MITYNG 08/242/2017

DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO



MOJA DUCHOWOŚĆ

Przez większość swojego życia (także w okresie, gdy jeszcze nie piłem w sposób uzależniony), duchowość rozumiałem tylko i wyłącznie jako religijność, a rolę duchowości w codziennym życiu sprowadzałem do sfery religijnej, a więc do uczestnictwa w życiu kościoła: udział w mszach czy nabożeństwach. Ale ta sfera była wtedy dla mnie obca. Do kościoła chodziłem okazjonalnie, na przykład na ślub czy nabożeństwo żałobne. Owszem, miałem świadomość, jakimi zasadami i wartościami powinna się kierować osoba wierząca (uczciwość, odpowiedzialność i inne), ale rozumiałem je jako zasady moralno-etyczne, a nie jako sferę duchową. A Dziesięć Przykazań to było pojęcie dla mnie zupełnie obce. Podobnie jak na przykład pokora, którą w tamtym okresie rozumiałem zupełnie inaczej, niż obecnie i uważałem za ujmę i coś poniżającego. Taki sposób myślenia funkcjonował we mnie przez wiele lat, także wtedy, gdy podjąłem pierwsze terapie, których było kilka. Żadnej nie skończyłem. Owszem, szukałem pomocy, aby przestać pić, ale przy zachowaniu dotychczasowego sposobu myślenia i zachowania, w którym dominował egoizm, egocentryzm, dążenie do swoich celów „po trupach”, czyli kosztem innych. Na zajęciach terapeutycznych i mityngach szukałem więc sposobu i pomocy, aby zachowywać abstynencję, a nie żeby trzeźwieć, czyli zdrowieć. A ponieważ bez rozwoju duchowego było to niemożliwe, wracałem do picia. Przełom w moim życiu nastąpił wtedy, gdy zrozumiałem istotę duchowości i jej rolę w procesie trzeźwienia i w codziennym życiu. A duchowość na co dzień nie musi oznaczać religijności, tylko na przykład właściwe rozumienie wspomnianej już pokory. Dawny stereotyp, jaki we mnie tkwił przez lata, to pokora rozumiana jako potulność, uległość, uniżoność. Dziś pojmuję ją przede wszystkim jako rozpoznanie i akceptację własnych słabości, ale też i zalet oraz, co również ważne, akceptację innych ludzi oraz ich odmienności. Pokora w tym rozumieniu nie przeciwstawia się poczuciu własnej wartości czy szacunku do samego siebie. Przeciwnie – jeszcze je wzmacnia. To właśnie pokora pozwala mi zachować poczucie własnej wartości i szacunku do samego siebie pomimo różnych niepowodzeń i błędów, które stały się moim udziałem i przydarzyły mi się w życiu. Nadal czasem je popełniam, ale teraz je dostrzegam i w takich przypadkach odwołuję się już do tego, co wyniosłem z terapii i mityngów AA. Korzystanie z tej wiedzy to również rozwój duchowy. A jest to ogromny kapitał, który cały czas procentuje. Pokora pozwala mi też zachować właściwą postawę wobec innych ludzi, mimo ich niedoskonałości. Pozwala przyjmować ich takimi, jakimi są, z życzliwością, a przynajmniej bez niechęci, wrogości czy ośmieszania ich. Tak rozumiana ma zatem ogromny wpływ na relacje z innymi. Ale aby kierować się tak pojmowaną pokorą w codziennym życiu, niezbędne jest również kierowanie się innymi wartościami, między innymi empatią, uczciwością czy odpowiedzialnością. Konieczne jest natomiast wyzbycie się takich nawyków jak mściwość, zawziętość czy złośliwość. Zatem pokora to podstawa, bez której mój rozwój duchowy nie byłby możliwy. W pokorze i związanych z nią wspomnianych wartościach można dostrzegać religijność (w zależności od indywidualnego odbioru), ale też zainteresowania i pasje, a to jest duchowość nie mniej dla mnie ważna niż ta opisana w pierwszej części artykułu, niemająca nic wspólnego z religijnością. Takie zajęcia jak majsterkowanie o charakterze użytkowym lub artystycznym, fotografowanie i podziwianie zachodów słońca na spacerze brzegiem morza (zwłaszcza z bliską osobą) czy obserwowanie hasających wiewiórek w Parku Łazienkowskim sprawiają radość, dają przyjemność, możliwość podziwiania piękna, skłaniają do refleksji. Taki odbiór świata wymaga w mniejszym czy większym stopniu romantycznego usposobienia czy romantycznej duszy. Umiejętność szczerego cieszenia się rozmaitymi zajęciami, pracą, zabawą czy ludzkim towarzystwem również oznacza rozwój duchowy. Trzeźwiejący alkoholik (i nie tylko alkoholik) oprócz potrzeb fizycznych ma również potrzeby duchowe, to znaczy – powinien je mieć bez względu na to, czy jest się wierzącym czy nie, i bez względu na wyznanie. 12 Kroków AA i kierowanie się nimi to także duchowość, bez względu na to, jak kto pojmuje Siłę Wyższą, ponieważ każdy ma swoją. Religijność może być wypełnieniem duchowości, choć wcale nie musi tak być. Znam ludzi niewierzących, ale mających duże potrzeby duchowe i kierujących się na co dzień wspomnianymi wartościami.
Życzę wszystkim wielu radosnych przeżyć duchowych
Pozdrawiam
 Wojtek

AA Warszawa


DUCHOWOŚĆ A RELIGIJNOŚĆ

Patrząc na temat tego „Mityngu” i chwilę się nad nim zastanawiając, stwierdzam, że duchowość i religijność to dla mnie dwa odrębne zagadnienia, ale razem ze sobą współgrające. Duchowość to nie tylko wiara czyli religijność. Na duchowość składa się dużo różnych rzeczy, jak marzenia, których wcześniej nie mogłem realizować, bo piłem. To powrót do zainteresowań, robienie rzeczy, których kiedyś nie robiłem, a teraz odnajduję je i z przyjemnością wchodzę w ich realizowanie. To także wrażliwość i zrozumienie drugiego człowieka. Ale przede wszystkim to odbudowywanie krok po kroku wartości, które utraciłem, pijąc alkohol. Podczas picia jedyną wartością była dla mnie butelka, ona była najważniejsza na świecie. Duchowość to także uczenie się wartości, których nie umiałem, nie wyniosłem z rodzinnego domu. To poznawanie na nowo życia i cieszenie się nim. Ważnym aspektem duchowości jest wiara. Dla mnie, odnalezienie jej po latach picia było jak odnalezienie nowego świata. Oczywiście, jak piłem, „modliłem się”, ale to były tylko żądania pijanej osoby. Ja nie prosiłem, tylko żądałem, aby było mi lepiej, abym przestał pić, aby rodzina dała mi spokój, abym z pracy nie został wyrzucony i tym podobne. W tej mojej pijanej modlitwie nie było słowa proszę, dziękuję. A jak nie spełniały się moje żądania, to byłem zły i obrażony na wszystkich i wszystko. Program 12 kroków AA pokazał mi już na początku, że nie tędy droga. Że dobrze, abym odnalazł swoją Siłę Większą, która pomoże mi trzeźwieć i przywróci mi zdrowie. Nie myślałem wtedy o Bogu. Dla mnie tą Siłą była grupa ludzi, z którymi chodziłem na terapię. Później, po długim okresie niepicia odkryłem, że mimo katastrof, jakie wywołałem w życiu pijąc, był ktoś ze mną. Ktoś, kto mnie pilnował i nie pozwolił, aby zapił się na śmierć. Dziś wiem, że to był Bóg. Dziś codziennie modlę się do Niego, dziękując za to, że jestem trzeźwy, że jestem zdrowy i że mam rodzinę. Proszę o spokojny dzień dla mnie i  dla moich bliskich, o siłę w trudnych chwilach. Proszę, a nie żądam. To dzięki duchowości przestałem utrzymywać abstynencję, a zacząłem trzeźwieć. Odbudowywanie wartości, odnajdowanie ich, dawało mi siłę do dokonywania zmian w życiu. Kiedy do tego jeszcze dołożyłem wiarę i modlitwę, mogłem śmiało iść krok po kroku do przodu. Czy było łatwo? Oczywiście, że nie. Na początku każda zmiana wiązała się z emocjami. Prawie każda zmiana to wielka niewiadoma. Dlatego bardzo ważnym „odkryciem” była dla mnie modlitwa o Pogodę Ducha. W tej modlitwie jest wszystko, co mi potrzebne do życia. Ta modlitwa to drogowskaz do trzeźwego życia, życia prawdziwego, a nie zakłamanego przez gorzałę. Ta modlitwa to połącznie duchowości z religijnością. Realizując Program 12 kroków AA nie da się nie połączyć tych dwóch aspektów – duchowości i religijności. One są tak ważne w moim życiu, jak woda dla kwiatka. Czy można z czegoś zrezygnować i tylko wybrać duchowość lub religijność? Dla mnie nie można. Jedno i drugie idą w parze, uzupełniając się nawzajem. Ale to moje odczucia i przemyślenia. Ja piszę o tym, co mi pomaga w życiu i może ktoś z tego skorzysta. Każdy ma swoją drogę do szczęśliwego, trzeźwego życia. Cieszę się, że potrafię odnajdywać w swoim życiu nowe wartości, cieszę się, że mogę wieczorem podziękować Bogu za to, co mi się przydarzyło tego dnia. Cieszę się, że nie utrzymuję tylko abstynencji, a trzeźwieję. Bo dzięki duchowości i religijności moje trzeźwe życie zmienia się. Życzę Wam, którzy to czytacie, abyście zmieniali swoje życie i szli krok po kroku do przodu, ciesząc się ze swojego życia.
Marcin AA


RELIGIJNOŚĆ I DUCHOWOŚĆ –
– PRZYCIĄGANIE, NIE REKLAMOWANIE

Zacznę od religijności, bo ona mi towarzyszyła od najmłodszych lat. Wychowany zostałem w rodzinie katolickiej, co niedziela do kościoła, rano i wieczorem modlitwa. Kiedy poszedłem do szkoły podstawowej, zostałem ministrantem. Służyłem do mszy przez całą podstawówkę. Żarliwie się modliłem, wierzyłem, że Bóg w wielu sprawach jest mi w stanie pomóc. I w wielu pomagał, jak choćby w dostaniu pierwszego „dorosłego” roweru. Prosiłem i dostałem. Jednocześnie chodziłem do takiej szkoły, gdzie niektórzy uczniowie powtarzali klasy, wielu z nich było z tak zwanych „trudnych” rodzin. Były bójki, była agresja i prawo pięści. Nie umiejąc się tam odnaleźć, kombinowałem, trzymałem z lepszymi, nie tolerowałem słabszych. Już wtedy klasyfikowałem ludzi na przydatnych, obojętnych dla mnie i wrogów do ominięcia lub zwalczania. Religijność moja była wybiórcza i dostosowana do moich potrzeb. Powoli zresztą odsuwałem się od kościoła. Przełomowym momentem był rozwód z moją pierwszą żoną. Była dziewczyną z rodziny alkoholików i jeszcze przed ślubem obiecywałem, że przychylę jej nieba, by wynagrodzić trudne dorastanie. Urodził się syn – duma i radość. Piękna przyszłość dla rodziny i dla syna jawiła się w moich scenariuszach na przyszłość. Cóż, nic z tego nie wyszło. Wtedy już dominującym elementem mojej codzienności był alkohol i on dyktował, co jest dobre, a co złe, czego powinienem unikać, a co powinienem pielęgnować. A unikać powinienem przede wszystkim odpowiedzialności, nie tylko za rodzinę, czy syna, ale za każdy aspekt życia. Powinienem zaś pielęgnować wszelkie formy samo tłumaczenia i  manipulanctwa. Przecież to nie moja wina, że rodzina się rozpadła, że się rozstaliśmy. Szybko znalazłem sobie winnego. To Bóg – on tak pokierował moim życiem. To On jest sprawcą nieszczęścia mojego zapłakanego syna. Wszystko to Jego bezdyskusyjna wina. Nawet mi wtedy ulżyło – nie ma mojej winy – i to był moment, kiedy odsunąłem się od Boga, ba, nawet stałem się jego wrogiem. Wyśmiewałem Go, oskarżałem i oczerniałem. Po jakimś czasie ożeniłem się drugi raz, urodziła mi się córka, a w moim (naszym) życiu nic się nie zmieniało. Królował alkohol, to on dyktował warunki. Tylko dzięki cierpliwości i determinacji mojej żony nasze małżeństwo trwa do dzisiaj. Czy w tym czasie, czasie bez religijności było coś w moim życiu, co mógłbym nazwać duchowością? Myślę, że nie. Nic, a przynajmniej ja nie przypominam sobie, bym zrobił coś bezinteresownie, z serca, z miłości. Nawet jak to wyglądało ładnie z boku, ja wtedy pasłem w duchu swoje ego pochwałami, jaki jestem wspaniały i dobroduszny. Były chwile opamiętania, jak choćby pięcioletni okres po pierwszej terapii, kiedy nie piłem. Stałem się jednak wtedy bardzo mądrym i wymagającym osobnikiem. Jednak religijność w dalszym ciągu była moim wrogiem, a duchowość objawiała się naprawdę sporadycznie i, można powiedzieć, nieświadomie. Wróciłem po tych pięciu latach na kolejne jedenaście lat do picia. I wszystko wróciło do normy, czyli staczałem się po równi pochyłej w przeświadczeniu, że to świat, ludzie, a przede wszystkim Bóg jest temu winny, ja nie mam z tym nic wspólnego, więcej – to ja jestem głównym pokrzywdzonym. Przyszedł moment, kiedy dotknąłem swojego dna, stanąłem na stacji z napisem koniec, a odwrotu nie widziałem. Wbrew pozorom, teraz tak myślę, to Bóg zaświecił przede mną iskierkę nadziei, której uczepiłem się jak tonący brzytwy. Jeszcze jedna terapia, jeszcze jeden dzień bez alkoholu. Może teraz się uda. Dość szybko wtedy usłyszałem coś, czego wcześniej niedane mi było doświadczyć: „Idź na mityng Wspólnoty AA”. Poszedłem. Zdziwienie – oni mają modlitwę, oni modlą się o pogodę ducha!!! A cóż to jest, do diabła, pogoda ducha? Całkowita nowość, ale niech im będzie, tylu ludzi to stosuje i nie pije, to i ja mogę. Dosyć szybko usłyszałem o sponsorze, o sponsorowaniu na Programie AA i o fakcie, że to jest właśnie główne przesłanie Anonimowych Alkoholików. Pomagać drugiemu człowiekowi, który cierpi. Powiem szczerze, wcześniej czyjeś cierpienie sprawiało mi pewną radość. W końcu ktoś miał gorzej ode mnie. Poszukałem sobie sponsora (a raczej to on mnie wybrał), i rozpocząłem pracę na Programie AA. I w tym momencie, powoli zacząłem odnajdywać znaczenie duchowości. Proces zmian, jaki we mnie zachodził, pozwolił mi zauważyć drugiego człowieka, jego problemy, zmartwienia. Już nie cieszyłem się jego nieszczęściem, chciałem pomóc, współczułem. Teraz, z perspektywy czasu jestem wdzięczny mojemu Bogu, że nie odwrócił się ode mnie, że zostawił iskierkę nadziei i dał siłę, bym podążył za nią, Moja religijność wróciła na normalne tory, poznałem zupełnie coś nowego, dotąd nieznanego. Duchowy aspekt życia. Bezinteresowna pomoc, radość z efektów, choć nikt nie chwali, choć czasami nikt nie wie, kto stał za tą pomocą. Tak w mojej religii, jak i w 12 Krokach AA są zasady, które należy „stosować we wszystkich naszych poczynaniach”. Kiedy stosuję się do nich, kiedy unikam swoich wad, kiedy robię obrachunek moralny przyznając się do popełnianych błędów, kiedy poprzez modlitwę i medytację pogłębiam swoje więzi z Bogiem – moim Bogiem, jakkolwiek Go pojmuję – moje życie duchowe wzrasta, umacnia się, kwitnie. Staram się być pomocny, służę najlepiej, jak potrafię, staram się być tolerancyjny i wyrozumiały. Wiem, że złość, zawiść i nieopanowany gniew to emocje bardzo szkodliwe. Wiem, jak ich unikać. Dążę do doskonałości i świadom jestem faktu, że doskonały nigdy nie będę. Ta świadomość pozwala mi pokornie, ale i z radością iść przez życie, z pożytkiem dla innych. Ich radość i zadowolenie wraca do mnie w dwójnasób. To właśnie jest moja duchowość, to szczęście bycia użytecznym. Nie koliduje ona z moją religijnością. I religijność, i duchowość okazuję na zasadzie przyciągania, nie reklamowania, i skorzystać może każdy, kto w którymś momencie swojego życia pomyśli – tak jak ja pomyślałem na początku – o alkoholikach będących po Programie 12 Kroków, jak pomyślałem o swoim sponsorze, kiedy pierwszy raz Go usłyszałem. Pomyślałem: „Ja też tak chcę i teraz zrobię wszystko, by takim się stać”. I zrobiłem to.
Rysiek AA

TRADYCJA VIII


Działalność we Wspólnocie AA powinna na zawsze pozostać honorowa; dopuszcza się jednak zatrudnianie niezbędnych pracowników w służbach AA.

Anonimowi Alkoholicy nigdy nie powinni stać się zawodowcami. Przez zawodowstwo rozumiemy pomoc udzielaną alkoholikom za opłatą lub na etacie. Możemy jednak zatrudniać alkoholików do świadczenia takich usług, do których musielibyśmy najmować nie alkoholików. Tego rodzaju prace powinny być należycie wynagradzane. Nigdy natomiast nie powinno się płacić za realizację Dwunastego Kroku.
Rozumiejąc tę Tradycję nie zapominam o Tradycji V: „Każda grupa ma główny cel, nieść posłanie alkoholikowi, który wciąż jeszcze cierpi” – za darmo, bez jakichkolwiek zobowiązań (finansowych lub osobistych). Nawet przez głowę mi nie przejdzie, aby coś zyskać poprzez pomoc drugiemu alkoholikowi, bezdomnemu, czy człowiekowi, który potrzebuje jakiejkolwiek pomocy. Analizując tę Tradycję, doświadczenie, które nabywam poprzez stosowanie 12 Kroków i 12 Tradycji w moim życiu wspólnotowym i prywatnym, nasuwa mi się przykład organizacji mityngu informacyjnego, gdy władze gminy chciały mi płacić za organizację tego korzystnego dla gminy przedsięwzięcia. Stwierdzono, że ludzie z AA i z Al-Anonu powinny otrzymać pieniądze za zorganizowanie, przybycie i podzielenie się swoim doświadczeniem (informacją). Widziałem ogromne zdziwienie, gdy mówiłem, że nie jesteśmy profesjonalistami i nie pobieramy żadnych opłat. Kiedy na początku swojej drogi przychodziłem na mityngi, myślałem, że służebni (herbatkowy, prowadzący, mandatariusz rzecznik, skarbnik) to służby opłacane przez grupy, ponieważ alkoholik, który je pełnił, często opowiadał o tym, jak podniósł się ze swojego dna, że żyje mu się lepiej, że nie martwi się o swoje dobra materialne. Dziś wiem, że to właśnie są te cuda, których też nie rozumiałem. Jest to działanie honorowe, za które nie bierze się wynagrodzenia – jedyną korzyścią jest moja trzeźwość i pomoc bezinteresowna drugiemu alkoholikowi. Ja dziś wiem, że to, co dostałem od Wspólnoty AA (12 Kroków i 12 Tradycji) ratuje mi życie tylko wtedy, gdy będę przekazywał ten Program drugiemu alkoholikowi za darmo (Za darmo dostałeś, za darmo oddaj, a właśnie tym uratujesz życie sobie i drugiemu alkoholikowi). Każde działanie we Wspólnocie AA na rzecz osoby cierpiącej jest dla mnie, Przemka, honorowe, bez ambicji i oczekiwania jakichkolwiek korzyści. A mimo to procentuje. Jeżeli chodzi o pracowników w strukturach AA zatrudnianych za opłatą, to nie wyobrażam sobie siebie, gdybym musiał poświęcić jakiejkolwiek służbie 8-12 godzin dziennie codziennie. Mając rodzinę, której o mało nie straciłem pijąc, muszę zapewnić jej dach nad głową, jedzenie, ubranie, szkołę itp. Muszę pracować, zarabiać pieniądze na utrzymanie swojej rodziny. Kiedy piłem, przepijałem wszystko, a oni nie mogli na mnie liczyć. Alkoholik to też człowiek i moje zdanie jest takie, że też ma prawo do zatrudnienia w strukturach AA – księgowy, dyrektor, pakowacz literatury w BSK – my alkoholicy niczym nie różnimy się od zdrowych ludzi. To jest siła Wspólnoty AA. Jako kolejny przykład mogę podać mojego przyjaciela, który cierpiał z powodu alkoholizmu. Pracuję u niego i kiedy mu mówiłem o rozwiązaniu, nalegał, abym mu pomógł. Odmówiłem gdyż wiem, że to jest niezgodne właśnie z VIII Tradycją. Poleciłem go przyjacielowi ze Wspólnoty i pracują na Programie 12 Kroków. Zrozumiał, dlaczego ja nie mogłem mu pomóc. Trzeźwieje i się rozwija, a co jest niesamowite, nie ma już żalu do mnie, że odmówiłem mu przekazania Programu. Program nie jest na sprzedaż. Jeżeli chodzi o rodzinę to wszystko, co robię dla nich, jest bezinteresowne (sprzątanie, wychowywanie dzieci itp.). Nie oczekuję żadnych korzyści. Życie w społeczności też działa podobnie, bo jeśli sąsiadka poprosi mnie o zniesienie wózka z trzeciego piętra, to też nie oczekuję na zapłatę. W pracy zawodowej jestem zawodowcem i pobieram wynagrodzenie, abym mógł utrzymać rodzinę, nawet wtedy, kiedy pracuję u alkoholika. Jestem człowiekiem niczym nieróżniącym się od innych zdrowych ludzi, więc poprzez pracę zawodową z drugim alkoholikiem nie mieszam posłania 12 Kroku wobec pracodawcy. Dziś rozróżniam posłanie 12 Kroku od zawodowstwa.
Pozdrawiam, Przemek


KONCEPCJA VIII

Powiernicy są planistami głównych działań Wspólnoty AA w Polsce. Zarządzają finansami AA i sprawują nadzór nad Fundacją BSK AA, zachowując prawo wyboru jej Zarządu, otaczając opieką wszystkie poziomy służb AA w Polsce.
W tym miejscu pozwolę sobie dodać również rozszerzoną wersję VIII Koncepcji Służb Światowych:
Powiernicy Zarządu Służb Ogólnych pełnią dwie główne funkcje:
(a) Są głównymi osobami odpowiedzialnymi za planowanie istotnych kwestii związanych z ogólną polityką i finansami oraz za zarządzanie tymi obszarami.
Bezpośrednio kierują tymi sprawami wraz z komitetami głównymi.
(b) Powiernicy są przede wszystkim pełnymi właścicielami naszych odrębnych i stale czynnych służb i sprawują nad nimi nadzór, wybierając wszystkich dyrektorów tych jednostek.
Koncepcja ta skupia się według mnie przede wszystkim na roli Powierników we Wspólnocie AA. To oni są odpowiedzialni za prowadzenie wszystkich spraw związanych z właściwym działaniem Wspólnoty AA w naszym pięknym kraju. Wypracowany przez Billa opis VIII Koncepcji koncentruje się głównie na przedstawieniu – na podstawie doświadczeń – drogi, jaką przeszła ta koncepcja, by wypracować najlepszą formę pracy Powierników. A mają oni, moim zdaniem, bardzo odpowiedzialną misję do wykonania. Przede wszystkim planują wszelkie działania, które obejmują całą Wspólnotę. Nie powinni zajmować się drobnymi sprawami czy podejmować się rozwiązywać miałkich problemów. Po prostu – nie powinni zajmować się drobiazgami. Powiernicy planują działania globalne, nadzorują ich wykonanie i są odpowiedzialni za prawidłowe wdrożenie danej sprawy w życie. Oprócz planowania i nadzoru nad wykonaniem (nie kierownictwem), Powiernicy zarządzają naszymi finansami i koordynują działania Fundacji, która ma prawne możliwości działania, jako podmiot posiadający osobowość prawną. Między Światowymi Służbami przedstawionymi w tej Koncepcji przez Billa, a służbami u nas w kraju istnieją różnice wynikające z wielu względów, na przykład z wielkości kraju – obszaru działania. Dlatego musiałem głęboko się zastanowić i wczytać w opracowanie tej Koncepcji, by zrozumieć przesłanie w niej zawarte. Do dyspozycji i sprawnego wykonywania zadań w Polsce powstało Biuro Służby Krajowej, które zajmuje się właśnie prawidłową łącznością między Wspólnotą a prawnymi wymogami państwa. W tymże Biurze zatrudnione są osoby wykonujące swoje zadania na podstawie umowy o pracę i według tej umowy rozliczane. Są to m.in.: dyrektor, księgowy, osoba odpowiedzialna za literaturę oraz osoba od licencji na publikację materiałów AA. Z racji tego, że często zakupuję materiały aowskie przez Internet, myślę, że jest również osoba zatrudniona do ich pakowania i wysyłania. Nad prawidłową pracą poszczególnych działów Biura czuwa dyrektor, lecz nad właściwym funkcjonowaniem całości, nad prawidłowymi ruchami finansowymi czuwają już właśnie Powiernicy.
„Taki układ jest zgodny z nowoczesną praktyką prowadzenia biznesu. Zarząd Służb Ogólnych jest właściwie holdingiem, na którym spoczywa obowiązek nadzorowania należących do niego w całości, stanowiących odrębne podmioty gospodarcze spółek zależnych, z których każda, dla swoich celów operacyjnych, ma własne kierownictwo. Ku swemu zadowoleniu udowodniliśmy, że taki korporacyjny model działania przewyższa wszystkie inne”.*
Czyli to Powiernicy grupują i nadzorują wszystkie podmioty gospodarcze (BSK, Zdrój, wydawnictwa) obsługujące w tym zakresie Wspólnotę Anonimowych Alkoholików, która to nie jest prawnie umocowana w państwie. W tym stylu pracy jest również zapewnione uniknięcie pokusy związanej z nadmiarem lub próbą stworzenia jednego ogniska decyzyjnego, czyli – mówiąc prościej – koncentracji władzy i pieniędzy. Jak to przełożyć na najważniejszą część Wspólnoty, czyli grupę? Myślę, że odpowiednikami Powierników w grupie są jej służby, zaś działanie tych służb nadzoruje sumienie grupy. Pracę Powierników nadzoruje Konferencja Służb Krajowych. To rzecznik, mandatariusz, skarbnik wykonują swoją pracę na rzecz grupy, w zależności od nadanych im uprawnień i to oni powinni być rozliczani ze swej pracy podczas spotkań gospodarczych osób tworzących daną grupę. Tak jak Powiernicy, tak i służby grupy powinny być wybierane na sugerowany w „Poradniku dla Służb AA” czas, by nie stwarzać warunków zbytniej konsolidacji władzy i możliwości zarządzania wokół jednej określonej grupy osób. Rotacja i odpowiedzialne sumienie grupy oznacza sprawnie funkcjonującą grupę, mającą jeden główny cel: nieść posłanie alkoholikowi, który wciąż jeszcze cierpi”.
* Nieautoryzowany przekład VIII Koncepcji napisanej przez Billa W., a przyjętej na 12 Dorocznej Konferencji Służb Ogólnych AA w dniu 26 kwietnia 1962 r.


WARSZTATY TRADYCJI W KISZYNIOWIE

Dzień 31 sierpnia 1989 roku kojarzy mi się jak najlepiej, a osobliwie – z młodzieńczymi drżeniami serca, stymulowanego wiosłowaniem na kajaku, które to serce, piętnastoletnie wówczas, znajdowało po całodziennej wędrówce po rzece impuls do wieczornych porywów, gdy po przesuszeniu odzieży pośpiesznie rozbijało się namiot i pozwalało sercu bić dla jednej takiej, której serce wówczas, z lekkim tylko przesunięciem w fazie, i dla mego serca biło. A więc aksamit policzka, czeluść śpiwora, gładka ciemność nocy i ten lęk, żeby się komar nie dostał do namiotu. Z przyjemnością tedy zarejestrowałem, że warsztaty Tradycji AA, które dla naszych mołdawskich przyjaciół poprowadził 17 i 18 czerwca br. Robert, Włodek i Zbyszek, z wykorzystaniem mnie jako tłumacza, odbywały się w gmachu przy ulicy 31 sierpnia 1989 roku w Kiszyniowie, gdzie zbiera się jedna z miejscowych grup AA. Dla Mołdawian data ta rodzi skojarzenia zgoła inne niż dla mnie, jednak nie mniej sympatyczne. Jest to święto państwowe, obchodzone na pamiątkę dnia, w którym Mołdawianie przywrócili sobie swój język, czyli rumuński, a precyzyjnie – jego lokalny dialekt, zwany czasem błędnie „mołdawskim”. W latach sowieckiej okupacji (Mołdawię wcielono do ZSRR na raty – pierwszą część jeszcze w latach 20. XX wieku, drugą, wraz z Kiszyniowem, w roku 1940 na mocy traktatu rozbiorowego pomiędzy ZSRR a III Rzeszą) język ten władze okupacyjne rugowały. Zmieniono wówczas alfabet zapisu z łacińskiego na grażdankę, a w użycie, obok zdeformowanego zapisem mołdawskiego, intensywnie wprowadzano rosyjski jako główny język urzędowy. 31 sierpnia 1989 roku Mołdawianie pokonali zarówno ten narzucony zapis rodzimego języka, jak i – w konsekwencji – język rosyjski. Przy czym ten ostatni, ku naszej wygodzie, pokonali nie do końca. Większość Mołdawian nadal świetnie posługuje się rosyjskim. Piszę tu o wygodzie, albowiem rumuńskiego, ani tym bardziej mołdawskiego (o ile by istniał) nikt z nas, którzyśmy przyjechali mówić o Tradycjach, nie zna, a rosyjski każdy ma jako tako osłuchany; w końcu ja mówię w nim dość sprawnie, co podkreśliłem przybywając do Kiszyniowa wprost z Moskwy, skąd też przywiozłem sporą paczkę rosyjskojęzycznej literatury AA.Tu należy wtrącić jeszcze słowo o moich osobistych dziejach. Otóż, powinienem był przylecieć do Kiszyniowa, wraz z zakupioną w rosyjskiej stolicy literaturą, 16 czerwca porannym samolotem z Moskwy. I wiele zrobiłem, aby się tak stało; tzn. zerwałem się o świcie, przyjechałem na lotnisko itp. Jednakże już w terminalu skusiły mnie drzwi z piktogramem przedstawiającym męską sylwetkę. Za drzwiami tymi był jeden pisuar i długa doń kolejka. Gdy już odstałem swoje, okazało się, że samolot poleci beze mnie, odprawa bowiem się zakończyła. W tej sytuacji kupiłem bilet na wieczorny rejs, a poranne zdarzenia tamtego dnia zapamiętam jako wypadek skorzystania z najdroższej toalety w życiu. Uwzględniając koszt nowego biletu, wizyta w tym przybytku kosztowała mnie ponad pięćset złotych. Moskwa nie wierzy łzom, ale i – konkluduję – nie jest dla ubogich. Robert, Włodek i Zbyszek podróż do Kiszyniowa odbyli drogą lądową. Nic mi nie wiadomo na temat kosztu toalet, jakie ponosili po drodze. Te zacne dusze, wraz z naszym kiszyniowskim przyjacielem Vladem, którego poznałem już wcześniej na warsztatach w Woźniakowie, obiecały zorganizować mi transfer z lotniska do miejsca zakwaterowania. I tu jednak czaiła się pułapka. Pomny moskiewskich doświadczeń, szerokim łukiem omijałem drzwi oznaczone męską sylwetką, ale niebezpieczeństwo – jak się okazuje – tkwiło w czym innym. Wiedziałem otóż, że ktoś wyjdzie po mnie; nie wiedziałem jednak kto, gdyż Vlad i moi polscy przyjaciele uprzedzili, że sami raczej nie będą mogli przyjechać, i że stawi się po mnie wydelegowany przez Vlada człowiek, któremu wcześniej Vlad pokaże moją fotografię. Mam więc, apelował Vlad, niczym się nie niepokoić, tylko powierzyć moje losy temu, kto do mnie podejdzie. Tak też się stało. Ledwie wyszedłem z zastrzeżonej strefy lotniska, rzucił mi się w ramiona miły dryblas. Objął, poklepał, przytulił, utulił, zabrał walizkę i ruszyliśmy na parking. Takeśmy się serdecznie zjednali, że początkowo nawet nie przeszkadzało mi, że cicerone mówi do mnie po angielsku, tytułując mnie Johnem. Szczęśliwie nie uszliśmy daleko. Vlad, Robert, Włodek, Zbyszek i jeszcze kilku mołdawskich przyjaciół odbiło mnie anglojęzycznemu dryblasowi, który czym prędzej wrócił przed graniczną bramkę, aby szukać kolejnego (?) Johna. Późną nocą dotarliśmy do podmiejskiego ośrodka leczenia uzależnień, gdzie oddano do naszej dyspozycji dwa przytulne pokoje. Architektura Kiszyniowa ma wiele wspólnego z architekturą miast greckich i południowoamerykańskich. Przy czym nie idzie tu o kształt budynków, ale o to, że te wzniesione w ciągu ostatnich kilku dekad są niedokończone. O ile w przypadku Grecji czy państw Ameryki Łacińskiej przyczyna niedokończenia robót zawiera się w chytrości inwestorów (budynek niewykończony, niejako jeszcze w budowie, choćby i zamieszkały, pozwala uchylić się od obowiązku podatkowego), o tyle u Mołdawian nie chciwość nie pozwala dokończyć budowy, a przeciwnie – pewien rodzaj rozrzutności. Jak nas poinformowano, mołdawski inwestor zazwyczaj planuje budowę czegoś większego, piękniejszego, a w konsekwencji bardziej kosztownego, niż sobie może pozwolić. Stąd też ten, kto zamarzył sobie willę z trzema garażami i basenem, mieszka tymczasowo w garażu, a hulajnogę trzyma w basenie; ten, kto chciał pokój z kuchnią
i wygodami, życie spędza wygodnie, a ten, kto rozsprzedał budowany dopiero blok mieszkalny na pięćdziesiąt rodzin, zapewnia locum trzydziestu rodzinom, sobie zaś samemu zajęcie w postaci wieloletnich procesów z przedstawicielami dwudziestu rodzin, które też pragną dachu nad głową, lecz dachu wciąż nie ma, gdyż zaprojektowano go nad piętrem ósmym, a inwestor, póki co, zbudował tylko pięć kondygnacji i nijak, ale to nijak nie może sobie pozwolić na szóstą; nie mówiąc już o kolejnych. Podobnie z ośrodkiem leczenia uzależnień, którego połowa znajduje się w sympatycznej willi, a druga połowa na placu budowy tej willi. Przy czym granicy pomiędzy zbudowanym, a tym, co jeszcze wciąż znajduje się in statu nascendi (od red.: łac. „w trakcie powstawania”), nie da się prosto wytyczyć. By poprzestać na jednym przykładzie: obok wykończonego pokoju jest łazienka, w której zbudowano wszystko poza odpływem wody, i druga, w której jest wszystko poza wodą w kranie. Mołdawską specyfikę budowlaną, która mogłaby być dla kogoś źródłem dyskomfortu, równoważy jednak w przypadku ośrodka leczenia uzależnień przepiękny orzechowy sad za ośrodkiem; miejsce spacerów i medytacji, skąd rozpościera się kojący widok na łagodne wzniesienia, powietrze zaś pachnie delikatnym południem. Gdy kto spaceruje po sadzie, towarzystwa dotrzymuje mu serdeczny pies o powierzchowności kozy, co zdaje się być świadectwem sowieckiej przeszłości Mołdawii, a zwłaszcza wpływu szkoły Trofima Łysenki również na hodowlę zwierząt domowych. Jest to pies miły, wesoły i pasterski. To znaczy jego część kozia pasie się w tym sadzie; a część psia – pasie spacerowicza. Zbliżysz się do płotu – pies stanowczo zagania cię w stronę ośrodka; trzymasz się blisko budynku ośrodka – pies spokojnie skubie trawę.

* * *
Przy ulicy 31 sierpnia 1989 roku czekało na nas około pięćdziesiąt mołdawskich Braci i Sióstr. Liczba i treść pytań, po niemal każdej
z wypowiedzi Roberta, Włodka i Zbyszka upewniły nas, że warsztaty były ogromnie potrzebne. AA w Mołdawii, erygowane z pomocą m.in. Felka z mojej macierzystej grupy Belweder, niedawno świętowało 25 lat istnienia. Mimo to nadal jest społecznością nieliczną; grup jest niewiele i są między sobą skonfliktowane, na co skarżą się, co znamienne, wszystkie strony sporów.
Przez dwa dni opowiadaliśmy o tym, jak budowało się AA w Polsce, dzieliliśmy się doświadczeniem. Łapałem się na myśli, że wiem, co zrobić, aby w mołdawskim AA było lepiej. Szczęśliwie, zanim zdążyłem rozbłysnąć dumą ze znalezionego rozwiązania i podzielić się nim w autorytatywnym tonie ze słuchaczami, uświadamiałem sobie, że nic takiego nie wiem, a przeciwnie, droga naszych przyjaciół z Mołdawii może być całkiem inna niż nasza, co przecież nie znaczy, że nie prowadzi do celu. Nasza skromna misja w Mołdawii służyła bowiem nie temu, aby powiedzieć przyjaciołom róbcie tak lub tak, ale aby opowiedzieć, jak my zrobiliśmy, bez cienia pewności, że ktokolwiek powinien iść w nasze ślady.
I jeszcze może temu, żeby pobyć trochę razem.

* * *
Dziękuję Robertowi, Włodkowi i Zbyszkowi za zaproszenie do Mołdawii, za wszystko, co mogłem od nich wziąć. I za ich cierpliwość.
Dziękuję mołdawskim organizatorom warsztatów za serdeczną gościnność.
Dziękuję Vladovi, spiritus movens mołdawsko-polskich działań za to, że mogę czasem używać jego energii do napędzania moich przyrdzewiałych mechanizmów życiowych.
Najbardziej dziękuję S., mojemu Przyjacielowi z Kiszyniowa, który przyjął mnie na iście królewskiej kolacji w swoim domu, wypełnionym kochającą się rodziną. Rodzina ta, rozsypana przedtem i cierpiąca, skleiła się raptem rok temu, niedługo po tym, jak S. postawił pierwszy krok w jednej z kiszyniowskich grup AA.
Gabriel, AA

-------
Bardzo dziękuję całemu polskiemu AA, zwłaszcza braciom Robertowi, Zbyszkowi, Włodkowi i Gabrielowi, za przeprowadzenie u nas w Kiszyniowie dwudniowego warsztatu Tradycji. To doświadczenie, które w jego rezultacie dostałem, pokazuje mi, na ile ważne są nasze Tradycje dla naszej Wspólnoty. Myślę, że jedną z ważniejszych rzeczy, którą dostałem na warsztacie, to ogromne pragnienie przestrzegania Tradycji. Zrozumiałem, że tylko wspierając się Tradycjami możemy uniknąć wszystkich sporów i różnicy zdań, które istnieją u nas, jak również mogę osiągnąć duchowe przebudzenie.
Chcę wyrazić także swoją wdzięczność braciom i siostrom, którzy byli obecni na warsztacie, tym, dzięki którym on się odbył i dzięki komu mogłem uczestniczyć w jego organizacji i prowadzeniu. Przecież tylko oddając, możemy coś otrzymać. Takie przedsięwzięcia pomagają mi posuwać się naprzód i czuję, jak coraz bardziej i bardziej napełniam się łaską z wysoka.
Zaiste AA jest wielką zgodną rodziną, a ja jestem częścią tej rodziny.
Kocham Was.
Vlad AA

Большое спасибо всему польскому АА, а особенно братьям Роберту, Збишеку Влодаку и Габриэлю, за проведенный у нас в Кишинёве 2-х дневный семинар по традициям. Тот опыт, который я получил в результате, показывает мне насколько важны наши 12 традиций для нашего сообщества. Я думаю, что одна из важнейших вещей, которую мне дал этот семинар - это огромное желание соблюдать эти традиции. Я понял, что только руководствуясь традициями мы сможем избежать всех споров и разногласий, к...оторые существуют у нас, и смогу достигнуть духовного пробуждения.
Хочу, также выразить свою благодарность братьям и сёстрам, которые присутствовали на семинаре, благодаря кому он состоялся и благодаря кому я тоже смог поучаствовать в его организации и проведении. Ведь только отдавая мы можем что-то получить. Такие мероприятия двигают меня вперёд и я чувствую как всё больше и больше я наполняюсь благодатью свыше.
Поистине АА - это большая дружная семья, и я - часть этой семьи.
Я люблю Вас.


LIST INTENCYJNY POWIERNICZEGO ZESPOŁU LITERATURY DO:
GRUP AA, INTERGRUP, REGIONÓW WSPÓLNOTY AA W POLSCE I REGIONU EUROPA.
 
Przyjaciele,
Wspólnota AA w Polsce liczy sobie ponad 40 lat. Mamy ponad 2600 grup AA na terenie naszego kraju i za granicą. Wynika z tego, że jest nas – Anonimowych Alkoholików – dużo. Wydawałoby się, że „cierpiący alkoholik” z V Tradycji nie ma żadnych problemów, by zostać jednym z nas. My odnajdujemy ich na oddziałach odwykowych, w szpitalach, więzieniach, aresztach śledczych. Odwiedzamy szkoły, uczelnie wyższe z naszymi mityngami informacyjnymi. Współpracujemy z profesjonalistami, którzy propagują działania Wspólnoty. Czasami wychodzimy na ulicę lub do ośrodków dla bezdomnych, by tam spotkać naszych cierpiących braci. Gdy już przyprowadzimy ich na mityng, dzielimy się z nimi naszym doświadczeniem. Przekazujemy program AA. Często obdarzamy egzemplarzami naszej literatury. Grupy sponsorują zakup „Wielkiej Księgi” (przyp. red.: obecny tytuł – „Anonimowi alkoholicy”) do zakładów karnych, dla oddziałów odwykowych. W ten sposób wiedzę na temat naszej Wspólnoty otrzymują ludzie najbardziej zainteresowani, cierpiący alkoholicy, którzy już ponoszą konsekwencje nadmiernego picia alkoholu. Ale czy to wystarczy? Bill W. pisał w „Anonimowi Alkoholicy wkraczają w dojrzałość”, że jednym z celów napisania „Wielkiej Księgi” było rozpropagowanie programu 12 Kroków w jak największej grupie ludzi, dotarcie nie tylko do tych, którzy już cierpią z powodu choroby alkoholowej. Książki były w tamtych czasach – tak jak gazety – nośnikiem wiadomości. Do dzisiaj dla wielu osób są bardzo cenne. Kupują je, wypożyczają w bibliotekach, czytają. Czy zdarzyło się Wam szukać literatury AA w bibliotece? Jeżeli tak, to szybko odkryjecie, że w większości z nich nikt nie słyszał o książce „Anonimowi Alkoholicy”, a przecież jest to pozycja przetłumaczona na 70 języków, znana w 180 krajach. Oczywiście Biuro Służby Krajowej AA w Polsce dostarczyło bezpłatnie obowiązkowe egzemplarze naszych wydawnictw do głównych bibliotek. Nadal nie ma ich jednak w większości bibliotek wyższych uczelni, bibliotekach pedagogicznych (tam, gdzie wypożyczają książki nasi przyszli przyjaciele – profesjonaliści), w bibliotekach miejskich, dzielnicowych, gminnych i tych mniejszych. Niektóre grupy AA odkryły już, że zakupienie naszych książek i dostarczenie ich do najbliższej biblioteki jest prostym sposobem niesienia posłania AA i jednocześnie działaniem z zakresu informowania całego społeczeństwa o istnieniu Wspólnoty Anonimowych Alkoholików. Nie ograniczamy się wtedy jedynie do grona osób uzależnionych czy profesjonalistów. Nasze działanie może się przyczynić do zmiany wypaczonego obrazu Anonimowego Alkoholika w całym społeczeństwie polskim. Taką formę niesienia posłania stosują już np. grupy w Opolu, w Warszawie, w Tarczynie, Piasecznie i w innych miejscowościach. Wydatek jest jednorazowy i – dla grupy, czy Intergrupy – niewysoki, a działanie jest szerokie i długofalowe. Sugerujemy proponowanie bibliotekom przede wszystkim książek „Anonimowi Alkoholicy”, „12 Kroków i 12 Tradycji” oraz „Życie w trzeźwości”.
Zapraszamy wszystkie grupy AA w Polsce do wspólnej akcji dostarczenia naszych książek do wszystkich bibliotek. Według już zebranych doświadczeń nasi służebni nie napotykają trudności ze strony kierowników placówek bibliotecznych. W większości wystarczy jedna rozmowa i książki są przyjmowane. Jeżeli kierownictwo placówki wymagałoby jakiegoś pisemnego wyjaśnienia, to zawsze możecie je uzyskać w BSK AA. Gdy już jedna pozycja dotrze do biblioteki, zawsze będzie można odwiedzić ją powtórnie, zaproponować następną książkę i przy okazji swoim przykładem zaprezentować, jak działa Program AA.
Liczymy szczególnie na pomoc ze strony delegatów krajowych do Komisji Literatury w propagowaniu tej akcji. To im grupy mogą przekazywać informacje, do jakich bibliotek udało się dostarczyć nasze pozycje. Oczywiście sposób realizacji tego pomysłu pozostawiamy grupom, Intergrupom i Regionom. Zespół powierniczy ds. literatury udzieli wszelkiego wsparcia.
Chcielibyśmy też uzyskać informację, czy napotykacie na jakieś trudności, jakie macie sukcesy. Mamy nadzieję, że uda nam się stworzyć listę miejsc, gdzie literatura AA jest dostępna. Można by ją później wykorzystać w dalszym niesieniu posłania AA. Wszelkie informacje na temat akcji oraz listy bibliotek, do których już dostarczono książki, prosimy wysyłać na adres e-mail BSK AA: wydawnictwa@aa.org.pl
Powodzenia,
Zespół powierniczy ds. literatury w składzie:
Marysia – przewodnicząca, powiernik z Regionu Galicja
Krzysztof – powiernik z regionu Lublin
Alunia – była Delegatka Narodowa
Andrzej – Wydawnictwo/sekretarz

WSPÓŁCZESNE LECZNICTWO UZALEŻNIEŃ I WSPÓLNOTA AA – CZEGO MOŻEMY OD SIEBIE OCZEKIWAĆ

W dniu 22 czerwca w Warszawie odbyło się zorganizowane przez Państwową Agencję Rozwiązywania Problemów Alkoholowych, spotkanie na temat: „Współczesne lecznictwo uzależnień i Wspólnota AA – czego możemy od siebie oczekiwać”.
Spotkanie to z założenia miało być miejscem wymiany doświadczeń między terapeutami a przedstawicielami Wspólnoty AA. Udział wzięło około 50 profesjonalistów i 50 przedstawicieli większości Regionów polskojęzycznego AA. Plan spotkania zakładał 4 wystąpienia w następującym porządku:
„Jak się zmienia leczenie osób uzależnionych w Polsce” – dr Tomasz Głowik
„Warto kierować pacjentów do Wspólnoty AA” – Jagoda Fudała
„Jak AA współpracuje z terapeutami i poradniami. Granice, których nie należy przekraczać. Powiernik klasy A Wspólnoty AA” – Hanna Ostrowska-Biskot
„Czego AA może oczekiwać od lecznictwa odwykowego. Bieżące problemy i trudności” – Przedstawiciel AA
dyskusja panelowa: „Jak poprawiać współpracę między placówkami leczenia uzależnień a Wspólnotą AA? Czego możemy od siebie nawzajem oczekiwać?”
Nie poważę się podjąć wyzwania polegającego na opisaniu wystąpień poszczególnych prelegentów. Nie uczynię tego również w stosunku do wypowiedzi osób biorących udział w ostatniej części spotkania (dyskusja panelowa). Mogę jedynie spróbować opisać treść swojego wystąpienia. Muszę jednak zaznaczyć to, co powiedziałem również na początku tego spotkania: wszelkie wygłoszone przeze mnie opinie są albo moim prywatnym zdaniem, albo przytoczeniem opinii członków Wspólnoty, których poprosiłem o wypowiedzi przygotowując się do tego spotkania. Spostrzeżenia te nie są i nigdy nie miały być oficjalnym stanowiskiem Wspólnoty. Są bardziej zbiorem luźnych komentarzy i pytań, których zamiarem była ogólna refleksja, niż listą oczekiwań wobec profesjonalistów. Nie byłem autorem większości wygłoszonych opinii, a w ogromnych fragmentach – zaznaczonych podkreśleniem – są to wręcz cytaty z e-maili, które dostałem od przyjaciół (zwłaszcza od jednego – dziękuję Ci, Marcinie).
Na wstępie pozwoliłem sobie odnieść się do wypowiedzi przedmówców w sprawach, które – w moim odczuciu – były bardzo ważne. Pan Tomasz Głowik, opisując zmiany zachodzące w lecznictwie odwykowym, opowiedział nam o m. in. o zasadzie aktywacji zasobów tkwiących w człowieku. Odnosząc się do tego fragmentu wyraziłem swoje przekonanie, że Program AA jest właśnie takim czerpaniem z wewnętrznych zasobów, które jesteśmy w stanie wydobyć dzięki zaufaniu naszej Sile Wyższej. Drugi wątek poruszony przez Pana Tomasza dotyczył tzw. metody ograniczenia szkodliwości picia, polegający na dopuszczeniu w procesie terapii, w przypadku niektórych pacjentów, ograniczenia picia, a nie całkowitej abstynencji. Moim zdaniem w kontekście Wspólnoty AA należy zauważyć, że:
a) Wspólnota nie zajmuje stanowiska w pewnych sprawach, które jej nie dotyczą. A profesjonalne leczenie z pewnością nie jest tym co dotyczy Wspólnoty;
b) Wielka Księga, ponad 80 lat temu, opisywała alkoholika, w odróżnieniu od pijaka, i już wówczas Bill napisał, że Program nie jest panaceum na wszystkie bolączki tego świata (nawet na alkoholizm).
Oboje przedstawiciele profesjonalistów (Pani Fudała i Pan Głowik) zwrócili również uwagę, że niektóre z paradygmatów rządzących nauką (a tą kierują się profesjonaliści) zdają się stać w sprzeczności z paradygmatami, którymi kieruje się Wspólnota AA. Program, który dostałem od Wspólnoty, pokazuje mi, że ten Świat jest taki, jaki być powinien, i głęboko wierzę, że wszelkie sprzeczności takich paradygmatów są jedynie pozorne i wynikają z tego, że po prostu nie rozumiemy lub nie zauważamy jeszcze wszystkiego. Skoro bowiem mamy wspólny cel (pomoc w zdrowieniu cierpiącym), Siła Wyższa tak układa nasze drogi, by ten cel realizować.
W kolejnej części przeszedłem do prezentacji wspomnianych na wstępie zagadnień:
1) Telefony PIK – zgodnie z wypracowanymi zasadami, na wyraźne życzenie dzwoniących, dyżurni podają namiary na poradnie odwykowe korzystając z bazy PARPA (sam fakt jest dowodem na to, jak generalnie Wspólnota podchodzi do profesjonalnej pomocy). Niestety, baza ta zawiera niekiedy nieaktualne telefony, niepełne informacje (np. godziny pracy), zdarza się też, że te telefony w poradniach odbierają niekompetentne osoby.
2) Wielu terapeutów przysyła na mityngi AA osoby niezależnie od rodzaju ich uzależnienia. Formuła jedynego celu podpowiada, że znamy się tylko na alkoholizmie, nie mamy patentu na wszystkie problemy tego świata (słowa z „Wielkiej Księgi”). Pomijając fakt znany zapewne terapeutom – utożsamianie się. Oczywiście niech przyjdą na mityng otwarty. Być może okaże się, że jednak mają problem także z alkoholem, a poza tym, korzystając z doświadczeń AA – Kroku 12 oraz V Tradycji i… szukają drugiego cierpiącego uzależnionego jak on. Nie ma bowiem wątpliwości, że jest nieporozumieniem traktowanie Programu Wspólnoty wyłącznie jako rozszerzonej wersji zaleceń, często opisywanych jako to, co robi (zaleca AA) – chodź na mityngi, nie sięgaj po pierwszy kieliszek. Program AA sugeruje więcej – zaufaj Bogu (SW), posprzątaj dom, pomagaj innym.
3) Incydentalnie ciągle funkcjonują grupy, które nazywają się AA, lecz są prowadzone przez jedną osobę, pobierającą za to wynagrodzenie (dotacje), gdzie sprawdzana jest lista obecności. Wierzę, że są to odosobnione przypadki, a wydaje nam się, że wskazane jest, by Program i wiedzę o Wspólnocie pozostawić członkom Wspólnoty, tak samo jak wskazane jest i oczywiste, by wiedzę profesjonalną członkowie Wspólnoty pozostawili profesjonalistom i nie próbowali wchodzić w rolę terapeutów.
4) Jaki jest stosunek terapeutów do podejmowania pracy na Programie 12 Kroków przez pacjentów będących na dalszych etapach terapii? Zazwyczaj, w poradniach terapie tzw. dochodzące składają się z kilku etapów: grupa wstępna, terapia pogłębiona, „nawroty” itd. Niejednokrotnie, jako członek AA, pytany byłem przez pacjentów terapii, uczestniczących w mityngach moich grup, czy np. na terapii pogłębionej można mieć już sponsora i wejść na Program. Z moich (i przyjaciół z AA) doświadczeń wynikało, że nie ma przeszkód. Jednakowoż okazało się, że w niektórych poradniach i ośrodkach terapeutycznych odradzane lub blokowane jest rozpoczęcie pracy na programie 12 Kroków przez pacjentów.
Albo szerzej, na jakim etapie terapii terapeuci widzą możliwość rozpoczęcia pracy na Programie przez pacjentów? Czy dopiero po ukończeniu całego cyklu terapii? Co w takim razie z tymi, którzy są w tzw. wiecznej terapii? Nie ma dla nich możliwości?
5) Jakie jest rozwiązanie terapeutów w stosunku do pacjentów podejmujących wielokrotnie (bezskutecznie) terapie? Sam osobiście uczestniczyłem w trzech terapiach (dwóch tzw. „dochodzących” i jednej stacjonarnej w ośrodku terapeutycznym). Dopiero podczas pracy ze sponsorem i po zapoznaniu się z „Wielką Księgą” dowiedziałem się, że prawdopodobnie byłem tzw. przypadkiem nieuleczalnym dla medycyny. A pomóc mi mogło (i pomogło) rozwiązanie duchowe, jakim jest Program 12 Kroków.
Pomijając jednak wątek autobiograficzny i duchowe aspekty, może warto zaproponować profesjonalistom Program 12 Kroków jako specyficzny rodzaj „rozszerzenia oferty”? Chodząc z posłaniem AA na detoksy i odwyk, praktycznie za każdym razem mam styczność z osobami, które przebyły już dwie, trzy lub więcej terapii (zasłyszany rekord to pięć bądź sześć). Często również uczestniczyli w mityngach, jednakże bez pracy na Programie, czasem nawet nie wiedząc o jego istnieniu. Wracali do punktu wyjściowego (lub zwrotnego, jak mówi w oryginale „Wielka Księga”). Czy według najlepszej wiedzy i uczciwości terapeutów jest sens kolejny raz kierować Z AUTOMATU taką osobę na terapię, skoro efekt jest, jaki jest? Oczywiście dotyczy to przypadków ludzi chcących rozwiązać swój problem. Sam będąc alkoholikiem, teraz również pracując z innymi, wiem, że są ludzie, którzy po prostu – przynajmniej na pewnym etapie – nie chcą sobie pomóc lub, „którzy nie mogą lub nie potrafią”.
Ale czy terapeuci biorą pod uwagę możliwość i aktualność opinii, o której pisał już prawie 80 lat temu Dr. Silkworth w rozdziale „Opinia lekarza”, że „z wieloma typami alkoholików nie udaje się, bowiem nawiązać normalnego kontaktu niezbędnego w psychoterapii” („Anonimowi Alkoholicy, str. XXIV), czy też często powtarzaną opinię dr. Woronowicza, że on może pomóc pacjentowi tylko do pewnego momentu.
Nie chodzi oczywiście, aby zamykać drogę do kolejnej terapii tym, którzy nie wykażą chęci pracy (po zapoznaniu się z tematem) na Programie 12 Kroków. Jednakże wydaje się, że poinformowanie o takiej możliwości jako alternatywnej do kolejnej z rzędu terapii byłoby warte rozważenia. Z czysto ludzkich, moralnych względów. Pamiętajmy, że AA powstała w ogromnej mierze właśnie dzięki lekarzom i innym profesjonalistom, którzy zauważyli SWOJĄ BEZSILNOŚĆ wobec wielu przypadków alkoholików i poparli, niekoniecznie zrozumiałe dla nich, rozwiązanie duchowe
Skierowanie do konkretnych ludzi w AA – jesteśmy anonimowi, ale przecież nie w kontaktach bezpośrednich. Mamy nawzajem swoje telefony. Być może rozwiązaniem jest nie tylko wygłoszenie formułki „idź na mityng”, ale przekazanie kontaktu do konkretnego, znanego sobie (terapeucie) członka AA na zasadzie „tymczasowy sponsor”.
6) Czy środowisko terapeutów jako całość zastanawiało się, lub podejmowało kroki w celu opracowania „dobrych praktyk” dotyczących współpracy z AA, podejścia do AA, kierowania tam pacjentów? Odnoszę wrażenie, iż w tej chwili w zasadzie każda placówka, a w jej obrębie nawet każdy terapeuta często posiada odmienna wizję tej współpracy. Zdarzają się tacy, którzy mocno wspierają uczestnictwo pacjentów w AA, jak i tacy, którzy są niechętni, a wręcz słyszałem o przypadkach odradzania („po co tam chodzić”). Są tacy, którzy popierają Program 12 Kroków, jak i tacy – z moich doświadczeń i usłyszanych realizacji jest ich niestety nadal sporo – którzy są negatywnie do niego nastawieni lub w ogóle nie wiedzą o jego roli w AA i trzeźwieniu (w głównej mierze dotyczy to „młodych” terapeutów). Pamiętając o tym, że nie mamy patentu na zdrowienie z alkoholizmu i AA oraz Program 12 Kroków nie jest jedynym na to sposobem, warto może jednak pokusić się o stworzenie jakiejś serii warsztatów lub spotkań informacyjnych albo ze strony samych terapeutów, albo we współpracy z AA.
Na terenie konkretnych, lokalnych placówek – mając na uwadze fakt, że takie praktyki, w niektórych poradniach mają miejsce.
Jedną z opcji jest korzystanie z doświadczeń terapeutów, z którymi ta współpraca, jak się wydaje, przynosi najlepsze rezultaty, np. terapeutów z Zakładów Karnych, gdzie już większość nie wyobraża sobie pracy z pacjentami albo naszych Powierników AA nie będących alkoholikami.
Wydaje się również wskazane (możliwe), by w ramach budowania zaufania, poznawania się nawzajem, zapraszać na spotkania grupy terapeutycznej wstępnej członków AA, tak by to oni opowiedzieli o AA, a nie terapeuta.
Asertywnie wymagając dostosowywania się do zasad placówki, ale na zasadzie kontraktu i wypracowania relacji i jasnych sformułowań, a nie „wynoście się”, bo nie mówicie tego, czego oczekuję.
Klarownym przykładem jest wygłaszanie opinii: „terapia jest zła, nieskuteczna”, co jest oczywistym nadużyciem. Nie poważę się na ocenę takich zachowań w kontekście etyki i uczciwości (idę do kogoś do domu i pluję mu w talerz), ale dla wielu z nas – członków AA, wygłaszanie takich opinii jest łamaniem Dziesiątej Tradycji AA: „Anonimowi Alkoholicy nie zajmują stanowiska wobec problemów spoza ich Wspólnoty, ażeby imię AA nie zostało nigdy uwikłane w publiczne polemiki”. (MY nie możemy natomiast zrezygnować [zabronić] dzielenia się doświadczeniem tym, którzy uważają, że w ich drodze terapia nie odegrała większej, skutecznej roli. Pomijając nawet fakt tak oczywisty, jak brak gotowości z ich strony w owym czasie albo brak świadomości tego jaka ta rola faktycznie była.)
7) Jak wiadomo, obecnie w Polsce, szerzy się podejście do Programu 12 Kroków w sposób tzw.: Back to Basics (bazujący na bezpośrednim opisie z Wielkiej Księgi – zwany potocznie „pendolino”), który charakteryzuje się znacznie krótszym czasem pracy na Programie, niż najczęściej spotykany, klasyczny w Polsce sposób, który trwa kilka lat, a i często niekoniecznie wymaga pracy ze sponsorem. W podejściu „Back to Basics” przyjmuje się, że zasadniczo jest to trzy do sześciu miesięcy, choć nie jest to żelazna reguła i kładziony jest nacisk na pewne odmienne aspekty, niż klasyczne zalecenia terapii np. szybkim wyjściem z posłaniem do wciąż cierpiących alkoholików (mówiłem już o tym wcześniej).
Z własnego doświadczenia wiem, że niektórzy terapeuci – i to ci sprzyjający AA, nawet sami będąc alkoholikami – są niechętni temu nurtowi we Wspólnocie. Doświadczyłem tego, gdy, będąc na terapii, usłyszałem głośno i wyraźnie, że Program 12 Kroków jest dobry, natomiast żeby zapomnieć o tym, że Program robi się w rok, oraz że to niepoważne podejście.
W każdym razie chciałem zasugerować – jeśli pojawi się tego typu wątek preferowania przez profesjonalistów określonego sposobu uczestnictwa we Wspólnocie, lub pracy bądź nie przez ich pacjentów na Programie 12 Kroków – aby dążyć do niepopierania, niesugerowania przez terapeutów tak szczegółowych kwestii, jak sposób realizacji Programu. Jest to w mojej ocenie o tyle niebezpieczne, iż dotyczyć to może w szczególności TERAPEUTÓW BĘDĄCYCH JEDNOCZEŚNIE ALKOHOLIKAMI I CZŁONKAMI AA, którzy w ten sposób mogą WYKORZYSTYWAĆ swoją pozycję w instytucjach terapeutycznych do wskazywania preferowanej przez siebie (!!!) wizji Programu i AA.
Czyż takie podejście różni się w sposób znaczący od postawy oponentów (zwolenników szybkiego nurtu?) i jak się ma do obowiązującej nas pierwszej części Tradycji 11?: „Nasze oddziaływanie na zewnątrz opiera się na przyciąganiu, a nie na reklamowaniu”. A konkretnie do szczegółowego aspektu tejże Tradycji, zawartej w pytaniu: „Czy zdarza mi się zachwalać naszą Wspólnotę tak nachalnie i z takim zaślepieniem, że zamiast przyciągać do niej ludzi, zniechęcam ich?”. Ale to, jak sądzę, jest raczej kwestia do omówienia/rozwiązania wewnątrz Wspólnoty.
Oczywiście znów powraca wątek, czy możemy czegokolwiek oczekiwać, żądać? Dodam, że dyskusje na ten temat toczą się również wewnątrz Wspólnoty. Dla mnie to raczej dowód na bogactwo i potwierdzenie, że AA ma szansę trafić do wielu cierpiących alkoholików. Poznawać Wspólnotę i Program samemu, choćby po to, by zrozumieć, że nie jesteśmy konkurencją, rozmawiamy o zupełnie innych płaszczyznach, sponsorowanie to nie terapia, choć głęboko wierzymy, że mamy jeden cel.
Robert AA


MOJE MIEJSCE NA ZIEMI W AA

Redakcja: Jak to się stało, że zostałeś redaktorem biuletynu „Mityng”?
Dario: Zacznę od początku. Przed pełnieniem służby redaktora „Mityngu” byłem kolporterem Regionu. Siedziałem tutaj, w tym PIK-u na dyżurach (przyp. red. – rozmowa z Dario odbyła się w samochodzie pod PIK-iem), praktycznie byłem tu codziennie, i nawet z braku zajęcia, z nudów przeglądałem te wszystkie biuletyny. Najbardziej podobał mi się „Mityng”, jakoś najlepiej do mnie docierał. Nie dlatego, że on jest stąd, z Warszawy, tylko jakoś ci alkoholicy w tym „Mityngu” inaczej pisali, tak bardziej od serca, bardziej prosto, tak jak docierają do mnie wypowiedzi na Mityngu. Zawsze traktowałem ten biuletyn i te wszystkie artykuły jako wypowiedź mityngową. I tak samo jak nikt nie ma prawa ingerować w wypowiedź na mityngu, nikt nie ma prawa wpływać na treść artykułu. I tak to się zaczęło. Pokochałem ten biuletyn. Kończyła się moja służba kolportera. A byłem jedną z osób najbardziej krytykujących poprzednią redaktorkę, bo widziałem, jak ten biuletyn za jej czasów upada. Ktoś mi wówczas powiedział: „Taki jesteś charakterny gość, to zrób to honorowo i pokaż, że się da”. Poczułem się w tym momencie tak jakoś dziwnie, bo rzeczywiście zdałem sobie sprawę, że krytykuję. A służba kolportera nauczyła mnie odpowiedzialności, że to, co robię, jest ważne, bo ktoś mi powierzył majątek Wspólnoty, książki, klucze od PIK-u. Czułem się doceniony, uczyłem się punktualności, przede wszystkim punktualności, zawsze 15 minut przed czasem – taką sobie wyrobiłem zasadę, bo ktoś może przyjść tutaj i czegoś potrzebować. Przede wszystkim bardzo mnie to cieszyło, że ktoś mi zaufał. Pierwszy raz w życiu ktoś mi coś powierzył z pełną odpowiedzialnością i ja to robiłem najlepiej, jak potrafię. Uczyłem się też tutaj, w tym PIK-u, przyjmować krytykę. Wcześniej było dla mnie nie do pomyślenia, żeby ktoś mnie skrytykował, bo ja to mistrz świata we wszystkich dziedzinach, czego się nie dotknę, to zamienia się w złoto – w moim oczywiście chorym mniemaniu o sobie. Prawda jednak okazała się inna, tak do końca jednak nie byłem tym mistrzem świata we wszystkich dziedzinach, bo w tej dziedzinie alkoholizmu okazało się tak, jak w większości przypadków, że jestem
w czarnej d… I tutaj słuchałem rozmów, utarczek, kłótni, awantur, w  których brałem i lubiłem brać udział, no bo znowu gdzieś byłem na pierwszym miejscu. Ale to też mnie uczyło pokory. I uczy mnie do dzisiaj. Znam siebie, a pracując ze sponsorem, przerabiając ten nasz program dostrzegłem swoje wady bardzo dokładnie i zdaję sobie z nich sprawę. Wiem, jaki jestem. Nauczyłem się przepraszać, nauczyłem się też prosić przy służbie kolportera.
R.: W jaki sposób te umiejętności i doświadczenia wykorzystałeś w służbie redaktora „Mityngu”?
D.: Odchodziła poprzednia redaktorka. Biuletyn wówczas zaczął tak wyglądać, że kolporterzy Intergrup brali go tylko dlatego, by sztucznie rozdawać na Intergrupach. A ja, mając dostęp do starszych, archiwalnych biuletynów papierowych (bo do archiwum elektronicznego każdy ma dostęp i może sobie poczytać ), przeglądając je, widziałem, jak ewoulował ten biuletyn. Widziałem kolorowe biuletyny, które robił je jeszcze Marek „Walizka”. Konkurowały wówczas szatą graficzną ze „Zdrojem” i postanowiono wrócić do wersji czarno-białej „Mityngu”, skromniejszej, delikatniejszej. A z racji tego, ze byłem kolporterem i miałem mnóstwo – i mam do dzisiaj – kontaktów z różnymi ludźmi w całej Polsce, wykorzystałem to właśnie w pracy redakcyjnej.
R.: Czyli podjąłeś decyzję, lub, jak to się teraz popularnie mówi – wyzwanie, że zostaniesz redaktorem?
D.: Tak. Honorowo Dario podjął taką decyzję, nie mając zielonego pojęcia o tym.
R.: Nie miałeś nigdy wcześniej do czynienia z pracą redakcji?
D.: Nie miałem do czynienia. Ja, matoł komputerowy totalny, tylko potrafiłem włączyć komputer, facebook’a, jakąś gierkę i to wszystko. Nie mówię o już o pisaniu na klawiaturze itd., bo tylko podstawowe rzeczy umiałem.
R.: Jak więc sobie radziłeś na początku? Bo teraz to wszystko już potrafisz.
D.: Stał się cud. Znalazły się osoby, które powiedziały: „Pomożemy ci, nie zostaniesz sam”. No i zaczęły mi pomagać.
R.: W czym Ci pomagały?
D.: Pomagały mi w nauce podstawowych rzeczy, jak wklejać, jak kopiować, jak przekładać artykuły, edytować, jak pisać na klawiaturze, jak pisać polskie znaki, np. „ż” czy „ź”. Wszystkiego się uczyłem od podstaw. Fajne, bo się tego nauczyłem i dzisiaj to umiem.
Wiedziałem, że poprzedniej redaktorce bardzo brakowało tekstów, bo ludzie nie chcieli pisać. A tu się okazało, że do pierwszego mojego numeru sierpniowego ja mam dwadzieścia parę tekstów, prawie trzydzieści. Porobiłem więc sobie w komputerku takie szufladki „artykuły na potem”.
Tak jak podchodziłem do służby kolportera, obowiązkowo, zawsze na czas, przełożyłem to do pracy redakcyjnej, że zawsze ze swoimi wadami i zaletami, zawsze perfekcyjnie muszę wcześnie towar mieć, towar, czyli teksty do „Mityngu”. Oczywiście nikt nie potrafił tego zrozumieć i chyba do dzisiaj nie rozumie, bo nawet grafik mówił: „Spokojnie, nie panikuj, damy radę”. A ja oczywiście jak zwykle, bo to panikowanie jest jedną z moich wad – panikowałem.
Na samym początku dużą pomoc dostałem od Piotra i od Gośki, to oni mi pokazali, w którym kierunku co ma iść. I cały czas idę w kierunku, który mi podpowiada sumienie, tradycje i te nasze zasady aowskie. I  dobrą obrałem metodę, bo słuchając opowieści o różnych redaktorach, których pycha gubiła (bo chcieli jakieś wiersze, nie wiersze, po swojemu, słuchali swoich kolegów, którzy ich klepali po plecach, a potem ich zostawiali samych), zrozumiałem, że nie tędy droga. Ja też miałem na początku pomysły, że zrobię to i zrobię tamto. Ale szybko dostałem po łapach od czytelników. A bardzo się nastawiłem na ich głos. Pierwszy numer oczywiście był z błędami, bo gdzieś czegoś nie dopatrzyłem. Jak ja to przeżywałem, po nocach sobie włosy z głowy darłem, no bo ja, perfekcjonista, zrobiłem gafę – na pierwszej stronie w tytule literówka! Nikt tego nie zauważył, ale ja powinienem. Brałem osobiście wszystkie błędy całej redakcji na siebie.
R.: Jak sobie z tym radziłeś? Bo z pewnością nie było Ci łatwo.
D.: Potem to troszeczkę wrzuciłem na luz, nauczyłem się pewnych zwrotów, gdy ktoś mnie atakował, a tych naszych atakujących we Wspólnocie jest mnóstwo, zawsze to zwalałem na siebie, mówiąc: „Ja biorę to na klatę, a jak masz ochotę popracować, zapraszam do redakcji”. Momentalnie zamykałem dyskusję i krytykę.
R.: A co było najtrudniejsze przez te dwa lata służby redaktora?
D.: Te dwa lata bardzo szybko minęły. Najtrudniejsze było, gdy w  redakcji podjęliśmy decyzję na koniec 2016 roku, że zrobimy biuletyn specjalny „Zza krat”. Dawniej było zwyczajem, że się ukazywał raz na jakiś czas, a przez kilkanaście lat nie był wydawany. Słyszałem, że cieszył się dużą popularnością w zakładach karnych, to mi opowiadali kolporterzy i poprzedni redaktorzy. Postanowiliśmy więc, że go zrobimy. Okazało się to strzałem w dziesiątkę, bo kolporter, mój następca musiał biuletyn dodrukowywać. „Zza Krat” zostało też wysłane w formie elektronicznej do rzeczników Intergrup, do łączników też został wysłany. Wiem, że do dzisiaj chłopaki i  dziewczyny za murami ten biuletyn czytają.
R.: Dlaczego wspominasz to jako najtrudniejsze?
D.: Trudne było właściwe wyselekcjonowanie artykułów, wybranie esencji spośród dużej ich ilości. Zaczęliśmy wtedy współpracę z  Zespołem ds. Zakładów Karnych, oni wybrali – jeśli dobrze pamiętam – trzydzieści parę artykułów, z których w redakcji musieliśmy wybrać najważniejsze, bo wszystkich nie dało się opublikować, objętość biuletynu na to by nie pozwoliła. I to było trudne też dlatego, że wszystkich się nie uszczęśliwi. Ale podołałem temu, a rozmawiając z przyjaciółmi z Zespołu ds. Zakładów Karnych, z  łącznikami powiedziałem, dlaczego wybraliśmy tak. Mówiłem: „Taka jest decyzja redakcji, my uważamy, że to jest dobre i uwierzcie nam na słowo, zaufajcie”. Bo to zaufanie dla redakcji jest bardzo ważne.
R.: To prawda, że teksty nie są zero-jedynkowe i coś, co się podoba jednemu, wcale nie musi być akceptowane przez kogoś innego.
D.: Chcę jeszcze powiedzieć o jednej rzeczy. Bardzo duży kładłem nacisk na to, by te artykuły były autentyczne. Czasami niektóre były „od czapy”, jak ktoś by powiedział z boku, na pierwszy rzut oka takie nienadające się do „Mityngu”. Ja jednak szanowałem każdego autora. Każdemu autorowi odpisywałem e-mailem lub dzwoniłem, jeśli znałem go osobiście. I to zostało docenione, bo do dzisiaj ludzie mi za to dziękują, że pierwszy raz w historii (a pisali do „Mityngu” wcześniej) mieli cały czas kontakt z redaktorem. To jest bardzo ważne, bo nie można jednoosobowo tego robić i oczekiwać poklasku. „Mityng” tworzą ludzie, redaktor tylko go z redakcją składa w całość, żeby to dobrze wyglądało.
R.: Co się zmieniło w pracy redakcji przez ten „Twój” czas?
D.: W międzyczasie zmieniliśmy drukarnię, pojawił się zawodowy grafik i łamacz. Bo skład i projekt graficzny dotychczas były robione na domowym, amatorskim programie przez jednego z przyjacół z AA. A  stara drukarnia, w której wcześniej był drukowany „Mityng”, przestała istnieć. Więc jeżeli ewoluujemy – a „Mityng” istnieje już 25 lat – i  chcemy funkcjonować zgodnie z prawem prasowym, to w jednej drukarni, z którą współpracuje Biuro Służby Krajowej, w której drukowane są inne nasze biuletyny, między innymi „Zdrój”, „Wyspiarze” i wszystkie nasze aowskie broszurki i ulotki, drukujemy także „Mityng”. Nawiązaliśmy z nimi wspaniały kontakt i do dziś jest on bardzo dobry.
R.: Skąd brałeś artykuły? Nie jest łatwo miesiąc w miesiąc pozyskać kilkanaście tekstów.
D.: Dużo pozyskiwałem od ludzi, z którymi miałem jeszcze kontakt „kolporterski”. Między innymi na dorocznych warsztatach kolporterów. Poznawałem autorów osobiście, zachęcałem podczas rozmów z ludźmi, mówiąc, że artykuł to inna forma wypowiedzi na mityngu, że redakcja poprawia jedynie błędy ortograficzne i stylistyczne, nie ingerując w  treść tekstów. Tak, jak prowadzący na mityngu nie ma prawa przerywać wypowiedzi, chyba że się używa wulgaryzmów lub mówi nie na temat, tak samo ja, jako prowadzący „Mityng”, udzielam głosu. Tak to często w prywatnych rozmowach przekazywałem i ludzie chętnie pisali. I do dzisiaj regularnie i chętnie piszą.
R.: Co dała Ci ta służba?
D.: Przede wszystkim zrozumiałem, że moje trzeźwe życie nie polega tylko na samym byciu w AA. Że tak naprawdę życie toczy się poza AA. A ja tylko tutaj, w AA dostałem te narzędzia, z których staram się korzystać. Ja wiem, że jestem osobą kontrowersyjną, ale największym przykładem jest to, jak jestem traktowany w pracy, w rodzinie, w domu. To są największe profity i ze służby kolportera i teraz – redaktora. Dzięki tej służbie poznałem też, kto jest tak naprawdę moim prawdziwym przyjacielem, a kto tylko mnie klepał po plecach. To jest dla mnie bardzo ważne, bo ja już dzisiaj nie zabiegam o ilość tych „przyjaciół”. Mnie wystarczy jedna lub dwie osoby, które są bliskie mojemu sercu. I to mi w zupełności wystarczy. Kiedyś było tak, że otaczałem się ludźmi, bo chciałem, żeby było koło mnie dużo ludzi, bo ja wtedy gram pierwsze skrzypce. Dzisiaj mi tego nie potrzeba, lubię być w cieniu. Naprawdę cieszę się, że mogę być w cieniu, nie muszę się denerwować. Dzisiaj swoją wdzięczność wyrażam w inny sposób, nie muszę służyć w Radzie Regionu lub na Intergrupie. Będę nadal pomagał alkoholikom tak, jak najlepiej potrafię zawsze. A więc pracując przy biuletynach, niewidoczny, w pieleszach domowych, w  ciszy…
R.: To co teraz przed Tobą?
D.: Teraz pomagam przy redagowaniu „Zdroju”, tworzymy też biuletyn skierowany do Zakładów Karnych „Nadzieja”, w którym jestem redaktorem technicznym. Pracujemy nad numerem zerowym. W ciągu miesiąca biuletyn zostanie udostępniony w formie elektronicznej całej polskiej Wspólnocie, aby się temu przyjrzała. I to jest taki mój malutki sukces, że ktoś zaprosił mnie do tej współpracy, bo widocznie czegoś się nauczyłem przez te dwa lata. Z takiego głąba komputerowego coś wiem.
R.: I masz co dać.
D.: I mam co dać drugiemu alkoholikowi, i będę dawał. Zostaję przy biuletynach. To jest moje miejsce na ziemi w AA. Nie będę mówił „cacuszko”, bo niektórych to słowo boli.
R.: Dario, a czy można powiedzieć, że ten trudny biuletyn „Zza krat”, wydany zimą, stał się ojcem chrzestnym biuletynu „Nadzieja”? Bo pojawił się odzew czytelników pokazujący, jak wielka jest potrzeba takiej publikacji. Okazał się przełożeniem na potrzeby. Ludzie chcą czytać biuletyny o tej tematyce. A wcześniej nie mieliśmy nic takiego.
D.: To znaczy nie mieliśmy takiego biuletynu wcześniej, była jedynie Biblioteczka „Zdroju” i inne pozycje skierowane do chłopaków i  dziewczyny zza krat. Ale gdzieś zauważyłem, że jest duża potrzeba, bo dużo ludzi z tamtej strony przychodzi do Wspólnoty. Jeszcze szlaki przetarł drugi biuletyn, ten, który został zrobiony na 30-lecie współpracy AA z Zakładami Karnymi (uroczysta konferencja z tej okazji odbyła się 18 kwietnia 2017 r. w Popowie – przyp. red.). On mnie też kosztował sporo emocji, bo to był taki numer całkowicie specjalny wydany przez Region.
R.: Też go robiłeś z redakcją?
D.: Tak. Mieliśmy do niego artykuły od przyjaciół z Zespołu ds. Zakładów Karnych, ale kwestia związana z okładką, z grafiką w środku, z działami, to też było dla mnie stresujące. Aczkolwiek ludzie, którzy przy tym od lat pracują, mówili: „Spokojnie Darek, zrobimy, wyluzuj”. A ja to strasznie emocjonalnie przeżywałem. Potem musiałem przepraszać niektóre osoby, bo oczywiście wariowałem po swojemu, ale jestem bardzo dumny, że to fajnie wyszło, bo to też przeciera szlaki do następnej pracy. Mamy zarys tego, nad czym pracujemy teraz. Chcemy, by ten biuletyn „Nadzieja” też był skromny, w czarno-białej szacie graficznej. Chcemy dodać do niego trochę humoru, by tam, gdzie jest smutno, za tym murem, te chłopaki i dziewczyny się czasem uśmiechnęli. Nasz rysownik Romcio narysuje coś takiego wesołego, aby troszeczkę humoru dołożyć. Tam będzie też lista kontaktu pierwszego dla tych, którzy wychodzą, aby znaleźli od razu telefon do przyjaciel w danym miejscu w Polsce, żeby ktoś ich od razu zabrał na mityng. I dużo innych wartościowych informacji. Mam wspaniałą okazję brać w tym udział, no i jestem dumny, że zostałem w redakcji Zdroju, mimo że już nie jestem redaktorem biuletynu „Mityng”. Nasze biuletyny regionalne wszystkie ze sobą teraz współpracują i to jest bardzo fajne, bo gramy do jednej bramki. Naszym głównym celem jest nieść posłanie alkoholikowi, który wciąż jeszcze cierpi. A dokładnie wiem, że mnóstwo alkoholików, nawet tych, którzy nie piją alkoholu i są w abstynencji, wciąż jeszcze cierpią. I poprzez te artykuły, i tę pracę i poprzez przykład, przez wyrażanie swojej wdzięczności mogę to robić. Jestem szczęśliwy, że mogę to robić.
R.: A czego życzysz biuletynowi Mityng na przyszłość?
D.: Następnych dwudziestu pięciu lat. I obecnej redaktorce – powodzenia.
R.: Dziękuję za rozmowę.


GNOJNO 2017

Las, rzeka, cztery kilometry do sklepu, brak prądu, a co najważniejsze – ograniczony zasięg telefonów GSM. To kolejny już, dwudziesty trzeci Zlot Radości Regionu Lublin zorganizowany przez Intergrupę Podlasie. Jestem w tym miejscu po raz drugi. Wróciłem z radością wiedząc, że organizatorzy, jak poprzednim razem, staną na wysokości zadania. Nie mogliśmy się nudzić, bo już od pierwszego dnia było wiele atrakcji. Nie zapomniano o mityngach. Po całym dniu zabawy, rozgrywek sportowych, rozmów towarzyskich mogliśmy spotkać się wieczorem i podzielić swoimi doświadczeniami na drodze trzeźwości. Piosenki przy ognisku do trzeciej nad ranem, a już o czwartej wstawały „ranne ptaszki”. 24h na dobę. Tak się bawiliśmy. Nie przeszkodził nam nawet deszcz, który padał co noc, a mniej zapobiegliwi rano suszyli namioty i materace. Ten odległy od „cywilizacji” rejon i spartańskie warunki przypominały mi miejsca, które odwiedzałem w młodości wtedy, gdy alkohol nie pustoszył mojego życia. Nocna zabawa przeciągnęła się do świtu. Dla aktywnych uczestników Zlotu organizatorzy przewidzieli dyplomy. Na zakończenie uczestnicy podziękowali osobom, które przygotowały nasze spotkanie i przez cały czas Zlotu dbały o porządek, starały się pomagać. Za każdą taką imprezą stoją bezimienni wolontariusze służb, poświęcający dziesiątki godzin na przygotowanie naszego wypoczynku i zabawy. Po naszym wyjeździe muszą jeszcze wszystko posprzątać. Chylę przed Nimi czoła i z głębi serca dziękuję. Na tym zakończę swoja krótką relację na gorąco. Siedzę teraz w domu i przeglądam zdjęcia przyjaciół, których z roku na rok mam coraz więcej. Może inni również zechcą podzielić się na naszej stronie internetowej „Zdroju” swoimi wrażeniami ze Zlotu. Wrócę do Gnojna za rok i zachęcam innych do odwiedzenia tego uroczego miejsca.
Piotr z Redakcji „Zdroju”


WSPOMNIENIA O KAZIU „KLAWISZU”

Od Redakcji: w czerwcu 2017 roku na Wieczny Mityng odszedł Kazio, we Wspólnocie zwany „Klawiszem” lub „Tuptusiem”. Dzięki inicjatywie osób, które go znały, oddajemy cześć jego pamięci w opowieściach kilku przyjaciół. Dziękujemy, że zechcieli się z nami podzielić swoimi wspomnieniami o Kaziu i przybliżyć jego postać tym, którzy nie mieli szczęścia go znać.


Moja znajomość z Kaziem zaczęła się jesienią 1987 roku, kiedy to pierwszy raz przyjechał na mityng więziennej grupy AA „Wytrwałość” w Siedlcach. Jako psychology, a zarazem koordynator ze strony administracji Zakładu Karnego, miałem przyjemność współpracy z nim przez kolejnych kilka lat. Co go wyróżniało jako pioniera niosącego posłanie za murami więzienia?
Po pierwsze, był człowiekiem bardzo zaangażowanym, pracowitym, z poczuciem misji, a zarazem dyscypliny wewnetrznej. Sumiennie przestrzegał ustalonych dat i godzin mityngów. Kontaktowałem się z nim regularnie telefonicznie, aby pomiędzy mityngami przekazać problemy i prośby grupy (w tamtych czasach skazani nie mogli telefonować do rodzin i znajomych).
Po drugie, miał świetną znajomość 12 Kroków i 12 Tradycji AA, co było szczególnie ważne w momentach trudnych dla grupy, lub jej poszczególnych członków (np. podczas podejmowania decyzji), czy w trakcie udziału w planowanej ogólnopolskiej audycji Telewizji Polskiej. Zdecydowanie opowiedział się za poszanowaniem woli każdego skazanego. Z wyjątkiem jednego wycofali się wszyscy, jednak mimo to audycja została nagrana i wyemitowana. Choć na początku byłem innego zdania, po dłuższym czasie przyznałem mu rację.
Po trzecie, Kazio miał swego rodzaju talent do pracy z ludźmi o powikłanych życiorysach, zagubionych, z rozlicznymi kompleksami powstałymi w wyniku wielu doznanych urazów i niepowodzeń. Nazwałbym to podejściem egalitarnym – traktował ich bez poczucia wyższości, podkreślając często, że jego zadaniem jest wyłącznie niesienie posłania za murami, lub inaczej mowiąc, dawanie nadziei, że trzeźwość i godne życie są w zasięgu ich możliwości, pod warunkiem czynnego uczestnictwa w mityngach AA zarówno w więzieniu, jak i po wyjściu na wolność.
Takim go zapamiętałem.

Tadeusz Paciorek
Siedlce, 9.07.2017 r.

-----------------------------------------
KAZIK
Umarł Kazio B. Przez przyjaciół zwany był Honorowym Klawiszem RP…
Był jednym z tych, których spotkałem na swojej drodze 27 lat temu i od którego wiele się nauczyłem. To dzięki Niemu w wielu zakładach karnych i aresztach śledczych ludzie zaczynali trzeźwieć. To On zabrał mnie pierwszy raz na spotkanie grupy MOKOTÓW na Rakowiecką, i do końca działalności tego więzienia bywałem tam w miarę regularnie…
To z Kaziem pojechałem pierwszy raz do ZK w Siedlcach i w Łowiczu.
To z Nim i Antosiem, na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia pojechaliśmy we trójkę na spotkanie z Naczelnikiem ZK Grochów, który po dłuższej rozmowie kazał nas zamknąć w trzech celach z osadzonymi tam kobietami, żebyśmy spróbowali namówić je na udział w mityngach. I kiedy tydzień później, na pierwszy mityng przyszło ponad dwadzieścia dziewczyn, sami byliśmy zdumieni. Tak powstała grupa KAMCZATKA, której uczestnikami byliśmy przez pierwsze kilka lat. Przestaliśmy tam jeździć, kiedy Antoś wyjechał z Warszawy, Kazio podupadł zdecydowanie na zdrowiu, a i ja miałem za dużo obowiązków służbowych. Wtedy zastąpiła nas Marysia i Alek.
Od kiedy Go znałem, zawsze miał kłopoty z nogami, ale na tych swoich schorowanych nogach „tuptał” od więzienia do więzienia, jak Polska długa i szeroka, i przekonywał naczelników, „że warto pomagać…”. Później wielu ludzi, którym On pomógł, kontynuowało Jego misję, i dlatego dziś w większości tych zakładów ludzie naprawdę trzeźwieją.
To On na początku naszej znajomości wyprowadzał mnie z równowagi, kiedy co tydzień powtarzał taki tekst: „…mam na imię Kazimierz, jestem alkoholikiem i mam dziś pogodę ducha, bo obudziłem się bez kaca!!!”. Przestałem się denerwować, kiedy zrozumiałem sam, jakie to jest dobrodziejstwo…
I to On tłumaczył mi cierpliwie, kiedy szlag mnie trafiał, bo w zimowy wieczór autobus długo nie nadjeżdżał: „…pamiętaj, że żebyś się nie wiem jak wściekał, to ten autobus przyjedzie wtedy, kiedy ma przyjechać!!!”.
Jego ulubionym powiedzeniem było to, że: „…nie ma pośpiesznej windy do trzeźwości…”.
Kazio umarł, ale wiem, że Jego misja będzie kontynuowana, bo znalazł wielu następców.
Dziękuję Ci Kaziu za wszystko, za cierpliwość, za przyjaźń i za wiele rzeczy, o których nie chcę tutaj pisać. Teraz jest dla Ciebie czas odpoczynku.
Śpij spokojnie, my idziemy dalej…
Krzysztof, zwany Napoleonem

--------------------------------------
W roku 1993 przebywałem w ZK Warszawa Mokotów na Oddziale Atlantis. Był to drugi, po ZK Służewiec, oddział terapeutyczny dla recydywistów w polskich więzieniach.
W soboty, jeśli przyszedł ktoś z zewnątrz, odbywały się mityngi AA.
Wśród ludzi przychodzących z wolności przychodził Kazio „Tuptuś”.
Był to człowiek już niemłody, który miał problemy z chodzeniem, dlatego zwali Go „Tuptuś”.
Zacząłem uczęszczać na mityngi, bo byłem ciekaw, co ci trzeźwiejący alkoholicy robią, że nie sięgają po alkohol. Nie bardzo im wierzyłem, myślałem, że to jacyś przebierańcy, że dostają pieniądze, żeby nam, biedaczkom, mieszać w głowach.
Kazio używał bardzo często zwrotów, które nie bardzo rozumiałem, np.: „Cieszę się, że dziś wstałem bez kaca”. Mówił, że Wspólnota AA to zbiór różnych ludzi, że do AA nie trafił nikt święty, że nie ma złych ludzi, są tylko złe uczynki. Było to dla mnie coś nowego, coś, co zaczęło mi się podobać.
Uczęszczałem na każdy mityng, a nawet nie mogłem się doczekać soboty.
Pamiętam, jak Kazio mówił do nas: „Każdy stąd kiedyś wyjdzie i na Rakowieckiej za bramą, jeżeli skręcę w lewo jest knajpa, a jak skręcę w prawo i pójdę kawałek dalej, jest mityng AA. Wybór należy zawsze do Ciebie”.
Wiele słów i wypowiedzi Kazia pamiętam do dziś, ale kiedy wychodziłem z Rakowieckiej, skręciłem w lewo.
Przez pięć koszmarnych lat byłem jeszcze na trzech odwykach i kilku detoksach.
Bardzo wiele razy myślałem o tym, co słyszałem od Kazia, że są miejsca i są ludzie, którzy mi pomogą, jeśli się do nich zwrócę, że z AA nikt nie ma prawa mnie wyrzucić i że zawsze można tu wrócić.
Dziesięć lat później uczęszczałem na Intergrupę Wars jako mandatariusz. Podczas sprawozdań łączników okazało się, że do Zakładów Karnych – łącznika brak. Zaczęło mnie to uwierać. Trzy miesiące zmagałem się sam ze sobą. Zadzwoniłem do Kazia i zapytałem, czy mnie wpisze na listę uczęszczających do ZK Mokotów.
Po dwóch tygodniach byłem na mityngu, wprowadzał mnie Kazio. Pamiętam, jak mi powiedział: „Darek, mityng rozpoczyna się o 14.00 na górze, my spotykamy się o 13.15 pod bramą, wchodzimy o 13.30”.
Była to dla mnie lekcja odpowiedzialności. Od tamtej pory przez czternaście lat ani razu nie spóźniłem się na mityngi w ZK.
Z przyjacielem Kaziem byłem wspólnie tylko na trzech mityngach. Kazik miał problem z chodzeniem. Kiedy szliśmy po schodach, nie chciał, żebym mu pomagał. Mówił, że na mityng każdy musi iść sam, nikogo się nie niesie i nie popycha. Wkrótce Kazik przestał uczęszczać ma mityngi do ZK. Ja natomiast chodziłem regularnie i podjąłem służbę łącznika z Intergrupą Wars.
Z Kazikiem miałem kontakt telefoniczny i odwiedzałem Go w domu. Przynosiłem Mu literaturę AA, o którą się zawsze upominał. Bardzo się interesował tym, co się dzieje we Wspólnocie i ukochanych zakładach karnych.
Wiele razy opowiadał mi, jak było na początku, trzydzieści lat temu, kiedy powstały pierwsze grupy AA w Zakładach Karnych i Aresztach Śledczych. Interesował się również sprawami bieżącymi.
Na miesiąc przed śmiercią Kazia, w czasie moich odwiedzin u Niego, zapytał: „Darek, co z oddzieleniem Zakładów Karnych od Komisji Informacji Publicznej?”. Odpowiedziałem, że trwają rozmowy.
Dziś wiem, że nie ma żadnych rozmów, że co poniektórzy służebni myślą, że są mądrzejsi od radia, że moje dwa wnioski zostały zamiecione pod dywan, że są inne pomysły, że to, co w miarę dobrze działa, tj. niesienie posłania AA do ZK i AŚ, trzeba zepsuć.
Dziś, po dwudziestu czterech latach od momentu, kiedy poznałem Kazia, myślę, że to nie był zwykły przypadek, to nasze spotkanie. To Siła Wyższa postawiła Kazia na mojej drodze, żebym kontynuował to, co On zaczął.Za wszystko, co zrobił, za Jego zaangażowanie, za wysiłki i pracę, którą włożył w niesienie posłania do ZK, zachowam Go na zawsze w pamięci.
Żegnaj, Przyjacielu!
Wspominał Darek Wdzięczny

----------------------------------
Kazia „Klawisza” poznałam na przełomie lat 2000/2001 dzięki służeniu Wspólnocie.
W tamtym czasie Zespoły Finansowy i ds. Zakładów Karnych spotykały się razem.
Ja przychodziłam na Zespół Finansowy, ale zostawałam na Zakładach Karnych i tam miałam okazję poznać Kazia.
Był dla mnie wzorem służebnego. Zawsze skromny, cichy i niemówiący: „co to ja nie robię dla Wspólnoty". Kazio po prostu działał. Troszczył się o zakłady karne, o ludzi odbywających w nich karę i niesienie tam posłania.
W tamtym czasie ja również chodziłam już na mityng do zakładu karnego. To właśnie Kazio utwierdził we mnie potrzebę niesienia tam posłania. Zaczęłam inaczej patrzeć na osoby tam osadzone. Zrozumiałam, że to, że ja nie siedziałam, to miałam szczęście.
Chcę zachować w pamięci Kazia jako przykład osoby spełniającej
z oddaniem i pokorą swoją służbę.
Do zobaczenia na Wiecznym Mityngu!
Grażyna AA