MITYNG 07/241/2017

DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO



PRZYJACIELE

Czy w ogóle kiedykolwiek ich miałem? Wydaje mi się, że nie. Sięgając wstecz nawet do okresu szkoły średniej, nie przypominam sobie ani jednej osoby, której bym ufał, której zwierzałbym się z najskrytszych tajemnic, czy marzeń. Byli jacyś koledzy, jakieś koleżanki, nawet wczesne miłości, wszystko jednak podszyte pewną dozą nieufności, niepewności i obaw. Później było jeszcze gorzej. Pracę rozpocząłem od „wkupnego” do brygady, czyli suto zakrapianej alkoholem imprezy w restauracji. Potem już byłem jednym z nich, ale czy dla któregoś przyjacielem? Nie, raczej kompanem do kieliszka, najlepiej jeśli jeszcze z kasą w kieszeni. Z jednymi byłem trochę dalej, z innymi bliżej, z żadnym jednak na stałe. Tak żeby pogadać o życiu, o zmianach, rozterkach czy, najprościej, o tym, co mnie boli. Nikt taki przez cały czas mojego pijanego życia się nie pojawił. Nawet kochana żona, po pewnym czasie odbierając komfort picia, stała się bardziej wrogiem niż przyjacielem. W czasie pierwszej terapii, przez dwa lata spotykałem się praktycznie z tymi samymi osobami. Tworzyliśmy grupę, w której można było omówić każdy temat, radziliśmy, spieraliśmy się, wspólnie uczyliśmy się nowej drogi życia. Tak było w budynku, gdzie mieliśmy terapię, po niej rozchodziliśmy się do domów i zapominaliśmy o sobie. Ukończona terapia też niczego nie zmieniła. Z osobami, z którymi spędziłem dwa lata, rozstałem się bez specjalnych emocji i znów zostałem sam. Miałem rodzinę, nie straciłem żony, dzieci zaczęły wierzyć, że jeszcze będzie dobrze. Wszystkich ich na swój sposób kochałem, jednak nie wiem do końca, czy mogę powiedzieć, że w tamtym czasie zwierzałem się żonie z moich rozterek, niepewności. Chyba nie, skoro po pięciu latach wróciłem do picia, do swojego jedynego przyjaciela – alkoholu. To jemu zwierzałem się przez kolejnych jedenaście lat, z nim dyskutowałem, a czasami nawet się kłóciłem. Potworna samotność i beznadzieja. Kiedy już stanąłem na krawędzi, kiedy utraciłem wszelką nadzieję i praktycznie straciłem rodzinę, znów udałem się na terapię. Tu otrzymałem jakieś dziwne zalecenie: masz tu kartę mityngową i książeczkę adresową, będziesz uczestniczył w spotkaniach Anonimowych Alkoholików, będziesz kontynuował terapię. Było mi wszystko jedno, pomyślałem, że mogę uczestniczyć w tych mityngach, bp już nic gorszego mnie spotkać nie może. Poszedłem na pierwszy swój mityng. Wtedy poznałem smak przyjaźni. Od tamtej pory minęło trochę czasu. W tej chwili mogę mówić tylko o swoich odczuciach, nikogo nie pytałem, czy czuje się moim przyjacielem, ale dzień po dniu, z mityngu na mityng poznawałem nowych ludzi, którzy zostawali ze mną, którzy mnie wspierali, byli, i nieraz ten fakt wystarczał. Pamiętam do dzisiaj chwilę i radość przyjaciela, kiedy po mojej dłuższej nieobecności na mityngu, spotkał mnie na ulicy. Gwiazdka z nieba i wygrana w totka chyba bardziej by go nie ucieszyła, niż widok mojej osoby. Ta radość zadziwiła mnie wtedy. Pierwszy raz poczułem, że nie jestem sam. Kolejnym etapem w poznawaniu prawdziwej przyjaźni był mój sponsor, z którym, mimo mijających lat, cały czas utrzymuję kontakt i cały czas czuję jego zaangażowanie, a w razie potrzeby – chęć pomocy. Obecnie mam we Wspólnocie wielu przyjaciół, na każdego mogę liczyć, rozmowa telefoniczna, spotkanie, czy nawet dłuższe przebywanie razem są możliwe w każdej chwili. Te przyjaźnie, sugestie, czasem nawet podpatrywanie zachowań, nauczyły mnie życia w rodzinie, prawdziwej miłości z czasem umocowanej w szczerej i ufnej przyjaźni. Dzisiaj wiem, że jestem bezpieczny, wiem, że mam wielu przyjaciół, na których mogę liczyć. To mocny punkt mojego trzeźwego życia. Jednocześnie sam czuję się odpowiedzialny za wzajemną przyjaźń. Jestem gotowy na pomoc, kiedy będzie trzeba jej udzielić, wesprzeć, czy choćby pogadać o pogodzie. Bo taka przyjaźń zobowiązuje. Czuję potrzebę wspomagania, uczestnictwa nie tylko w trudnych chwilach, ale i w czasie radości i zabawy. Są zloty radości, są wspólne wyjazdy we własnym gronie i z całymi rodzinami. Dla mnie to niesamowita sprawa – po okresie osamotnienia i wyobcowania uczyć się bycia częścią czegoś większego, mieć poczucie bezpieczeństwa i opieki. Bo tak się czuje człowiek otoczony przyjaciółmi.
Ten człowiek to ja.
Rysiek AA


VII TRADYCJA

Każda grupa powinna być samowystarczalna i nie powinna przyjmować dotacji z zewnątrz.
Poszczególne grupy AA powinny być w całości finansowane z dobrowolnych datków swoich członków. Uważamy, że wszystkie grupy wkrótce powinny to osiągnąć. Uważamy również, że wszystkie publiczne starania o pieniądze, prowadzone zarówno przez grupy jak i przez kluby, szpitale czy inne instytucje spoza AA, podczas których korzystano by z imienia AA są wyjątkowo niebezpieczne. Uważamy ponadto, że przyjmowanie poważniejszych funduszy z jakiegokolwiek źródła oraz darów pociągających za sobą jakiekolwiek powiązania jest niewskazane. Niepokoi nas także fakt, że niektóre grupy AA gromadzą w swych kasach nadmierne fundusze, ponad rozsądną rezerwę, bez jasno określonego celu, jakiemu pieniądze te posłużą w ramach AA. Doświadczenie przekonało nas wielokrotnie, że nic nie niszczy naszego duchowego dziedzictwa tak niezawodnie, jak daremne spory o własność, pieniądze i władze”.
 Jeżeli chodzi o VII Tradycję, to ja rozumiem ją jako niezależność i samowystarczalność; czyli jesteśmy, jako grupa, niezależni od nikogo i od niczego i wystarcza nam to, co mamy na utrzymanie grupy (opłata za salę, w której się spotykamy). Część zebranych pieniędzy oddajemy Wspólnocie poprzez Intergrupę (ok. 40%). Jesteśmy niewielką, niedawno powstałą grupą, ale cały czas się rozwijamy i nie siedzimy tylko w sali (wychodzimy na zewnątrz w ramach V Tradycji, gdyż głównym naszym celem jest pomoc cierpiącemu alkoholikowi). Często kupujemy ulotki (np. „Rzut oka na AA”) i wspólnie je roznosimy do różnych instytucji. Ja i moja grupa AA uważamy, że warto przeznaczać pieniądze na ulotki. Jeśli chociaż jedna ulotka na sto trafi do człowieka, który chce przestać pić, to już jest sukces. Ja sam roznoszę dużo ulotek i jeszcze ani jednej nie widziałem w koszu na śmieci. Ostatnio zorganizowaliśmy miting informacyjny dla profesjonalistów, na którym zyskałem duże doświadczenia o Tradycjach AA. VII Tradycja zadziałała, ale dopiero wtedy, gdy głośno o niej powiedziałem. Wersja dłuższa jest rozwinięciem, wyjaśnieniem wersji krótszej tej tradycji. Jesteśmy samowystarczalni – nikt nie może dofinansowywać naszego kapelusza. Nie „przejadamy” tych pieniędzy; nie wydajemy na ciastka, paluszki, torty rocznicowe, itp. Dla mnie i mojej grupy Tradycje AA są jak Konstytucja (nie ma co zmieniać, bo działa), a poznanie ich to warunek konieczny do ich przestrzegania. Wrócę na chwilę do organizacji tego mitingu informacyjnego. Doświadczenie uczy, że nic nie niszczy naszego DUCHOWEGO dziedzictwa tak niezawodnie, jak daremne spory, poczucie własności, władzy, pieniędzy. Kiedy przyszedł pomysł założenia grupy (było nas trzech), nie wyobrażam sobie, aby ktoś z nas pomyślał o tym, że dzięki temu, że jest współzałożycielem grupy – chciałby być właścicielem, mieć władzę w tej grupie albo zarabiać na członkach grupy biorąc pieniądze z kapelusza. Dzięki temu, że przestrzegamy zasad, wszystkie służby potrzebne do funkcjonowania grupy są pełnione honorowo, bez jakichkolwiek opłat, a jedyną władzą jest sumienie grupy. Pieniądze wrzucane do kapelusza są zarządzane zgodnie z potrzebami grupy, zgodnie z tradycjami AA. To działa, nie ma kłótni, dzielenia na lepszych i gorszych, bogatych i biednych, jest skromnie, ale wystarczająco. W prywatnym życiu także przestrzegam VII Tradycji, bo bardzo się sprawdza. Kiedy się ożeniłem, byłem niezależny finansowo, lecz teściowie nam pomagali w odbudowaniu domu, który nam ofiarowali. Dom był w bardzo złym stanie technicznym, więc robiłem, co mogłem, aby wraz z rodziną godnie w nim mieszkać i przyjmowałem każdą pomoc, jaką ofiarowali nam rodzice. Kiedy sprzedaliśmy działkę i postanowiliśmy rozbudować ten dom, włożyliśmy wszystkie nasze pieniądze w postawienie domu na nowo. Doszliśmy do etapu stanu surowego, lecz aby wykończyć dom, brakowało nam trochę gotówki. Teściowie pomogli nam, abyśmy mogli się wprowadzić. A potem zaczęło się piekło (wypominanie, aluzje, wyrzucenie nas z tego dom, zagarnięcie go itp.). Nie dało się tak żyć. Ja, niestety, piłem, co to było dobrym pretekstem do manipulowania moją żoną i wyrzucenia nas z naszego domu. O mały włos skończyłoby się moją śmiercią, albo rozwodem i utratą dzieci. Dziś wynajmuję mieszkanie, płacę czynsz, opłaty za media i jestem samowystarczalny na tyle, na ile mnie stać. Może skromnie żyję, lecz nikt nie ingeruje w moje życie, jestem zadowolony z tego, co zarobię. Nikt nie może mnie straszyć, że może mi coś zabrać, bo się dokładał do tego, co mam. Nie przyjmuję żadnych pieniędzy od nikogo, ażeby moja sytuacja materialna nie była zależna od kogokolwiek – moja rodzina jest samowystarczalna i nie otrzymuje żadnej dotacji z zewnątrz. To działa. Jesteśmy szczęśliwi w prosty sposób. Jestem wolny dzięki Wspólnocie Anonimowych Alkoholików.
Podsumowując VII Tradycję – żyję, jestem trzeźwy, piszę te słowa w pełnym przekonaniu, że te zasady działają i mi służą. Jestem wolnym, niezależnym człowiekiem, który podniósł się ze swojego dna. Wiem, jak mam dzisiaj żyć, jak funkcjonować w rodzinie, społeczeństwie, pracy. Z nikim się nie kłócę o dobra materialne, bo wystarczy mi to, co mam – nawet w dobrej wierze nie jestem przez nikogo sponsorowany. Mam doświadczenie, którym chcę się dzielić, bo Żyję i daję żyć innym.
Pozdrawiam – Przemek


DLA PRZYJACIÓŁ

Mam na imię Michał. Chciałbym opowiedzieć Wam o mojej akceptacji, która nastąpiła niecałe dwa lata temu. Zacznę od tego, że uzyskałem gotowość, gotowość do zmian w moim życiu. Na początku drogi, kiedy leżałem jak „zbity pies” na jednym z oddziałów zapobiegających uzależnieniom, czytałem „Wielką Księgę”. Wtedy nagle i niespodziewanie spłynęła na mnie łaska wiary. To było niesamowite. W  każdy poniedziałek przychodził do nas ksiądz i opowiadał o duchowości. Ze łzami w oczach poprosiłem go o rozmowę. Kiedy wyszedłem z więzienia, zacząłem regularnie chodzić na mityngi. Bóg, jakkolwiek go pojmuję, użyczał mi darów w postaci ciągłego odkrywania nowych korzyści z trzeźwego życia (oczywiście nadal je odkrywam). Na początku drogi postawił mi człowieka, który obecnie jest moim sponsorem, przyjacielem, wsparciem, i to przez niego najbardziej przemawia do mnie Siła Wyższa. Pojawiły się też wyjazdy na warsztaty – kilku zdrowiejących alkoholików i podróż. Coś niezapomnianego. Tam doznałem trzeźwej radości, zobaczyłem, że można cieszyć się życiem na trzeźwo. Dostałem też wielkie wsparcie od rodziny, która pokazała, że jest ze mną, że co by się nie działo, to jest i mnie kocha. Kiedy ostatniego dnia mojego picia błagalnie poprosiłem mojego Boga o pomoc, kiedy już sam miałem dosyć, kiedy już nic nie miałem: ani honoru ani męskiego słowa ani zaufania u kogokolwiek, a sumienie mi wyło, wtedy Bóg mi pomógł. Dostałem gotowość, siłę do działania, otworzyły się mi serce i umysł. Starałem się być uważny i szczęśliwy. Na mityngach podejmowałem służby, chodziłem na cztery-pięć mitingów tygodniowo, realizowałem Program, działałem – jak i ile mogłem – na rzecz moich grup i na rzecz drugiego człowieka. Gdy to wszystko się łączy, powstaje moja akceptacja. Zapragnąłem trzeźwego życia. Życia ze Wspólnotą, z przyjaciółmi, i – co najważniejsze – z moim kochanym Bogiem, który mnie nigdy nie opuścił (to pokazał mi Drugi Krok), i działaniem na rzecz drugiego człowieka, który jest moim bratem i siostrą. Myślę, że bez gotowości, bez znalezienia się w sytuacji bez wyjścia tak by to nie zadziałało. Dlatego codziennie modlę się o siłę, świadomość i o zabranie wad, które mogą zakłócić moją akceptację. Kiedy się powierzam i działam, wiem, że nic złego mi się nie stanie.
Z pozdrowieniami,
Michał z Białołęki

KONCEPCJA VII

Statut i regulaminy Fundacji BSK AA w Polsce są instrumentami prawnymi, upoważniającymi Powierników do kierowania i prowadzenia spraw Wspólnoty AA. Karta Konferencji nie jest dokumentem prawnym; opiera się na tradycji, a jej skuteczność zależy od dobrowolnych datków członków AA i posiadanego budżetu.


Przy opracowywaniu każdej Koncepcji łatwiej mi ją zrozumieć i pojąć jej sens, kiedy przełożę tekst zawarty w niej na poziom grupy, czyli najważniejszej komórki naszej Wspólnoty. Przy zakładaniu grupy tworzy się w niej sumienie, czyli zespół alkoholików, którzy systematycznie uczęszczają na spotkania, biorą czynny udział w działalności na rzecz niesienia posłania drugiemu alkoholikowi, który wciąż jeszcze cierpi. Ludzie ci po jakimś czasie dochodzą do wniosku, że niektóre sprawy związane z działalnością grupy muszą toczyć się nie tylko w trakcie spotkań, ale i po spotkaniu, w kolejnych dniach. Właśnie w celu tej ciągłości powołują służby grupy, czyli ludzi odpowiedzialnych za różne aspekty pomocy alkoholikowi, jakich ta grupa się podejmuje. Powołują służby: mandatariusza jako reprezentanta sumienia grupy na zewnątrz, rzecznika – gospodarza grupy, prowadzącego, który dba o porządek w czasie spotkań, skarbnika prowadzącego finanse i kolportera dbającego o literaturę dostępną dla każdego chętnego. Te osoby (służebni) otrzymali mandat zaufania i przekazane zostały im uprawnienia (w Koncepcjach Bill używa słowa władza) do prowadzenia spraw grupy zgodnie z jej założeniami, lub zgodnie z własnym sumieniem – w sytuacjach wymagających takiego działania. Pracując nad VII Koncepcją w odniesieniu do służb krajowych rozumiem to tak, że Powiernicy to odpowiednicy służebnych grupy, zaś Konferencja Służb Krajowych to nic innego jak sumienie grupy.
Kto więc ma władzę (uprawnienia) ostateczną i ponosi odpowiedzialność za sprawne funkcjonowanie całej naszej Wspólnoty? Czytając tę Koncepcję po raz pierwszy, widziałem w niej same sprzeczności. Bo przecież „ z jednej strony mamy do czynienia z Radą Powierników, dysponującą pełną władzą formalną nad funduszami i służbami AA, z drugiej zaś widzimy, że Konferencja ma wielki tradycyjny wpływ i taką potęgę finansową, że w razie potrzeby jej głos jest nadrzędny w stosunku do praw Rady Powierników”*. Wczytując się bardziej i przekładając to na nasze podwórko (zasięgając również wiedzy w „Poradniku dla służb AA” – Wspólnota AA w Polsce) zrozumiałem w końcu, że to Rada Powierników, poprzez Fundację BSK ma podstawy prawne, by skutecznie kierować i dbać o interesy Wspólnoty w oparciu o prawo obowiązujące w naszym kraju. Konferencja Służby Krajowej natomiast opiera się na Karcie Konferencji, która nie jest dokumentem prawnym, więc nie można, w świetle obowiązującego prawa, wykonywać na jej podstawie jakichkolwiek działań prawnych. Z tego wynika niezbicie, że to Powiernicy mają nieograniczoną władzę prawną i wszelkie możliwości do korzystania, przy tych działaniach, ze swojej wiedzy, doświadczenia i osądu. To oni są strażnikami właściwego pożytkowania naszych finansów, przewodzą naszym służbom i starają się sumiennie wypełniać oczekiwania alkoholików. Karta Konferencji przyznaje im pełną swobodę w działaniu. Wydawałoby się, że „Teoretycznie Konferencja jest tylko organem doradczym”*, jednak, kiedy dokładniej się wczytamy w zapisy Koncepcji, dojdziemy do wniosku, że Konferencja jednak „w praktyce ma wszystkie najwyższe prawa i uprawnienia, których kiedykolwiek może potrzebować”*. Te uprawnienia opierają się głównie na statucie Konferencji, na delegatach, a w skrajnych przypadkach na możliwości odebrania środków finansowych, czyli odcięcia od dobrowolnych składek grup AA. Konferencja może również rozwiązać Radę Powierników, lecz Powiernicy Konferencji rozwiązać już nie mogą. Tutaj muszę się posłużyć dłuższym cytatem, który wyjaśnia tą kwestię:
Z tych powodów opracowano nasz obecny statut Konferencji, który wyraźnie daje Konferencji ostateczną i najwyższą władzę, ale jednocześnie formalnie chroni prawo Powierników do swobodnego i właściwego działania, tak jak w przypadku każdego zarządu spółki komercyjnej. Taki układ jest w ścisłej zgodności z postanowieniem Tradycji Drugiej, mówiącym o „zaufanych sługach”, stanowiącym, że naszym sługom – w zakresie ich obowiązków – należy ufać, jeżeli chodzi o wykorzystanie ich własnego doświadczenia i osądu. Zaufani słudzy na wszystkich szczeblach ruchu AA powinni pełnić funkcje przywódcze, przywództwo nie jest zaś tylko kwestią uległego gospodarowania. Rzecz jasna, przywództwo nie może funkcjonować, jeśli stale otrzymuje mnóstwo przeszkadzających poleceń”*.
Dlatego też Bill w VII Koncepcji wymienił trzy przypadki, kiedy to Powiernicy mają obowiązek zawetować decyzję Konferencji.
Jak widać wyraźnie, wszystko opiera się na uczciwości, zrozumieniu i, przede wszystkim, zaufaniu w relacjach Powiernicy –Konferencja. Jest jeszcze dodatkowy element utrzymujący tę równowagę: z jednej strony jest to prawo obowiązujące Powierników, z drugiej – Tradycje obowiązujące Konferencję. Kiedy dołożymy do tego wzajemny szacunek i chęć współpracy, a nie udowadniania swojej wyższości, wtedy działania na rzecz Wspólnoty będą odpowiedzialne, wyważone i gruntownie przemyślane.
Możemy oczekiwać, że w ten sposób poważne kwestie będą zawsze odpowiednio rozstrzygane, a ogólną zasadą będzie harmonijna współpraca”*.

*Nieautoryzowany przekład VII Koncepcji autorstwa Billa W., przyjętej na XII Dorocznej Konferencji Służb Ogólnych AA w dniu 26 kwietnia 1962 r.

JESTEM ODPOWIEDZIALNA
(historia o półśrodkach, pustce i… Przebudzeniu)

Mam na imię Magda i jestem alkoholiczką. Jeszcze nie tak dawno to słowo było dla mnie jak wyrok na resztę życia, mimo, iż nie piłam już parę ładnych lat i byłam we Wspólnocie AA… Właśnie o tym będzie ta historia, moja własna historia, więc nie chcę, byście traktowali ją jak lekcję o jedynym sposobie na niepicie i bycie szczęśliwą. Nie wiem, co dla innych jest dobre, co powinni zrobić, ale wiem jedno – ja odnalazłam swoją drogę i jest nią podróż poprzez Program Wspólnoty AA z instrukcją pt. 12 Kroków i 12 Tradycji. Ta przepiękna podróż zaczęła się dwa lata temu, kiedy umarłam. Moja śmierć nie była fizyczna. To było coś gorszego – umarłam od środka, bo moje serce zostało całkowicie zamrożone. Miałam parę ładnych lat abstynencji, chodziłam na mityngi cztery razy w tygodniu, ukończyłam kilka terapii, miałam kochających ludzi wokół siebie, a mimo to czułam pustkę – ogromną i bolesną. Stałam na peronie i gdy nadjechał pociąg, pomyślałam: może powinnam skoczyć? Nie, jeszcze poczekam. Wsiadłam do prawie pustego przedziału, usiadłam i popłakałam się. Łzy leciały jedna za drugą, czułam ich gorzki smak, smak porażki. Zgubiłaś się, dziewczynko – pomyślałam. Wskazówki, którymi się kierowałam przez tyle lat, zawiodły. Czułam się, jakbym zatoczyła koło i znalazła się dokładnie w tym samym miejscu, gdzie się wszystko zaczęło. Miałam 14, może 15 lat, nic, co mnie otaczało, nie miało sensu, nienawidziłam siebie, ludzi, mamy, która piła… Ale pod tą złością i nienawiścią było coś więcej. Bałam się! Bałam się wszystkiego: ludzi, odpowiedzialności, odrzucenia, ale też bliskości i bycia sobą. Nie wiedziałam, kim jestem. Pierwszy alkohol przyniósł złudną nadzieję i przez kolejne lata zatruł do końca mój umysł i moją duszę. Ja nie żyłam. Wegetowałam pijąc i ćpając przez kolejne lata. Wszystkich, którzy próbowali lub chcieliby mi pomóc, niszczyłam, ale nie czułam się zła, o nie. Dominującym stanem, jaki mi towarzyszył, było poczucie skrzywdzenia, niezrozumienia. Czułam się jak ofiara – to przez moją matkę i przez jej picie, to przez miłość moich dziadków, przez moją siostrę, ludzi, system – nikt nie mógł mnie zrozumieć. Ja miałam najgorzej. Dziś wiem, że byłam w Piekle! Czekałam na Księcia z bajki, żeby mnie uratował i przyszedł. Tylko, że Książę był z tej samej bajki, co ja. Próbowaliśmy dostać się do życia – tego normalnego, bez kaca, picia, narkotyków. Było coraz gorzej, ale w końcu się udało. Najpierw jemu, a wkrótce i mnie. Trafiłam na swój pierwszy mityng Anonimowych Alkoholików. I tu powinno być zakończenie: i wszystko już było lepiej. Ale nie było! Mijałam kolejne stacje, łzy były coraz większe, czułam się dokładnie tak, jak na początku: oszukana, zagubiona, zła na wszystko i wszystkich, pełna uraz i lęku. Myślałam: Może to depresja? Może jestem beznadziejna? Tak, na pewno jestem skazana na beznadzieję i nie powinnam żyć. Przychodziły mi różne rozwiązania do głowy, diagnozy, proszki, szpital. Poczułam, że chyba bym się napiła. Nie chciałam iść na mityng i powiedzieć znowu: jestem alkoholiczką, nie piję ileś tam lat i co z tego, skoro jestem nieszczęśliwa. Zastanawiałam się gdzie popełniłam błąd. Przecież chodziłam na te cholerne mityngi tyle lat, skończyłam tyle terapii, tyle fajnych wartościowych rzeczy się wydarzyło, nauczyłam się tańczyć, rozmawiać bez używek, śmiać, żartować, pracować, wróciłam do społeczeństwa. Przypominałam sobie kolejne lata we Wspólnocie, która dała mi nadzieję, schronienie. Ja to gdzieś na początku naprawdę czułam: Boga i tą duchowość i ulgę. Ale później było już tylko gorzej, i te ostatnie porady znajomych: zmień pracę, idź na terapię, idź do lekarza, weź sobie faceta, weź leki, nie bierz leków, uprawiaj sex, idź do Kościoła, wyprowadź się z domu, obetnij włosy, idź na mityng. Szłam, czułam się troszkę lepiej, ale później wszystko wracało, a przecież nie było mityngu przez 24 h. Naprawdę nie wiedziałam, gdzie popełniłam błąd, ale wiedziałam jedno: że nic z tego, co mi obiecali nie działa i że to na pewno jest moja wina. Może gdyby po mityngu podeszła do mnie jakaś kobieta i powiedziała: Cześć, mam na imię…, wiesz, jest rozwiązanie, które ja dostałam i mogę Ci przekazać…, ale tak się nie stało. Chociaż… czy bym jej uwierzyła? Pewnie nie, bo ja nie ufałam ludziom ze Wspólnoty. Powodów było kilka i dla mnie były dostatecznie istotne. Sama też za bardzo nie byłam zainteresowana życiem Wspólnoty, takim na serio. Przychodziłam jak do kina i wychodziłam. Powtarzałam jak papuga pewne hasła np.: Ty tu jesteś dla mnie najważniejsza (do nowej dziewczyny na mityngu), po czym przez te parę lat wcale do tych osób nie podchodziłam. Kwitło moje życie abstynenckie, a na Wielkiej Księdze – historii o tym, jak tysiące mężczyzn i kobiet zostało uzdrowionych z alkoholizmu, rosła kolejna warstwa kurzu. Kwitły również moje wady charakteru i powoli zataczałam koło – oj, pięknie mi się mówiło, że tyle to a tyle nie piję i jest tak wspaniale… A później był powrót do domu i ta cholerna pustka, z roku na rok coraz większa. Już mi nawet za bardzo nie pomagały spotkania i zabawy abstynenckie. Dziś wiem, że to, co robiłam, to było stosowaniem półśrodków. Dlatego prędzej czy później znajdowałam się w punkcie wyjścia. Tylko Bóg był w stanie mi pomóc, ale jadąc pociągiem jeszcze tego nie wiedziałam. To, co mi dolegało, nazywają CAŁKOWITĄ PUSTKĄ DUCHOWĄ. Moja choroba powróciła i zwaliła mnie z nóg, a przecież nie piłam! Usłyszałam głos z głośnika: Dworzec Śródmieście, od płaczu bolała mnie głowa i oczy, czułam się skołowana i załamana. Postanowiłam, że resztę trasy pokonam na piechotę – potrzebowałam powietrza. Boże, dlaczego tak jest?! Czułam się dokładnie tak, jakbym niedawno piła. Moje ostatnie lata w abstynencji były coraz gorsze, wróciły stare zachowania, okropny egoizm, egocentryzm, pycha i ta obsesja na własnym punkcie – nie mogłam się od niej uwolnić! Miałam pracę, dom, przyjaciół, ale wszystko było złe! Topiłam się po uszy w tych obsesjach: odkładaniu pieniędzy, chorych relacjach, obsesji na punkcie urody i młodego wyglądu, uzależnieniu od emocji na początku relacji damsko – męskich, wszystko mnie złościło. Ludzie? Nienawidziłam ich, a najbardziej tych z AA – to alkoholik, nie ufaj mu! Zażerałam kompulsywnie, ćwiczyłam, kupowałam, stosowałam różne sposoby, żeby poczuć się lepiej, na końcu wpadłam w straszne natręctwo i umarłam! Idąc do domu tak właśnie się czułam: jak oszustka, żywy trup. A przecież tyle wiedziałam! Muszę iść spać, to sen mnie uwolni. Tak minęło kilka dni. Zadzwoniła komórka. To był Przyjaciel – taki jedyny Skarb, który mi pozostał w całym tym moim bólu i cierpieniu. Wiedziałam, że u Niego też nie jest dobrze, ale tym razem usłyszałam: Magda, dzwonię, bo mam dla Ciebie dobrą wiadomość. Jaką – zapytałam? Słuchaj miałem spotkanie z pewnym człowiekiem. Magda, jest rozwiązanie! Jest Program na Wielkiej Księdze! Są sugestie, które już na początku dają nadzieję, wszystko będzie dobrze, zobaczysz, ja czuję, że to jest to! Pomyślałam, że zwariował. Na początku nie wierzyłam, ale mój stan się pogarszał, a stan mojego Przyjaciela wręcz przeciwnie. Wiedziałam, że On nie kłamie – znałam Go. Usłyszałam o Programie AA, ale robionym w jakiś trochę inny sposób od tego, jaki dotychczas obserwowałam, co nie wzbudzało mojego zaufania (to moje zdanie). Moja sponsorka miała mieć swoją sponsorkę, miała mi tylko przekazać program, nikt nie miał prawa mi mówić, jak mam żyć, ubierać się, z jakimi facetami się spotykać. Usłyszałam, że praca opiera się tylko na Wielkiej Księdze i że później jest działanie. Usłyszałam mojego Przyjaciela i zobaczyłam Go. Był pełen miłości. Jak zdrowy człowiek. Wiedziałam, że ma swoje prywatne problemy, że nie wygrał w totka i że w jego życiu jest trudno, a mimo to z Nim samym działo się coś niesamowitego. Ta zmiana. Ja też tak chciałam! Pycha nawet w cierpieniu była tak wielka – myślałam, co ten Program może mi dać, przecież ja już wszystko wiem, tyle lat nie piję! Ale mój Przyjaciel miał to, czego nie miałam! Uwierzyłam. Minął miesiąc, zanim znalazłam sponsora, stosowałam się do sugestii, które dał mi mój Przyjaciel. Klękałam rano i wieczorem, modliłam się modlitwą z „Wielkiej Księgi”, pisałam, za co dziś jestem wdzięczna. Oddycham, mam dwie ręce i nogi, mam swój pokój, mam ciepłą wodę, jest mi ciepło. Czytałam „Codziennie Refleksje AA” i „Wielką Księgę”. Wielu rzeczy jeszcze nie rozumiałam, ale już powoli coś zaczynało świtać, bo Tam było napisane, że wyeliminowanie picia jest tylko początkiem, że muszę zrobić to, co tam napisali! Muszę! Nie – mogę. Zaczęłam rozumieć powoli, że sama w swoim egoizmie nie dam rady tego zrobić, ale że nikt tego za mnie nie zrobi, że moim największym problemem jest to, co wiedziałam i czego się kurczowo trzymałam. Codziennie dzwoniłam do kogoś, do kogo dawno nie dzwoniłam, i pytałam: jak się czujesz?, po to, żeby przełamać swoją obsesję na własnym punkcie. Nie zawsze to czułam, ale wiedziałam, że mam robić to codziennie. Niedługo później sama pojechałam na pierwsze warsztaty. Tam dowiedziałam się jeszcze więcej. O tym, że sponsor nie jest Siłą sprawczą, ma mi przekazać Program i sprawić, że zostanę podłączona do Siły Wyższej, jakkolwiek Ją pojmuję, że gdy coś mi „nie pasuje”, zawsze mogę sponsora zmienić, że Program nie przynosi ulgi od razu, ale, co najważniejsze, że Program poznaje się po owocach, a Jego istotą jest PRZEKAZYWANIE GO DALEJ. Uwierzyłam tym ludziom, bo mieli to samo, co mój Przyjaciel. Oni zdrowieli. Koniec tej historii jest bardzo optymistyczny, gdyż zmieniłam się ja, urodziłam się na nowo dzięki Programowi AA, a przez te dwa lata z moich obserwacji wynika, że dużo zmienia się na lepsze też we Wspólnocie. Ludzie wracają do Programu, a tym samym do siebie. Dziś sama jestem sponsorską i mam już co przekazywać, mam wiedzę popartą doświadczeniem założycieli Wspólnoty, mam swoje podopieczne, które mają już swoje, a tamte dziewczyny też już przekazują Program. Biorę kolejne służby, chodzę na detoksy, terapie. Działam, więc to działa. Dziękuję Mojej Sile Wyższej, moim starym i nowym przyjaciołom, znajomym, rodzinie, mojej przyjaciółce, której też wkrótce po mnie Program uratował życie. Czuję ogromną wdzięczność do Człowieka, który przekazał mi Program. Ale okazuję ją do przodu. Tak mi powiedział. Dziękuję Czytelnikom Mityngu, że mogłam się tym z Wami podzielić! Dziś kocham tę Wspólnotę i uczę się być odpowiedzialna za to, żeby pomóc drugiej osobie, która jeszcze cierpi. Uczę się być częścią tego, co – moim skromnym zdaniem – jest Cudem.
Magda alkoholiczka


MAM NA IMIĘ MARIAN I JESTEM ALKOHOLIKIEM
historia osobista

Mam na imię Marian i jestem alkoholikiem. Stwierdzam to dzisiaj z pełną odpowiedzialnością i z pewną dozą dumy. Zacznę jednak od początku – jak do tego doszło, że dzisiaj mogę tak o sobie mówić. Mój pierwszy kontakt z alkoholem był już w dzieciństwie, kiedy podczas jakiegoś przyjęcia rodzinnego dostałem od kogoś trochę szampana, a wszyscy obecni byli bardzo rozbawieni tym, że po jednym łyku stałem się bardzo. Po raz drugi spróbowałem alkoholu pod koniec szkoły podstawowej, gdy po treningu szermierczym wypiliśmy we trzech całe wino. Do domu wróciłem lekko wstawiony, ale przed rodzicami wybroniłem się treningowym zmęczeniem, i również wtedy przeszło to bez większych konsekwencji. Gdy jednak już skończyłem szkołę zawodową i podjąłem pracę, miałem ogromną swobodę picia podczas delegacji. Nikt mnie nie kontrolował, więc czy w pracy, czy w hotelach, w których przebywałem, piliśmy często i bardzo dużo. Kiedy wracałem do domu i do dziewczyny, mojej później żony, potrafiłem się nie upijać i przez te parę dni być przykładnym synem i chłopakiem. W roku 1968 ożeniłem się, jednocześnie będąc w wojsku. Już wtedy widać było, że alkohol jest ważniejszy w moim życiu niż wszystko inne. Na wiadomość od żony o narodzeniu syna i o terminie chrztu tak się spiłem, że spadłem z łóżka, rozbijając szybę w oknie i rozcinając sobie głowę. Zamiast wyjazdu na chrzciny własnego syna, dostałem dodatkową wartę i zakaz opuszczania koszar. Po wyjściu z wojska, wracałem do domu przez trzy dni, po drodze odwiedzając kolegów i pijąc do upadłego. Będąc już w cywilu i pracując, zacząłem również chodzić na tak zwane „fuszery”, gdzie zacząłem się coraz bardziej rozpijać. Miałem wspaniałe alibi dla swojego picia, bo „jak tu nie wypić jak każdy klient na zakończenie pracy stawia?”. W 1972 roku podjąłem pracę w dużym zakładzie pracy w mojej obecnej miejscowości. Tu, na początku mieszkając sam w hotelu, miałem pełną swobodę picia. Nikt mi nie przeszkadzał. Żona z synem mieszkała w naszym dawnym mieszkaniu, a ja przyjeżdżałem raz na tydzień do domu i wszystko udawało się jakoś kamuflować i oszukiwać – wtedy myślałem, że oszukiwałem żonę, dzisiaj wiem, że oszukiwałem samego siebie. Od czasu, gdy w 1979 roku otrzymałem mieszkanie i żona wraz z synami przeprowadziła się do mnie, coraz trudniej było mi ukrywać moje pijaństwo i coraz częściej wychodziło na jaw, że nie potrafię odmówić wypicia alkoholu. Stawało się to coraz bardziej widoczne, bo jak tu ukryć fakt, że wychodząc na spacer z dzieckiem wracam bez niego, po drodze je gubiąc. Na szczęście inni je przyprowadzono. W czasie rodzinnych spacerów moja droga zawsze przebiegała obok różnych knajp i barów, aby wypić szklankę czy więcej wina, wódki czy piwa, przez co wracałem do domu pijany. Nawet wypadek samochodowy, któremu uległem w 1983 roku, jadąc z synami po teścia na Święta, nie nauczył mnie niczego. Jak tu nazwać mojego postępowanie, kiedy pogotowie zabrało młodszego syna do szpitala, a ja, zamiast się martwić o niego, to pierwsze, o czym pomyślałem, to czy bimber, który wziąłem na Święta, się nie zbił. Od razu mi ulżyło, gdy stwierdziłem, że pięć litrów, które wiozłem, jest całe. A potem, zamiast iść do szpitala i zobaczyć, co z dzieckiem, to tak się upiłem, że poszedłem do szpitala kompletnie pijany i żona mnie stamtąd wygoniła. Jeszcze wtedy udało mi się to wszystko załagodzić, ale po pewnym czasie znowu wróciłem do picia. Coraz częściej dochodziło między mną a żoną do kłótni właśnie z powodu mojego picia. Coraz więcej, coraz dłuższe były okresy „cichych dni”. Żona zaczęła grozić, że mnie zostawi. Chyba jedynie dlatego, że po pijanemu nie byłem agresywny, zawsze jakoś udawało mi się sprawę załagodzić i potem dalej pić. Doszedłem nawet do tego, że ze starszego syna zrobiłem sobie kumpla do picia i miałem jakby w nim obrońcę przed żoną. Po którymś kolejnym piciu, żona zagroziła, że to już koniec, a ponieważ zbliżały się kolejne Święta, chciałem załagodzić sprawę, więc obiecałem, że coś ze sobą zrobię. I zrobiłem. W kwietniu 1995 roku przed samymi Świętami, skacowany zadzwoniłem na informację o podanie numeru do jakiejś przychodni lub innego miejsca w naszej miejscowości, związanego z problemem alkoholowym. Podano mi numer do naszego Stowarzyszenia Abstynentów. Tam miałem pierwszy kontakt z niepijącymi alkoholikami i tam miałem – jak dzisiaj mówię – swój pierwszy mityng. Tam też mi powiedziano: idź dzisiaj na spotkanie, a że był to piątek i tego dnia był mityng mojej obecnej grupy AA, więc poszedłem. Jeszcze zanim poszedłem na ten pierwszy mityng, dostałem od kolegi ze Stowarzyszenia parę broszur i książkę ,,Nie piję”. Przyniosłem to wszystko do domu, porozkładałem na tapczanie i czekałem, aż przyjdzie żona z pracy i syn ze szkoły, aby zobaczyli, że ja przestaję pić. Gdy syn wszedł do pokoju i to zobaczył, powiedział mi: „nakupiłeś sobie książek i udajesz, że nie pijesz”. I tak to wtedy wyglądało – nie miałem żadnych argumentów na swoją obronę, ale ja wtedy naprawdę już nie chciałem pić. Zanim wszedłem na swój pierwszy mityng, obserwowałem, kto wchodzi. W końcu i ja się zdecydowałem wejść na salę mityngową. I jestem tu do dzisiaj. Na pierwszym mityngu dowiedziałem się, że mam przestać pić dla samego siebie i przestać się oszukiwać. Zrozumiałem, że przez cały czas oszukiwałem nie innych, tylko samego siebie. A siebie nie oszukam, gdy powiem żonie, że ktoś postawił, bo doskonale wiedziałem, że to ja chciałem się napić i nikt mnie do tego nie zmuszał. Ciężko mi było na samym początku pogodzić się z tym, że mam mówić „Marian alkoholik”, bo przynajmniej już nie piłem. Ale i to mi wyjaśniono, że jak się już raz uzależniłem od alkoholu, to będę uzależniony do końca moich dni. Właśnie w to uwierzyłem drugiemu alkoholikowi i od tego momentu zacząłem swoje trzeźwienie, a trwa to nieprzerwanie od kwietnia 1995 roku. Nie byłem na żadnej terapii, trzeźwieję na Programie Anonimowych Alkoholików, do którego skrupulatnie się stosuję i wprowadzam do swojego prywatnego życia. Od początku mojej nowej drogi pomaga mi w tym moja Kochana żona, która zawsze wspierała mnie w ciężkich chwilach, często ze mną uczestniczy w mityngach w rocznice grup i zlotach AA. Robimy wszystko razem i wspólnie cieszymy się dzisiaj naszą trzeźwością. Kontakt z dziećmi też staje się w miarę upływu czasu prawidłowy. Dzisiaj wiem, co to jest wyjście na spacer z żoną i dzisiaj – już z wnukami – nie muszę wchodzić do barów. Dzisiaj też, dzięki Wspólnocie AA, mam bardzo dużo prawdziwych Przyjaciół i znajomych. Bardzo mocno jestem też zaangażowany w pełnienie różnych służb w naszej Wspólnocie. Począwszy od grupy, przez Inter-grupę, Region i służby krajowe. Nadal zdrowieję na programie AA, tylko że teraz do Kroków i Tradycji doszły Koncepcje, które pomagają mi znaleźć się nie tylko we Wspólnocie, ale przede wszystkim w życiu rodzinnym, zawodowym i towarzyskim. Wiem, że bez tych trzech elementów, które są podstawą naszych trzech Legatów: Zdrowienia, Jedności i Służby, moje trzeźwienie nie byłoby pełne. Dzięki temu, że coraz bardziej zgłębiam nasz Program i stosuję go w swoim życiu, w myśl XII Kroku "...i stosować te zasady we wszystkich naszych poczynaniach", robię duże postępy. Kontynuując swoje zdrowienie przy pomocy Wspólnoty AA, z całym sercem i wdzięcznością jestem zaangażowany w służby, które pozwoliły mi zrozumieć sens życia na trzeźwo i realizować to w życiu osobistym. Nie chodzi o to, abym wymieniał, w jakich służbach byłem i jestem, ale chcę podkreślić, że to właśnie one nauczyły mnie pokory, umiejętności współpracy z innymi, tolerancji, życia w jedności, nie walczenia z bezsilnością oraz zmieniania tego, co mogę zmienić, czyli przede wszystkim samego siebie. To dzięki służbom potrafiłem przeorganizować na lepsze swoje prywatne i zawodowe życie, znaleźć się w nowej, trzeźwej rzeczywistości. Z całą odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że nadal chodzę na mityngi, ale nie tylko po to, aby nie pić – bo tego już się nauczyłem i nie piję – ale przede wszystkim po to, aby nadal się uczyć żyć bez alkoholu, na trzeźwo, by umieć zachować się w różnych sytuacjach, nie tylko stresowych, ale także tych radosnych, które kiedyś także doprowadzały mnie do picia. Dzisiaj, dzięki programowi AA, potrafię każdą sytuację rozwiązywać na trzeźwo, bez stosowania dopingu w postaci alkoholu. Zdrowiejemy też całą rodziną, bo nie może być tak, że ja trzeźwieje, a wszyscy mają chodzić „na paluszkach”, aby mnie nie denerwować, bo przecież mógłbym się wówczas iść napić i w ten sposób szantażować rodzinę. To ja dzisiaj jestem wdzięczny żonie i rodzinie, że mnie wtedy nie zostawili, że są ze mną nadal i przyjęli mnie takiego, jakim jestem. To ja mam się dostosować do nowej, trzeźwej rodziny. Dzięki temu, że jestem tak bardzo zaangażowany we Wspólnotę, moje trzeźwienie jest radosne, szczęśliwe i pogodne. Teraz już mogę z całą odpowiedzialnością stwierdzić, że to AA dało mi nowe życie, które, chociaż czasami trudne, jest szczęśliwe, bo trzeźwe. Nauczyłem się rozwiązywać wszystkie problemy na trzeźwo, żyć dniem dzisiejszym i nie zmieniać tego, czego nie jestem w stanie zmienić, a zmieniać przede wszystkim samego siebie. Podchodzę do swojej choroby z całkowitą pokorą i uczciwością, a to też przenosi się na moje życie prywatne i rodzinne. Dzisiaj wierzę w to, że już nie będę więcej pić, bo ten dawny i nieodłączny mój towarzysz alkohol nie jest mi już do niczego potrzebny. Nauczyłem się na trzeźwo bawić, przebywać w towarzystwie innych ludzi, a przede wszystkim żyć bez alkoholu. W naszym domu na żadnych imprezach nie ma już alkoholu.
Dziękuję za wszystko mojej żonie i Wspólnocie Anonimowych Alkoholików. Wierzę w to, że jeśli będę przerabiał nasz bardzo prosty Program, ale niekiedy trudny do zrealizowania, to będę trzeźwiejącym alkoholikiem do końca moich dni. Swoją edukację trzeźwościową we Wspólnocie AA zacząłem w kwietniu 1995 roku i pozostaję tu nadal, bo wiem, że jeśli będę się jej trzymał, to nic nie zagrozi mojemu zdrowieniu. Wspólnota Anonimowych Alkoholików uratowała mi życie i daje komfort zdrowienia z POGODĄ DUCHA.
Marian AA


JAKIE TO PROSTE

Lipiec. Tradycyjnie myślę w tym miesiącu o Kroku Siódmym. Na mityngach jest omawiany na różne sposoby. Słucham doświadczeń i sugestii, co jest potrzebne, aby go zrobić. Mam za sobą pracę na Krokach poddania się i już wiem, że ja nie mogę, On może, ja mu pomogę. Odnalazłam istotę moich błędów. To, co mnie niewoliło i na co szukałam lekarstwa. Tym lekarstwem był przez jakiś czas alkohol. Ale teraz szukam innych rozwiązań. Zrobiłam moralną inwentaryzację tego, co we mnie dobre i złe. Podzieliłam się swoją wiedzą z Bogiem, tak jak Go pojmuję, i z drugim człowiekiem. Nadszedł czas na Krok Szósty, gotowości rozstania się z cechami, które mi szkodzą. Z niektórymi żal mi się rozstawać. Niekiedy było fajnie i wesoło. Ale do czasu. Jednak Krok Szósty mówi, że mam być gotowa. Aby osiągnąć tą gotowość, przeżyć żal z powodu tego rozstania, mam do dyspozycji Krok Siódmy: „Zwróciliśmy się do Niego w pokorze, aby usunął nasze braki”. I znowu pytanie – jak to zrobić? Sięgam do Wielkiej Księgi, na stronie 65 czytam: „Boże Stwórco mój, oddaję Ci w posiadanie to wszystko, co we mnie jest dobre i złe. Modlę się i błagam, abyś raczył usunąć ze mnie wszystkie braki mego charakteru, które przeszkadzają mi być użytecznym dla Ciebie i mych współbraci. Udziel mi siły, abym od tej chwili czynił Twoją wolę. Amen”. W ten właśnie sposób stawia się KROK SIÓDMY. I już. A teraz dalej do roboty… Czeka Krok Ósmy.
Pozdrawiam


PRZYJAŹNIE W AA

Chcę Wam napisać o przyjaźni, która już trwa ponad dziewięć lat, a która zaczęła się na oddziale. Było nas trzech. Trzymaliśmy się razem przez całą terapię na oddziale zamkniętym, a później przez terapię poszpitalną. Wspieraliśmy się, spotykaliśmy i byliśmy dla siebie siatką wsparcia, o której uczą na terapii. Niestety jeden z nas wybrał w pewnym momencie inną drogę niż tą, którą obraliśmy wspólnie. Próbowałem Go ratować, rozmawiając, wspierając i motywując. Doszło nawet do tego, że woziłem Go na detoks i pomagałem, aby dostał się ponownie na terapię zamkniętą. Pamiętam, jak wybrał jednak inną drogę, a ja nie mogłem się pogodzić z tym, że mimo chęci naszej pomocy, nie chciał z niej skorzystać. Wydawało mi się, że jak się chce i ma się wsparcie, można dać sobie radę. Myliłem się, bo jak życie pokazało, każdy idzie swoją drogą a nasze drogi w pewnym momencie się rozeszły, i już pewnie się nie zejdą. Natomiast z drugim kolegą nadal mam kontakt. Jest moim Przyjacielem. Tak mogę o Nim napisać. Nasza przyjaźń jest na dobre i złe. Razem jeździliśmy na warsztaty, razem pracowaliśmy na krokach, razem chodzimy na mityngi. Spotykamy się też prywatnie, mamy wspólnych znajomych i razem robimy rocznice tortowe. Nasza wspólna droga jest zrobiona na pewnym gruncie. Poparta programem AA i znajomością, którą życzę każdemu, kto zaczyna drogę trzeźwości lub już na niej jest. Mam nadzieję, że nasza przyjaźń będzie trwać jak najdłużej, tak jak nasza trzeźwość. Chociaż życie nieraz nas nie rozpieszcza, to jednak trzymamy się razem. Mamy wspólne zainteresowania, jak akwarium, o którym możemy rozmawiać całymi dniami, zwierzętach, które pełnią w naszych domach ważną rolę, a także o chorobie alkoholowej, która cały czas czai się uśpiona. Tak, jak On zna moją historię, to mało osób zna mnie z tej strony. Nawet jak nie odzywamy się do siebie przez jakiś czas, to jednak w każdej chwili mogę zadzwonić do Przyjaciela. Chociaż różnimy się bardzo pod wieloma względami, to jednak mamy wspólnego wroga, jakim jest choroba alkoholowa. Mój przyjaciel jest ostatnim z listy siatki wsparcia. Ostatnim, ale jakże ważnym. Za każdym razem, gdy się mamy spotkać, nie mogę się doczekać tego spotkania. Ktoś powie: ile można rozmawiać o AA, chorobie alkoholowej? Można, ale oprócz tego mamy też mnóstwo pomysłów do rozmów. Ostatnio nawet byliśmy razem w teatrze. Nasze dzieci rosną na naszych oczach i jak się spotykamy, pokazujemy sobie ich zdjęcia. Cieszę się, że nasza przyjaźń trwa już tyle lat. Nie ma w niej zawiści, zazdrości. Jest oparta na prawdzie i pomaganiu sobie, cieszeniu się z sukcesów i wsparciu w kryzysie. Przez te ponad dziewięć lat nie jestem wstanie przypomnieć sobie jakiegoś spięcia, do którego mogłoby dojść między Nami. Gdzie nie sięgnę pamięcią, to widzę tylko same pozytywne wspomnienia. Nawet te ciężkie, z okresu terapii czy pracy na programie. Jak by mi ktoś jakieś dziesięć lat temu powiedział, że spotkam człowieka, z którym połączy mnie taka bliska nić przyjaźni, zapewne bym nie uwierzył. Cieszę się, że jesteś, Przyjacielu i niech nasza przyjaźń trwa jak najdłużej. Na łamach tego wpisu chcę Ci podziękować za to, że jesteś. Mógłbym napisać jeszcze o innych przyjaźniach AA, których mam sporo, ale może innym razem. Dziś chcę poświęcić ten artykuł jednej ważnej dla mnie osobie.
Marcin AA


CZYM JEST NIESIENIE POSŁANIA?

Ostatnio, z racji pełnionej służby na jednej z Intergrup, słyszę wiele o niesieniu posłania. Mam na myśli detoksy i zakłady karne. Na niektóre oddziały detoksów dostarczane są nasze ulotki i książeczki mityngowe. Do zakładów karnych chodzą nasi przyjaciele z posłaniem, rozdając osadzonym naszą literaturę. Niektórzy twierdzą, że osadzonemu należy się coś tam, jak psu buda. Ostatnio zastanawiam się bardzo poważnie, czy w ten sposób rzeczywiście niesiemy prawdziwe posłanie, czy tylko karmimy swoje chore ego? Dlaczego tak myślę? Powód jest bardzo prosty: docierają do mnie bardzo niepokojące informacje, że na detoksy chodzą ludzie nieprzygotowani, z bardzo małym okresem abstynencji. Obiecują pacjentom pracę, próbują pracować z nimi „na Wielkiej Księdze”. To straszne. Dzwoniłem na jeden z detoksów w Warszawie i te informacje się potwierdziły, a nawet były gorsze, niż sądziłem. Podobno niektórzy specjalnie przyjmują się na oddział, aby „głosić program”. Personel szpitala boi się, że ci „mesjasze” zaczną w końcu wyłudzać pieniądze od pacjentów. Jestem tym przerażony. Pamiętam ze swojego doświadczenia, że gdy ja byłem z posłaniem na detoksie, to mówiłem o swoim upadku i o tym, że w końcu, za sprawa cudu, przestałem pić. Nie zachęcałem do AA, czy do pracy na Programie, ponieważ nie wiem, co komu może pomóc. Nie mówiłem, że w coś trzeba wierzyć, tylko, że sam wierzę i że to mi pomaga. Pokazałem, jak rozwiązuję obecne swoje problemy, które wcale nie odeszły wraz z piciem. Nie chełpiłem się pełnioną służbą – zaznaczyłem tylko, że gdy chodzę na mityngi AA, to jest mi lżej walczyć z problemami. Opowiadałem, że w końcu znalazłem pracę, że życie wymaga, bym podjął prosty wysiłek. Wiele by mówić. Nie wiem, czy do kogoś to dotarło, ale wiem, że mówiłem od serca, nic nikomu nie obiecując. Nie dałem nikomu żadnej literatury, ani nawet książeczki mityngowej. Pokazałem za to, że jestem taki sam jak oni i chyba dałem im nadzieję, a jak nie, to zasiałem pewne ziarno, które może kiedyś wykiełkuje. Ostatnio bardzo dużo pieniędzy nasza Intergrupa przeznacza na zakłady karne. To jest moim zdaniem rozdawnictwo i pozory niesienia posłania. Ja muszę pokazać, że można ten Program realizować, a nie wręczać książki, której treść może okazać się niezrozumiała bez mojego przewodnictwa. Ludzie zza krat, tacy sami jak my, piszą do naszych biuletynów. Dlaczego ich przewodnicy nie czytają tego, co ich podopieczni tworzą? Niektórzy nawet nie mają świadomości, że artykuł jest do poprawki z naniesionymi sugestiami od zespołu redakcyjnego, bo nie ma komu tego przekazać. Lepiej dam ci książkę i zrób to sam. Myślę, że nie tędy droga. Osadzony to też istota ludzka, ale nie jest autorytetem, tak jak żaden z nas. Nie można powiedzieć, że artykuł musi być wydrukowany, bo ktoś na niego czeka. A może ten ktoś zostanie narażony na śmieszność, pisząc zupełnie nieświadomie trzy po trzy. Czy o tym ktoś myśli, albo mówi??? Niesienie posłania jest ciężką i czasem niewdzięczną pracą, szczególnie, gdy mówi się prawdę, której mało kto jest świadom. Niesienie posłania to też konstruktywna krytyka, jeśli jest potrzebna, a nie zamiatanie pod dywan tematów mało wygodnych. Nie jest to bułka z masłem.
Pogody Ducha
Jurek AA
PS. Nikogo nie chciałem urazić.


NAJSZCZĘŚLIWSZY CZŁOWIEK NA ZIEMI
 
Mam na imię Michał i jestem członkiem Anonimowych Alkoholików. Moja radość płynie z tego, o czym chcę Wam opowiedzieć. Zainspirowany tematem lipcowego biuletynu „Mityng” zacząłem się zastanawiać nad przyjaźniami w AA. Na początku drażniło mnie, jak ludzie na mityngach szastają słowem „przyjaźń” na lewo i prawo, bo w moim osobistym odczuciu to słowo ma wielką wartość i moc. Zastanawiając się, czym jest przyjaźń, dotarło do mnie, że z prawdziwą przyjaźnią jest jak z prawdziwą miłością. Kiedyś słyszałem, że gdy się ma chociaż jednego przyjaciela, to jest się szczęściarzem. Wiecie co? Wychodzi na to, że jestem najszczęśliwszym człowiekiem na Ziemi, gdyż mam wielu przyjaciół i przyjaciółki. I to grono się powiększa.Myśląc o przyjaźniach, w końcu do mnie dotarło, że dla przyjaciela chcę dobrze, że stawiam jego dobra nad swoje, że nie reaguję egoizmem na jego sprawy, smutki czy ciężkie sytuacje rodzinne. Przyjaciela obdarzam troską, miłością i również opieką. Martwię się o przyjaciela, kiedy ma gorszy dzień, ale też się cieszę razem z nim, gdy ma idealny dzień. To jest jak 12 Krok, jak niesienie posłania. Więc stwierdzam teraz, że każdy alkoholik, czy ozdrowiały czy nadal cierpiący, jest moim przyjacielem. Cała Wspólnota jest moim Przyjacielem. Jedyne, co może mnie oddzielić od moich Kochanych Przyjaciół, to ja sam, moje ego, moja pycha, brak tolerancji i tworzenie scenariuszy, kiedy stawiam siebie nad wszystkim i wszystkimi. Tylko ja sam odpycham ludzi, których mi Siła Wyższa stawia na drodze, bo są nie tacy jakbym chciał, bo brzydcy, bo za ładni, bo za wysocy, bo za niscy, bo za bardzo wyszczekani albo zbyt małomówni. Dlatego codziennie rano proszę Boga o zabranie mi tych wad, które mnie dzielą od innych, o zabranie tych moich starych przesądów, które każą mi oceniać i proszę o kawałeczek miłosierdzia, ten jedyny kawałeczek miłości do bliźniego, abym mógł działać i robić to, co mój Bóg oczekuje ode mnie. Proszę o to, bym nie zmarnował tego daru trzeźwienia, który dostałem, bo czym dłużej nie piję, tym większą mam wdzięczność za to, że dostałem tą łaskę, że Bóg zdecydował, że akurat ja mu jestem potrzebny. Dziękuje Wam, Kochani, za ten temat, bo dzięki temu doceniłem i zrozumiałem to, co mam, i to, co mam robić.
Siła Wyższa jest po prostu niesamowita, ponieważ nigdy nie wiem, z której strony mnie podejdzie i jak do mnie przemówi.
  Kocham Was, moi Przyjaciele
  Michał z Białołęki


OGROMNA WARTOŚĆ PRZYJAŹNI

Przyjaźń jest ogromną wartością, a jednocześnie zobowiązaniem, dla mnie nie łatwym do zrozumienia i stosowania w codziennym życiu. Przyjaźń wymaga kierowania się uczciwością, lojalnością, bezinteresownością, dotrzymywaniem słowa, wrażliwością na potrzeby innej osoby, zaufania, a więc tego wszystkiego, co często jest trudne do stosowania w codziennym postępowaniu. Trudność sprawia mi zarówno ofiarowanie przyjaźni innej osobie, jak i przyjmowanie przyjaźni od innych. Dzieje się tak dlatego, że w pierwszym przypadku wiąże się to z obawą przed odrzuceniem, a także przed rozczarowaniem. To niebezpieczeństwo ma związek przede wszystkim z nadmiernymi oczekiwaniami. Przyjmowanie przyjaźni łączy się z kolei z podejrzeniami, zwykle bezpodstawnymi, że nie jest to bezinteresowne. Opisane refleksje i wynikające z nich trudności często miały miejsce w pierwszych latach mojego trzeźwego życia. W okresie picia pojęcie przyjaźni było dla mnie całkowicie obce. Proces trzeźwienia, przewartościowywania, czyli zmieniania siebie sprawił, że zmieniło się także moje pojmowanie i rozumienie przyjaźni. Dziś możliwość odrzucenia mojej przyjaźni nie powoduje obaw, gdyż rozumiem, iż każdy ma prawo postrzegać mnie na swój sposób. Niekoniecznie tak, jakbym ja tego oczekiwał. Moim zdaniem fundamentem, na którym można budować przyjaźń, są wartości wymienione na początku tego artykułu, szczególnie bezinteresowność i zaufanie. Przyjaźń wymaga mniejszego lub większego poświęcenia w zależności od sytuacji i okoliczności, i to bez żadnych oczekiwań. Być może moje rozumienie przyjaźni jest zbyt idealistyczne, możliwe, że taka przyjaźń nie istnieje. Nikt z nas nie jest idealny. Każdy z nas popełnia błędy. Dlatego ujmę to tak – w przyjaźni jest miejsce na błędy, nieporozumienia czy konflikty. Moim zdaniem nadużycie zaufania czy niedotrzymanie słowa nie dyskwalifikuje i nie przekreśla przyjaźni jako relacji międzyludzkich, jednak pod warunkiem, że ten, kto popełnił błąd, jest w stanie go dostrzec i przyznać się do niego. Przyjaźń nie oznacza też postępowania zgodnego z oczekiwaniami innych. Nie musimy się we wszystkim zgadzać, mieć identycznych poglądów, czy zainteresowań. Pod wieloma względami możemy być różnymi ludźmi, ponieważ przyjaźń to również tolerancja, zrozumienie i akceptacja odmienności innych. Czasami zdarzają się sytuacje, gdy w imię przyjaźni zmuszony jestem powiedzieć „NIE”, czyli zachować się wbrew oczekiwaniom drugiej osoby. Ja też spotykałem się wielokrotnie z odmową. Na przykład przed laty sąsiad odmawiał mi pożyczenia pieniędzy na alkohol. Dziś wiem, że robił tak właśnie z powodu przyjaźni. Spełnienie mojej prośby mogłoby mieć dla mnie opłakane konsekwencje. Do dziś jesteśmy przyjaciółmi. Krótko mówiąc, odmowa w takich wypadkach wynika właśnie z przyjaźni i życzliwości, a nie niechęci czy obojętności. Na koniec opiszę pewne wydarzenie, jakie miało miejsce wiele miesięcy temu, a które oddaje istotę przyjaźni. Był sobotni ranek. Miałem grypę żołądkową i wysoką temperaturę. Moja żona musiała wyjść na zajęcia, więc poprosiła zaprzyjaźnionych sąsiadów, aby mieli mnie „na oku”. Ten wspomniany wcześniej sąsiad często mnie tego dnia odwiedzał. Po kilku godzinach, po powrocie żony podziękowaliśmy mu. W odpowiedzi usłyszeliśmy: „Nie ma sprawy. W odwrotnej sytuacji zrobilibyście to samo”. Życzę wszystkim prawdziwej przyjaźni. Bez zbędnych słów czy deklaracji, bo one czasami są na wyrost i bywa, że nie sprawdzają się w codziennym życiu.
Wojtek
AA Warszawa


NIEMOŻLIWE STAŁO SIĘ MOŻLIWE

Kiedy zostałem przywieziony na detoks, a następnie poszedłem na ośmiotygodniową terapię zamkniętą, zostawiłem za sobą zgliszcza swojego dotychczasowego życia. Oszukiwałem wszystkich, kradłem, kłamałem, na zawołanie zmyślając niestworzone historie, aby tylko nie była moja wina. Moje wartości moralne były zerowe i nie obchodziło mnie, co mówią inni, ponieważ mnie interesowała wtedy tylko moja butelka. Ona była najważniejsza na świecie i nie wyobrażałem sobie bez niej życia. Brałem ją wszędzie i dbałem, aby zawsze przy mnie była. I chociaż bywały dni, gdy już nie mogłem pić, to i tak walczyłem, abyśmy mogli się połączyć. Terapia pokazała mi, co to jest choroba alkoholowa, jak ona działa i jak mogę spróbować ją zatrzymać. Po wyjściu z terapii zacząłem pracę na programie 12 Kroków, a także chodziłem na mityngi. Równocześnie realizowałem terapię poszpitalną podpartą różnego rodzaju warsztatami. Powoli odnajdywałem w sobie pokłady wartości, które były zapite. Zacząłem od nowa uczyć się rozpoznawać uczucia, nazywać je i – w końcu – okazywać drugiemu człowiekowi. Na nowo poznawałem, co to bliskość, zrozumienie, pomoc. Przełamywałem się prosząc o pomoc i sam też, jak mogłem, pomagałem innym. Na mityngu usłyszałem, że jeśli będę dawał dobro, to ono kiedyś wróci do mnie. Moje życie zaczęło się zmieniać. Powoli kroczyłem do przodu, uważając na wszystkie czyhające na mnie niebezpieczeństwa. Przestrzegałem zaleceń dla trzeźwiejących alkoholików i uwierzyłem, że nie warto sięgać po pierwszy kieliszek. Moi znajomi z terapii, którzy jednak sięgnęli, wracali do poprzedniego życia, a dla mnie to był dowód na to, jak przebiegła jest ta choroba. Ważnym dla mnie odkryciem było też to, że trzeźwienie i kontynuacja terapii jest dla mnie, a nie dla syna, rodziców czy bliskich. We Wspólnocie AA poznałem mnóstwo wspaniałych ludzi, którzy są dla mnie oparciem w trudnych chwilach mojego życia. To dzięki nim i ich doświadczeniu krok po kroku robiłem postępy. Nawet ponad dwuletnia walka rozwodowa nie była taka straszna, bo miałem mnóstwo wsparcia. Nagle okazało się, że alkoholicy to bardzo przyjaźni i pomocni ludzie, którzy pomagali mi z ochotą i bezinteresownie. Będąc trzeźwym, uczyłem się normalnie funkcjonować, łączyć pracę z życiem osobistym. Chociaż nie mieszkaliśmy razem, mogłem spotykać się z synem, a nawet co roku wyjeżdżać z nim na wakacje. Odzyskałem zaufanie najbliższych i uśmiech na twarzach moich rodziców. Po odbyciu kary, zapisałem się na kurs prawa jazdy i zdałem egzamin. Znowu się zakochałem i od prawie trzech lat jestem szczęśliwym „młodym” mężem. Każdego dnia rano budzę się obok kochanej osoby. Nawet, gdy boli mnie głowa lub źle się czuję, wiem, że to za jakiś czas minie, a nie, że muszę znowu uzupełnić alkohol we krwi. Będąc alkoholikiem nie wiedziałem, że się tak rozwinę emocjonalnie i będę głodny wszystkiego, co straciłem pijąc alkohol. Wyjeżdżając z żoną na wakacje interesuję się kulturą i obyczajami, jakie panują w danym kraju. Poznaję nowe miejsca, które wcześniej znałem tylko z filmów przyrodniczych. Jestem w szoku, gdy myślę, jak wiele straciłem pijąc nad polskim morzem przez tydzień w knajpie lub na plaży. Ale chyba najważniejszym i najbardziej cennym moim osiągnięciem jest powrót do wiary i codziennej modlitwy. Modlitwa daje mi poczucie bezpieczeństwa i możliwość pracy na programie 12 kroków. Dziś nie kłócę się ze swoją Siłą Wyższą tak jak wtedy, gdy piłem. Dziś dziękuję jej za to, że jestem trzeźwy i że mogłem spokojnie przeżyć kolejny dzień mojego życia. Dziś nie żądam, tylko proszę. A jeśli nie spełnią się moje prośby, to się nie wściekam, tylko tłumaczę, że widocznie muszę jeszcze poczekać. Oczywiście nie czekam, aż samo mi „spadnie z nieba”, tylko działam. Bo aby być tym, kim jestem dziś, musiałem dokonać rzeczy prawie niemożliwych. Ale, jak widać, można było i warto było. Dziś jestem szczęśliwym i uśmiechniętym małżonkiem. Dobrym i czułym ojcem, a także kochającym synem dla moich rodziców.
Marcin AA

ZZA KRAT
DOSTAJĘ WIARĘ I NADZIEJĘ

Mam na imię Piotr i jestem alkoholikiem, mam 27 lat. Jeden wielki chaos – tak mogę nazwać moje życie, w którym nadużywałem alkoholu. Piłem i nigdy nie wiedziałem, czego chcę w życiu. Nie miałem pomysłu na to, jaką szkołę chciałbym skończyć. Byłem na wszystkich obrażony, na rodzinę i ludzi. Nie umiałem żyć, uciekałem przed rzeczywistością w butelkę. Potem zacząłem kraść wszystko, co popadnie, żeby się napić. W wieku 22 lat miałem już poważne konsekwencję mojego picia. Otrzymałem wyrok sądowy i na wiele lat trafiłem do Zakładu Karnego. Horror ten pogrążył mnie w butelce alkoholu. Gdy już byłem zamknięty, bardzo długo dochodziłem do siebie. Od innych skazanych osób usłyszałem, że są spotkania AA. Zacząłem o tym myśleć. Długo trwało, aż w końcu udałem się na swój pierwszy mityng. Pierwsze spotkania nic mi nie dawały, chodziłem tylko, aby sobie pogadać. Następnie pojechałem na terapię do Grudziądza i tam wiele zrozumiałem, a przede wszystkim to, że w życiu zrobiłem dużo złego pod wpływem alkoholu. Po powrocie do swojej jednostki w Zakładzie Karnym dalej uczęszczałem na mityngi AA, ale teraz czułem już bezsilność. Chodząc na mityngi odczuwam wewnętrzny spokój i bezpieczeństwo, chcę przebywać z ludźmi, którzy mają taki sam problem jak mój. Naprawiam relacje z ludźmi, z rodziną. Nabieram sensu życia. Jestem osobą nieśmiałą, małomówną, ale dzięki ludziom z AA otwieram się i mówię. Słucham też innych, a przede wszystkim ludzi z wolności, którzy przynoszą bogate doświadczenia i pokazują drogę wyjścia. To daje siłę do pracy nad sobą. Doświadczenia tych ludzi dają wiarę i nadzieję. Słuchając innych na mityngach, dostrzegam swoje wady: pewność siebie, egoizm, manipulowanie innymi. Każdy mityng jest inny, każdy daje nowe doświadczenia, każdy niesie wiarę i nadzieję na nowe, trzeźwe życie. Wspólnota AA jest miejscem, w którym chcę przebywać. Czuję się tu dobrze i bezpiecznie, uczę się mądrości i gotowości do życia poza więzieniem i za to jestem wdzięczny. Odsiaduję kilkuletni wyrok pozbawienia wolności, a po wyjściu chcę zacząć lepsze życie. Dzięki poznaniu Wspólnoty AA stało się to bardzo realne i możliwe.
Pozdrawiam serdecznie,
Alkoholik Piotr