MITYNG 06/240/2017

DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO



AKCEPTUJĘ SIEBIE

Zastanawiając się nad słowem „akceptacja”, czyli według słownikowej definicji: „pogodzenie się z czymś, czego nie można zmienić”, cofnąłem się pamięcią wstecz. Praktycznie od początku szkoły średniej zawsze udawałem albo przynajmniej próbowałem naśladować kogoś, by być takim jak on. Obraz tego, jaki jestem naprawdę, był u mnie nieukształtowany. Ciągle chciałem w sobie coś zmienić – zamienić na coś, co wydawało mi się lepsze, bardziej przyjazne w oczach innych. Chęć popisania się, bycia lepszym przyświecała mi za każdym razem, kiedy próbowałem ubierać się w czyjąś skórę. Pierwszym takim zdarzeniem, które pamiętam, był wypad w większym towarzystwie do knajpy w Warszawie. Rej wodził wtedy mój klasowy kolega. Kiedy obserwowałem go z boku, widziałem, że bez większego wysiłku i starań był duszą towarzystwa, świetnie je zabawiał. Tak to widziałem. Widziałem tylko to, co chciałem widzieć. Zazdrościłem mu i postanowiłem zastosować tę samą metodę, tylko już bez niego. Niech gloria chwały spadnie na mnie. Zabrałem w to samo miejsce inne towarzystwo i nastąpiła kompletna klapa. Ludzie nudzili się i zastanawiali, po co w ogóle tam przyjechali. Ja naiwnie sądziłem, że sama magia miejsca i wbicie się w skórę mojego kolegi stworzy niezapomniane wrażenie. Teraz, z perspektywy czasu widzę, że to właśnie wtedy zapoczątkowałem poszukiwanie u innych właściwej „obudowy” dla siebie. Nie akceptowałem siebie takim, jakim byłem w tamtym czasie. Szukałem czegoś lepszego. W różnych „maskach”, „skórach” (jakby tego nie nazywać), szukałem akceptacji mojej osoby w oczach innych. W tych poszukiwaniach coraz bardziej pomocny stawał się alkohol. On to pozwalał na coraz śmielsze eksperymenty w naśladowaniu innych. Niejednokrotnie takie doświadczenia przynosiły pozytywny skutek. Nigdy jednak nie potrafiłem sobie wyjaśnić, dlaczego raz udaje mi się być świetnym towarzyszem zabawy, dowcipnym i elokwentnym, a innym razem znów staję się – oczywiście w moim odbiorze – nudziarzem, który w panice próbuje zrobić coś, do czego zupełnie się nie nadaje. Ta panika powodowała u mnie coraz większą potrzebę wspierania się alkoholem, który stawał się podstawą wszelkiej mojej działalności, już nie tylko na imprezach, ale i w życiu rodzinnym, czy w pracy. Mogłem być każdym, byle nie sobą. Widziałem siebie, a właściwie nie przyjmowałem do wiadomości, że mógłbym być sobą, że mógłbym akceptować siebie takim, jakim jestem w rzeczywistości. Właśnie ta rzeczywistość była skrupulatnie zacierana przez duże ilości wypijanego alkoholu. Z jego wydatną pomocą powoli i systematycznie zacierałem swoją osobowość, swój właściwy wizerunek. Masek były tysiące. Przez trzydzieści lat czynnego alkoholizmu zmieniłem ich całe mnóstwo i cały czas szukałem, i cały czas byłem niezadowolony ze swojego wizerunku. A ludzie mnie otaczający, no cóż… zmęczeni tymi ciągłymi zmianami, zmianami na gorsze, odsuwali się ode mnie. Właśnie strach przed samotnością spowodował, że poprosiłem o pomoc drugiego człowieka. Początkowo same mityngi, później służba (prowadzący mityng), a na koniec praca na Programie AA ze sponsorem zaczęła proces powrotu do początku. Tak to odbieram teraz, po przepracowaniu Programu: musiałem cofnąć się do początku, do czasu, kiedy przy „wsparciu” alkoholu zatrzymałem się w swoim rozwoju, utraciłem obraz samego siebie. To był u mnie pierwszy element do powolnej drogi akceptacji siebie takim, jakim jestem, bez masek i nie moich obudów. Najważniejszą sprawą w moim rozwoju, w potrzebie spokojnego i pogodnego życia, był właśnie fakt zaakceptowania samego siebie. Polubienie tego człowieka w lustrze, bez warunków wstępnych, bez wygórowanych oczekiwań. Było wiele prób, wiele razy popełniałem błędy, ale w końcu mogłem spokojnie spojrzeć w lustro, zadbać o swoje zdrowie, także fizyczne. Ze zdziwieniem doszedłem do wniosku, że to moje ciało, i lubię je takim, jakie jest i będę o nie dbał ze wszystkich sił. Słuchając innych ludzi dbam o swoje zdrowie psychiczne, ucząc się na ich doświadczeniach pogłębiam swoją wiedzę. I w końcu to, czego nie byłem do końca świadomy – zdrowie duchowe. Tak, nie pomyliłem się – o takie zdrowie też dbam, choćby poprzez pomaganie innym, dzielenie się doświadczeniem, pełnienie służb. Myślę, że najważniejsza zmiana, jaka we mnie zaszła dzięki pracy na Programie AA, to właśnie akceptacja swojej osoby, pogodzenie się ze stanem na dzień dzisiejszy. Nie znaczy to, że się nie zmieniam. Przeciwnie, zmieniam się, staram się zmieniać na lepsze, ale akceptując te zmiany, akceptuję też błędy, które popełniam i akceptuję ich konsekwencje. To również pozwoliło mi zaakceptować najbliższe mi osoby takimi, jakimi są, a nie, jakimi bym chciał, by były. Po trzydziestu latach małżeństwa na nowo poznałem moją żonę (pewnie to zauważyła, bo jest zadowolona z naszego obecnego życia), zaakceptowałem ją taką, jaką jest. Mało tego – polubiłem jej niektóre zachowania, które wcześniej budziły we mnie złość i gniew. Akceptacją objąłem również moje dzieci, jakże różne w zachowaniu, a jednocześnie kochające się wzajemnie i kochane przez nas, rodziców. Kiedy trzeba, smucimy się razem, innym razem cieszymy się wspólnie, ale nie ingerujemy, nie narzucamy własnej woli, nie liczymy na spełnienie naszych oczekiwań. We Wspólnocie zaakceptowałem wiele osób, choć droga do tego była trochę dłuższa. Każdy z nas ma prawo bycia sobą (no chyba, że jeszcze nie zdjął maski, ale jego sprawa). W razie potrzeby – znając moje rozwiązanie – służę pomocą dzieląc się własnym doświadczeniem. Wiele się zmieniło w moim życiu i to zdecydowanie na lepsze. Poznając siebie poprzez żmudną pracę, zacząłem zauważać innych ludzi, zacząłem poznawać znaczenie słów: akceptacja, tolerancja, poszanowanie, miłość, szczerość, uczciwość, chęć pomocy. Cieszę się, że nie tylko znam ich znaczenie, ale każdego dnia korzystam z nich. To jest właśnie moja dbałość o zdrowie duchowe. To jest to, co otrzymałem w ostatnich słowach dwunastego Kroku: „i stosować te zasady we wszystkich moich poczynaniach”. Obym nigdy o nich nie zapomniał.
Rysiek AA


TROCHĘ HISTORII

W 2011 r., na początku listopada, ostatni raz napiłem się alkoholu. Od tamtej pory nie tylko nic nie wypiłem, nie tylko odmieniłem swoje życie, ale dzięki mojej przemianie zmieniło się na lepsze życie moich najbliższych. W ogóle zmieniło się praktycznie wszystko: styl pracy, relacje z innymi ludźmi, funkcjonowanie w społeczeństwie. To tylko niektóre pozytywne zmiany, jakie zaszły od tamtej pory. Jednak nie o tym chcę napisać. Chcę napisać o mojej wdzięczności do osób, które, niekiedy nawet o tym nie wiedząc, realnie i bardzo mocno przyczyniły się do tej zmiany. Tych osób bym nie znał, nigdy nie stanęły na mojej drodze, gdyby nie Wspólnota Anonimowych Alkoholików, gdyby nie grupy mityngowe, na które uczęszczałem w początkowej fazie mojej abstynencji, jak i uczęszczam teraz, podtrzymując swą nieprzepartą chęć rozwoju. To o tych grupach i o ludziach z nimi związanych chcę napisać. Bez nich, jak przypuszczam, pewnie by mnie już nie było. Pewnikiem jest to, że bez nich nie osiągnąłbym tak pięknego życia, jakie teraz jest moim udziałem. Tak więc będzie to historia nie moja, ale ludzi tworzących grupy mityngowe, tworzących zalążki nadziei na lepsze jutro i bycie sobą.
W 2007 r. przeprowadziliśmy się całą rodziną do Pruszkowa. Zmieniając miejsce zamieszkania obiecywałem sobie (i nie tylko), że tu, w nowym miejscu, nie sięgnę po alkohol, skończę z tym i zacznę nowe życie. Jeszcze przez cztery lata powtarzałem tą obietnicę, minimalizowałem straty, przekonywałem najbliższych, że od teraz, to już na pewno koniec, to jest ten moment. W listopadzie 2011 r. przyszedł moment, kiedy skończył się czas obietnic i bagatelizowania, skończyła się cierpliwość otaczających mnie ludzi, a ja sam stanąłem nad przepaścią. Nie widząc innej możliwości, zacząłem szukać pomocy. Nie znając innych rozwiązań, poszedłem do ośrodka uzależnień. Tu jednak zaskoczenie: oprócz oferty uczestniczenia w terapii uzależnień, otrzymałem kartę mityngową (szkoda, że teraz już tego nie ma) z adresami, godzinami i miejscem odbywania się mityngów w okolicy. Miałem „zaliczyć” 24 mityngi, co było warunkiem kontynuacji terapii. Początkowo z pewnymi oporami, później coraz chętniej, rozpocząłem swoją przygodę ze Wspólnotą. Moim pierwszym mityngiem był mityng grupy „Sami swoi”, gdzie spotkałem trzeźwych alkoholików i dostałem tzw. „zestaw nowicjusza”. Tu też, choć brzmi to problematycznie, znalazłem pierwsze autorytety, ludzi, którzy wywarli największy wpływ na moje dalsze życie. Grupa, jak się później dowiedziałem, powstała w 2002 r., a niektórzy ze spotkanych na moim pierwszym mityngu ludzi byli jej założycielami. Ale nie tylko oni zapisali się w mojej pamięci. Swoją wiarą i jasnym przekazem co do Siły Wyższej i siły większej, dzieliła się na mityngu Lidka. To jej słowa, choć nie do końca jeszcze je rozumiałem, utrwaliły się na tyle, bym mógł korzystać z nich w przyszłości. Spokoju i opanowania uczyłem się od Andrzeja, a swoją stanowczością, przy jednoczesnym pogodnym nastawieniu, dzieliła się ze mną prowadząca mityng Iwonka. Marek, dzieląc się swymi doświadczeniami, burzył moje przekonania, zmieniał stare nawyki. Chcę zaznaczyć, że ci ludzie są w moim życiu do dziś. Spotykam ich na mityngach, albo na ulicy i cały czas czegoś się od nich uczę, coś dostaję.
Na grupę „Pod Bocianem” szedłem już bez oporów. Grupa też już długo działa, po zawieszeniu działalności reaktywowała się w 2008 r., a i tu znaleźli się ludzie, którzy byli i są w moim życiu. To przede wszystkim Rafał – to on cierpliwie i systematycznie kierował moją drogą ku służbom w AA. Tu pierwszy raz objąłem służbę prowadzącego. To Stefan – do dzisiaj niepozwalający mi zapomnieć, skąd się wywodzę. I Jacek, Janusz, Bogdan, Mietek – to tylko nieliczni z tych, którzy mieli i mają wpływ na moje dzisiejsze życie. Grupą, na którą uczęszczałem i którą do dziś odwiedzam, jest grupa „Wolność”. Założona w 1999 r., miała już swoją bogatą historię, kiedy do niej trafiłem. Tam poznałem Jacka, z którym początkowo się nie zgadzałem (zakorzeniona głęboko przekora siedziała jeszcze we mnie), tu spotkałem Roberta, którego do dzisiaj mam wpisanego w telefonie jako „guru”. Słuchając go nie miałem się do czego przyczepić. Nawet czasem i to mnie denerwowało, ale coraz więcej brałem do siebie. To tu jest do tej pory Michał, Tadeusz, Marek i Agnieszka, ludzie, dzięki którym z dnia na dzień stawałem się coraz bardziej otwarty, coraz bardziej pogodny, z wiarą w lepsze jutro. Od czasu do czasu, może z przekory, a może z ciekawości, zaglądałem na najmłodszą grupę pruszkowską, założoną przez kobiety. Wprawdzie zarezerwowały dla siebie pierwszy mityng w miesiącu, ale jeśli trafi tu nowicjusz lub inny potrzebujący pomocy mężczyzna – jest ciepło przyjmowany. Grupa „Wenus” powstała w 2012 r. z inicjatywy kobiet. Tam widywałem i uważnie słuchałem Moniki z jej pewnym głosem i trafnymi wypowiedziami, tam również przychodziła Ewa, moja koleżanka z terapii, no i Lidka, osoba potrafiąca zawsze podnieść na duchu i wlać w serce jeszcze więcej otuchy i nadziei. Musiało minąć sporo czasu, kiedy udałem się na swój pierwszy mityng na „Dziesiątkę”. Grupa spotyka się przy ośrodku terapii uzależnień w Tworkach. Powiem szczerze – te pierwsze mityngi wcale mi się nie podobały i na długo zaprzestałem chodzenia tam. Dlaczego? Tam przychodzili ludzie z terapii, ludzie na początku drogi trzeźwienia. A ja, kiedy tam pierwszy raz poszedłem, byłem już jakiś czas we Wspólnocie. Nie było mi wtedy po drodze z pokorą i chęcią pomocy innym. Dominował egoizm i chęć popisywania się swoimi „osiągnięciami” (krótko, ale był taki okres w moim trzeźwym życiu). Musiało upłynąć trochę czasu, zanim zweryfikowałem swoją postawę i zgłosiłem chęć służenia właśnie na tej grupie. Wtedy też, na mityngach spikerskich odbywających się we wtorki (w czwartek jest także mityng tej grupy), poznałem wielu wspaniałych ludzi, z którymi wcześniej miałem bardzo nikły kontakt. To Jarek, człowiek budzący mój wielki szacunek poprzez swą mądrość życiową i Łukasz, który kiedyś – nie wiedząc o tym – uchronił mnie od zapicia, to Krzysiek ze swoimi dylematami niejednokrotnie pasującymi do moich własnych rozterek. I w końcu Tadzinek, który był założycielem tej grupy. Poprosiłem Go, by w skrócie nakreślił mi, jak to się zaczęło. Dostałem krótki opis. Oto jego treść:
Zostałem poproszony o opisanie powstania grupy "Dziesiątki" w Tworkach. Niniejszym to czynię. W połowie maja 1993 roku mój prowadzący terapeuta z Płockiej, Stefan zaproponował, bym założył grupę w Tworkach, ponieważ najwyraźniej uznał, że jest zapotrzebowanie. Wcześniej mityngi w tym miejscu już się odbywały, ale niestety grupa z jakiś względów się nie utrzymała. Wraz z trzema znajomymi pojechałem na rozmowę do ówczesnej ordynator Tworek, aby wyraziła zgodę na powstanie tegoż mityngu. Mimo swoich wątpliwości co do realizacji przedstawionego planu, otrzymaliśmy zgodę. W czwartek o godzinie 18.00 odbył się pierwszy mityng. Z początku grupa nie cieszyła się zbyt dużym zainteresowaniem, skąd zrodził się pomysł, by mityng był punktem obowiązkowym dla osób uczestniczących w ośmiotygodniowej terapii. Choć początkowo pacjenci nie byli zadowoleni, pomysł po naradzie został zatwierdzony, co zaowocowało prężnie rozwijającą się grupą. Przez około cztery pierwsze lata prowadziłem mityng, a po tym czasie zdałem swą służbę następnym alkoholikom. Początkowo przymusowa, dziś ciesząca się dużym zainteresowaniem grupa „Dziesiątka” wciąż istnieje, z czego jestem naprawdę zadowolony. Tadzinek
Tak się to zaczęło i trwa do tej pory, służąc kolejnym pacjentom w odnalezieniu własnej drogi ku trzeźwości. Wielu z nich w ciągu ośmiu tygodni terapii znalazło alternatywę, zrozumiało, że jest szansa dalszego rozwoju, wręcz odmiany ich życia, odmiany na Programie, który oferuje Wspólnota AA.
Kiedy zacząłem służbę na „Dziesiątce”, byłem już bywalcem na Intergrupie „Zachód”. Na początku trochę się przyglądałem, by w niedługim czasie podjąć się tam służby. Pisząc te słowa nie mogę jeszcze raz nie przywołać osoby Andrzeja z jego spokojem i trafnymi odpowiedziami na nurtujące mnie czasem pytania. To jemu i Jurkowi zawdzięczam moją pierwszą wizytę na Intergrupie. On już tam działał, działali tam również Józek, Jurek, Marcin, Grzegorz, Janusz i wielu innych. Nie sposób wszystkich wymienić, wyrazić swej wdzięczności. Tu poznałem Piotra, od którego uczę się pogody ducha i grzecznego zdecydowania – jeśli coś takiego istnieje. Poprosiłem Józka o parę słów na temat powstania Intergrupy:
Mam na imię Józef, jestem alkoholikiem – grupa „Mila” w Milanówku. Pełniłem służbę mandatariusza i uczestniczyłem w pracach Intergrupy „Wars” Regionu Warszawa. Niestety, dalekie dojazdy, a także zbyt wiele grup uczestniczących w pracy Intergrupy, stwarzały wrażenie lekkiego chaosu. Nie chcąc zrywać kontaktu z ruchem AA zacząłem myśleć o utworzeniu nowej Intergrupy. Po wielu rozmowach z mandatariuszami ze strony zachodniej, wraz z kolegą Wiesławem przeprowadziliśmy konsultacje w poszczególnych grupach, wynikiem tych starań pod koniec października 2012 r. było założenie Intergrupy „Zachód”. Przeprowadziłem pierwsze spotkanie robocze, na którym ustaliliśmy terminy spotkań na ostatni piątek miesiąca. W tym spotkaniu uczestniczył również Rzecznik i Skarbnik Regionu Marian i Marek. Na listopadowym spotkaniu zostały wybrane służby Intergrupy:
rzecznikiem został Mietek z Brwinowa
sekretarzem Grzegorz z Piastowa, był on również łącznikiem do spraw Internetu
łącznikiem do spraw zakładów karnych Adam z Grodziska
kolporterem Józef z Milanówka
skarbnikiem Marek z Milanówka
Zmiany w służbach nastąpiły w następnych miesiącach, i tak w styczniu 2013 r. skarbnikiem został Grzegorz, w lutym kolporterem został Tadeusz z Pruszkowa, Mietek pełnił służbę Rzecznika przez cztery spotkania, po nim przejął służbę Andrzej z Pruszkowa, zastępcą został Tadeusz, również z Pruszkowa. Na miejsce Andrzeja, Rzecznika następnie wybrano Piotrka z Grójca. Po około półtora roku ze względów osobistych z funkcji sekretarza zrezygnował Grzegorz z Piastowa, na jego miejsce wybrano mnie.
Intergrupa powstała prawie rok od czasu mojego ostatniego kieliszka; upłynęły kolejne lata, zanim ja na nią trafiłem, a trafiłem tam dzięki słuchaniu i stosowaniu w codziennym życiu doświadczeń przyjaciół skupionych wokół grup pruszkowskich. To tym ludziom zawdzięczam swoją trzeźwość, to dzięki nim dzisiaj moja rodzina wiedzie szczęśliwe życie. Jesteśmy całością, jesteśmy jednością we Wspólnocie.
Kolejnym etapem w dążeniu do coraz lepszej służby na rzecz cierpiących alkoholików są od zeszłego roku wspólne inicjatywy wszystkich grup pruszkowskich. W ubiegłym roku po raz pierwszy odbył się rocznicowy mityng wszystkich grup. W tym roku też ma się odbyć – przygotowania już są w trakcie realizacji. A w ciągu roku spotykamy się co jakiś czas, uzgadniamy wspólne działania, by jak najlepiej nieść posłanie cierpiącym, by propagować i rozpowszechniać wiedzę o pozytywnym działaniu Wspólnoty. Forma i treść z czasem się zmieniają: jedni ludzie odchodzą, na ich miejsce przychodzą następni. Jedno jednak się nie zmienia: zapał, chęci i pragnienie pomocy. Wspólnymi siłami, ze wzajemnym zrozumieniem i z pewnością, że w razie wynikających z działania problemów jest Intergrupa, na którą można liczyć, która w swym wykształconym i odpowiedzialnym sumieniu znajdzie rozwiązanie, pomoże. To jest moja wdzięczność, to jest moje podziękowanie za pomoc, za zrozumienie i cierpliwość, za naukę życia w najlepszym wydaniu. Wielu ludzi, których spotkałem na swej trzeźwej drodze nie wymieniłem w tym krótkim tekście, ale nie sposób wymienić wszystkich, bo dużo ich było. Faktem niezaprzeczalnym jest wielka siła Wspólnoty AA i ludzi tam zrzeszonych, ludzi, których jednym jedynym celem jest nieść posłanie cierpiącemu alkoholikowi. Ja z tej oferty skorzystałem, wiem, jak wiele – może nawet życie – zawdzięczam temu ruchowi, jak wiele zawdzięczam grupom pruszkowskim, jak wiele zawdzięczam ludziom skupionym wokół tych grup. To oni codzienną troską i osobistym zaangażowaniem starają się (tak jak było ze mną na początku), by w drugim człowieku coś zaskoczyło, by pojawiła się nadzieja na nowe życie bez alkoholu. Szczęśliwe życie. W ramach tej wdzięczności to jest zadanie dla mnie na kolejne dni. Dopóki starczy mi sił, dopóki moja rodzina rozumie moje posłanie, będę je niósł. Z pełnym zaangażowaniem i poświęceniem. Świętej pamięci Janusz wielokrotnie mi powtarzał „darmo dostałeś, darmo oddaj”. Staram się to robić z pełnym zaangażowaniem. A ludziom spotkanym na mojej drodze nowego życia mówię Serdeczne Dziękuję i do zobaczenia na mityngach.
Rysiek


KONCEPCJA 6

Konferencja Służby Krajowej AA w Polsce uznaje, że główna inicjatywa i odpowiedzialność za większość spraw związanych ze służbami AA powinna należeć do obdarzonych zaufaniem członków Konferencji, działających, jako Rada Powierników Służby Krajowej AA w Polsce.
Już pierwsze zdania tej Koncepcji wyjaśniają w pewnym zarysie, czego ona dotyczy: „Grupy AA nie są w stanie same działać zdecydowanie w sprawach służb światowych, jeżeli nie przekażą zakresu władzy i odpowiedzialności Konferencji; podobnie Konferencja musi z kolei delegować część władzy administracyjnej Zarządowi Służb Ogólnych, aby umożliwić Powiernikom swobodne i skuteczne działanie pod nieobecność Konferencji”*.
Najlepiej to wyjaśnić począwszy od najważniejszej komórki naszej Wspólnoty, czyli grupy. Grupa nie jest w stanie udźwignąć pewnych zadań przerastających jej możliwości. W tym celu powołane są Intergrupy. To one wspierają grupy, jako ciało doradcze, lub poprzez zespoły wprowadzają w życie różne formy pomocy cierpiącym alkoholikom, których to form pojedyncza grupa nie byłaby w stanie indywidualnie wykonać. To na Intergrupie spotykają się przedstawiciele grup i to właśnie ci przedstawiciele mają uprawnienia do podejmowania decyzji w imieniu swojej grupy. Tak więc to sumienie grupy deleguje na rzecz swoich służb – mandatariuszy, skarbników czy rzeczników – uprawnienia, który w Koncepcjach Bill, nie owijając w bawełnę, nazywa władzą. Bo jakbyśmy tego nie nazwali, czy uprawnienia, czy władza, to właśnie na tych służbach i na tych ludziach spoczywa odpowiedzialność za podstawowe działania i właściwe funkcjonowanie grupy.
Są przypadki, kiedy muszą oni podejmować decyzje, nie mogąc ich skonsultować z grupą. Wtedy muszą odpowiedzialnie działać sami. Tak jest między spotkaniami grupy, tak jest, kiedy są na comiesięcznym spotkaniu Intergrupy. Ten zakres uprawnień (władzy) występuje na każdym poziomie naszej Wspólnoty. Rzecznicy i służby Intergrupy na swoim obszarze działań mogą i powinni podejmować decyzje w zakresie powierzonych im obowiązków. Kiedy nie są w stanie ich wykonać, przekazują je do Regionu, i wtedy to służby Regionu są odpowiedzialne za podjęcie kroków w celu wykonania zadania. Zadania przerastające możliwości Regionu oraz zadania wykraczające poza kraj, czyli decyzje związane z polityką Wspólnoty na forum światowym, scedowane są na Konferencję Służby Krajowej. To na członkach Konferencji spoczywa odpowiedzialność za funkcjonalność i zgodność działań z duchem całej naszej Wspólnoty. To właśnie oni obdarzeni zostali największym zaufaniem i oni otrzymali takie uprawnienia, które pozwalają im na działanie w zakresie, o którym zwykły uczestnik grupy w większości wypadków nawet nie wie. Konferencja odbywa się raz do roku, a działania trzeba wykonywać na bieżąco i co dzień. Dlatego też właśnie do takiej codziennej, żmudnej pracy powoływani są Powiernicy, którzy we współpracy z Biurem Służby Krajowej otrzymali szeroki zakres uprawnień do oceny i podejmowania decyzji w bardzo dużym zakresie. Konferencja jest ciałem sprawdzającym i oceniającym, czy działania Powierników i BSK są prawidłowe oraz zgodne z duchem i Tradycjami Wspólnoty. Do zadań Konferencji należy również prawidłowy dobór Powierników, których rekomendują Regiony przy współpracy z grupami i Intergrupami. Ważne jest, by Powiernik był fachowcem w danym temacie: „Będziemy musieli jasno zdefiniować kilka rodzajów umiejętności zawodowych i finansowych, które zawsze będą warunkiem zrównoważonego powiernictwa”*. Niejednokrotnie rekomendowana osoba, mimo dobrych chęci i dużego zapału do pracy, nie ma chociażby podstawowego doświadczenia w danej dziedzinie. Nie rozwiąże problemów internetowych mechanik samochodowy tak dobrze, jak to zrobi informatyk, a finansista lepiej poradzi sobie przy obrocie funduszami Wspólnoty, niż kasjer z supermarketu, mimo że obaj mają do czynienia z tą samą walutą. By Powiernikami wybrane były właściwe osoby, na forum Konferencji przeprowadzona zostaje rozmowa kwalifikacyjna. Taką rozmowę przeprowadza – o czym dowiedziałem się całkiem niedawno z „Poradnika dla służb AA” – Komisja Nominacyjna, której jedynym zadaniem jest właśnie sprawdzenie, czy dany kandydat spełnia określone warunki do wykonywania danej służby, a przede wszystkim, czy zna Program AA, czy ma sponsora, podopiecznych, czy zna i stosuje Tradycje AA, czyli w skrócie – jak jest obeznany z Trzema Legatami Wspólnoty. Predyspozycje Powierników są niezmiernie ważne dla właściwego funkcjonowania Wspólnoty, ponieważ: „Oczekuje się od nich przywództwa w formułowaniu polityki ruchu AA i nadzorowania jej prawidłowej realizacji. Są oni czynnymi strażnikami naszych Dwunastu Tradycji. Są także bankierami Wspólnoty AA. W pełni odpowiadają za inwestowanie i wykorzystanie naszych znacznych funduszy rezerwowych”*.
Na tej zasadzie oparta jest struktura służb i o tej zasadzie wspomina również VI Koncepcja: jest to forma działania oparta na koncepcji, jaką preferują firmy korporacyjne. Wybrana została taka forma, nie zaś struktura rządowa czy instytucjonalna, ponieważ korporacje znacznie skuteczniej poruszają się w zakresie administrowania polityką działania i biznesem. Można powiedzieć, że nasi powiernicy to „dyrektorzy holdingu”, którzy odpowiadają przed pełnomocnikami na „walnym zgromadzeniu”, czyli delegatami na Konferencję, zaś całości przyglądają się i składają wnioski „akcjonariusze”, czyli podstawowa jednostka Wspólnoty – grupy AA.

* Nieautoryzowany przekład z VI Koncepcji napisanej przez Billa W., a przyjętej na 12 Dorocznej Konferencji Służb Ogólnych AA w dniu 26 kwietnia 1962 r.


MODLITWA TRZECIEGO KROKU

Na terapii poznałem pewnego kolegę – jak on pięknie mówił o Bogu i Jezusie! Dla mnie to był przykład do naśladowania, wręcz świadectwo, jaką łaską Bóg może obdarzyć człowieka. Bardzo mu zazdrościłem. Tak bardzo chciałem wierzyć tak jak on. Dostać taką łaskę… Pstryk i już… Ale mi nie było mi to dane od tak. Ja muszę na wszystko zapracować. Tak bardzo chciałem wierzyć w Boga, wierzyć ludziom, móc uwierzyć w siebie. Żyłem w zakłamaniu przez wiele lat. Alkohol w moim życiu zajmował bardzo ważne miejsce, choć nigdy do tego się nie przyznawałem – nawet przed sobą. Pamiętam, że miałem może sześć lat, gdy tato dał mi wódki; upiłem się pierwszy raz i podobało mi się. Mama płakała, mówiła „coś ty mu zrobił”, a ja biegałem roześmiany, cieszyłem się, było fajnie i Mama miała czas dla mnie. Pamiętam to jak przez mgłę – tylko wtedy przytuliła mnie do siebie i płakała. W moim domu alkohol był na porządku dziennym. Tata często go nadużywał, więc i ja dosyć wcześnie zacząłem próbować rozweselić się przy pomocy piwa lub wina. Rodzice zbyt często byli zajęci sobą. Mama zajmująca się moim rodzeństwem nie zwróciła uwagi, że mały Jacuś sobie podpija. Problemy rodziców, ich separacja odbiły się na moim zachowaniu już w szkole podstawowej. Od dzieciństwa były ze mną problemy wychowawcze. Mama musiał zająć się utrzymaniem domu i gospodarstwa, więc nie mogła poświęcić nam zbyt wiele czasu. A że miałem starsze rodzeństwo, zacząłem brać z nich przykład. Kłamstwo towarzyszyło mi od zawsze. Szkoła zawodowa, nowe towarzystwo i alkohol stał się wręcz pożądany. W domu kłótnie, awantury, więc zacząłem uciekać z domu. Mama nie dawała sobie rady z moim wychowaniem. Gdy miałem siedemnaście lat, zamieszkałem z ojcem. Wierzyłem w działanie alkoholu, czyli jednak w coś wierzyłem. Alkohol, pieniądze, narkotyki nie dawały mi szczęścia, a jednak wierzyłem w nie (więc zawsze wierzyłem w Siłę Wyższą niż ja sam). Zapomniałem, jaki byłem bezsilny wobec alkoholu, jak prosiłem „Boże, jeżeli jesteś, to zrób coś, bo ja nie daję rady”. Nie wierzyłem, że mogę żyć bez alkoholu. A jednak. Jestem w więzieniu, nie piję trzy lata i żyję. Tutaj trafiłem na mityngi. Mój Pierwszy Krok zrobiłem w więzieniu. Bardzo chciałem zmienić moje życie. W więzieniu odbyłem terapię. W więzieniu odkryłem, że „Ja mam duszę”. Dostałem Pismo Święte od alkoholika takiego jak ja, odbywającego karę. Czytam Biblię i literaturę AA – nie wstydzę się tego. W więzieniu?! Niesamowite… Więc istnieje Siła Większa niż ja sam, która może przywrócić mi zdrowie. Jeżeli tylko o to poproszę. Dziękuję Bogu, że jestem w więzieniu. Dziękuję Bogu, że zrobił dla mnie to, czego ja sam nie mogłem. Dziękuję, że Bóg postawił na mojej drodze ludzi, którzy pokazali mi „nową drogę”. Pokazali swoimi doświadczeniami, że jest sposób, że jest rozwiązanie. Jeżeli tylko zdobędę się na uczciwość, odwagę i przyznam, że tylko On, tylko Bóg jest Jedynym reżyserem tego przedstawienia (mojego życia). Tak, dziś proszę go na kolanach, codziennie rano i wieczorem Modlitwą Trzeciego Kroku: „Boże, ofiaruję siebie Tobie, abyś mnie uformował i uczynił ze mną to, co będzie zgodne z Twoją wolą. Uwolnij mnie ode mnie samego, żebym mógł lepiej spełniać Twoją wolę. Oddal ode mnie trudności, aby zwycięstwo nad nimi mogło być świadectwem dla tych, którym pośpieszę z pomocą, czerpiąc z Twojej Potęgi, Miłości i Twojego Pojmowania Dróg Życia. Dopomóż mi, abym zawsze spełniał Twoją wolę”. Dziękuję za przychylnych mi ludzi. Dziękuję za Sponsora. Dziękuję, że mam czas. Dziękuję za Wspólnotę.
Wdzięczny AA Jacek


MOJA AKCEPTACJA

Akceptacja w codziennym życiu często sprawia mi wiele trudności i dylematów. Nie mam żadnych problemów, jeżeli całkowicie zgadzam się z tym, co się wokół mnie dzieje i przebieg tych wydarzeń jest po mojej myśli. Na przykład realizuję swoje plany w danym dniu czy dłuższym okresie bez żadnych zakłóceń i konieczności zmiany tych planów. Wtedy jest we mnie dużo pogody ducha, zadowolenia i spełnienia, czyli stabilizacja uczuciowa i emocjonalna. Nie ma jej, gdy mają miejsce jakieś nieprzewidziane zawirowania. Awaria w miejscu pracy i konieczność pozostania tam dłużej powoduje zmiany planów osobistych, a więc „nici” z teatru czy spotkania z przyjaciółmi. Wtedy pojawia się złość, złorzeczenia na pecha i zaistniałą sytuację. To konkretny przykład z mojego życia. Nie ma wtedy akceptacji zaistniałej sytuacji, a z drugiej strony nie pozostaje mi nic innego, jak się z nią pogodzić. Chodzi mi o to, że często nie mam wpływu na to, co się wokół mnie dzieje. Takie nieprzewidziane wydarzenia mają też miejsce w wyniku moich błędów. Zdarzało się, że ochlapał mnie przejeżdżający samochód, ponieważ zbliżyłem się za bardzo do krawężnika. W takich przypadkach mogę mieć pretensje tylko do siebie. W tym wypadku również pogodzenie się nie oznacza akceptacji, bo trudno mi zaakceptować to, że mam przemoczone ubranie. W opisanych przykładach często też czuję bezradność. Przynajmniej początkowo. Bo z bliskimi mogę przecież spotkać się innego dnia, a przemoczone ubranie zmienić. Ale w pierwszej chwili uczucie bezradności jest silne, co potęguje brak akceptacji. Na jednym z mityngów usłyszałem kiedyś: „Ważne jest to, co nas spotyka, ale jeszcze ważniejsze, jak to odbieramy”. I tu też jest duże pole do kształtowania i rozwijania w sobie akceptacji. Kolejna bardzo ważna dla mnie sprawa, to rola akceptacji w kształtowaniu relacji z innymi ludźmi. Przez wiele lat, także w pierwszym okresie trzeźwego życia, oczekiwałem od innych uznania, poklasku nie tylko z powodu mojej trzeźwości, ale też postrzegania mnie jako człowieka. Okazało się, że jestem postrzegany jako człowiek, który ma swoje zalety, lecz ma też swoje wady, popełnia błędy, a tego nie mogłem zaakceptować, tak jak i przyjmowania krytyki. Dziś uważam za normalne i naturalne, że – tak jak ja – jednych darzę większą sympatią, innych mniejszą, albo nie jest mi z nimi po drodze, tak też inni mogą mnie różnie postrzegać. Niekoniecznie w zgodzie z moimi oczekiwaniami. Mają do tego pełne prawo. Zaakceptowanie takiego stanu rzeczy bardzo ułatwia mi codzienne życie. Skutecznym lekarstwem na rozterki i dylematy związane z akceptacją jest Modlitwa o Pogodę Ducha, którą gorąco polecam.
Pozdrawiam
Wojtek
AA Warszawa


OPOWIEŚĆ SPONSORA

Tę historyjkę (publikowaną w którymś z MITYNGÓW) opowiadałem już wiele razy, a ciągle słuchacze prosili o dalsze wyjaśnienia. Przypomnijmy ją sobie.
Dwóch trzeźwych alkoholików dzieliło ten sam pokój w sanatorium. Jeden był wysoki a drugi niski. Pewnej nocy wysoki musiał się załatwić, ale nie chciało mu się udać na dół do holu do łazienki, więc poszedł do zlewu i załatwił się. Niski, częściowo rozbudzony, zobaczył to i zdenerwował się. Następnego ranka, purpurowy z wściekłości, udał się do biura kierownika. Podskakiwał, wołając: „Co to za miejsce? Facet użył zlewu. Ja muszę się golić w tym miejscu!” Był tak wściekły, że wybiegł z biura, pobiegł do najbliższego baru i upił się. Dwa dni później umarł tylko dlatego, że facet załatwił się do zlewu. Tu następuje morał: „Czasami nosimy ze sobą zlew, czekamy na kogoś, aby go użył, abyśmy mogli oszaleć. Wracaj do nas, AA pokaże ci, jak wyrzucić Twój zlew". To niesamowite. Facet miał rację. Zachowanie wysokiego nie należało do najciekawszych, ale to niski zapłacił najwyższą cenę, cenę życia. Codziennie obok nas różni ludzie popełniają błędy, bądź zachowują się niezgodnie z naszym kodeksem postępowania. Powodują, że możemy łatwo ulec „słusznemu” wzburzeniu. Historyjka przypomina, że podczas takiego wzburzenia istnieje niebezpieczeństwo utraty rozsądku, gdy pchani emocjami możemy uczynić rzeczy, których tak naprawdę nie chcemy. Kiedyś dosyć ostro kłóciłem się z żoną, już miałem ją przekonać do swoich racji, gdy nie czekając na koniec kłótni, nadeszła nasza kilkuletnia córka wręczając mi jabłuszko. W jednym momencie, cała złość, jaką miałem w sobie, wykipiała na nią – przerwała rozmowę rodziców, tak się nie robi, po co się wtrąca, brak szacunku – to były wyjaśnienia, dlaczego uderzyłem córkę. Za chwilę, gdy ochłonąłem aż trudno mi było zrozumieć, dlaczego tak uczyniłem. Ale faktu już zmienić nie mogłem. Na długi czas na mój widok, szczególnie, gdy podnosiłem głos, córka zachowywała się jakby sparaliżowana strachem. To zdarzenie miało miejsce wiele lat temu, w okresie, kiedy „zdrowo” piłem, ale do dzisiaj pamiętam, że tego nie chciałem. To był moment alkoholowego szaleństwa, który na długo miał swoje konsekwencje. Inną sprawą jest posiadanie „zlewu”. Przypomina mi się taki obrazek, gdy z grupą kolegów, rozbawieni, głośni, szliśmy środkiem ulicy bacznie patrząc, czy przypadkiem ktoś nie wyrazi jakiegoś niezadowolenia. Gotowi byliśmy natychmiast takiego „nauczyć rozumu”. Tego wieczoru brałem oczywiście udział w pobiciu jakiegoś chłopaka. Znałem go pobieżnie, nawet odczuwałem coś na kształt sympatii. Do dzisiejszego dnia pamiętam zdziwiony i przerażony wyraz jego oczu, gdy go kopałem. Nie jest to dobre wspomnienie. Później jeszcze wielokrotnie bawiłem się w życiu w grę „zlewu”. Sam byłem prawodawcą, prokuratorem, sędzią i egzekutorem. Czysty obłęd. Tym bardziej, że inni najczęściej nawet nie wiedzieli o moich oczekiwaniach względem nich. Ale ja miałem wystarczający pretekst, aby „ukarać” niepokornych. Egoizm i egocentryzm, koncentracja na samym sobie!... To właśnie jest, jak sądzimy, zasadnicze źródło naszych kłopotów – przypomina Wielka Księga na str. 52. Zupełnie nie zdawałem sobie sprawy, że wpadałem w szaleństwo egoizmu, egocentryzmu. Zawsze potrafiłem wykazać swoją rację, ale też piłem przy tym coraz więcej. Przychodząc do AA, zetknąłem się z przykrym dla mnie faktem. To nie ja wyznaczam zasady zachowania, bo są one już sformułowane i się sprawdzają, a ja – by zachować życie – muszę się im tylko podporządkować.
AA


UWAGI SPONSORA

* Nie czekaj z Krokiem IV, aż będziesz lepszy, bez IV Kroku trudno być lepszym.
* Jeżeli ci się wydaje, że coś jest niezgodne z Tradycjami AA, pamiętaj, że najważniejsza jest miłość, a ty nie musisz brać udziału w wątpliwym przedsięwzięciu.
* Nie zaniedbuj uczestnictwa w mityngach, lecz jeśli już zaniedbałeś, to pamiętaj, że w każdej chwili, bez zbędnych wyjaśnień, możesz znów zacząć brać w nich aktywny udział.
* Jeżeli wydaje ci się, że Wspólnota AA wymaga od ciebie czegoś niemożliwego czy zbyt trudnego, to sprawdź dokładnie, czy są to zalecenia AA.
* Jeżeli ktoś cię zrani, pomyśl, że uczynił to ktoś, kto jest takim samym słabym człowiekiem jak Ty, a może nawet słabszym.
* Każdy mityng jest ważny, ale jeżeli drażnią cię wypowiedzi innych i nie możesz wytrzymać, spróbuj, przynajmniej na jakiś czas, poszukać innego mityngu.
* To nieprawda, że jesteś sam. Szukaj Wspólnoty. W samotności alkoholik produkuje złudzenia. Łatwiej przetrwać z innymi niż samemu.
* Dopóki walczysz o trzeźwość, masz szansę. Każdy dzień jest ważny.
Z archiwum Mityngu


AKCEPTACJA

Kiedy w przerwie, podczas ostatniej Konferencji Służb Regionu AA Warszawa, kolega zaproponował mi napisanie artykułu na temat akceptacji, od razu przypomniałem sobie archiwalne wydanie naszego Biuletynu „Mityng”, który otrzymałem od sponsora jakiś czas temu. Na ostatniej stronie jest cytat z nieautoryzowanego przekładu Big Book rozdz. 17 (wersja angielska): „Akceptacja jest odpowiedzią na wszystkie moje dzisiejsze problemy. Kiedy czuję niepokój, dzieje się tak dlatego, że stanąłem wobec osoby, miejsca, rzeczy – dla mnie nie do zaakceptowania. I dopóty nie zaznam spokoju ducha, dopóki nie zaakceptuję, że te osoby, miejsca, rzeczy czy sytuacje są dokładnie takie, jakie powinny być na daną chwilę. Nic, ale to nic absolutnie nic, nie dzieje się w świecie Boga przez pomyłkę. Dopóki nie umiałem zaakceptować swojego alkoholizmu, nie umiałem być trzeźwy; jeżeli nie zaakceptuję życia na jego warunkach, nie będę szczęśliwy. Nie powinienem się skupiać za bardzo na tym, co da się zmienić w świecie mnie otaczającym, lecz powinienem raczej skupić się na tym, co można zmienić we mnie i w moich postawach”. Tekst ten był dla mnie tak odkrywczy, że mam go do dzisiaj na swoim stoliku w domu. Często woziłem go ze sobą do pracy. Przypominał mi i przypomina, dlaczego jestem czasami zły, rozczarowany, czego się czasami boję. Pamiętam mityng, na którym usłyszałem jedno zdanie, które zapamiętałem do dzisiaj i często muszę sobie je przypominać. Kolega rozpoczął swoją wypowiedź od przedstawienia się: „Mam na imię ..., a na drugie k o n t r o l a...”. To jedno zdanie wystarczyło. Nie musiałem słuchać dalej, bo szybko sobie przypomniałem, jak złościłem się na żonę, że przed wyjściem z domu zbyt wolno się ubiera i w ogóle jest powolna, na szefa w pracy, który śmiał mi zwrócić uwagę, że jestem niedokładny i popełniam błędy, na to, że nie mam swojego zdania, bo boję się odrzucenia i krytyki ze strony innych. Robię wiele rzeczy tak jak chcą inni, żeby im się przypodobać. Jestem jak chorągiewka bez własnych zasad. Jestem paskudnie leniwy, arogancki, mściwy i przy tym napompowany dumą i pychą, jak balon. Jestem nadwrażliwym, wygodnym egoistą. Tak rozpoczęła się moja akceptacja tego, jaki jestem naprawdę, a nie jaki myślałem, że jestem. I tak rozpoczęła się akceptacja innych osób takimi jakie są, a nie takimi, jakimi ja chcę, żeby były. Kiedy podjąłem swoją pierwszą pracę po 26 latach picia, dojeżdżałem do niej, jak większość ludzi w tym mieście, autobusem. Za pierwszą pensję kupiłem sobie nasze „Codzienne Refleksje”. Codziennie czytałem – i robię to do dzisiaj – kolejną stronę na dany dzień. Pewnego dnia, gdy jak zwykle jechałem do pracy, uciekł mi autobus. Byłem tak wściekły i taki zły, że ludzie na przystanku mi się przyglądali. Po powrocie przeczytałem jeszcze raz nasze Refleksje AA. Temat na ten dzień był zatytułowany paradoksalnie „Bezsilność”. I co wyczytałem? Że swoją bezsilność mogę i powinienem uznać nie tylko wobec alkoholu, ale także wobec innych ludzi, miejsc i zdarzeń, na które nie mam wpływu. Z tamtego zdarzenia dopiero po paru tygodniach wyciągnąłem pewien wniosek: to nie autobus mi uciekł, tylko ja się na niego spóźniłem, a na przyszłość dobrze by było, gdybym wcześniej wychodził na przystanek. Okazało się to skuteczne i działa, jeżeli zastanawiam się, co ja mogę zmienić w sobie, a nie u innych. Pamiętam trudną sytuację w domu z moją żoną i jej dorosłymi synami, kiedy dowiedziałem się, że są uzależnieni od narkotyków. Próbowałem na siłę zmieniać i żonę, i jej synów. Usłyszałem wtedy od sponsora, że nigdy nie zrozumiem serca matki. Miał świętą rację. Ale czy ja zaakceptowałem to od razu ? Pewnie, że nie. Złościłem się nie raz i nie spałem po nocach. Myślałem tylko o tym, dlaczego ona nie pójdzie na mityng dla współuzależnionych a oni na terapię dla narkomanów – tak jak ja chcę i wiem, że byłoby najlepiej. Czy żona zrobiła tak, jak ja chciałem? Oczywiście, że nie. A synowie? Jasne, że nie. Kiedy dotarło do mojej pysznej i zakutej głowy, że nie jestem reżyserem tego przedstawienia, przestałem im mówić, krzyczeć, co mają robić. Życie potoczyło się inaczej. Zacząłem z żoną rozmawiać nie z pozycji wyższości. Przestałem nakazywać, co ona ma robić, tylko zacząłem się zastanawiać, co ja mogę zrobić i jak reagować. Dotarło do mnie, że nie zmienię nikogo na siłę, żeby był taki, jak ja chcę. Żona po jakimś czasie zdecydowała się sama na terapię, a synów poprosiła o opuszczenie domu. Nie obyło się bez ekscesów, ale nie chcę opisywać szczegółów. Najstarszy syn niestety zmarł po roku – nie udało mu się wyjść z nałogu. Drugi trafił do ośrodka dla narkomanów na terapię, ale jej nie skończył. Trafił do Zakładu Karnego. Teraz jest na wolności i pracuje, ale popełnia te same błędy, co wcześniej. Czy synowie zrobili tak, jak ja lub żona chcieliśmy? Niestety nie, to byłoby zbyt proste. Rzeczywistość jest taka, jak być powinna, czy tego chcę, czy nie. Czasami zastanawiałem się, po co mi był ten trudny związek, małżeństwo, odpowiedzialność. I gdyby nie AA, literatura, sponsor, myślę, że nigdy by mi nie przyszło do głowy, że być może właśnie dlatego, żebym, do cholery, przestał egoistycznie, wygodnie myśleć tylko o sobie, przestał żyć sam dla siebie. Może w końcu przyszedł czas, aby okazać żonie zrozumienie, cierpliwość, współczucie, szacunek, życzliwość, czyli miłość. A nie żądać tego wszystkiego dla siebie. Im dłużej nie piję, tym trudniejsze rzeczy muszę akceptować. Nie wiem, czy tak jest, ale wierzę, że jestem w takim miejscu, w jakim być powinienem. Kiedyś usłyszałem takie zdanie: „Jest tak, jak jest, tylko ja śmiałem myśleć inaczej...”. Szczególnie to „śmiałem” pokazuje, gdzie jest istota mojej choroby i to moje JA. Przez większość swojego życia uważałem siebie za „wszystkowiedzącego Boga”. Inni ludzie mieli się dostosować do mnie, do moich potrzeb i sposobu myślenia itd... Dopiero w AA okazało się, że nie kieruję swoim życiem. Musiałem nabrać szacunku i pokory. Musiałem zaprzestać myślenia, że jestem panem tego świata. Musiałem zaakceptować świadomość istnienia Boga. Dopiero wtedy zaczęła się pojawiać ufność i wiara. To one powodują, że potrafię zaakceptować sytuacje, których nie rozumiem, bolesne i trudne. To ta siła powoduje, że, mimo chwil zwątpienia, powraca zdrowy rozsądek i chęć do życia. Do akceptowania go takim, jakie jest, a nie takim, jak ja chcę, żeby było.
Mariusz AA


TRADYCJA VI

„Grupa AA nie powinna popierać, finansować ani użyczać nazwy AA żadnym pokrewnym ośrodkom ani jakimkolwiek przedsięwzięciom, ażeby problemy finansowe, majątkowe lub sprawy ambicjonalne nie odrywały nas od głównego celu”.
„Problemy pieniędzy, własności i władzy mogłyby z łatwością odwieść nas od naszego nadrzędnego celu duchowego. Dlatego uważamy, że wszystkie majętności, które okażą się naprawdę konieczne AA, powinny być oddzielnie zarejestrowane i zarządzane tak, aby oddzielać sprawy materialne od spraw ducha. Grupa AA jako taka nigdy nie powinna prowadzić interesów. Instytucje wspomagające działalność AA, na przykład kluby czy szpitale, które wymagają sporego majątku lub administracji, powinny być zarejestrowane i zarządzane oddzielnie, by w razie potrzeby grupy mogły swobodnie z nich rezygnować. Toteż instytucje te nie powinny używać nazwy AA. Kierować nimi powinni tylko ci, którzy je finansują. W przypadku klubów wskazane jest, by kierowali nimi członkowie AA. Szpitale natomiast i inne zakłady rehabilitacyjne powinny pozostać całkowicie poza obrębem AA i posiadać właściwy nadzór medyczny. Chociaż grupa AA może współpracować z kim zechce, współpraca taka nigdy nie może przybierać charakteru związku rzeczywistego lub domniemanego z inną organizacją albo popierania tej organizacji. Grupa AA nie może z nikim się „wiązać”. Tradycja 6 nie bez przypadku jest powiązana z Tradycją 5, która brzmi: Każda grupa ma jeden główny cel: nieść posłanie alkoholikowi, który wciąż jeszcze cierpi. Prosty przykład kapelusza i to, jak jest rozliczany. Dziś wiem, że pieniądze nie dają szczęścia, jestem przekonany, że wręcz dzielą ludzi, dlatego we Wspólnocie podoba mi się to, że nie przywiązujemy wagi do tego, czy dany członek Wspólnoty jest bogaty, czy biedny. Jak mówi doświadczenie – nadmiar pieniędzy na grupie powoduje chaos, próby manipulacji niektórych służebnych (starszych stażem, weteranów, „rządzących” grupami – tacy też są we Wspólnocie), powoduje „przejadanie” pieniędzy (paluszki, ciasta, woda, herbata, kawa) Dziś wiem, że pieniądze, które są u skarbnika grupy, są to pieniądze przeznaczone na opłacenie, wynajmowane sali, prąd, wodę – czyli niezbędne rzeczy, które są po to, abyśmy mogli się spotykać. Są to pieniądze na niesienie posłania poprzez zakup literatury, biuletynów informacyjnych itp. Jest to około sześćdziesiąt procent całej kwoty. Pozostałe czterdzieści procent powinno być przeznaczone na wpłacenie na Intergrupę (niesienie posłania, utrzymanie Intergrupy i pozostałych struktur Wspólnoty, które są potrzebne do prawidłowego funkcjonowania całej Wspólnoty). Niewskazane są jakiekolwiek nadwyżki pieniężne na grupie, ponieważ może to doprowadzić do rozłamu, kłótni w grupie, a niesienie posłania jest jedynym i głównym celem grupy. Tradycja 6 mówi o głównym duchowym celu, o nieprowadzeniu przez grupę żadnych interesów, nie użyczania nazwy AA żadnym instytucjom, ośrodkom, ale grupa AA może współpracować ze szpitalami (detoksy, oddziały wewnętrzne, chirurgia ogólna) wszędzie tam, gdzie przebywają potencjalni cierpiący alkoholicy, którzy potrzebują naszej pomocy: MOPS-y, terapie otwarte, zamknięte, więzienia, zakłady poprawcze, szkoły, przytułki dla bezdomnych oraz organizować mityngi informacyjne. Grupa AA musi dbać o wizerunek i uczciwość swoich intencji na poziomie grupy, Intergrupy czy Regionu. Tradycja ta broni nas przed utratą dziedzictwa wizerunku na zewnątrz, przed niepotrzebnymi sporami, niepewnością trudnych wyborów. Podoba mi się także niezależność, o której mówi Tradycja 4, ale właśnie w tej 6 Tradycji są postawione niezależne, właściwe granice, których nie ważmy się łamać. Doświadczenie jasno mówi, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki (powinniśmy nie popełniać ponownie tych samych błędów, powinniśmy pozbyć się ich całkowicie). Stosowanie programu 12 Kroków w moim życiu uświadamia mi, że takie działanie daje mi trzeźwość. W tym przypadku działają w szczególności Krok 5, 6 i 7. Dziś wiem, że doświadczenia ludzi sprzed 81 lat (pierwsza grupa AA powstała w 1935 r.) to była walka na śmierć i życie, i że program zdrowienia 12 Kroków i 12 Tradycji nie powstał przypadkiem. Dziś wdrożenie tego programu i zasad obowiązujących we Wspólnocie Anonimowych Alkoholików do życia w mojej rodzinie, społeczności, pracy daje niesamowite efekty patrzenia na rzeczywisty świat, który niczym się nie różnił od tego, który istniał wcześniej, kiedy jeszcze piłem. Dziś wiem, że to ja byłem inny (moja głowa była chora), dziś to ja inaczej myślę, a świat pozostał taki sam. Dziś potrafię to rozróżnić, a to są cuda, o których mówi Program. Jak mogę korzystać z Tradycji 6 w życiu osobistym (w rodzinie)? Po prostu żyć swoim życiem i dawać żyć innym, nie mieszać się w cudze życie i realizować swoje marzenia (cele). Nie finansować nikogo poza moją rodziną, nie angażować się w żadne spory i nieporozumienia bez zaproszenia osób zainteresowanych. Podam przykład. Na posiadłości teściów wybudowałem dom za własne pieniądze. Działka miała być przepisana na moją żonę, lecz tak się nie stało, gdyż mnie wypędzono, a moja żona poszła ze mną. Dziś wynajmuję mieszkanie u obcych ludzi, ale mieszkam tam wraz ze swoją żoną i dwoma synami, a tamten dom został zagarnięty poprzez rodziców mojej żony i teraz wynajmują go obcym ludziom. Ja teraz jestem mądrzejszy poprzez doświadczenie, mam program i nie popieram, nie finansuję żadnych przedsięwzięć, ażeby problemy finansowe, majątkowe lub sprawy ambicjonalne nie próbowały rozbić mojej rodziny. Jeśli chodzi o społeczeństwo, to kiedyś finansowałem wszystkich czynnych alkoholików, bo ja też piłem, nie żałowałem pieniędzy na alkohol (mogłem nie zjeść, a na gorzałę było). Zawsze popierałem czyjeś zdanie, bo swojego po prostu nie miałem. Moimi autorytetami byli ludzie nadużywający alkoholu, zawsze łamałem wszystkie zasady, byłem na zawołanie każdego, ale nie rodziny. Dziś jest inaczej, mam marzenia (cele) w życiu, ale zgodne z Tradycjami, w tym z Tradycją 6. W pracy moim głównym celem jest wykonywać ją uczciwie, szczerze i zgodnie z moim sumieniem. Nie angażuję się w żadne przedsięwzięcia, ażeby nie odrywało to mnie od powierzonych mi zadań.
Pozdrawiam Przemek


WRESZCIE SIĘ ZAAKCEPTOWAŁEM

Kolska. Miejsce, gdzie pojawia mi się uśmiech, gdy zbliżam się do budynku. Ale kilka lat temu tak nie było. Jest tu izba wytrzeźwień i oddział zamknięty, był też detoks. Musiałem przejść przez każdy poziom, aby być w miejscu, w którym jestem. Tu jest ta obskurna piwnica, do której tak chętnie wracam. Tu są moi znajomi, którzy witają się ze mną mając uśmiech na twarzy. Ale nieraz, kiedy wychodzę z mityngu, nie jest mi do śmiechu. I tak było ostatnio. Wyszedłem zdenerwowany. Po raz kolejny zobaczyłem, ile życia sobie zmarnowałem, aby zaakceptować, że przegrałem z alkoholem. A było tak wiele przykładów na to, że sobie nie radziłem. Przegrywałem walkę z wódką każdego dnia, padając na twarz. Dzień po dniu traciłem wszystko, co można było stracić. I nie chodzi tylko o pieniądze, pracę, prawo jazdy czy szkołę, której nie dokończyłem. Traciłem swoje człowieczeństwo. Swoje morale, uczucia, życie. W dodatku wtedy miałem to wszystko gdzieś. Butelka była najważniejsza i chociaż, z nią w ręku, dzień po dniu staczałem się na dno, nie chciałem tego przerwać. Na detoks nie chciałem pojechać, bo nie widziałem potrzeby. Zostałem tam zawieziony. Zaliczając izbę wytrzeźwień, nadal myślałem, że jestem lepszy od tych, którzy byli ze mną w sali. Na terapię trafiłem, bo terapeuta mnie namówił. Skończyłem ją, bo co miałem zrobić? Nie miałem do czego wracać. Terapia poszpitalna to – jak to się mówi w AA – dupościsk, bo nie chciałem zaakceptować tego, że nie będę mógł pić. Łatwo mi było zaakceptować, że jestem alkoholikiem, ale tego, że nie będę pił, to już nie. Nawet kiedy na mityngu ktoś mówił do mnie i mówił o mnie, to ja na głowę to brałem, ale w środku nie byłem gotowy. Miało być tak pięknie, kiedy nie będę pił. A tu g… prawda. Teraz wiem, że przez pierwszy rok, może półtora roku tylko dlatego nie zapiłem, że się bałem. Bałem się, że jak zacznę znowu pić, to się zapiję na śmierć. Nie piłem, a życie nadal dawało mi po głowie. Awantury z byłą żoną, nerwy, wahania emocjonalne. Miałem wszystkiego dosyć. Inaczej sobie wyobrażałem życie w trzeźwości. Nie miałem jednak pomysłu na ratowanie siebie. Z jednej strony chciałem pomocy, miałem mityngi, grupę, terapeutę, a z drugiej nie do końca potrafiłem ją przyjąć. Dlatego nie układało mi się z indywidualnym terapeutą. Wymyśliłem sobie, że on jest po szkole i co może mi powiedzieć, skoro nie pił tak, jak ja i nie przeżył tego, co ja. Pierwszy rok to była straszna walka, aby przeżyć każdy dzień. Aby nie zapić. Później rozwód. I szukanie pomocy. Nie chciałem pić, ale byłem tego bardzo bliski. Stchórzyłem. I dziś cieszę się, że tak się stało. Krok 1 i bezsilność, to była podstawa mojej dalszej pracy. Ta praca trwa do dziś. Chociaż minęło już trochę czasu, nadal widzę, jak mogę być bliski dnia, kiedy znowu mogę wrócić do picia. Muszę uważać, dbać o siebie i swoją trzeźwość. Dziś to jest zadanie numer jeden w moim życiu. Reszta to dodatek. Dodatek ważny, ale nie najważniejszy. Może to i egoistyczne, ale moja trzeźwość dla mnie jest najważniejsza. Bez niej nie będzie nic. Wiem, że może nie każdy się z tym zgodzi. Ale jeśli nie będę trzeźwy, będę znowu sam, staczając się. Boli mnie to. Boli mnie strata tylu lat. I niech boli, bo wiem, co mam robić, aby było lepiej i abym nie wrócił do tego, co było. Nie chcę już być pijanym i prowadzić pijanego życia. Bardzo mi się podoba moje obecne życie. Nie chcę stracić tego, co mam i co codziennie przeżywam. I dobrze, że w środę będę na Kolskiej. W mojej obskurnej piwnicy. Bo po raz kolejny pewnie zobaczę i usłyszę, jak łatwo jest wrócić do picia, a jak trudno jest być trzeźwym. Mityngi prostują mój kręgosłup trzeźwości. Ratują moje chore emocje. Dają mi poczucie ulgi i spokoju. Chociaż wyszedłem z mityngu zły i z bólem, to wierzę, że wszystko wyjdzie mi później na dobre. Dziś akceptuję siebie, jakim jestem. Oczywiście nieraz ze sobą walczę, ale każde takie spotkanie ze sobą daje mi siłę do pracy. Dziś swoją niemoc staram się zamieniać na siłę do trzeźwienia. Mnie, alkoholikowi ta siła jest potrzebna. Kiedy przychodzi kryzys, chce mi się wyć i wtedy szukam w sobie tej siły. Jeśli jej nie mogę znaleźć, to proszę o pomoc. Tak, już umiem prosić o pomoc. I nie jest to dla mnie poniżenie albo słabość. Najpierw proszę o pomoc moją Siłę Wyższą, później drugiego człowieka. Realizuję program 12 Kroków w swoim życiu. Ten program miał mi pomóc być trzeźwym, a stał się wskazówką na codzienne życie. Drogą, aby być lepszym, szczęśliwszym i radosnym. A przede wszystkim trzeźwym. Dziś nie robię nic sam. Samemu to ja już próbowałem i wracałem do picia. Mając pomocną dłoń bliskich, Wspólnoty czy drugiego alkoholika, przełamuję wszystko, co mnie boli. Bo jest łatwiej. Życie jest tak wspaniałe, że chcę czerpać z niego jak najwięcej. I jedynie żałuję, że tak późno zaakceptowałem, że jestem alkoholikiem i że nie mam najmniejszych szans z alkoholem. A z drugiej strony lepiej późno niż wcale.
Marcin AA


DEKLARACJA KAPITULACJI

Mam na imię Carmen i jestem alkoholiczką. Kiedy przed jedenastu laty przyszłam do AA, moje życie było bardzo pokręcone, a ja sama znalazłam się na skraju zwątpienia. Można powiedzieć, że prawdziwą ulgę przyniosła mi wiadomość, iż to właśnie moje nadmierne picie jest przyczyną całego chaosu. Natychmiast przestałam pić. Kiedy tylko przyjaciele z AA uświadomili mi to i zaczęłam regularnie uczęszczać na mityngi AA, aż do dnia dzisiejszego udaje mi się nie wypić pierwszego kieliszka. W pewien sposób jestem z tego dumna. Nigdy nie potrafiłam zrozumieć przyjaciół, którzy wciąż i ciągle zapijali, i muszę przyznać, że wewnętrznie pogardzałam tymi, którzy najpierw musieli „tak” nisko upaść, zanim stali się zdolni do przyjęcia pomocy. Czułam się „lepszą” alkoholiczką, gdyż potrafiłam natychmiast przestać pić i wyobrażałam sobie, że zależy to od siły woli. Po trzech latach cale to „zgromadzenie” zaczęło mnie niesamowicie denerwować i znajdowałam coraz więcej „słusznych” powodów, aby nie uczęszczać na mityngi. Miałam nowego partnera oraz nową pracę. Wciągnęłam się całkowicie w ten nowy układ, odrzucając wszelkie dobre rady przyjaciółki z AA. Gdy wracałam późno z pracy do domu, to na uwagi mojego partnera odpowiadałam postawą obronną. Mimo tego, że coraz bardziej się starałam, moje trudności ciągle się wzmagały. Miałam trudności w kontaktach międzyludzkich, popadałam w zmienne nastroje podczas narad roboczych i, zgodnie z nastrojem, wpadałam w euforię lub też poddawałam się depresjom. Kiedy już nie wiedziałam, co dalej począć, zadzwoniłam do mojej przyjaciółki z AA. Kiedyś, dawno temu, poprosiłam ją, żeby dała mi spokój z AA, a ona na to przystała. Trwało to jeden, cały, długi rok. Kiedy teraz powiedziała mi „idź na mityng”, wiedziałam intuicyjnie, że wybiła dla mnie prawie ostatnia godzina. Kiedy powróciłam do stołów, stało się dla mnie jasne: „praca zastąpiła mi butelkę”! Wdzięczna za to, że tym razem przynajmniej się nie napiłam, zaczęłam znowu regularnie uczęszczać na mityngi. Zostałam rzeczniczką grupy i przyjęłam także służbę na Intergrupie i Regionie. W dalszym ciągu jednak pozostawałam niespokojna, drażliwa i niezadowolona. Także i w AA. Ciągle wikłałam się w jakieś sporne sprawy. Ale im bardziej starałam się własnymi siłami i samo rozpoznaniem zmieniać swoje życie, tym mniej mi się to udawało. Nie potrafiłam odróżnić prawdy od fałszu. Kim ja właściwie byłam? Czyżbym nic nie potrafiła, albo też potrafię wszystko?! Nie widziałam żadnej drogi wyjścia z tego labiryntu. Czułam, że ludzie coraz bardziej odwracają się ode mnie i dokąd bym nie poszła, to nie czułam się tam przynależna. Byłam jednak wciąż jeszcze sucha i prowadziłam samotną walkę. Nie chciałam pozwolić na pokonanie siebie. Jeszcze raz zebrałam wszystkie swoje siły, rozpoczęłam drugą terapię, zagłębiałam się w moją służbę dla AA i wzmocniłam swoje starania w pracy. Pewna byłam tego, że będę w stanie zmienić swoje życie, kiedy tylko dzięki terapii odnajdę przyczyny swoich dotychczasowych niepowodzeń życiowych. Ale i tym razem nie odniosłam żadnej korzyści z mojej autodiagnozy. Odczuwałam w sobie wielką wewnętrzną bezsilność, stałam się jeszcze bardziej drażliwa i skora do gniewu, traciłam jedną pracę po drugiej i znalazłam się tuż nad krawędzią przepaści. Nie widziałam żadnego wyjścia. Aby poprawić swoje samopoczucie, próbowałam wszelkich możliwych psychologicznych, religijnych i ezoterycznych metod, ale niestety wszystkie drzwi wydawały się dla mnie zamknięte. Najgorszym było jednak to uczucie, że AA także nie zadziałało. Po jedenastu latach suchości, w dalszym ciągu nie odnalazłam w sobie tej – obiecywanej w Wielkiej Księdze – zadowolonej trzeźwości, a wręcz przeciwnie, wciąż skarżyłam się na mityngach. Dlaczego nikt nie potrafi mi powiedzieć, jak należy stosować ten przeklęty Program?! Z drugiej jednak strony, wymądrzałam się na tematy AA tak, że wszyscy byli zdania, iż jestem sto procent w temacie. Któregoś dnia na mityng naszej grupy przyszedł pewien przyjaciel z innej miejscowości. Nigdy nie zapomnę tych słów, które wtedy powiedział: „Od przeszło dziesięciu lat uczęszczałem już na mityngi AA, a wciąż wydawało mi się, że Program AA, taki, jakim napisany on został w Wielkiej Księdze, nie jest przeznaczony dla mnie. To jest Program dla wszystkich innych. Dla tych, którzy więcej i inaczej pili, niż ja. Dzisiaj mam swojego sponsora, żyję zgodnie z Krokami i po raz pierwszy w swoim życiu jestem zadowolony z dnia dzisiejszego". Nie wiedziałam jeszcze wówczas, że zarówno moja sponsorka, jak i praktykowanie Dwunastu Kroków wzbudzą we mnie tę sam pychę, jak to było w przypadku owego przyjaciela. Udałam się z nim na mityng jego grupy AA. Tu stała się rzecz wprost niewiarygodna – podczas rozmów sponsorskich zrozumiałam, że ja jeszcze w ogóle nie dokonałam Kroku Pierwszego!!! Dotychczas bowiem przez cały czas przekonana byłam o tym, że swoją suchość osiągnęłam dzięki własnym staraniom, a odkąd już nie muszę pić, to znowu osobiście kieruję swoim życiem. Wszystko to, co nastąpiło później, było po prostu dalszym ciągiem mojej choroby alkoholowej. Osiągnęłam wprawdzie suchość, ale w niczym się nie zmieniłam. Dzisiaj wiem, że moja Siła Wyższa nie stworzyła najpierw mnie, a potem reszty świata, lecz, że jestem zaledwie malutką cząstką Boskiego Uniwersum. Ale aby dojść do tego wniosku, musiałam wpierw skapitulować przed alkoholem. Wspólnocie AA i mityngom zawdzięczam to, że dane mi było uzyskać suchość. Przyjaciele z AA na pewno wspomogli mnie swoją modlitwą. Ale ja w swojej pysze uważałam wszystko to za własne osiągnięcie. Pytanie tylko, dlaczego wobec tego nie skończyłam walki już o wiele wcześniej? Kiedy, dzięki mojej Sile Wyższej oraz mojej sponsorce, doszło to do mojego rozumu, udało mi się nareszcie skapitulować. Nie życzę nikomu, żeby potrzebował tak długiej przynależności do AA, aby zrozumieć i uznać to, że jest alkoholikiem takim samym jak każdy inny, ani lepszym ani gorszym. Dopiero z tej pozycji mogę, zamiast – jak dotychczas – pouczać, rozpocząć pomaganie innym. Za moją pychę i mój egoizm zapłaciłam niezmiernie długą drogą. Powodem tego nie był brak mityngów, ale brak pokory w tym, aby szukać pomocy i umieć ją też przyjąć.
Carmen


ZGODA NA AKCEPTACJĘ

„Akceptacja” to trudne słowo, łatwo je wymówić, napisać; gorzej – spełnić, zastosować w życiu. Dla mnie akceptacja to pogodzenie się, przyjęcie czegoś bez dyskusji, negocjacji, bez żadnego „ale”. Nic trudnego zgodzić się na coś, co jest przyjemne, na coś, co stawia mnie w korzystnym świetle, na coś, co było w moich planach. Trudniej godzić się na to niechciane. Ja stanęłam na drodze akceptacji parę lat temu razem z Wami. Kończyliśmy każdy mityng naszą modlitwą, prośbą o pogodzenie się z tym, czego nie możemy zmienić. Znałam te słowa już wcześniej, bo chodziłam na mityngi kilkanaście lat temu. Ale to było tylko odwiedzanie miejsc, obecność jedynie ciałem, bo wtedy jeszcze miałam watę w uszach, nie słyszałam nic. Automatycznie wypowiadałam słowa modlitwy, nie zastanawiając się nad ich treścią. Gdy wreszcie Bóg otworzył moje serce – usłyszałam każdego z Was. I dotarła do mnie logika naszej modlitwy: pogódź się z tym, co było, co jest i co będzie, a na co nie masz wpływu. Zaczęłam szukać w swoim życiu tych rzeczy „nie do zmiany”. Nie miałam problemu z akceptacją swojej choroby alkoholowej, bardzo łatwo zgodziłam się na Iwonę lekomankę i alkoholiczkę. Chyba dlatego, że ta klasyfikacja pomogła mi się odnaleźć w życiu i trochę je uporządkowała. Nareszcie, po wielu latach bycia „nie wiadomo kim”, stałam się kimś. Nie przeszkadzało mi to, że stanęłam w jednym szeregu z brudnymi facetami spod śmietników. Jakoś mi to umykało wobec radości odnalezienia siebie w jakimś stałym miejscu. Przez całe życie szukałam siebie, odpowiedzi na tysiące pytań, które miałam każdego dnia: „jaka jestem? dlaczego taka jestem? jaka mam być? czy jestem dobra?”. Choroba alkoholowa stała się moją kotwicą – nareszcie mogłam powiedzieć o sobie coś pewnego, coś, od czego mogę zacząć, odbić się i pójść dalej. Tak więc zaakceptowałam siebie w uzależnieniu. To był początek. Zaczęłam się przyglądać sobie każdego dnia (codziennie wieczorem robię sobie prywatny obrachunek moralny) i powoli docierałam do spraw, które muszę zostawić, pogodzić się, bo ich nie zmienię. Tak nauczyłam się patrzeć na ludzi, na moją siostrę, która od paru lat walczy ze mną w sądach o spadek, na byłego męża, który zostawił mnie i córkę i, odszedł do innej kobiety, na moją szefową, która mnie drażni, irytuje, czasem złości do białej gorączki. Ja ich nie zmienię! Nie jestem ich sędzią. To tylko moje chciejstwo – żeby wszystko było tak, jak ja chcę. Koniec z tym. Teraz mogę zmienić swoje uczucia wobec tych ludzi. I w ten sposób zauważyłam, że ci wszyscy, którzy mnie denerwują, drażnią, może nawet krzywdzą, też mi są potrzebni. Przecież gdyby mój mąż mnie nie zostawił, nie byłabym w tym miejscu, w którym jestem dziś, teraz. Gdyby nie złośliwość mojej siostry, nie dowiedziałabym się o sobie tego, że potrafię spokojnie i rzeczowo zastanowić się nad swoją sytuacją, potrafię słuchać swojego sumienia. Szefowa niemal codziennie pokazuje mi, że ja, w przeciwieństwie do niej, mam w sercu zrozumienie i szacunek do ludzi. Moja akceptacja zadziałała, nie od razu, ale powoli i stopniowo. Pomogła mi w tym wiara, powierzenie siebie i mojego życia Sile Wyższej. Godzę się z przeszłością, wiem, że byłam zła i staram się zmieniać. Czy sobie wybaczyłam? Nie wiem. Są jeszcze chwile, kiedy żałuję tego, co było: tabletek, wódki, zawodów, które sprawiałam. Czasami odzywa się we mnie takie niedorzeczne pytanie: jak mogłam to wszystko robić, jak mogłam być tak okrutna, zła i głupia?! Ale wciąż się uczę akceptować siebie w całości, nawet z tym bagażem alkoholiczki i lekomanki. To już było i tego nie zmienię. Bardzo mi w tym pomagacie, za co jestem niezmiernie wdzięczna całej Wspólnocie. Myślę, ze akceptowanie siebie i otaczającego świata nie jest łatwe, ale warto spróbować. Bo poza niezgodą, złością, frustracją i żalami, Siła Wyższa ma dla nas wiele niespodzianek.
Życzę udanych prób na drodze zgody.
Iwona AA


WCZORAJ / DZISIAJ

Wychowywałam się w rodzinie wielodzietnej. W domu rodzinnym było bardzo skromnie, biednie, ale bez alkoholu. Mając 18 lat założyłam własną rodzinę. Początek mojego małżeństwa nie był łatwy. Bóg w pierwszej kolejności obdarzył nas dwójką dzieci i pomału dorabialiśmy się reszty. Mąż mój z uwagi na charakter swojej pracy bardzo często przebywał poza domem. Ja pozostawałam z dziećmi i różnymi problemami w domu. Za wszelką cenę starałam się je pokonać. Często byłam jednak bezradna. Niełatwe życie często pozostawiałam losowi. Nie znosiłam samotności, toteż nawiązywałam kontakty z sąsiadami, znajomymi, koleżankami z lat szkolnych. Lubiłam być zauważana. Starałam się być komuś pomocna, potrzebna. Z natury jestem uczynna. Dzisiaj też...
Po pierwszy kieliszek sięgnęłam w 18. rocznicę urodzin. Wcale mi nie smakował, toteż nie piłam często. Piłam tylko z okazji imienin czy wesel, i to w bardzo małej ilości. W 1965 roku podjęłam pracę zawodową. Tutaj mój kontakt z alkoholem zaczął się na dobre. Żadna okazja nie uszła mojej uwadze. Lubiłam towarzystwo. Mało, że pracowałam zawodowo, to moją pasją była praca społeczna, której poświęcałam się bez reszty i tam starałam się dominować. Zaczęły się spotkania, zebrania, uroczystości. Występowałam publicznie, a na to potrzebna była odwaga, której mi brakowało i, aby pozbyć się tremy, wypijałam kielicha w towarzystwie. Po nim było mi dobrze, luźno, odważnie. I tak dzień po dniu toczyło się moje życie. Dzięki moim wysiłkom awansowałam, zdobywałam sukcesy na polu pracy zawodowej i społecznej. Byłam lubianą, byłam duszą towarzystwa, o co mąż mój miał do mnie pretensje. Nie zdawałam sobie sprawy, jaki los gotuję sobie na przyszłość, żyjąc w wielkiej przyjaźni z alkoholem. Piłam towarzysko. Potem piłam już sama. W pierwszej fazie piłam sama, bo się wstydziłam, a potem dlatego, że nie chciałam się z nikim dzielić. Tutaj zaczęło się moje piekło na ziemi. Wszystkie moje niepowodzenia, problemy, smutki załatwiał alkohol. Dla Boga też zabrakło mi czasu. Dzieci moje były już dorosłe, założyły swoje rodziny. Buntowały się przeciwko moim alkoholowym wybrykom. Cierpiał też i mój mąż, który w końcu zaczął mnie lekceważyć. Cała rodzina buntowała się przeciwko mnie. Bardzo mnie to bolało, ale ja nie miałam siły zerwać z alkoholem. Moje dzieci i wnuki rzadko mnie odwiedzały, bo często można było mnie zastać podpitą. Od czasu, kiedy z uwagi na zły stan zdrowia (do czego przyczynił się alkohol) przeszłam na rentę, miałam pełen komfort na przyjaźń z alkoholem. Był to mój przyjaciel na dobre i na złe. I lak toczyły się moje dni – szare, coraz trudniejsze. Budziłam się z kacem i zasypiałam z butelką. Cierpienie, koszmarne sny, utrata zdrowia, izolacja rodziny, degradacja społeczna w środowisku, w którym żyłam, ciągła gonitwa za pieniędzmi potrzebnymi na alkohol sprawiły, że... zerwałam z moim przyjacielem alkoholem. Postanowiłam zatrzasnąć przed nim drzwi. Życie w abstynencji nie trwało długo. Po roku trzeźwości znów chwyciłam za kieliszek. Bardzo trudno było mi się z nim rozstać. Następne okresy abstynencji były coraz krótsze. W tym czasie udowodniłam sobie i zrozumiałam, że jestem bezsilna wobec alkoholu, że nie jestem zdolna kierować własnym życiem, że tak dalej żyć nic mogę i nic chcę. Zdałam sobie sprawę, jak alkohol, koszmarne sny i alkoholowa przeszłość burzą moje życie, zabijają moją osobowość i uczucia. Rodzina cierpiała, wstydziła się mnie. Ale cóż… nie mogła mi pomóc, bo ja tego nie chciałam. Aż nadszedł ten piękny i szczęśliwy dzień, kiedy zdecydowałam: ja chcę żyć godnie i szczęśliwe. Koniec z alkoholową przyjaźnią! Właśnie mija czwarty rok mojej trzeźwości. Ten okres był dla mnie czasem radości i głębokiej refleksji, a przede wszystkim pracy nad programem 12 Kroków i 12 Tradycji. Nad programem, który będę pewnie przerabiać do końca życia... To dzięki Wam, drodzy przyjaciele z AA, zetknęłam się z nim, z życzliwością, pomocą i bezpieczeństwem. Z tym wszystkim, czego potrzebowałam, aby zacząć trzeźwieć. Muszę przyznać, że kiedy rozpoczęłam przygodę z grupą AA, nie bardzo dowierzałam, że doczekam tej czwartej rocznicy. Nie wierzyłam, że starczy mi siły i mądrości, aby raz na zawsze zerwać z alkoholem. Dzisiaj wiem, że jeżeli Program realizuję rzetelnie i uczciwie wobec siebie samej i grupy AA, mam szansę utrzymać trzeźwość. Dowody tego są w naszej Wspólnocie. Ja nie przeszłam oddziału odwykowego, ale bardzo skrupulatnie kontynuuję zalecenia mojego terapeuty. Moja recepta na trzeźwość to:
- systematyczne uczęszczanie na mityngi
- rozmowa z Bogiem
- spotkanie z terapeutą
- planowanie dnia i prowadzenie dzienniczka uczuć
- pomoc innym alkoholikom
- kontakty z innymi grupami AA
Nie ukrywam swoich błędów z czasów pijaństwa. Nie wstydzę się swej choroby. Jestem otwarta na problemy drugiego człowieka. To wszystko złożyło się na to, że rozpoczęłam piąty rok życia na trzeźwo. Za to wszystko jestem wdzięczna moim przyjaciołom z AA oraz Billowi i Bobowi za Program 12 Kroków i 12 Tradycji. Dziękuję też mojemu mężowi, dzieciom i wnukom za wsparcie i za to, że zaakceptowali moją chorobę. Za to, że wspierają mnie w chwilach trudnych, że znów mi ufają i cieszą się razem ze mną każdym trzeźwym dniem. Nigdy nie chciałabym tego utracić, dlatego pielęgnuję swoją trzeźwość i dbam o nią. Myślę, że Bóg, któremu powierzyłam swoje życie, pokieruje nim tak, że za rok będę mogła znowu podzielić się z Wami moją radością.
Jadzia – alkoholiczka


SŁÓWKO O AKCEPTACJI

Uwielbiam pewien cytat, który jak ulał pasuje mi do tematu: Problem nie jest problemem. Problemem jest twoje podejście do problemu. Czy ty to rozumiesz? (Kpt. Jack Sparrow ~ Piraci z Karaibów). Tak, ja to rozumiem. Teraz. Po wielu latach niepicia i pracy nad sobą – między innymi przy pomocy Programu. Program był mi niezwykle pomocny, ale korzystałam też z innych źródeł mocy, mądrości i wiedzy, bo praca nad sobą, o której mówię, dotyczy przede wszystkim tego, o czym w oryginale jest nasz 2 Krok: Came to believe that a Power than ourselves could restore us to sanity (Uwierzyliśmy, że siła większa od nas samych może przywrócić nam zdrowie psychiczne/zdrowy rozsądek/zdrowe myślenie). Powoli i mozolnie, przywracając sobie prawidłowe postrzeganie rzeczywistości, nabieram umiejętności odnajdowania się w niej. Co bardzo istotne – skutkiem czynionych przeze mnie postępów, jest umacniająca się pewność tego, że wszechświat jest taki, jak być powinien i tego, że ja nie jestem centrum tego wszechświata, tylko jego częścią składową. Mam swój wkład w jego porządek, ale dziejące się rzeczy w znakomitej większości nie mają absolutnie żadnego związku ze mną, a ludzie nie są nastawieni ani ku, ani przeciwko mnie. To wszystko, czego się dowiedziałam (przede wszystkim od samej siebie) to była prawdziwa rewolucja, objawienie. Przez całe swoje życie, począwszy od czasu, gdy zaczynała kształtować się moja świadomość (a więc na długo przed tym, gdy odkryłam zbawienną moc alkoholu) – byłam przekonana, że świat kręci się wokół mnie… Tylko, że kręci się dokładnie w odwrotną stronę niż ta, w którą według mnie powinien. Wydawało mi się, że absolutnie wszystko, co dzieje się na świecie, ma związek ze mną, a ludzie z mojego otoczenia, bliscy i obcy, przez cały czas zajmują się wyłącznie wymyślaniem coraz to nowych sposobów na dokuczenie mi. Jakież było moje zdumienie, gdy po latach odkryłam, że ludzie mają swoje życie i że tak naprawdę rzadko kiedy przypominają sobie o moim istnieniu, a rzeczywistość toczy się własnym trybem, bez oglądania się na moje lęki czy frustracje. Powolutku zaczęło docierać do mnie, że ludzie, rzeczy, miejsca, zdarzenia mają na mnie (na moje samopoczucie w szczególności) dokładnie taki wpływ, na jaki ja dam przyzwolenie. Przyzwolenie pozytywne – przez nadawanie zbyt wielkiej wagi czemuś/komuś albo negatywne – poprzez brak reakcji, brak zadbania o własne dobro, potrzeby, granice itd. Kilka lat temu usłyszałam, jak jeden z alkoholików mówił: bez mojego „udziału” drugi człowiek może mnie jedynie zabić; na wszystko inne, co „mi robi”, ja pozwalam. I co to wszystko ma wspólnego z akceptacją (wg słownika: uznaniem czegoś, potwierdzeniem czegoś, pogodzeniem się z czymś, czego nie można zmienić)? Dla mnie ten związek jest dość oczywisty. Przez większość życia poświęcałam swój czas i energię na roztkliwianie się nad sobą i swym losem. Wszystko, absolutnie wszystko działało przeciwko mnie; ludzie celowo i świadomie, a rzeczy, miejsca i zdarzenia – na skutek mojego niebywałego pecha i przewrotności losu, jaki przypadł mi w udziale. Dopóki nie zaczęłam trzeźwieć (myślę, że tak mniej więcej po czterech, pięciu latach abstynencji), nie byłam w stanie uwolnić się od czegoś, co dziś nazywam obsesją na własnym punkcie, czyli skrajnego egocentryzmu. Począwszy od ustroju, poprzez pogodę, spóźniający się autobus, na zachowaniach innych ludzi skończywszy – wszystko na tym świecie sprawiało, że nie mogłam czuć się dobrze, bo nic nie było takie, jakbym chciała. I nie mogło być, bo tak naprawdę ja nie miałam pojęcia, co by to miało być to „coś”, co da mi szczęście lub chociaż zadowolenie. Zawsze wynalazłam coś, co mi przeszkadzało, co było przeciwko mnie. Początkiem drogi ku akceptacji paradoksalnie stało się coś, co właściwie powinno być największą przeszkodą: mój alkoholizm. A właściwie upadek. Gdy po ostatnim swoim piciu wycieńczona, wylękniona, zdruzgotana i z poczuciem totalnej klęski trafiłam na detoks – po dwóch czy trzech dniach rozpaczy stało się coś niesamowitego (cud?), a pośrednim sprawcą był przywieziony z dworca, szarpiący się w delirium pijak przypięty pasami do łóżka. Nagle, w jednej chwili zrozumiałam, poczułam całą sobą, kim jestem: jestem alkoholiczką. Ulga, jaką wtedy poczułam to jest już temat na całkiem inną opowieść. Początkowe utożsamienie się z innym alkoholikiem, po jakimś czasie zmieniło się w akceptację mojego własnego alkoholizmu i mnie samej taką, jaka jestem: niedoskonałej, pełnej niedostatków i nieumiejętności, pogubionej… To był przełom, fundament. Z akceptacją wszystkiego wokół – innych ludzi, rzeczy, zdarzeń, zjawisk poszło już znacznie łatwiej. Przez pierwsze lata, przy każdej okazji i bez okazji powtarzałam w myślach Modlitwę o Pogodę Ducha. Jak mantrę – czasem zupełnie nieświadomie i „łapałam się” na tej mantrze dopiero po chwili. I tak w kółko, w kółko… najmocniej zaś skupiałam się na ostatnim akapicie i mądrości, abym odróżniała jedno od drugiego... i mądrości, abym odróżniała jedno od drugiego… Zadziałało. Nie sama modlitwa oczywiście. Modlitwa to był tylko drogowskaz (cel, do którego chciałam dążyć). Zadziałała praca z Programem, rozmowy z ludźmi, czytanie mądrych książek, wyjazdy do Strzyżyny, służba w AA i wiele innych rzeczy, które razem złożyły się na ową siłę większą niż ja sama z Drugiego Kroku. No i właśnie ta siła, przywróciwszy mi zdolność zdrowego myślenia (realnego postrzegania rzeczywistości) dała mi mądrość odróżniania jednego od drugiego. Dziś, stykając się z czymś, czego nie mogę zmienić, mam wybór: albo walczyć z wiatrakami, użalać się nad sobą (znów wszystko przeciwko mnie…), albo zaakceptować rzeczy, jakimi są. Przypomniała mi się jedna z definicji pokory, która także bardzo mi się przydaje w procesie akceptacji otaczającego świata, nawet (albo zwłaszcza) jeśli go nie rozumiem. Definicja ta brzmi: „Pokora to nie znaczy myśleć o sobie gorzej. Pokora to myśleć o sobie mniej”. Naprawdę znacznie łatwiej mi akceptować różne niemiłe, niewygodne lub niechciane sytuacje (zachowania ludzi, inny sposób myślenia, sprzeczne z moimi poglądy, zdarzenia, zjawiska), jeśli nie biorę ich do siebie. Myślę sobie, że akceptacja jest kluczem do spokoju wewnętrznego, który z kolei jest warunkiem koniecznym do zachowania trzeźwości (tej fizycznej, bez alkoholu, ale przede wszystkim psychicznej i umysłowej, tj. racjonalnego, trzeźwego myślenia). Nie twierdzę, że to prawda uniwersalna – to jest moja teoria na mój własny temat. U mnie tak to działa. Napisałam ten tekst z nadzieją, że może ktoś inny ma podobnie… albo może komuś się do czegoś przyda… Bo w AA nauczyli mnie, że mam się dzielić swoim doświadczeniem z innymi. Na zakończenie chcę powiedzieć, że teraz, po piętnastu latach niepicia, wypełnionych pracą nad samorozwojem, mam dobre życie. Życie, o którym kiedyś nie śmiałam nawet marzyć. A wszystko dzięki temu, że kiedyś zaakceptowałam swój alkoholizm i zaniechałam walki z faktami.
Pozdrawiam z pogodą ducha.
Do zobaczenia na szlaku.
Doris


DZIŚ JUŻ CHYBA ROZUMIEM

Moje pierwsze spotkanie z alkoholem było na ślubie mojej cioci, która wychodziła za mąż w 1973 roku. Miałem osiem lat. W czasie wesela moi kuzyni pili piwo z butelek, w jakich również była podawana oranżada (brązowa butelka z drucianym zamknięciem). Ja nie chciałem być gorszy, więc również sobie otworzyłem i wziąłem kilka łyków. Skrzynki z napojami (oranżada i piwo) stały na korytarzu w piwnicy, więc nie było problemu z ich znalezieniem. Wypiłem może z jedno piwo. Po pewnym czasie znalazła nas moja mama i widząc moje oczy (dziś już wiem, że zrozumiała, że piłem), wygoniła mnie do domu. Ku mojej rozpaczy i wstydzie wobec kuzynów, udałem się do domu babci gdzie nocowaliśmy; ze złości, że mnie tak potraktowano, wypiłem butelkę podpiwka, który robiła moja babcia. Przez okres nauki szkolnej zdarzało mi się wypić z kolegami w towarzystwie jedno czy dwa piwa. Pochodzę z Mazur, gdzie dużo wody, piękne krajobrazy i tabuny pięknych dziewcząt... Alkohol wprawiał mnie w lekkość, dodawał odwagi. Byłem młodym człowiekiem na utrzymaniu rodziców, a życie stało przede mną. Razem z innym jubilatem obchodziłem moją osiemnastkę. Miało być tak pięknie, a wyszło, no cóż…w trzy godziny od rozpoczęcia imprezy nie nadawałem się już do niczego i koledzy odprowadzili mnie do domu rodziców. Mając 21 lat, w 1986 roku szedłem w pieszej pielgrzymce do Częstochowy. Po kilku dniach wędrowania po polskiej ziemi, dotarliśmy do małej miejscowości na Mazowszu i w sklepie spożywczym mieliśmy możliwość zakupu denaturatu, który na pielgrzymce służył do zmiękczenia obuwia, aby wyeliminować problem z odciskami. Mieliśmy zgodę załatwioną przez księży na zakup denaturatu. Gdy stałem w kolejce, podszedł do mnie jeden z miejscowych i poprosił, abym kupił mu 2 butelki denaturatu. Trochę się ociągając (wiedziałem, że alkohol jest sprzedawany dopiero od godz. 13.00), kupiłem mu, co chciał. Zanim sklepowa wydała resztę, on jedną butelkę już zdążył opróżnić. Nie pamiętam naszej (pielgrzymkowej) reakcji. Ja poszedłem dalej na szlak. Będąc już pełnoletni, uczyłem się poza rodzinną miejscowością i mieszkałem w internacie . Był to okres pełnej swobody, brak nadzoru rodziców i szybka aklimatyzacja wśród kolegów przy wspomaganiu alkoholu. Kierownictwo nam nie przeszkadzało, gdyż często piliśmy razem z nimi. Był to czas pod hasłem: Kochane pieniążki przyślijcie rodzice. Nawet jeśli nie przysłali i brakowało, to mogłem dorobić przy rozładunku wagonów. Ja mieszkałem na Mazurach, a szkoła była w centralnej Polsce, więc zaopatrywałem znajomych w produkty rybne, oczywiście z zyskiem, który przeznaczałem na alkohol. W pewnym momencie musiałem odejść z internatu, gdyż przez nowe kierownictwo zostałem złapany, gdy byłem pijany. Udało mi się jakoś załatwić możliwość kontynuowania nauki. Na studniówce uchodziłem już za osobę mająca mocną głowę i nie straszne było mi wypić pół szklanki alkoholu w obecności nauczyciela. Kiedy zacząłem pracę zawodową i założyłem rodzinę, swoje obowiązki wypełniałem w miarę sumiennie – o ile byłem trzeźwy. Rodzina się powiększała, co mi nie przeszkadzało, a dodatkowo każde kolejne narodziny były okazją do popijawy. Dopóki nie wypiłem wódki lub kilku piw z kolegami, było OK. Lecz po wypiciu nabierałem wigoru do dalszej libacji i alkohol przesłaniał mi rzeczywistość. Wódka była ważniejsza niż wszystkie inne sprawy. Efekt końcowy – noc przespana u siostry lub często w pracy, na ławce lub przy biurku. Czasami, odwiedzając rodziców, słyszałem od mamy: „i znowu byłeś pijany”. Pamiętam, że mówiłem: „nie pijany a wypity, bo do domu wróciłem”. Moi rodzice (najczęściej tata) dzwonił do nas do domu, gdy ja wracałem bardzo późno lub wcale. Następnego dnia była reprymenda i moje zapewnienia, że przestanę pić. Pamiętam, że mówiłem: od jutra nie będę pił. W pracy piłem tak jak inni, szybko i sporo (przerwa śniadaniowa była krótka). Każda okazja była pretekstem do wypicia. Problemów przez alkohol nie miałem, nie licząc kaca i kłopotów żołądkowych. Dziś dziwię się, jak udało mi się skończyć studia, gdyż czas studiów był to czas picia non-stop. Koledzy też popijali, ale dziś wiem, że dużo mniej niż ja. Alkohol był dla nas odskocznią: od problemów, ale i nagrodą za dobrze zdany egzamin. Czasami słyszałem od rodziny: jak tak będziesz pił, to cię zwolnią. Nie brałem tego na serio, gdyż uważałem, że musieliby zwolnić zbyt dużo osób. Byłem osobą lubianą w towarzystwie, gdyż zawsze byłem pomocny z gotówką lub doniesieniem alkoholu, gdy inni już nie mogli utrzymać się na nogach. Lubiłem się bawić, a wódka dodawała mi skrzydeł, pomagała zapomnieć o różnych problemach. Ale przez wódkę też zrobiłem kilka błędów w życiu. Często, po sutej imprezie, dzień rozpoczynałem od klina lub chociaż dwóch-trzech piw, aby pobudzić organizm do życia. Moim problemem było to, że tego, co wypijałem z kolegami w pracy i po pracy, zwykle było mi za mało i musiałem się dopić. Coraz częściej zacząłem pić w samotności. Im bardziej brnąłem w ten zakłamany i pijacki świat, tym tańsze alkohole piłem (głównie piwo, choć kilka razy zdarzył się i royal) i w coraz większych ilościach. W domu było coraz gorzej. Moja żona jest osobą zamkniętą, a moje pijaństwo jeszcze to spotęgowało. Żyłem, pracowałem i piłem. Uważałem, że wszyscy tak robią. Nie widziałem w tym nic zdrożnego. W tym czasie moi rodzice podpisali „Krucjatę Wyzwolonego Człowieka”. Kilka razy modliłem się w katedrze przed obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej o pomoc w zaprzestaniu picia, a po wyjściu z katedry, czekając na autobus do domu, wstępowałem do baru tylko na jedno piwo. I cóż, do domu wracałem ostatnim kursem. W między czasie chodziłem na piesze pielgrzymki i poznawałem ludzi. Na pierwszej mojej pielgrzymce z Łukowa poznałem Marka, który był AA. Dawał świadectwo. Sierpień był miesiącem bez alkoholu, ale tylko do pewnego czasu. Im bliżej końca mojego pijaństwa, tym ten miesiąc robił się coraz krótszy. A gdy nie mogłem chodzić z przyczyn zdrowotnych, to zacząłem w pielgrzymce uczestniczyć jako kierowca, tym bardziej, że w pielgrzymce pieszej zaczęły chodzić moje dzieci. I tu również pojawił się alkohol, i nawet samochód mi nie przeszkadzał. Piłem niedużo (cztery-pięć piw w ciągu dnia), ale jednak. Uważałem, że skoro widzę ludzi, pasy na jezdni i słupki w poboczu, to nie jestem pijany. I tak dotarłem w moim życiu do… Pewnego dnia, bardzo późnym wieczorem, jak zwykle w stanie nieważkości dotarłem do domu. Zastałem żonę rozmawiającą przez telefon z moim ojcem i słysząc słowa wypowiedziane do słuchawki: Ty wiesz, w jakim stanie on wrócił?, zdenerwowałem się i po napisaniu na kartce słów: zróbcie ze mnie alkoholika wyszedłem z domu. Oczywiście poszedłem do sklepu po alkohol. Po pewnym czasie wróciłem do domu. Po próbie zadzwonienia do kolegi Marka (nie odebrał mojego telefonu), padłem na łóżko i usnąłem. Marek pojawił się u mnie koło godziny trzeciej nad ranem. Wyciągnął mnie na dwór i zaczęliśmy rozmawiać. Marek w czasie rozmowy stwierdził, że mam problem z alkoholem. Dostałem też od niego informację, że w Leśnej Podlaskiej będzie mityng rocznicowy, a po nim zabawa do rana. Stwierdziłem, że opowiada głupoty, bo jak można się bawić tak długo i to bez alkoholu. Lecz on zaproponował abym tam z nim pojechał, a jeszcze lepiej, aby pojechała z nami moja żona. Ja stwierdziłem, że żona to na pewno nie będzie chciała. Mimo to zaproponowałem, a żona – o dziwo – zgodziła się. Pojechaliśmy. Tam w kościele po mszy była śpiewana pieśń Abba Ojcze… I wówczas dotarło do mnie, co zrobiłem ze swoim życiem. Znając treść, nie potrafiłem wydobyć z siebie nawet słowa, a po policzkach płynęły mi łzy. Na mityngu usłyszałem słowa drugiego alkoholika, który opowiadając swój piciorys, opowiadał moje życie. Zmieniały się tylko daty, miejsca i osoby. To był dla mnie SZOK. Był wieczór 9 maja 2008 roku. Pomimo tych przeżyć jeszcze raz wypiłem – 14 czerwca tego samego roku, ale następnego dnia wódka przestała mi już smakować. Postanowiłem zerwać z nałogiem, bezwarunkowo i ostatecznie. Zacząłem uczęszczać na mityngi (zawsze z Markiem). Na początku września w pracy zaproponowano mi wypicie wódki. Odmówiłem. Koledzy, z którymi jeździłem na studia, byli zaskoczeni i dopytywali: ale dlaczego nie? co się stało? Odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że zrozumiałem, że mam problem z alkoholem i wstąpiłem do Wspólnoty Anonimowych Alkoholików. Usłyszałem od nich, że jestem odważny i że oni już od pewnego czasu widzieli, że ja coraz więcej piję. Życzyli mi powodzenia i wytrwałości. I tak jest do dziś. Dziś w pracy już prawie wcale nie mam takich propozycji, choć nieraz w formie żartu dostaję pytanie, czy aby na pewno jestem pewien, że alkohol jest nie dla mnie. Po mojej odpowiedzi twierdzącej słyszę: to chodź tylko na jedno piwo. Dziś już wiem, że w momencie, gdy ja zerwałem więzy nałogu pijaństwa, alkohol w moim miejscu pracy został ograniczony do minimum, gdyż prowodyrem i inicjatorem imprezy często byłem ja. Pewnego dnia Marek zaproponował, abyśmy poszli na mityng na oddział, ale tam trzeba będzie podnieść rękę i przyznać się, że ma się problem z alkoholem. Tak zrozumiałem jego słowa. Niestety spóźniliśmy się z powodu mojego opieszalstwa. Ale we mnie coś pękło i na następnym mityngu, na mojej grupie macierzystej, z pełną świadomością podniosłem rękę, uznając się za alkoholika. Dziś wiem, że była to dla mnie szansa od Boga, który postawił mi na mojej drodze innego alkoholika. Na jednej z mszy rocznicowych, ksiądz kończąc homilię stwierdził: Łaska Boża nie sroka, na byle kołku nie siada. Jesteście wybrani. Dziś wiem, że życie nie jest łatwe, abstynencja i zdrowienie czasem boli. Boli świadomość szkód i błędów, jakie popełniłem w stosunku do żony i do dzieci – świadomość tego, czego oni doświadczyli za moją przyczyną. Moja najstarsza córka, rozpoczynając naukę na psychologii na KUL-u, stwierdziła, że bicie ich było oznaką mojej bezsilności. A ja takie wzorce wychowania wyniosłem z domu rodzinnego. Ja byłem trudnym dzieckiem i sprawiałem dużo kłopotów swoim rodzicom. Wszelkie problemy ze mną były rozwiązywane przy użyciu pasa. Zrozumiałem swój błąd wychowawczy. Dziś jestem szczęśliwym alkoholikiem, który wyrwał się z nałogu pijaństwa. Dziś już pogodziłem się z rodzicami i teściami, przepraszając ich za moje postępowanie i przykrości, jakie ich spotykały przez moje picie. Chciałbym prosić o to również własną rodzinę, żonę i dzieci, ale jeszcze chyba nie jestem gotowy. A może to po prostu tchórzostwo wstrzymuje mnie przed stanięciem w prawdzie. Boję się ich zranić jeszcze bardziej. Z tym mam problem, który „atakuje” moje „Ja”, szczególnie gdy rozważam przystąpienie do 9 Kroku. Chodzę na mityngi, kilka razy zaproponowano mi ich prowadzenie. Cieszę się z mojej abstynencji i kolejnych rocznic moich przyjaciół. Pijąc, miałem tylko kolegów, dziś w trzeźwym życiu mam przyjaciół, do których mogę się zwrócić, gdy jest mi trudno. Oni mnie rozumieją. Trzeźwe wyrzucenie z siebie problemów daje ulgę, a moi przyjaciele, którzy przechodzili to samo, dzieląc się swoim doświadczeniem, dają mi nadzieję na przyszłość. Wstając rano wiem, co i z kim robiłem poprzedniego dnia. Nie wstydzę się przed ludźmi i mogę spojrzeć im w oczy. W domu nie jest „różowo”. Z dziećmi powoli odzyskuję kontakt (szczególnie ze starszymi – może rozumieją mój problem). Moja żona, z którą byłem na kilku mityngach rocznicowych, stwierdziła, że nie czuje się osobą współuzależnioną, a tym bardziej żoną alkoholika. Myślę, że łatwiej by mi było, gdyby uznała mój problem. Nieraz słyszę, że mógłbym postępować tak jak dawniej, tylko żebym nie pił. Ja sam już nie wiem, co zrobić, aby było lepiej w domu. Myślę, że za wcześnie zacząłem próbować zmieniać wszystko na raz i się pogubiłem. Nie chcę żyć w zakłamaniu. Pragnę szczerej rozmowy. W domu żona mnie wysłucha (o ile to ja zacznę rozmowę), ale nic ponadto. Otwierając się przed drugim człowiekiem oczekuję tego samego. Trudno mi mówić o moich emocjach, gdyż później są komentowane słowami żony: a ja myślałam, że … Problem w tym, że tych myśli nikt nie zna. Ale cóż, widocznie tak ma być. Takie jest życie. Czasami (a może często) błądzę, ale to chyba ludzkie. Każdego dnia słowami modlitwy: „O Pogodę Ducha” dziękuję Bogu i proszę o łaskę, abym się nie napił. Powierzam swoje troski i trudy Matce Bożej i przez jej ręce Jezusowi, abym godnie przeżył kolejny dzień. Dziś wiem, że mam dla kogo żyć. I wiem jaką wartością i łaską zostałem obdarzony. Jestem wdzięczny Bogu za dzieci, którymi Bóg mnie obdarzył, a szczególnie za syna, którego oddałem na Chwałę Bożą.
Alkoholik Michał


ZZA KRAT
WOLNY WIĘZIEŃ

Mam na imię Robert, jestem alkoholikiem. Wychowywałem się na Śląsku, chociaż pochodzę z Warszawy i mieszkam pod Warszawą. Rodzeństwa nie mam. Z mamą się dogadywałem, natomiast ojca nienawidziłem za jego pijaństwo. Kiedy wracał do domu pijany i bił mamę, chciałem, żeby umarł. Miałem chyba dwanaście lat, kiedy spróbowałem alkoholu. Nie było to przyjemne, bo się zatrułem, a poza tym oberwałem od ojca. Szybko jednak o tym zapomniałem. Mając czternaście lat zacząłem popijać regularnie. Grałem wtedy w piłkę nożną i zapowiadałem się całkiem dobrze, jednak wszystkie sportowe porażki i zwycięstwa opijałem z kolegami. Nie pomagały prośby czy groźby rodziców, nauczycieli czy trenera. Kiedy wyrzucono mnie z klubu, byłem w pierwszej klasie liceum, z którego też mnie wyrzucono po pierwszym półroczu. Uciekłem wtedy z domu, kradnąc rodzicom sporą sumę pieniędzy. To nie był pierwszy raz – w piątej klasie podstawówki też uciekłem kradnąc pieniądze. Później była szkoła budowlana, którą ukończyłem, chociaż nie wiem, jak mi się to udało zrobić. Wtedy rozkręciłem się na dobre z piciem, kradzieżami i bójkami. Sobotnie dyskoteki kończyłem we wtorek. Poznałem dziewczynę, dla której postanowiłem się zmienić. Przez kilka miesięcy piłem mniej i nie rozrabiałem. Po kilku miesiącach wszystko wróciło do „normy”. Z rodzicami w ogóle nie mogłem się dogadać, a za swoje porażki obwiniałem wszystkich, oprócz siebie. Wszystko kręciło się wokół alkoholu, kradzieży i bójek. Dziewczynę, którą tak kochałem, traktowałem okropnie. Kiedy miała do mnie pretensje, potrafiłem ją nawet pobić, a winą obarczałem ojca, bo przecież od niego się tego nauczyłem. I tak funkcjonowałem do dwudziestego pierwszego roku życia. Był 1996 r., kiedy za napad trafiłem do Zakładu Karnego. Nic sobie z tego nie robiłem. Po osiemnastu miesiącach wyszedłem na zwolnienie warunkowe i wróciłem do poprzedniego życia. Powiem tak – czułem się jeszcze pewniej w bójkach, kradzieżach i pijaństwie. Wódka dodawała mi odwagi, czułem wtedy, że mogę wszystko. Dziewczyna zostawiła mnie, kiedy siedziałem, więc po wyjściu skopałem jej nowego chłopaka i dostałem osiemnaście miesięcy w zawieszeniu (to był zaszczyt za tak szlachetny czyn – tylko osiemnaście miesięcy w zawieszeniu). I tak do roku 2000, kiedy to poznałem swą obecną żonę. Ale nic się nie zmieniłem. Rok 2003, żona jest w ciąży, a ja trafiam do Zakładu Karnego z zarzutem morderstwa. Tak się stało, że dostałem sześć lat i osiemnaście miesięcy, które mi odwiesili, czyli siedem i pół roku. Tam trafiłem na swoją pierwszą terapię, lecz robiłem sobie z niej żarty. Niech się inni leczą – ja przecież jestem w porządku. Tak zleciało pięć i pół roku, wyszedłem na warunkowe zwolnienie w 2008 roku. Żona – może być, bo mnie odwiedzała, pięcioletnie dziecko trochę przeszkadza, bo już nie jestem najważniejszy, ale też może być. Rodzice, po wielu poważnych rozmowach, dali mi kolejną szansę. Czyli sielanka na całego. Zacząłem popijać coraz więcej, aż wreszcie zniknąłem z domu na dwa tygodnie. Brudny, przepity, ledwie żywy wróciłem i poprosiłem o ostatnią szansę, i dostałem ją. Żona była w ciąży bliźniaczej, więc trzeba się ogarnąć. To moje „ogarnięcie” trwało tydzień. Na nocnej zmianie wziąłem samochód służbowy i po pijanemu pojechałem po wódkę… i jadę do dziś, a od tamtego czasu minęło osiem lat. Potrąciłem rowerzystkę, która zmarła w szpitalu. Wyrok to sześć lat plus dwa lata warunkowego. Świat mi się zawalił. Żona na porodówce, a ja w więzieniu. Chciałem chyba ze trzy razy popełnić samobójstwo, ale nie wystarczyło mi odwagi. Nienawidziłem siebie i wszystkiego wokół. Dostałem wtedy znak – dziś wiem, że to od Siły Wyższej. Nazbierałem tabletek, żeby się otruć, a wtedy do celi wszedł narkoman na strasznym zejściu. Prawie na kolanach prosił mnie o te tabletki – myślę, że ten gość uratował mi wtedy życie. Na drugi dzień – olśnienie – zapisałem się do psychologa z prośbą o terapię. Na terapii jeszcze próbowałem kombinować, ale z tygodnia na tydzień zacząłem ufać terapeutom, którzy okazywali mi wiele cierpliwości. To oni wysłali mnie na mityng AA. Było to sześć lat temu. Przez pierwsze dwa lata chodziłem na mityngi i słuchałem. Zaczęło mi się podobać, ale cały czas czegoś mi brakowało. W lipcu 2013 r. wreszcie usłyszałem o programie 12 Kroków ze sponsorem. Niewiele wiedząc, o co w tym wszystkim chodzi, poprosiłem o pomoc. I zaczęło się. Sugestie, spotkania ze sponsorem, czytanie Wielkiej Księgi – najlepsza decyzja w moim życiu. Z pierwszym i drugim Krokiem nie miałem większego problemu, a trzeci Krok? Jak tu się powierzyć w więzieniu na kolanach? To niemożliwe! Dużo czasu się z tym męczyłem. Modliłem się w ubikacji, żeby mnie nikt nie widział. Podczas modlitwy myślałem bardziej o tym, żeby mnie nikt nie zobaczył, niż o modlitwie. Tak szczerze mówiąc, to nie pamiętam, kiedy zacząłem modlić się uczciwie i z oddaniem. Krok czwarty obalił mit w mojej chorej głowie, że wszyscy są do bani, a ja jestem OK. Nie mogłem pogodzić się z moimi wadami i z ich ilością. Chciałem nawet zrezygnować z Programu, ale Siła Wyższa sprawiła, że po rozmowie ze sponsorem zapomniałem o rezygnacji i przeczytałem czwarty Krok, czyli zrobiłem Krok piąty, wyznając Bogu, sobie i drugiemu człowiekowi istotę swoich błędów. Krok szósty i siódmy – modlę się codziennie o zabranie moich wad charakteru – niestety lubię je czasem pielęgnować i łapię się na lenistwie, nieuczciwości, egoizmie, lubieżności itp.; ale mam narzędzia i, dzięki Bogu, sięgam po nie. Krok ósmy też mnie zmartwił, bo zobaczyłem, ilu ludzi przeze mnie cierpiało. Krok dziewiąty to, moim zdaniem, proces i nie da się go załatwić od razu. Przeprosiłem księdza w Zakładzie Karnym, bo bardzo dokuczałem wszystkim, którzy kojarzyli mi się z wiarą. Kiedy zapytałem, jak mogę zadośćuczynić, usłyszałem „módl się za cierpiących i staraj się im pomagać”. Zacząłem od razu i w ciągu dwóch czy trzech tygodni Siła Wyższa ofiarowała mi podopiecznego. Niesamowite – w więzieniu zaufanie, uczciwość, to po prostu CUD. Zrobiłem też dziewiąty Krok z dziećmi, ojcem, mamą, żoną, służbą więzienną. Ale to jeszcze nie koniec, bo lista skrzywdzonych jest długa. Codziennie kogoś krzywdziłem, więc teraz, na co dzień staram się zrobić coś pożytecznego dla drugiego człowieka. Krok dziesiąty pokazuje mi odkłamaną rzeczywistość, którą ja, Robert alkoholik potrafię nieźle zakłamać. Wiem też, że na bieżąco mniej boli. Wiem, bo sprawdziłem. Krok jedenasty – uczę się modlić a raczej pogłębiać modlitwę. Staram się skupiać, co nie zawsze mi wychodzi, ale robię, co mogę. Moja medytacja na dziś to pisanie wdzięczności i przegląd dnia wieczorem. Czytanie i zastanawianie się nad codzienną refleksją. Krok dwunasty – jeśli stosuję te zasady we wszystkich poczynaniach, jeśli dzielę się doświadczeniem, jeśli uczciwie potrafię przyznać się do swych słabości, to jestem w stanie pomóc innym, nie tylko alkoholikom. Mogę pomóc też sobie, patrząc, jak zmieniają się inni. Patrzeć, dzwonić, bo nic się samo nie zrobi. W Zakładzie Karnym byłem świadkiem wielu cudów – dziś klęczący przyjaciel gdzieś w celi to nie nowość, ale CUD. Cudem jest to, że pięciu przyjaciół miałem zaszczyt przeprowadzić przez program 12 Kroków. Cudem jest, że Boży podopieczny wyszedł z więzienia trzy lata temu i jest żywym świadectwem, że można żyć inaczej, niż kiedyś. Cudem jest to, że jestem wolnym więźniem – WOLNYM od obsesji picia i patrzenia na świat przez pryzmat nienawiści i chęci zniszczenia. Uwięziony fizycznie, co jest konsekwencją złego postępowania – ale nic więcej. Pogodziłem się z przeszłością, ale o niej nie zapomniałem. Dzięki temu mogę uchronić siebie i innych przed zagładą. Z programem 12 Kroków zapoznałem się na Sali widzeń, przekazywałem Program 12 Kroków na spacerniaku, świetlicy, na korytarzach więziennych i w celi. To pokazuje mi, że zmieniać życie można wszędzie, bez względu na czas i miejsce. Jedyne, co trzeba, to uwierzyć, że każdy może być szczęśliwy. Dziś, pisząc te słowa, jestem szczęśliwy. Do końca kary zostało mi 36 dni. Na przepustkach chodzę na mityngi AA, żona weszła na Program Al-Anon, dzieci cieszą się na mój widok, rodzice znów mają nadzieję. Dziś uczę się roli ojca, męża, syna i uśmiecham się do ludzi. Cieszę się życiem. Choć bywają dni lepsze i gorsze, to nie ma dni złych. Dużo nauki przede mną, bo żyłem inaczej. Rujnować już potrafię, więc teraz uczę się budować. Wola Twoja Niech Się Dzieje, Boże. Siła Wyższa dała mi rozwiązanie przez Wspólnotę AA. Tylko korzystać. Zachęcam do niesienia posłania w Zakładach Karnych, bo wszędzie zdarzają się CUDA.
Robert alkoholik
Grodzisk Mazowiecki


NIGDY WIĘCEJ ALKOHOLU

Mam na imię Adam i jestem alkoholikiem. Wychowałem się wprawdzie w pełnej w rodzinie, ale była to rodzina alkoholików. Nie zdawałem sobie nigdy sprawy z tego, że alkohol był w moim życiu od zawsze i od zawsze myślałem, że tak musi być. Mój tata zmarł zatruty alkoholem, mama poszła do więzienia. Mnie i siostrę wychowywała babcia, dopóki milicja się o tym nie dowiedziała. Stwierdzili, że dzieci trzeba przejąć, babcię oddać do domu starców, a nasz dobytek (a dużo tego było) skonfiskować. Od młodych lat próbowałem alkoholu, i choć wiedziałem, że jest to złe, to na przekór wszystkim nic sobie z tego nie robiłem. Mimo, że z roku na rok popadałem w coraz to gorsze tarapaty (ucieczki, kradzieże, zakłady wychowawcze, więzienie), to dopiero od ponad dwóch lat uczęszczam na mityngi AA i teraz dopiero zdałem sobie sprawę, ile krzywd narobiłem rodzinie, znajomym, dziewczynie… Na mityngach AA dowiedziałem się, że alkoholizm jest potężną chorobą, która niszczy człowieka. Jeśli w porę się nie zorientujesz, to zginiesz. Na mityngach AA poznałem wspaniałych ludzi, którzy swoimi doświadczeniami pokazali mi, że jednak można żyć normalnie w trzeźwości, bez obłudy i alkoholowej fikcji. Dopiero teraz zrozumiałem, że człowiek uczy się przez całe życie i by zrobić krok do przodu, trzeba zmieniać swoje stare nawyki, przyzwyczajenia, żeby choć trochę zmądrzeć. Jeszcze nie mam sponsora, ale myślę o tym. Do końca kary niewiele mi zostało, ale trochę obawiam się wyjścia na wolność, bo nie wiem, jak sobie poradzę z zachowaniem trzeźwości. Jednak już nauczyłem się słuchać mądrych słów, takich jak: właśnie dziś lub nie martw się na zapas. Podpowiedzieli mi to wspaniali ludzie przychodzący do nas do więzienia. Od niedawna prowadzę mityngi AA. Może trochę chaotycznie mi to wychodzi, ale przekonuję się, że nie jest to takie straszne i trudne, jak mi się wcześniej wydawało. Teraz też wiem i mam pewność, że gdybym potrzebował pomocy, to mogę liczyć na naszych wspaniałych gości, którzy na pewno wyciągną pomocną dłoń, nie odrzucą mnie, ani nie skreślą. Chciałem się podzielić tymi paroma słowami z ludźmi, którzy chcą czytać literaturę AA i pokazać, że i w takim miejscu, jak więzienie, jest ktoś myślący: NIGDY WIĘCEJ ALKOHOLU! Bardzo dużą ulgę przyniosło mi podzielenie się tym krótkim liścikiem i myślę, że z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc, z roku na rok będzie nas przybywać więcej.
Życzę wszystkim szczęśliwego życia w trzeźwości i proszę jedynie o modlitwę za całą Wspólnotę AA.
Z wyrazami wdzięczności
Adam Alkoholik


30 LAT AA W ZAKŁADACH KARNYCH

19 kwietnia odbyła się w Popowie pod Warszawą Konferencja „30 lat AA w Zakładach Karnych”.
Dla mnie było to wspaniałe wydarzenie, zorganizowane przez ludzi, którzy potrzebują siebie wzajemnie, aby pomagać alkoholikom w zakładach karnych. Dzięki temu osadzeni mogą uczestniczyć w mityngach AA na terenie zakładu karnego. Dowiedziałem się o początkach powstania pierwszej grupy AA w Zakładzie Karnym w Siedlcach w 1987 r.
Konferencja była zorganizowana w Ośrodku Szkoleniowym Służby Więziennej w Popowie nad Zalewem Zegrzyńskim. Konferencję otworzyli gospodarze – Służba Więzienna, a następnie zabrali głos przedstawiciele AA. Przedstawiano historię współpracy służb i Wspólnoty AA w zakładach karnych. Uczestnicy mogli spojrzeć na te zagadnienia zarówno ze strony więziennictwa, jak również AA.
Trzydziestolecie jest znamienną rocznicą dla obu stron. Wkład pracy i poświęcenie zaowocowało tym, że wielu alkoholików odmieniło swoje życie w ZK i potem, już na wolności. Trzeźwość jest zdrowym i zrównoważonym stylem życia, który pozwala powrócić skazanym do społeczeństwa. O tym mówili alkoholicy, którzy dawali świadectwa korzystania z Programu AA w zakładach karnych i aresztach śledczych. Program 12 Kroków, przynoszony przez alkoholików przychodzących z wolności, pozwalał im odzyskiwać nadzieję na lepsze życie w więzieniu i po wyjściu na wolność. Z kolei służby więziennictwa dawały świadectwa organizacyjne, ich wielkie poświęcenie i zaangażowanie w pracę na rzecz alkoholików korzystających z możliwości uczestnictwa w mityngach AA w ZK i AŚ.
Dzięki tej owocnej współpracy i zaangażowaniu ze strony służb więziennictwa mogła się odbyć Konferencja upamiętniająca 30-lecie AA w ZK. Korzystanie z takich przywilejów dla nas – Wspólnoty AA jest sposobem na niesienie posłania w myśl Tradycji V dla tych, którzy tego potrzebują. Podczas Konferencji mogliśmy zbliżyć się emocjonalnie do służb więziennictwa i mieć nadzieję na dalszą współpracę AA w ZK i AŚ. Spotkanie nasze odbyło się w przyjaznej atmosferze i było dobrze zorganizowane. Poszczególne punkty programu Konferencji wzajemnie się uzupełniały. Mogliśmy z ufnością i nadzieją spojrzeć sobie w oczy, wierząc, że dalsze rozwijanie naszej współpracy organizacyjnie, duchowo i trzeźwościowo ma duże szanse na powodzenie. Dowiedzieliśmy się także o potrzebach rozwijania kontaktów w realizowaniu Programu 12 Kroków ze sponsorami na terenie ZK. Mówiono także o potrzebach organizowania spotkań organizacyjno-informacyjnych dla skazanych, którzy jeszcze nie mają świadomości swoich problemów alkoholowych.
Moim skromnym zdaniem nic nie zostało zmarnowane dzięki tak owocnej współpracy pomiędzy AA a służbami więziennictwa.
Andrzej AA