam wielkie trzęsące się uda i zero biustu. A w TV pokazują bez ustanku jak wygląda kobieta. Nie cierpię programów rozrywkowych, rewii, relacji z karnawału w Rio, filmów erotycznych ani bilbordów reklamowych...Nie lubię też melodramatów i komedii romantycznych – ale to z innego powodu (irytują mnie opowieści o miłości pięknej, słodkiej, na wieki, mimo wszystko…). Lubię filmy sensacyjne, horrory, thrillery – krew, przemoc, strach….
     Wspomniałam o seksie. Moja inicjacja seksualna odbyła się w warunkach całkowicie odbiegających od mojego wyobrażenia, jak to jest u normalnych młodych kobiet. Miałam prawie 18 lat – i nic, a większość koleżanek miało ten pierwszy raz za sobą. Nie podobałam się chłopakom, w każdym razie nie na tyle, aby któryś chciał się ze mną spotykać, a więc nie było mowy o żadnych uczuciach, dowodach miłości, czy tego typu rzeczach. W pewnym momencie po prostu postanowiłam, ze to musi się już stać i tak było. Powiedziałam pewnemu znajomemu chłopakowi o co mi chodzi. To była umowa – zrealizowana prawie na chłodno – prawie, bo wypiliśmy wtedy bardzo dużo win „marki Wino”. Myślę, że ten pierwszy raz zaważył na dalszym moim życiu w tym temacie. Na ogół chciałam, żeby po wszystkim facet sobie poszedł, a w ogóle to irytowało mnie, gdy cała rzecz trwała zbyt długo. Nie czułam potrzeby rozmawiania, przytulania się itp. Chciało mi się spać i najszybciej jak mogłam odwracałam się tyłkiem do partnera. Tak ponoć mają mężczyźni – nie kobiety…
     Dzieci. Nigdy nie odczuwałam potrzeby posiadania dzieci. Miałam 25 lat, gdy SW i splot różnych zdarzeń spowodowały, że zostałam matką. To była decyzja a nie zaspokojenie potrzeby – jak z tym seksem. Kocham i od początku nad życie kochałam swoją córkę Agatę, co nie zmienia faktu, że denerwowało mnie i męczyło to macierzyństwo. Nie widziałam nic fascynującego w tej całodobowej gotowości do obsługi i opieki. Byłam wiecznie zmęczona i sfrustrowana. Macierzyństwo postrzegałam jako zniewolenie, obowiązki i ograniczenia. Nigdy nie lubiłam i dziś nie lubię małych dzieci – a zwłaszcza niemowląt. Drażnią mnie, irytują. Gdy takie rzeczy mówię komukolwiek – widzę jakie to robi wrażenie – widzę pytanie w oczach „jak to możliwe? przecież kobieta nie może nie lubić dzieci! w ogóle nie można nie lubić dzieci. a kobieta? matka? – toż to Sodoma i Gomora!” Potem drugie dziecko – całkowicie wbrew mojej woli i chęci. Chciałam już wrócić do pracy – między ludzi, a tu taki traf… Okoliczności były takie, że nie miałam żadnego racjonalnego powodu, żeby uspokoić sumienie i żeby tego dziecka świadomie się pozbyć. To było w okresie, kiedy nie wierzyłam w nic, zwłaszcza w Boga – ale przez całą ciążę chyba praktykowałam coś jakby modlitwę - błagałam los, opatrzność, czy cokolwiek…, żeby stało się coś, co sprawi, że tego dziecka jednak nie będzie… Mojego syna kocham, ślepo, obłędnie, chorobliwie. Ta miłość nie daje mi radości tylko wieczne zmartwienie, strach, ból. Nieraz zastanawiam się, czy nie są to ukryte wyrzuty sumienia za tamte straszne myśli. Czasem myślę, że gdy coś złego dzieje się Jurkowi – to jest spełnienie tamtych moich pragnień.
        Jako gospodyni domowa także nie zanotowałam zbytnich osiągnięć. Nauczyłam się i robię dużo różnych rzeczy z tzw. prac domowych, ale żadna z tych czynności nie sprawia mi przyjemności ani satysfakcji. Gotuję, sprzątam, piorę, szyję, robię na drutach, prasuję z przeświadczeniem, ze należy to do moich obowiązków, że muszę to zrobić i w zasadzie boję się pomyśleć, że mogłabym tych wszystkich rzeczy nie robić. Nie pytajcie mnie czego się boję, bo ja dokładnie nie wiem… Większość dorosłego życia spędziłam u boku mojego męża, który dokładnie tak wyobraża sobie rolę i prawo do istnienia kobiety. Wszystkimi dostępnymi metodami, przez całe lata przymuszał mnie do przyjęcia za mój własny takiego modelu kobiety-żony-matki:
1. Pracuje zawodowo i zarabia tyle, żeby nie wyciągać ręki do męża
2. Z radością, entuzjazmem i pełnym zaangażowaniem świadczy na rzecz rodziny fullserwis socjalny – ze szczególnym uwzględnieniem męża (bo przecież on przede wszystkim JEST, poza tym pracuje i wogóle mu się należy…)
3. Wieczorem (każdego wieczora!!!) zmienia się w gotową, uległą i zachwyconą kochankę – a nuż akurat dziś pana „najdzie”…
Ja robiłam większość z tych rzeczy, ale niestety w wiecznym poczuciu działania pod presją i przymusem. Toteż siłą faktu – nie przejawiałam dostatecznej radości z wykonywania swych powinności. Mój mąż był ustawicznie z tego powodu zirytowany. Nie mógł pojąć, jak to możliwe – że te wszystkie powinności nie sprawiają mi frajdy. Przecież kobiety tym żyją…Do dziś ta tresura działa – mam dokuczliwe poczucie winy, że nie satysfakcjonuje mnie rola matki-Polki. Gdzieś na rozum wiem, że to nie tak, że nie od tego zależy moja wartość - ale uczucia mówią, że jestem „niekompletna”, bo normalne kobiety cieszy fakt opiekowania się rodziną, że nie chodzą głodni, brudni i obdarci…, ze obiad smakował, że pościel skrzypi od krochmalu… A ja to wszystko robię z musu…
         Próbowałam wiecznie się sprawdzać, potwierdzać swoją kobiecość, atrakcyjność. Flirtowałam z kim się dało. Próbowałam swoich sił na każdym, kto był w zasięgu wzroku. W ogóle nie zastanawiałam się, czy mi się facet podoba, czy mnie interesuje z jakiegokolwiek powodu. Niestety – te moje zabiegi odniosły w efekcie końcowym skutek odwrotny do zamierzonego. Nigdy nie udało mi się zdobyć mężczyzny, który był z kimś. Oczywiście nie mówię o jednorazowej randce – bo to nie jest wielki problem – tylko o rezygnacji z tamtej na moją rzecz. Miałam przeświadczenie, że właśnie to byłoby dowodem, ze jestem lepsza. A lepsza – to znaczy bardziej atrakcyjna przynajmniej od jednej kobiety. A tak – ugruntowało się we mnie przekonanie, ze jestem dobra gdy nic więcej się nie trafia. *)
         Mam przeświadczenie, ze oprócz tych wszystkich widocznych spraw, tzn. zachowań albo cech fizycznych jest jeszcze coś, co szczególnie mnie eliminuje z kobiecego grona. to jest mój charakter i wnętrze. Nie mam tak charakterystycznych dla kobiet cech jak czułość, zdolność do poświęceń, opiekuńczość, zdolność do bezwarunkowej miłości, wierność, uległość, dobroć, tolerancja, gotowość do wybaczania. Za to najczęściej w głębi duszy odczuwam takie stany jak złośliwość, zazdrość, zawiść, zachłanność, bunt, gorycz, frustracja, rozdrażnienie. Z tego, co mi wpojono – takie uczucia nie czynią mnie zbyt kobiecą…
        No i to chlanie na umór przez większość życia. Tego też nie przypisuje sobie po stronie cech kobiecych. Tak, ja wiem, ze to choroba…. ale nawet w naszej „biblii” – Wielkiej księdze jest rozdział „do żon alkoholików”. To znaczy, że alkoholik to facet, mąż, mężczyzna….a nie kobieta, żona matka…
         Doskonale zdaję sobie sprawę z faktów. Na rozum wiem, że są całe rzesze osób płci żeńskiej, które nie cierpią prac domowych, są takie, które nie chcą mieć dzieci, istnieją brzydkie, niezgrabne, zaniedbane, alkoholiczki, złośliwe egoistki itd., itd. Moja wiedza na ten temat ma się nijak do mojej samooceny jako kobiety. Świadomość tego, że nie jestem jedyna z tym swoim zestawem cech fizycznych i cech charakteru niewiele pomaga mi w konfrontacji z moimi głęboko ugruntowanymi przekonaniami o tym co to znaczy „kobiecość”.
         Czytałam jakiś czas temu książkę pt. „Płeć mózgu”, w której autorzy, na podstawie badań naukowych wymieniają główne cechy, ograniczenia, mocne strony i uwarunkowania, które statystycznie są właściwe dla każdej z płci. Czytając te książkę jak najbardziej utożsamiałam się z płcią żeńską. Nie mam orientacji w terenie, nie umiem czytać mapy, potrafię bezbłędnie odczytać emocje ze znaków niewerbalnych, nawet jeśli druga strona stara się je ukryć, nie mam zdolności matematycznego myślenia, jestem wytrzymała na ból itd. itd. To znów jest wiedza, która nie chce za żadne skarby przebić się z rozumu, intelektu do… no nie wiem jak to nazwać…. duszy, ego?
    Generalnie rzecz biorąc – czuję się jakoś tak pomiędzy albo nigdzie… Jestem człowiekiem w ogólnym znaczeniu, ale bez poczucia tożsamości.


„Zza Krat”
NADZIEJA PRZYSZŁA ZZA KRATY

Mam na imię Maciek i jestem alkoholikiem. Zawsze czułem się inny, odgrodzony murem od świata i innych ludzi. Gdy po raz pierwszy spróbowałem alkoholu – ten mur znikł. Poczułem się wreszcie tak, jak zawsze chciałem się czuć. Odkryłem „lekarstwo” na wszystko, z czym sobie nie radziłem. Kiedy pierwszy raz trafiłem do Zakładu Karnego, odsiedziałem swój wyrok patrząc w sufit i pokazując palcem, że winni moich nieszczęść są wszyscy, łącznie z Bogiem, tylko nie Ja. Gdy odsiadywałem swój drugi wyrok, tym razem większy, dopiero wtedy, gdy byłem „pod kluczem”, udało mi się ukończyć terapię w Nowym Wiśniczu. Na wolności zawsze się wypisywałem ze szpitala, wymyślając różne powody. A powód naprawdę był tylko jeden (dziś to wiem): miałem wtedy przymus picia przerywany okresami krótkiej abstynencji, która dawała mi i mojej mamie nadzieję, gdy próbowałem coś ze sobą robić. Jednak, wcześniej czy później, wracałem do picia. Zalecano mi, żebym po terapii chodził na mityngi. Kiedyś przyszedł na mityng człowiek z wolności, który kiedyś tam siedział. Mówił, że jest coś takiego jak AA, dzielił się z nami tym, co sam przeżył i jak wygląda dziś jego życie, a ja po raz pierwszy w życiu uwierzyłem w słowa drugiego człowieka (alkoholika). Zapragnąłem mieć to, co ma on. Wiedziałem już, że po wyjściu chcę spróbować tego, co pomogło jemu. Pierwszy raz pomyślałem wtedy, że może i mnie się uda. Po wyjściu znalazłem mityng AA w mojej miejscowości i zacząłem tam chodzić. Znalazłem pracę, moje życie zaczęło się zmieniać, przynajmniej tak uważałem. Ale po pół roku wyjechałem za granicę, zostawiłem AA i wróciłem do picia. Gdy siedziałem w więzieniu, prosiłem Boga, by pozwolił mi jeszcze zobaczyć moją Mamę. Wysłuchał moich modlitw, ale gdy odeszła, nawet nie byłem na pogrzebie, tak bardzo byłem zajęty zarabianiem pieniędzy. Trafiłem do szpitala psychiatrycznego po długim ciągu, a gdy doprowadzili mnie do normalnego stanu, siedziałem na terapii i planowałem, jak po wyjściu popełnić samobójstwo. Straciłem wtedy wszystko, również nadzieję. Ale Bóg czuwał nade mną i to, co zdarzyło się wcześniej w Zakładzie Karnym, stało się znów, gdy słuchałem terapeutki – uwierzyłem! Dziś wiem, że to Program 12 Kroków jest dla mnie lekarstwem. Poprosiłem drugiego człowieka (alkoholika), aby mi ten Program przekazał, i to była najlepsza decyzja w moim życiu. Nigdy więcej nie spotkałem tego człowieka, który przyniósł mi nadzieję do więzienia wówczas, gdy przeklinałem swoje życie. Dziś modlę się za niego i idę do więzienia zanieść to, co sam dostałem właśnie tam. Czasem idę na grób mojej Mamy, żeby podziękować za Jej modlitwy. Staram się żyć najlepiej jak potrafię pomagając innym.
Maciek AA


DZIESIĄTKI I KROK CZWARTY

Jestem w więzieniu – odbywam karę pozbawienia wolności sześć lat i parę dni. Chciałbym, aby ten czas (część mego życia) nie był czasem zmarnowanym. Zrobiłem już pewien postęp: Kroki 1-3. Codziennie rano i wieczorem walczę sam ze sobą. Modląc się, proszę Boga, moją Siłę Wyższą, o zmianę mojego Myślenia, mojego JA, gdyż mój największy problem to JA sam i moje MYŚLENIE. Więc Modlitwa Kroku Trzeciego, czytanie Wielkiej Księgi, Praca ze Sponsorem, jego SUGESTIE sprawiają, że coś się ze mną dzieje. Coś się zmienia. Sugestia Sponsora, bym zaczął robić obrachunek moralny, tak zwane Dziesiątki. No dobra – wieczorem, gdy piszę, za co danego dnia jestem wdzięczny, myślę i o tym. Sponsor zrobił mi tabelkę, wypisał wady charakteru w taki sposób, jak otrzymał od swojego sponsora. I próbuję rozpisywać urazy do ludzi z dnia dzisiejszego. Zobaczyć siebie, swoje zachowanie, reakcje. Zobaczyć, jak inni mnie postrzegają. Poznać samego siebie. Dowiedzieć się czegoś o sobie. Jak coś odbierałem na początku, a jak widzę to dziś. Do naszego spotkania w sobotę uzbierało się kilka Dziesiątek. A gdy zaczęliśmy je omawiać ze sponsorem – o kurde – nie zgadzam się: „ja mam aż tyle wad?”. Trochę czasu minęło. Nie przestałem się sobie przyglądać. I w końcu przyznałem się, że to JA popełniam błędy, że to są MOJE urazy do ludzi dookoła mnie. I co się stało? Sytuacja, jakich na co dzień jest mnóstwo: Ktoś coś powiedział, że ja powiedziałem, Ktoś przyszedł z pretensją do mnie, ostra wymiana zdań, i już uraza gotowa. W myślach (jak on mógł, jak on tak śmiał do mnie, to taki i taki…!) No właśnie – moja uraza. Zrobiłem 10-tkę do tej sytuacji. To Moje Myślenie. Rano poszedłem do tej osoby i powiedziałem: „Wiesz, przepraszam Cię, nie powinienem tak się zachować”. No i stał się cud. Poczułem się, jakbym nie wiem co zrobił. Porozmawialiśmy, spokojnie wyjaśniliśmy sobie i nie ma sprawy. Jakie to proste! Choć jestem tu gdzie jestem, to czy mogę być sobą? Zdjąć maskę? Nie uciekać? Czy mogę (czy dam radę) być uczciwym, czy wystarczy mi odwagi? Choć już zrobiłem tak wiele, to wciąż walczę, walczę sam ze sobą. Tłumaczę sobie, że „chcę zmienić swoje życie”, że „zrobię wszystko”. Ale gdy jestem prawie gotów wystartować, pojawia się myśl – „kurde, dziś nie mam głowy do tego”. Wkurza mnie to wszystko. Jak ja mam wyrzucić z siebie brudy? No k... jak? Dziś, gdy piszę ten list, już wiem, jak to się stało i co się wtedy ze mną działo. Po prostu byłem PRZERAŻONY, PANIKOWAŁEM, tak bardzo się BAŁEM. Po prostu znów chciałem uciec przed sobą. Przez tyle lat uciekałem od problemów. Nie łatwo zmienić swoje MYŚLENIE. Ale nie jest to niemożliwe. Strach to mój wróg numer jeden, a teraz przyszło mi się z nim zmierzyć. Po terapii podjąłem decyzję, że będę zabierał głos na mityngach, co na początek sprawiało mi wielką trudność. Mam możliwość uczestnictwa raz w miesiącu w mityngu „wolnościowym”. Wyjazdy na Warsztaty. Właśnie: zabranie głosu na warsztatach w Skarżysku po raz pierwszy. Nie zapomnę tego. Nie wiem, jak i co spowodowało, że podniosłem rękę, poprosiłem o głos. Po prostu poczułem gdzieś w środku, że powinienem coś powiedzieć. Byłem bardzo stremowany. Słyszałem tylko swój głos jakiś dziwny, jakbym to nie ja mówił. Nie pamiętam, co mówiłem, wiem tylko, że potem czułem się wspaniale. Owładnęło mną cudowne uczucie, jakiego nigdy wcześniej nie doznałem. Na następnych warsztatach na kolanach poprosiłem Boga o pomoc „Modlitwą przeciw strachowi” z Wielkiej Księgi. Oczywiście pomógł mi w tym przyjaciel ze Wspólnoty w Radomiu. Teraz, kiedy przypominam sobie te sytuacje, to jeszcze ciarki mi chodzą po plecach. To wspaniale poczuć się częścią Wspólnoty. Sugestia sponsora – jeżeli masz problem i nie możesz się zebrać, to na kolana i proś swoją Siłę Wyższą. Nie było we mnie żadnej gotowości. Im dłużej przygotowywałem się do porządków z przeszłości, tym bardziej się oddalałem od kroku czwartego. Ale... Usłyszałem u nas na mityngu, że w więzieniu nie da się zrobić Programu. Jak to nie da się? Wieczorem siedziałem nad zeszytem i pisałem. Nie myślałem jak, co pisać, pisałem, co czułem, wszystko… Z każdym napisanym słowem, zdaniem przekonywałem się do siebie. Nie przejmowałem się, że koledzy z celi mogą przeczytać, że gdy Oddziałowy przyjdzie na kontrolę celi („kipisz”), będzie czytał. Bo jak ktoś mi mówi, że czegoś nie można zrobić, to na pewno to zrobię. Moje Wady i chęć zmiany Mojego życia pomogły przezwyciężyć STRACH.
A Wszystko dzięki Wam.
A.A.A.N.A.P.