MITYNG 09/243/2017

DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO



MOŻNA UPAŚĆ, ALE MOŻNA SIĘ I PODNIEŚĆ

Przykład czy wykład? Nie wiem. Może ja jakiś niemiarodajny jestem, bo nigdy nie lubiłem wykładów. Nudziłem się, rysowałem coś bez sensu lub robiłem sobie „skrócone” notatki, z których nie byłem później w stanie nic sensownego zrozumieć. Dlatego moja automatyczna odpowiedź „oczywiście, że przykład” jest niejako instynktowna. Poza tym to ja się jakoś z trudem uczę. Jak coś przerobię na sobie, to i owszem, pamiętam, czasem zrozumiem. Wobec tego przerobiłem na sobie oto coś takiego: wyedukowałem się, bo przeszedłem terapię. Stałem się „wyleczonym” alkoholikiem, który nie pił prawie 10 lat, przeszedł w tym czasie przez bardzo trudne przeżycia osobiste i wobec tego był jak ten spiż. „Nie napiję się” – mówiłem – „choćby nie wiem, co się działo”. W tamtym czasie uważałem, że ktoś, kto przeszedł terapię i wie, na czym polega choroba, musi być kompletnym wariatem, aby sięgać po alkohol. Przecież nic to nie daje i tylko zamiast problemu, który miało to niby rozwiązać, ma się dodatkowo kolejne problemy, i do tego kaca. To było tak oczywiste, że zadawanie się z kimś tak głupim, kto znowu wpadł, nie miało dla mnie sensu, było stratą czasu i dawaniem komuś czegoś, na co nie zasługuje. Dlatego, gdy spotkałem na ulicy znanego mi alkoholika, który przechodził ze mną terapię, był interesującym, sympatycznym człowiekiem, ale fatalnie wyglądał, nie wahałem się ani chwili. Popatrzył na mnie – jak sądzę obecnie – z rozpaczą i powiedział: „wiesz, ja teraz znowu piję”. Spojrzałem ze wzgardą i rzuciłem odwracając się: „to widać”. Było to lata temu. Więcej nigdy, nigdzie Go nie widziałem i o nim nie słyszałem. Nie wiem, czy żyje. A jeśli tak, to tą drogą mogę teraz przekazać jemu (albo tylko sobie), że strasznie mi przykro, iż nie niosłem wówczas posłania alkoholikowi, który wciąż jeszcze cierpiał. Podobnie rzecz się miała z sytuacją, gdy po obiektywnie trudnych przeżyciach jeden z przyjaciół, uczestnik „domowej grupy wsparcia” zaczął w tajemnicy wspierać się dodatkowo alkoholem. Przychodził i rozmawiał z nami, ale coraz bardziej jakiś nieobecny. Dlaczego, przekonaliśmy się po jego pierwszej, nieudanej próbie samobójczej. Jako jedyny z naszej małej grupki odmówiłem wspólnej wizyty na Nowowiejskiej. Po co niby? On był dla mnie już po tej drugiej stronie – zdrajca, który umówił się ze mną, że jesteśmy „zdrowi” i nie pijemy. Nie miałem i nie dałem sobie szansy na to, aby zobaczyć Go kiedykolwiek później. Dane mi było jedynie rozmawiać z wdową po nim o długach, od których uciekł na zawsze. Tymczasem życie przyniosło mi zestaw przeżyć, których nie umiałem udźwignąć i najwyraźniej nie byłem dosyć „zdrowy” i „wyleczony”, aby nie uciekać przed tymi problemami w chwilową zmianę świadomości. Chwilową, a potem już ciągłą, bo choroba rozwijała się we mnie w czasie, gdy praktycznie nic ze sobą nie robiłem, oprócz tego oczywiście, że dzielnie „mimo wszystko” nie piłem. No i znalazłem się po tej stronie, na której z pogardą widziałem opisanych wyżej dwóch przyjaciół. Dosyć szybko przeszedłem wcześniej osiągnięty poziom i nie bardzo mogłem już chełpić się, że czegoś tam jeszcze nie doświadczyłem. Już nie słuchałem na wykładach, co się może dziać i jakie są te kolejne fazy, tylko je osobiście przerabiałem. Nie zmieniło się może to, że nadal gardziłem tymi, którzy po terapii i pomimo niej wrócili do picia. Zatem i sobą także. Stopniowo moim jedynym, a na pewno jedynym mile widzianym towarzyszem każdego wieczoru była butelka. Oczywiście symboliczna butelka, bo jedna szybko przestała starczać. I fizycznie i mentalnie byłem bardzo blisko udania się w ślad za przyjaciółmi, dla których wcześniej nie było we mnie współczucia. Sam tego nie oczekiwałem i nie umiałem poprosić o pomoc. Jak to się stało i dlaczego ostatecznie pomoc przyjąłem, tego nawet nie dociekałem. W pewną niedzielę w południe nagle zadzwonił do mnie LM. Mam nadzieję, że nie odbiegam od zasady dzielenia się tylko własnym doświadczeniem i nie pisania o innych. W tym przypadku jednak nie potrafię. LM znałem od czasów terapii. Wiedziałem, jak czasem u niego bywało „pod górkę” i przez ostatnich ileś tam lat nie miałem z nim żadnego kontaktu. Skąd miał telefon do mnie, nie wnikam. Dość, że popytał, co u mnie, wyraził swój niepokój i deklarację pomocy. „E tam, ja sam. Bo pomogę sobie sam, jak będę chciał, ale nie chcę” – wyrwało mi się już naprawdę przez zaciśnięte gardło – „nie chcę, bo nie zasługuję”. Na szczęście usłyszałem odpowiedź, której potem uczepiłem się jak koła ratunkowego: „można upaść, ale można się i podnieść”. Podjąłem drugą próbę w moim życiu. Od sześciu lat znowu jestem trzeźwy. Tym razem chodzę na mitingi, udzielam się, pracuję w służbach. Nauczyłem się na własnym przykładzie sporo, w tym – oczywiście – pokory. Tamtego dnia dostałem fajny przykład od Ciebie, LM, za co Ci będę (przynajmniej dopóki jestem trzeźwy) wdzięczny do końca życia.
Przykład, stanowczo przykład, lecz nie na zasadzie teoretycznych rozważań, tylko dzięki doświadczeniu.
Arek


SPOSÓB NA TRZEŹWE, SZCZĘŚLIWE ŻYCIE

Każdy ma swoją drogę do trzeźwego życia. Dla jednych jest to terapia, mityngi, program 12 kroków AA. Dla innych terapia indywidualna i różne spotkania aowskie. Ważne, aby to komuś pomagało i aby był trzeźwy. Ja napiszę, co mi pomogło, aby zatrzymać chorobę alkoholową, odbudować to, co zniszczyłem i co robię do dziś, aby cieszyć się życiem. Trzeźwym życiem, prawdziwym, a nie oszukanym i zniekształconym przez alkohol. Może ktoś skorzysta z tego, co napisałem i może będzie chciał wprowadzić w swoje życie. Moja historia jest pewnie podobna do wielu innych. Nie będę pisał, jak trafiłem na odział odwykowy, bo to nie ma sensu. Wiadomo, jakbym nie był uzależniony, nie trafiłbym tam. Moja droga trzeźwości zaczęła się od terapii zamkniętej, później była dwuletnia terapia poszpitalna, a następnie jeszcze roczna terapia pogłębiona. W miedzy czasie od początku uczęszczałem na mityngi. Terapia dała mi wiedzę na temat choroby alkoholowej i narzędzia, jak sobie z nią radzić. Mityngi pozwalały mi na zobaczenia i usłyszenie, że nie jestem sam i że osoby, które się wypowiadały o swoich doświadczeniach, często mówiły o moim życiu. Uczęszczałem także na różnego rodzaju warsztaty, na przykład „Jak radzić sobie ze złością czy stresem”, uczyłem się, w jaki sposób asertywnie odmawiać picia i jak stawiać granice, nie krzywdząc nikogo, ale dbając o siebie. Bardzo sobie wziąłem do serca zalecenia skierowane do trzeźwiejących alkoholików. Nie mam w domu alkoholu, u mnie się nie pije. Nie kupuję, nie daję i nie przyjmuję alkoholu. Omijam imprezy, gdzie leje się alkohol. Jak już jestem na takiej imprezie, jak urodziny rodziców, wychodzę po obiedzie, aby nie patrzeć, jak ktoś pije obok mnie i aby w konsekwencji nie narażać się na głód alkoholowy. Ale najważniejszym punktem w moim trzeźwieniu jest Program 12 kroków AA oraz drugi alkoholik. Nie mogę zapomnieć też o wsparciu, jakie dostaję od żony i rodziny. Wracając do Programu, to miał być to program na „niepicie”, a okazał się programem na nowe życie. Nowe – bez gorzały, kacy i poczucia winny. Realizując program uczę się nowego życia, uczę się czegoś, o czym nie miałem pojęcia. Podczas realizacji programu, który „przerabiałem” razem z dwójką moich przyjaciół, odkryłem na nowo, co to jest modlitwa. Że jest Ktoś, kto przez całe moje pijane i niebezpieczne życie był przy mnie każdego dnia, kto pomógł mi nie zginąć, chociaż były okazje. Dziś rano, czytając codzienne medytacje, dziękuję Bogu za to, że jestem trzeźwy, że mam rodzinę, że jestem kochany i mogę kogoś kochać. Na terapii uczono mnie, abym stworzył sobie siatkę wsparcia. Do tej pory utrzymuję kontakt z kolegą, z którym byłem razem na oddziale, chociaż minęło już kilka lat. Mając wsparcie drugiego alkoholika, łatwiej jest radzić sobie z problemami. Mam znajomych, z którymi jeżdżę na różnego rodzaju wyjazdy. Stare towarzystwo przestało istnieć, ale pojawiło się nowe – trzeźwe, z którym potrafię się bawić i śmiać bez alkoholu. Przeżywam chwile piękne, ale też i ciężkie. Wiem wtedy, że nie jestem sam i mogę liczyć na ich pomoc, tak samo, jak mogę liczyć na moich bliskich. Każdego dnia poświęcam chwilę, aby zadbać o siebie i swoją trzeźwość. Rozwijam się, nie stoję w miejscu. Chcę poznawać życie, nowe życie, cieszyć się nim i korzystać tak, jak do tej pory tego nie robiłem, pamiętając, kim jestem. Jestem alkoholikiem, który uśpił chorobę alkoholową i wiem, że aby tak było dalej, przestrzegam zaleceń dla trzeźwiejących alkoholików, chodzę na mityngi i realizuję Program 12 Kroków. Nie ważne, czy się nie pije dzień, tydzień, miesiąc czy lata. Ta choroba jest ze mną każdego dnia do końca mojego życia, więc póki będę przestrzegał tego wszystko, co napisałem wyżej, mam sposób na trzeźwe, szczęśliwe życie.

Marcin AA


PRZYKŁAD CZY WYKŁAD? A MOŻE JEDNO I DRUGIE?

Kiedy przeczytałem temat wrześniowego mityngu, wydawał mi on się prosty. Jasne, że przykład, nie lubimy wykładów. Koniec, kropka. Jednak od przeczytania tematu do napisania czegoś minęło trochę czasu i przyszło zastanowienie: „Jak to jest z tym wykładem?”. Sięgnąłem do słownika języka polskiego i wyczytałem: „Wykład to dłuższa, zaplanowana wypowiedź, służąca przekazaniu słuchaczom wiedzy na dany temat”. Zatem czy spikerka, której słucham (zwłaszcza, gdy coraz modniejsze są teraz spikerki z określonym wcześniej tematem), nie jest w pewnym sensie wykładem? Jestem otwartym człowiekiem, więc nie będę się czepiał słówek. Jakby tego nie nazwał, ma to służyć drugiemu człowiekowi w jego rozwoju. Tylko przypomniałem sobie siebie samego z wcześniejszego okresu trzeźwienia, kiedy na mityngach emanowałem spokojem i tak cudownie się tam czułem, mówiłem o tym i nawet wskazywałem, co przyniosło u mnie taki efekt. Jednak po wyjściu z mityngu i powrocie do domu zmieniałem się. Stawałem się agresywny, złośliwy i buńczuczny. Jeszcze gorzej było w pracy, gdzie – jako przełożony – wyżywałem się na pracownikach. Nie potrafiłem tego zmienić, a moje niestabilne samopoczucie: na mityngu fajnie, po mityngu już nie, zaczęło mi na tyle przeszkadzać, że głośno o tym powiedziałem. Wtedy usłyszałem, że te zasady, o których mówimy we Wspólnocie, trzeba stosować we wszystkich naszych poczynaniach. Poprosiłem drugiego człowieka o pomoc, przepracowałem cały Program AA ze sponsorem i zrozumiałem, o co chodzi. Teraz stosuję te zasady zarówno na mityngu, jak też w domu, czy w pracy. Nie ma wyjątków. Chcąc być dokładnym, znów sięgnąłem do słownika sprawdzić, co znaczy słowo „przykład”. Z wielu wyjaśnień przypadło mi do gustu takie: „Osoba będąca lub mogąca być wzorem do naśladowania”. To do mnie trafia, to ułatwia zrozumienie wiodącego tematu. Bez właściwego przykładu, bez dowodów na przedstawione fakty, żaden wykład, żadna spikerka nie odniesie zamierzonego celu. Mogę trajkotać na każdy temat, mogę się wymądrzać, wyłuszczając wszystko logicznie i jasno, ale jeśli nie jest to poparte moim zachowaniem w życiu codziennym, to znaczy, że po prostu oszukuję ludzi, chcę zaistnieć, popisać się, być ważnym. W moim przypadku (typowego alkoholika) czy to na spikerce, czy w zwykłej wypowiedzi muszę się kierować przede wszystkim uczciwością i prawdomównością. Łatwo mi wejść w rolę wykładowcy, najmądrzejszego z mądrych, zacząć moralizować i naginać rzeczywistość. Dlatego dla mnie wszelkie wykłady, czy to na spikerce, czy na warsztatach, czy na mityngu bywają niebezpieczne. Spychają mnie z obranej drogi i zamiast świecić przykładem, świecę arogancją i pychą. Przykład z życia, doświadczenie poparte faktami i postawa w życiu codziennym to są elementy, o których mogę mówić. A jeszcze lepiej, kiedy ludzie obserwujący moje codzienne życie pytają: „Jak to zrobiłeś? Ja też tak chcę!”.Na koniec trafił mi się świetnie obrazujący temat cytat z książki „Jak to widzi Bill”: Pewnego bardzo upartego kandydata do Wspólnoty zabrano na jego pierwszy mityng AA, na którym dwóch mówców (czy raczej wykładowców) wypowiadało się na temat „Boga, jakkolwiek Go pojmujemy”. Ich wystąpienia emanowały arogancją. Prawdę mówiąc, ostatni mądrala bezdyskusyjnie zalał słuchaczy swymi przekonaniami religijnymi. Obydwaj powtórzyli moje własne zachowania sprzed lat. Każde wypowiedziane przez nich słowo było podszyte jedną myślą: „Ludzie słuchajcie nas! Tylko nasza wersja AA jest prawdziwa – i lepiej się do nas przyłączcie!”. Kandydat do Wspólnoty całkiem się zniechęcił. Jego opiekun protestował, zapewniając, że AA wcale tak nie wygląda. Niestety, było już za późno; kandydat nikomu nie pozwolił się do siebie zbliżyć”.*
*„Jak to widzi Bill” str. 199, przełożono z angielskiego i wydano za zgodą Służby Światowej Anonimowych Alkoholików.


INSTRUKCJA ŻYCIA

Pierwsze moje mityngi AA i zajęcia terapeutyczne miały miejsce pod koniec lat 90-tych. Uczestniczenie w nich przeplatałem okresami picia – w miarę upływu czasu coraz częstszymi i dłuższymi ciągami. W okresach abstynencji, na mityngi i zajęcia terapeutyczne przychodziłem nie, dlatego, że chciałem zmieniać siebie i swoje życie, czyli trzeźwieć, lecz w celu uzyskania potwierdzenia, że ja nie jestem alkoholikiem. I takie potwierdzenie uzyskiwałem, słuchając wypowiedzi innych. A to dlatego, że ja, w przeciwieństwie do innych, nie piłem w parku czy bramie, lecz w domu albo barze. Nie poniosłem też (wtedy jeszcze nie) takich konsekwencji swojego picia, o jakich słyszałem od innych. Podawane przez innych alkoholików przykłady z ich życia nie trafiały do mnie, ponieważ uważałem, że jestem inny. Podobnie odbierałem wypowiedzi spikera na mityngach spikerskich. Oni może i są alkoholikami, ale ja nie. Alkohol nie przeszkadza mi w normalnym funkcjonowaniu. Okazało się, że do czasu. Tzn. przeszkadzał mi od czasu, gdy zacząłem pić w sposób uzależniony, tylko ja tego nie dostrzegałem. Podobnie nie widziałem konsekwencji mojego picia. Mieli rację ci, którzy powiedzieli mi: „wszystko przed Tobą”, gdy podzieliłem się z nimi moimi ówczesnym odczuciami. Rozmowy indywidualne z innymi alkoholikami, prowadzone na gruncie towarzyskim, traktowałem jako typowe „prawienie kazań”. Czasami polemizowałem z nimi, czasami ograniczałem się do wysłuchania, a myślałem swoje. Poza tym moje ówczesne przekonanie sprowadzało się do tego, że albo ktoś chce pić albo nie i nie ma sensu rozprawiać o tym przez dwie godziny, na dodatek przez wiele miesięcy. Podobny stosunek miałem do zajęć terapeutycznych w różnej formie, w tym także do klasycznych wykładów czy prelekcji. Ich tematy były rozmaite, dotyczące nie tylko samego picia i mechanizmów nim rządzącym, ale też wielu dziedzin psychologii. Mój pogląd był taki: „to dotyczy innych, ale nie mnie”. Byłem na kilku terapiach. Żadnej nie skończyłem. Wreszcie nadszedł moment, gdy zacząłem już dostrzegać, że nie radzę sobie z alkoholem. Zacząłem więc szukać pomocy w zaprzestaniu picia, ale przy zachowaniu mojego dotychczasowego, egoistycznego sposobu życia, którego nie chciałem zmieniać. Nadal uważając, że egoizm, egocentryzm, uważanie się za pępek świata, bezwzględność i dążenie do swoich celów „po trupach” (czyli kosztem innych) to właściwa droga życiowa. Oczekiwałem więc pomocy w zachowaniu abstynencji, a nie w trzeźwieniu. A przecież było to niemożliwe. Dlatego zderzenie moich oczekiwań z tym, co wynikało z mityngów i zajęć terapeutycznych było twarde, bolesne i przynosiło same rozczarowania. Nie chciałem zmieniać siebie. Dlatego też wracałem do picia. Minęło kilka pijanych lat, gdy wreszcie zrozumiałem, że wypowiedzi innych alkoholików i zawarte w nich osobiste doświadczenia mówią prawdę także o mnie. To były nie tylko konkretne przykłady, lecz także edukacja, choć nie w formie wykładu. Typowe wykłady czy warsztaty terapeutyczne również zacząłem inaczej traktować. Dzięki nim zacząłem rozpoznawać uczucia, emocje, poznawać istotę wartości takich jak: miłość, przyjaźń, odpowiedzialność, uczciwość, empatia i wiele innych. Wcześniej te określenia znałem jedynie ze słyszenia, ale nie kierowałem się nimi w codziennym życiu. Ta wiedza często była popierana konkretnymi przykładami, gdy wykładowcą był terapeuta alkoholik. Reasumując: przykłady dotyczące pijanego życia oraz okresu trzeźwienia dla mnie również są cennym wykładem. Dlatego chętnie słucham innych na mityngach i sam również staram się coś przekazać. Być może inni alkoholicy z tego skorzystają. Na zakończenie podzielę się pewnym porównaniem, które właśnie mi się nasunęło: szkolenia, kursy zawodowe (część z nich kończy się egzaminem) służą podnoszeniu kwalifikacji zawodowych, czyli podnoszeniu mojej wartości jako pracownika. Mityngi i inne zajęcia, na przykład warsztaty terapeutyczne to również szkolenia podnoszące moją wartość jako człowieka. A egzamin zdaję każdego dnia, w codziennym życiu.
Pozdrawiam
Wojtek AA
Warszawa


A JA CHCĘ ŻYĆ!!!

Chcę podzielić się sytuacją, która wydarzyła mnie pierwszy raz, odkąd jestem w AA (a jestem już trochę czasu). Była niedziela rano. Zwykle, jeśli idę w tym dniu na mityng, to zupełnie w innym kierunku i na inną grupę.Tym razem, na skutek nieprzewidzianych okoliczności, postanowiłam iść gdzie indziej. Na ten mityng wybrałam się pierwszy raz.Po drodze, na ławce pod dworcem spotkałam „chorego”, który chciał, żebym mu dała 2 złote. Odpowiedziałam mu, że ja też kiedyś piłam i gdybym piła nadal, to też bym tu siedziała żebrząc o 2 złote. Zadałam mu pytanie, czy chce pić czy żyć? Na to on zapytał mnie, co ja robię, że nie piję. „Chodzę do ludzi, co mi w tym pomagają” – ja na to. I o dziwo, ten człowiek powiedział, że ze mną pójdzie.I poszedł ze mną, przesiedział cały mityng, a w czasie przerwy i po mityngu zajęli się nim koledzy. Nowy przyjaciel dziękował mi, że go nie odrzuciłam i pozwoliłam ze sobą iść. Mnie nie ma za co dziękować, bo ja tylko mu powiedziałam parę słów o sobie, taka moja rola. Mnie też ktoś kiedyś powiedział, co mam robić i gdzie mam iść (a byłam wtedy „pod wpływem"), chciał ze mną rozmawiać i również mnie nie odrzucił. Jeszcze raz się przekonałam, że nic się nie dzieje bez powodu. Mnie tam dzisiaj miało nie być, a jednak byłam. Widocznie po coś miałam tam być. Moja Siła Wyższa za mnie działa, ale ja też muszę działać. Przecież jak ja napiję się nawet 25 gram, to zaraz wracam na ławkę po 2 złote. A ja chcę żyć!!!
 alkoholiczka



Historia osobista
W POSZUKIWANIU… ULGI

Mam na imię Tadeusz i jestem alkoholikiem. Urodziłem się prawie pół wieku temu w małym miasteczku na wschodzie Polski. Dom jak dom, taki sam, jak wiele innych i dzieciństwo także zwyczajne. Może nie idealne, ale też nie najgorsze. Rozwiedzeni rodzice, przyzwoici dziadkowie, alkohol tylko z okazji rodzinnych uroczystości.. Ale coś było nie tak… nie z domem, nie z ludźmi, którzy mnie otaczali, ale… ze mną. Jakieś wrażenie, że nie bardzo pasuję do tego domu, szkoły, do tego miasteczka. Tak jakbym urodził się nie na tej planecie, na której powinienem. Życie, nawet w dzieciństwie, z tym ciągłym myśleniem o sobie, o tym, jak mnie widzą, co o mnie myślą i uczucie niedopasowania do realnego świata. Ucieczka w książki, fantazje i marzenia. Pewnie typowe dla wielu dzieciaków, mnie jednak pozostało na lata. Dzisiaj wiem, że towarzyszyły temu uczucia lęku, wstydu, poczucia winy (często bez żadnego konkretnego powodu). Stan, który –jak wiele lat później przeczytałem w Wielkiej Księdze – dr Silkworth nazwał stanem niepokoju, rozgniewania i rozgoryczenia. I życie moje, jako dziecka, skoncentrowane było na poszukiwaniu uczucia ulgi. Szukajcie, a znajdziecie, mówi ludowa mądrość. I znalazłem. W wieku lat siedemnastu. Nigdy nie zapomnę tego uczucia i stanu, w którym się znalazłem po wypiciu pierwszych łyków taniego wina, gdzieś w jakimś sadku. ULGA… to było wspaniałe uczucie. I chciałem pić więcej, od razu zakochałem się, może nie w alkoholu i w jego smaku (czasami był ohydny), ale w stanie, który powodował. Zdawało mi się wtedy, że znalazłem swoje miejsce na ziemi. To uczucie wyobcowania znikało jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. To była już ta planeta. Bardzo szybko picie alkoholu stało się najważniejszą czynnością mojego życia. Starałem się to ukrywać, czasami racjonalizować i usprawiedliwiać. Ale byłem w stanie zrobić wszystko, by się napić. Dość szybko zacząłem przekraczać granice dobrego wychowania, zasad moralnych i przekonań, których tak byłem pewien. Szybko zacząłem akceptować rzeczy i zachowania, które w teorii były dla mnie nieakceptowalne. Kłamstwa, drobne kradzieże pieniędzy z portmonetki mojej mamy. Liczyło się tylko jedno. ULGA. Moje picie dość szybko zmieniło i zweryfikowało moje plany życiowe. Degradacja środowiskowa (by pić alkohol, byłem w stanie pójść do ludzi, którymi gardziłem), utrata zainteresowań, kłopoty w kolejnych szkołach… Zmiany środowiska. Wyjazdy do innych miejsc. Z czasem i do innych krajów. Listę można by ciągnąć i ciągnąć. Picie alkoholu zmienia plany życiowe. Tak było w moim przypadku. Dość szybko zorientowałem się, że coś z moim piciem jest nie tak. Świadczyły o tym planowane okresy abstynencji… Z powodu… albo i bez powodu. Postanowienia i przysięgi. To nic innego, jak próby kontrolowania swojego picia. Podejmowane przeze mnie przez lata niezliczoną ilość razy. Próby udowodnienia sobie i innym tego, czego udowodnić się nie da. Najgorsze w tym wszystkim było to, iż nie potrafiłem nigdy przyznać się do kłopotów i do tego, że nie radzę sobie z życiem. Przyznać się i poprosić o pomoc. Po prostu. Zrobić to, co robią inni ludzie wtedy, gdy są w kłopotach – szukają pomocy i z niej korzystają. Dwadzieścia jeden lat temu trafiłem do Wspólnoty AA, choć właściwiej chyba byłoby napisać, że wpadłem tylko na chwilę. Po pomoc, ale nie potrafiłem uczciwie przyznać się do tego, co mi naprawdę dolega. Moje picie alkoholu było tylko czubkiem góry lodowej… pod powierzchnię wody nie chciałem i na tamten czas nie byłem w stanie nawet zajrzeć. Dlaczego? Bo musiałbym przyznać się do porażki, do tego, że nie radzę sobie sam ze swoim własnym życiem. Cena, którą przyszło mi za taką postawę zapłacić, była wysoka. Wymyśliłem sobie na przykład, że się ożenię i że sam ten fakt spowoduje, że to szaleństwo się skończy. Myślałem wtedy, że się ustatkuję, będę dobrym mężem, ojcem, odpowiedzialną głową rodziny. Zupełne oderwanie od realnego świata, rzeczywistości. Wiele lat później odkryłem, że jest to jedna z podstawowych cech szaleństwa zwanego chorobą alkoholową. Znane ogólnie pojęcie szaleństwa, to robienie w kółko tych samych rzeczy, powtarzanie tych samych błędów, z nadzieją uzyskania innych rezultatów. Do czasu mojego małżeństwa głównie ja ponosiłem konsekwencje swojego pijaństwa i sposobu życia. Krzywdziłem innych, traciłem przyjaciół. Ale nadszedł moment, w którym zacząłem krzywdzić osoby mi najbliższe, chociaż wtedy nie zdawałem sobie z tego sprawy. Tak naprawdę to nie interesował mnie nikt i nic. Tylko własne zachcianki i przyjemności. Najczęściej kosztem innych. Wszystkie zmiany, jakich dokonywałem – zmianę otoczenia, miejsc, ludzi – tłumaczyłem sobie poszukiwaniem sensu życia, poszukiwaniem siebie. Alkoholowe brednie. Po prostu. Tak naprawdę to była ucieczka, ciągle uciekanie od siebie, od innych ludzi i od konsekwencji. Dziś wiem, że uciec się od tego nie da. Od pierwszego mitingu straciłem tzw. komfort picia, ale to była cała strata. Nazwałem się nawet alkoholikiem. I uwierzyłem w coś, co jest kompletnym szaleństwem. W to, że abstynencja równa się trzeźwieniu. Że wystarczy po prostu nie pić. I wszystko się ułoży… samo się ułoży… jakoś się ułoży… Ale dziś wiem, że to przyjście na miting uratowało mi życie, te okresy dwu- i prawie trzyletniej, wielokrotnie ponad rocznej abstynencji. Przez te dziewiętnaście lat piłem może jakieś dwa-trzy lata. Gdyby nie AA, te proporcje byłyby zupełnie odwrócone, o ile moje picie nie zaprowadziłoby mnie wcześniej na cmentarz.
Życie rodzinne to była kolejna porażka. Pod pretekstem zarobienia pieniędzy, po to by poprawić, jakość naszego życia, wyjechałem za granicę. Kolejna ucieczka. Po prostu. A tam? Cóż… hulaj dusza, piekła nie ma. Całe życie goniłem za czymś, za ułudą, że jak to dostanę, to wszystko się zmieni. Z pieniędzmi było to samo. Miałem nareszcie pieniądze. I zmieniło się. Na gorsze. Podwójne życie, zabawy, żadnej odpowiedzialności. W okresach abstynencji chodziłem nawet na mitingi. Pochwalić się… kolejnym samochodem, na przykład. Słyszałem ludzi, którzy mówili, że jest jakiś program, niektórzy mieli sponsora, że może należy coś zrobić, wrócić do przeszłości, coś naprawić. To było nie dla mnie. Przecież ja nic nie muszę. I setki razy słyszałem czytane na początku każdego mitingu zdania. „Niektórzy z nas trzymali się starych sposobów myślenia, MUSIELIŚMY pozbyć się ich całkowicie”. Nie, to jakaś teoria, książki, które tak naprawdę nic nie znaczą. Przecież ja nie piję. I co jakiś czas kolejna próba, z nadzieją, że tym razem już wiem, że teraz się uda, teraz przechytrzę. I następna porażka. Każda z nich coraz bardziej bolesna. Ulegałem też takiemu złudnemu wrażeniu, że jeśli o czymś wiem, to już to mam. Teoria, gadanie, pouczanie innych… mój poziom arogancji sięgnął zenitu. We Wspólnocie, której spoiwem jest przyjaźń, ja nie miałem żadnych przyjaciół. I to oczywiście była ich wina. Ze mną po prostu nie dało się przyjaźnić. Teraz to wiem. W miarę upływu kolejnych lat picia/nie picia przestałem radzić sobie z życiem na każdej płaszczyźnie. Kontakt z rodziną zerwany, znajomi się odsunęli, pieniędzy zaczęło mi brakować. Zostałem sam i na nowo pogrążyłem się w alkoholowym szaleństwie. Próbowałem się jeszcze ratować, wróciłem do Polski na trzymiesięczną terapię. Ale po raz kolejny nie byłem uczciwy. Wróciłem tam pewnie odpocząć. Kilka miesięcy abstynencji i powrót za granicę. Ta sama historia, jak w „Dniu świstaka”. Wylądowałem na ulicy. Rozpacz, frustracja i beznadzieja. Skraj przepaści, jak nazywa to Wielka Księga. Wróciłem na miting. Wróciłem do AA. I nie wiem skąd, ale od pierwszego dnia wiedziałem, że jeżeli chcę zmiany swojego życia, to musze zrobić coś innego, niż do tej pory. Nic się nie zmieni, jak się niczego nie zmieni – powtarzali przez lata, jak mantrę, weterani AA. I chyba zrozumiałem, co mieli na myśli. Pojawiło się jakieś światełko w tunelu, nadzieja, że nie wszystko stracone. Nagle, sam nie wiem jak to się stało, porzuciłem stary sposób myślenia. Poprosiłem o pomoc drugiego człowieka, kogoś, kto przeszedł przez to samo piekło i dzięki tej Wspólnocie, Programowi 12 Kroków i swojemu sponsorowi znalazł rozwiązanie dla swojego problemu. Znalazł sposób. Przez te wszystkie lata powtarzałem jak papuga, że każdy ma swoją drogę i ja też muszę znaleźć swoją. Dziś wiem, że mówiłem tak, bo nie chciałem pójść tą drogą, którą tak wielu poszło przede mną. Droga duchowego rozwoju. I nie w pojedynkę. I pamiętam, że poczułem ULGĘ. Taką, jakiej zawsze szukałem. I po raz pierwszy to odczucie nie miało związku z piciem. Dla mnie był to cud. Moj sponsor uznał, że musimy wziąć się szybko do pracy, a na moje nieśmiałe „daj czas czasowi” powiedział tak: „Tadek, spójrz na swoje życie, masz wiele, ale jednego to ty już nie masz. Czasu! Ta choroba chce cię zabić!”. Brutalne słowa, ale dałem mojemu sponsorowi pozwolenie na taką ingerencję w moje życie. Zaufałem mu, wiedząc, że sam przez to przeszedł. Poznałem też jego sponsora, co było dla mnie ważne, bo dało mi pewność, że jego doświadczenie zakorzenione jest w zbiorowym doświadczeniu Wspólnoty AA. Pamiętam, że ku mojemu zdziwieniu zaczęliśmy od przeczytania ostatnich kilku zdań z Wielkiej Księgi …oddaj się Bogu, jak go sam pojmujesz… uporządkuj swoją przeszłość… dziel się tym, co odkrywasz. To jest duchowy program zdrowienia. Sugerowany program działania. „Wybór należy do ciebie” – usłyszałem na pierwszym spotkaniu. I powiedziałem, że tak, wybieram tę drogę, wypróbowaną przez tak wielu. Proste sugestie, ale niełatwe. Codzienna modlitwa, lista wdzięczności, mityngi, telefon do sponsora i innego alkoholika, czytanie literatury. I służba. Przez pierwszy rok zmywałem szklanki i parzyłem herbatę. W Kroku Pierwszym dostrzegłem swój problem, którym, oprócz bezsilności wobec pierwszego kieliszka, okazała się całkowita nieumiejętność radzenia sobie z codziennym życiem, Krok Drugi wskazał mi na rozwiązanie, którym okazała się świadomość, iż sam sobie nie poradzę, a w Kroku Trzecim podjąłem decyzję o podjęciu działania. Oprócz pomocy drugiego człowieka, ja – Tadeusz alkoholik potrzebowałem pomocy i opieki Boga.
Podjąłem decyzję, że jestem w stanie zrobić wszystko, aby wytrzeźwieć. I wiedziałem, że jestem na właściwej drodze. I znów przypomniał mi się kolejny fragment z rozdziału „Jak to działa”, którego słuchałem przez lata na początku każdego mitingu: „Jeżeli czytelnik tej książki poweźmie decyzje, że pragnie tego, co my w AA posiadamy i że jest w stanie zrobić wszystko, aby ów cel osiągnąć, wtedy jest już przygotowany do postawienia pierwszych kroków.” Następnie, zgodnie z sugestiami tego programu, zawartymi w Wielkiej Księdze, i z praktyczną pomocą sponsora przystąpiłem do porządkowania własnej przeszłości. To było niełatwe. W kroku czwartym przyjrzeć się sobie, temu wszystkiemu, co wyrabiałem przez cale życie, pozbyć się uraz i pretensji, które hodowałem i nosiłem w sobie przez te wszystkie lata, i zobaczyć swoje własne wady charakteru. Włożyłem w to sporo wysiłku, ale okazało się to wykonalne. Gdy w Kroku Piątym wyznałem wszystko Bogu, sobie i swojemu sponsorowi, odczułem po raz kolejny ULGĘ. Uwolniłem się wtedy od obwiniania wszystkiego i wszystkich za to, jak wygląda moje życie. Zobaczyłem, że nikt nie przykładał mi pistoletu do głowy mówiąc: „pij!” albo: „kłam!” lub: „kradnij”. To były moje wybory. Świat jest, jaki jest i to ja powinienem się zmieniać. Dostrzegłem swe wady charakteru, o których istnieniu nie miałem pojęcia i z pomocą mojej Siły Wyższej zacząłem pracować nad tym, by się ich pozbywać. Najtrudniejszy był dla mnie Krok Ósmy, w którym zgodnie z sugestią mojego sponsora musiałem „wejść w buty” osób, które krzywdziłem i napisać, jak ja bym się czuł, gdyby ktoś zrobił mi takie rzeczy, jakie ja czyniłem innym ludziom. Zobaczyć, jak się czuła moja mama, żona, córka, moi przyjaciele i znajomi. Ci wszyscy, których krzywdziłem. Moj sponsor „poprosił” mnie, bym listę Kroku Ósmego napisał w ciągu dwóch tygodni. Były to najbardziej bolesne i zarazem najbardziej oczyszczające tygodnie mojego życia. Zostałem przygotowany, by spotkać się z nimi ponownie. By spotkać się z drugim człowiekiem. To niełatwe, ale możliwe. Spotkałem się z wieloma. Doświadczyłem ciepła i wsparcia. Nigdzie nie zostałem odrzucony. Nawiązałem kontakt z rodziną. To dopiero początek odbudowania relacji, leczenia ran. Córka powiedziała mi: „chcesz być ojcem, pokaż to w czynach!”. Mam kontakt z żoną, mamą i wieloma ludźmi z dawnych lat. Od żony usłyszałem: „cały czas miałam nadzieję, że się obudzisz z tego szaleństwa”. Wiem, że wiele zależy ode mnie; planuję i działam, ale rezultaty pozostawiam Bogu. Kolejne Kroki to codzienne praktykowanie tych zasad we wszystkich moich poczynaniach. To też niełatwe. Odzywa się we mnie czasami chęć pójścia na skróty, łatwiejszą droga, ale staram się to odrzucać. Nie jestem już sam i to jest piękne. Praca nad programem zajęła mi kilka miesięcy i kolejną sugestią mojego sponsora było to, bym z innymi dzielił się tym, co posiadam. I na mityngach, i jako sponsor… Jeśli znajdą się chętni. O dziwo, znaleźli się. I dziś muszę powiedzieć, że praca z drugim alkoholikiem jest dla mnie czymś ważnym. Przede wszystkim zdałem sobie sprawę z tego, że pomagając im, pomagam też sobie i zabezpieczam się przed pierwszym kieliszkiem, jak pisał o tym doktor Bob. Jeżeli dobry Bóg pozwoli, to za 2 tygodnie będę obchodził drugą rocznicę swojej trzeźwości. Nie jestem doskonały. Popełniam pewnie błędy. Ale dziś potrafię się do tego przyznać. W moim słowniku pojawiły się słowa proszę, dziękuję, przepraszam – wypowiadane z głębi serca, a nie od niechcenia. Nauczyłem się tolerancji i akceptacji dla inaczej myślących. Czasami nie radzę sobie z problemami dnia codziennego, ale dziś o tym wiem. Nie muszę oszukiwać siebie i innych. Wiem też jak i gdzie zwrócić się o pomoc.
Służba we Wspólnocie jest ważną częścią mojego trzeźwienia i wcale nie dlatego, że jestem wyjątkowo zdolny i chętny. Kiedyś usłyszałem od jednego z weteranów: zanurz się, zakotwicz w AA i nie pozwól, by to, co zyskałeś czy odzyskałeś dzięki tej Wspólnocie, od tej Wspólnoty Cię odciągnęło. To ważne słowa dla mnie. Pewnie tracę czasami równowagę i czuję się jak ten gość, co wydobywa i rozdaje złoto, zapominając czasami o jedzeniu. Pewnie tak. Wiem, że to dopiero początek wspanialej drogi. I jeśli będę trzymał się tego, co dostałem, nic złego mi nie grozi. A wizja trzeźwego życia, jaką zaraził mnie mój sponsor na pierwszym spotkaniu, urzeczywistniła się w moim życiu. To jest coś, co mam i czym staram się dziś zarażać innych. Czasami nawet się udaje. Najważniejsze jest to, że nie muszę już gonić za wiatrem. I szukać ulgi. Znalazłem ją w tej wspaniałej Wspólnocie Ducha.
Tadeusz – alkoholik, wdzięczny w działaniu


STATEK. DLA WIELU Z NAS POSIADA JESZCZE WOLNE MIEJSCE

Podczas jednej z Konferencji przyjąłem na siebie zadanie omówienia tematu pt.: „Grupa, a Program”. Przeglądam teraz notatki, które sobie wówczas przygotowałem, i w zakończeniu swojej wypowiedzi czytam następujące zdania: „Powracając jeszcze raz do sprawy Grup, które zupełnie nieświadome tego, znalazły się w niebezpieczeństwie, gdyż Program AA bardzo rzadko – lub wcale – bywa na nich wykorzystywany. Bardzo chętnie przyrównujemy Wspólnotę do cudownego statku, który dla wielu z nas posiada jeszcze wolne miejsca. Na statku znajduje się też już wielka gromada radosnych ludzi. Statek ten zaś, w miarę przybywania nowych ludzi, po prostu się rozrasta. Kiedy spojrzymy poza burtę, widzimy wielką ilość łodzi, których osady rozpaczliwie wiosłują, ale niestety, niektóre z tych łodzi nie znajdują drogi do naszego statku, a niektóre z nich odpływają. Co my robimy dla tych łodzi? Na ten temat właśnie chętnie bym z Wami porozmawiał.” W międzyczasie „dużo już wody popłynęło do morza”, a problem niestety pozostał taki sam, jak kiedyś. Czy statek nasz płynął zbyt szybko? A może był niewystarczająco oświetlony? Może nazwa statku wypisana jest zbyt małymi literami? Czy my, znajdujący się już na tym statku, wystarczająco głośno wołaliśmy? A może za mało się modliliśmy? Lub też nie dawaliśmy dobrego przykładu? Nie, to wcale nie jest tak! Ja także musiałem bardzo długo czekać na to, abym nauczył się realizować dla siebie prawdy zawarte w tym cudownym Programie. I nadal uczę się tego co dnia. Dzisiaj ze zdumieniem przeżywam fakt, że Nowi Przyjaciele, którzy natychmiast po przyjściu konfrontowani zostają z naszym Programem zdrowienia, zaczynają wzrastać i z radością udzielają się w naszym „Przekaż to dalej”. Przekładając to na język naszego tematu: załoga statku zrobiła bardzo dużo i pilnie się uczyła. Potrafi dzisiaj przy pomocy naszego „Wielkiego Sternika” pewnie przeprowadzić statek przez otaczające go mielizny. Potrafi ustawić światła i dawać odpowiednie sygnały tak, aby łodzie ratunkowe, pragnące zacumować przy naszym statku, mogły nas odnaleźć. Nauczyła się też sama wysyłać łodzie ratunkowe, aby móc dotrzeć do jak największej liczby Przyjaciół będących jeszcze w potrzebie i móc wyciągać ich na „suchy pokład”. Nasz cudowny statek nie pozostanie niezauważalny – także przez łodzie, podążające w złym kierunku. W ich kierunku dodatkowo będziemy jeszcze wydawać głośne okrzyki „AA AA, AA AA”. Statek nasz może zawijać do różnych portów i wywieszać oficjalnie swoją banderę. Każdemu zainteresowanemu zapewniamy możliwość zwiedzenia całego naszego statku, który mu z wielką chęcią pokażemy. Chętnie też wyjaśnimy każdemu, co rozumiemy pod pojęciami „miłość” oraz „służba” – dwoma słowami, które swego czasu dr Bob wypisał na kominie naszego statku. Kiedy statek nasz zarzuca kotwicę, to przepełnia mnie głęboka wdzięczność za to, że kiedyś udało mi się włączyć w szeregi załogi.
AA


TRADYCJA 9

„Anonimowi Alkoholicy nie powinni nigdy stać się organizacją; dopuszcza się jednak tworzenie służb i komisji bezpośrednio odpowiedzialnych wobec tych, którym służą”.
„W każdej grupie AA powinno istnieć możliwie jak najmniej organizacji. Rotacja jest najlepszym rozwiązaniem. Grupa wybiera mandatariusza, rzecznika, i skarbnika, służby te są rotacyjne. Wielkomiejskie grupy łączą się w intergrupy, a te z kolei tworzą regiony, które często zatrudniają sekretarkę na pełnym etacie. Powiernicy Rady Usług Ogólnych są w istocie takim Komitetem Usług Ogólnych dla całego AA. Stoją oni na straży Tradycji otrzymując od grup AA dobrowolne datki, z których utrzymują Biuro Usług Ogólnych w Nowym Jorku. Są oni upoważnieni przez grupy do reprezentowania całego AA na zewnątrz a także dbają o merytoryczną treść naszego głównego czasopisma „Grapevine”. Wszyscy nasi reprezentanci powinni kierować się duchem służby, bo prawdziwi przywódcy w AA są jedynie zaufanymi i doświadczonymi sługami całej Wspólnoty. Ich stanowiska nie dają im żadnej władzy; oni nami nie rządzą.Warunkiem ich przydatności jest powszechny szacunek”.
Moim zdaniem Wspólnota AA nie jest organizacją, nikt nikim i niczym nie rządzi, ale jest bardzo dobrze zorganizowana względem Piątej Tradycji i Preambuły AA. Nie wyobrażam sobie, ażebym był przyjęty do Wspólnoty AA pod warunkiem, że znajdę sobie sponsora, przerobie Program 12 Kroków, Tradycji, Koncepcji. Zdam egzamin z Programu, a to, jaką ocenę dostanę, to takie stanowisko będę mógł wykonywać. NIE! Przyszedłem do Wspólnoty AA, a jedynym warunkiem przynależności do niej jest chęć (nie nakaz) zaprzestania picia. Nie ma lepszych ani gorszych, nie ma szefów, prezesów, a jedynie służby prowadzącego mandatariusza, rzecznika, czy skarbnika, które pełni się honorowo i rotacyjnie. Fenomenem Wspólnoty jest sumienie grupy, intergrupy, regionu, które ma decydujące słowo w każdej sprawie dotyczącej grupy AA itd. Dzięki temu nie ma walki o przywództwo Nie raz spotkałem się z łamaniem zasad, gdy założyciele grup próbowali być przywódcami, weterani mieli swoje przekonania („bo oni wiedzą lepiej”), czy prowadzący podejmował decyzję, zamiast oddać sprawę pod głosowanie, co jest łamaniem Tradycji. Dlatego chcę i poznaję Tradycje ze sponsorem, bo tak jak 12 Kroków, tak i 12 Tradycji nie da się poznać samemu (moim zdaniem pełny program Wspólnoty AA to poznanie i wprowadzenie w życie 12 Kroków, Tradycji, Koncepcji.) To, że mam ponad rok trzeźwości, niczym nie odbiegam od nowicjusza, weterana czy alkoholika o 20-letnim stażu. Codziennie pracuję nad sobą poprzez wdrażanie w życie Programu w domu, w społeczeństwie, czy pracy. Dzięki temu rozwijam się, staram się żyć w miłości, czynić dobro i pomagać innym, czego nigdy przed poznaniem Programu nie czyniłem. Służenie innym i poczucie zaufania od innych alkoholików jest wartościowe, ale gdy ktoś ma zastrzeżenia co do pełnienia przeze mnie służby, czy co do moich przekonań, to warto wysłuchać, bo warto jest realizować główny cel i dobro, a nie swoje przekonania i polemiki. Jeżeli chodzi o moją rodzinę, to jej także służę pomocą i doświadczeniem, mam akceptację, iż moja żona i dzieci mają prawo żyć i mieć swoje poglądy, marzenia, hobby, kolegów i koleżanki. Dziś, dzięki Wspólnocie, wszystko uzgadniamy razem – każdy ma swoje zdanie (swój pogląd na życie). Kompromis jest obecny na każdym kroku, pozwalam na ponoszenie konsekwencji za swoje zachowania i czyny, a rezultat pokazuje, czy opłaca się tak postępować, czy nie. W społeczeństwie też staram się przenosić tę Tradycję w moje życie – nie nakazuję, nie zakazuję, szukam kompromisu, nie raz przepraszam za swoje zachowanie, nie dążę do przewodnictwa i tego, że wiem lepiej. Jeżeli chodzi o pracę, to oczywiście wszystko jest zorganizowane, mam przełożonego, który wydaje polecenia, a ja się do poleceń stosuję. Za wykonanie poleceń otrzymuję wynagrodzenie. To jest organizacja.

Pozdrawiam
Przemek


KONCEPCJA 9

Dla naszego przyszłego funkcjonowania i bezpieczeństwa nieodzowne jest dobre przywództwo w służbach. Przewodzenie służbom, pierwotnie sprawowane przez Założycieli, powinno być sprawowane przez Powierników.
Już sam tekst IX Koncepcji budził we mnie pewne kontrowersje, nie bardzo mogłem połączyć tych dwóch słów - „przewodzenie służbom”. Jednak po zagłębieniu się w opracowanie pojąłem tok myślenia twórcy tej Koncepcji.
„Dobre przywództwo nie może funkcjonować prawidłowo w źle zaprojektowanej strukturze. Słabe przywództwo nie będzie jednak funkcjonować wcale, nawet w najlepszej ze struktur”*.
Struktury, na których opiera się nasza Wspólnota są dobre, a nam potrzeba teraz właściwych ludzi, którzy poprowadziliby kolejne stopnie tych struktur.  Ze względu na rotacje w służbach potrzeba ta jest ciągła. Stale potrzebujemy wyłuskiwać tych spośród nas, którzy najlepiej i z pełnym zaufaniem będą wypełniać swoje obowiązki. Kiedy przyglądam się bardziej budowie struktury naszej Wspólnoty to widzę, że tych odpowiedzialnych i kompetentnych przywódców (służebnych, jak kto woli) potrzeba niezmiernie dużo. Patrząc choćby na najważniejszą jednostkę, czyli grupę, to widać, że na tym etapie potrzeba przede wszystkim rozsądnego i odpowiedzialnego mandatariusza, rzecznika, skarbnika czy prowadzącego. Dalej są intergrupy, regiony, Konferencja Służb Krajowych, delegaci i w końcu powiernicy. To cała rzesza ludzi biorących odpowiedzialność za prawidłowe funkcjonowanie zarówno poszczególnych poziomów naszej Wspólnoty, jak i za jej wizerunek. W Koncepcji tej Bill przekonuje, że właściwą formą wyborów jest właśnie metoda dwóch trzecich głosów lub wybór poprzez losowanie, zwłaszcza, kiedy zostawiamy go losowi. Jednak w wielu przypadkach ten, który został wybrany w drodze losowania, w rzeczywistości okazywał się świetnym wyborem i stawał się idealnym przywódcą dla danego poziomu struktury. Jest niezaprzeczalną prawdą, że właściwy wybór i zaufanie do działań wybranego służebnego to prawidłowo funkcjonująca grupa, odpowiedzialne sumienie grupy, właściwe decyzje i propozycje kierowane do Intergrup, gdzie również mamy „wyselekcjonowanych” przywódców, to – dalej idąc – regiony i pozostałe poziomy, aż do Powierników, którzy, jak było napisane w poprzedniej Koncepcji, zajmują się całością spraw związanych z pracą na rzecz cierpiących alkoholików. Wszyscy oni powinni być wybierani rozważnie i odpowiedzialnie, a przede wszystkim zgodnie ze swoimi predyspozycjami intelektualnymi i merytorycznymi. W Koncepcji IX Bill przedstawia również krótki rys konkretnych osobowości, jakie jego zdaniem powinien posiadać służebny lub – inaczej mówiąc – dobry przywódca. Muszę przyznać, że zgadzam się z jego logiką w zupełności:
„Żadna społeczność nie może dobrze funkcjonować bez zdolnych przywódców na wszystkich szczeblach – ruch Anonimowych Alkoholików nie może być tu wyjątkiem”*
Pewne jest, że nigdy nie znajdziemy idealnego przywódcy, który spełniłby nasze oczekiwania, jednocześnie idealnie wypełniając swoje obowiązki. Dążymy do ideału bez szans na jego osiągnięcie. Ta zasada wymaga ode mnie dużo zdrowego rozsądku, ale i zrozumienia dla drugiego człowieka – kandydata do służb. Czym mam się więc kierować przy wyborze? Jakie powinien spełniać warunki przyszły przywódca?
Taki służebny to człowiek, który jest w stanie przełożyć swoje plany na takie zaangażowanie i działanie, by cała reszta (np. sumienie grupy) zgadzała się z nim i wspierała w działaniu.  To człowiek, który poprzez konsultacje wciela w życie swoje plany i rozwiązania w celu ulepszenia naszej Wspólnoty lub efektywniejszej pomocy cierpiącym alkoholikom. To człowiek, który jest otwarty na dyskusję, a jednocześnie potrafi mocno argumentować swoje propozycje. Nie jest jednak uparty wedle zasady „albo moje albo nic”, potrafi w odpowiednim momencie ustąpić na rzecz jedności i zgody. Jest także elastyczny.Wiele spraw i cech przedstawionych przez Billa pozwoliły mi zupełnie inaczej spojrzeć nie tylko na moje podejście do wyborów we Wspólnocie, ale i decyzje, jakie podejmuje w codziennym życiu czy pracy.Uważne słuchanie innych, a zwłaszcza konstruktywnej (i niekoniecznie zawsze konstruktywnej) krytyki, umiejętność wysłuchania jej i przemyślenia to cechy niezmiernie ważne przy wyborach przyszłych przywódców. Ciekawym spojrzeniem, a zaznaczonym jako niezmiernie ważne jest wyobraźnia, która zawsze kojarzyła mi się ze snuciem marzeń o świetlanej przyszłości (głównie w zamroczeniu alkoholowym). Tu jednak kojarzona jest z planowaniem i racjonalnym przewidywaniem, co ustrzeże nas, jak to pisze Bill, przed nieprzewidzianymi kłopotami na rzecz postępu. Dochodzę do wniosku, że jest to niezmiernie cenna zaleta, kiedy jestem w stanie korzystając z przeszłych i obecnych doświadczeń, określić cele i zaplanować ich realizację. To właśnie dzięki właśnie wyobraźni jestem w stanie przewidzieć i rozpatrzyć wszystkie za i przeciw, przedstawić jasno i wyraźnie oraz udokumentować ich zasadność. W tej Koncepcji Bill wyjaśnił mi, do czego odnosi się powtarzana często na grupach zasada „Jeden dzień na raz”. Zgadzam się z tezą, że odnosi się ona do mojego życia umysłowego i emocjonalnego, bym nie rozpamiętywał przeszłości ani nie śnił na jawie.
„Stale będziemy potrzebować tych samych cech – tolerancji, odpowiedzialności, elastyczności i wyobraźni – u naszych przywódców służb AA na wszystkich szczeblach. Zasady dotyczące przywództwa będą takie same bez względu na rozmiar danego przedsięwzięcia”.*
 Przypominam sobie wybory w mojej grupie macierzystej, śmiało mogę powiedzieć „z łapanki”, z zadowoleniem, że w ogóle ktoś się zgłosił. Teraz wiem, że była to nieodpowiedzialna spychologia, przy której ani ja, jako wybierający, nie powinienem czuć się dobrze (z myślą: „no, w końcu trafił się gość”), ani też wybrany nie poczuwał się chyba do odpowiedzialności za służbę (zapewne myślał” „dałem się wrobić”).
 Na koniec IX Koncepcji padają jakże ważne słowa skierowane do sponsorów na Programie 12 Kroków Anonimowych Alkoholików, którzy również są przywódcami prowadzącymi alkoholików mających nadzieję na lepsze jutro, na spełnienie obietnic z Wielkiej Księgi, na poczucie bycia zauważonym i otoczonym opieką przez człowieka, któremu po trosze zazdroszczą i pragną tego, co on już ma. Jest to bardzo ważne i odpowiedzialne przywództwo, od którego niejednokrotnie zależy życie człowieka, a najczęściej szczęście całej rodziny.
Dzięki Bogu – jak wspomniał Bill – obdarzeni zostaliśmy jak dotąd takimi przywódcami, którzy zapewniają naszej Wspólnocie rozwój i właściwe funkcjonowanie.
*Nieautoryzowany przekład z IX Koncepcji napisanej przez Billa W., a przyjętej na 12 Dorocznej Konferencji Służb Ogólnych AA w dniu 26 kwietnia 1962r.



POPROSIŁEM O JESZCZE JEDNĄ SZANSĘ.

Urodziłem się w robotniczej rodzinie. Mama zajmowała się domem i wychowywaniem trójki dzieci, ojciec pracował w miejscowej hucie. Dzieciństwo upłynęło mi na jeździe na rowerze i ganianiu za piłką. Alkohol w domu pojawiał się okazjonalnie, lecz z biegiem lat ojciec pił coraz więcej, a po jakimś czasie przerwy w jego piciu stały się coraz krótsze Z tego powodu w domu dochodziło do coraz częstszych i głośniejszych awantur. Zacząłem bać się ojca, częściej towarzyszył mi wstyd, lęk i niepewność. Nagromadzone urazy i złości doprowadziły do większej przepaści emocjonalnej między nami. Moimi nowymi autorytetami stali się ludzie z meliny, która mieściła się w naszej kamienicy. Wartości etyczne i moralne, których uczono mnie w domu, kościele czy w szkole traciły na wartości. Imponowały mi opowieści o tym, jak w życiu nie być frajerem i że pieniądze można zdobyć bez większego wysiłku. Szybko przesiąkłem tą atmosferą. Tam nauczyłem się pić i zacząłem kraść. Wagary w szkole zawodowej i kradzieże stały się normalnością. Rodzice próbowali o mnie walczyć, lecz było już za późno – straciłem zaufanie i szacunek do nich. Szybko rzuciłem szkołę – miałem 16 lat i wydawało mi się, że świat stoi przede mną otworem. Czułem się dorosły, niezależny, miałem dużo starszych od siebie kolegów, pieniądze, żadnych obowiązków ani zobowiązań. Podobał mi się taki styl życia. Po pewnym czasie zwróciłem uwagę, że częściej się upijam. Na początku zdarzało się to raz lub dwa na miesiąc, teraz pijany bywałem kilkanaście razy w miesiącu. Ale nie przejąłem się tym za bardzo, a koledzy zapewniali mnie, że to normalne. Kolejne lata to rozwój choroby alkoholowej. Piłem ciągami od kilku do kilkunastu dni, gdy zaczynałem, nie potrafiłem skończyć. Około dwóch lat z mojego młodego życia przeżyłem na urwanym filmie. Coraz bardziej odczuwałem skutki picia: trzęsące się ręce, wymioty, zimne poty, bezsenne noce, omamy wzrokowe i słuchowe na stałe wpisały się w moje pijackie eskapady. Po każdym kolejnym ciągu obiecywałem sobie, że to już koniec, że teraz będzie już inaczej, ale i tak coraz więcej ludzi zaczęło się ode mnie odwracać. Traciłem to, co było dla mnie ważne – prestiż w środowisku. W wieku 20 lat wróciłem do domu, do rodziców jako wrak człowieka, i choć nie piłem często (bo nie miałem pieniędzy), to do pracy nie bardzo się rwałem. Po pewnym czasie wróciłem w dawne środowisko. Ale starałem się unikać alkoholu. Po kilku miesiącach poznałem pewną dziewczynę, która wyciągnęła mnie z półświatka i pokazała, że można żyć inaczej. Zamieszkaliśmy razem. Byłem zakochany, miałem dom, poszedłem do pracy, nie piłem. Uwierzyłem, że mój problem się rozwiązał. „Suchy” okres trwał około ośmiu miesięcy. Pewnego dnia uznałem, że jeden kieliszek mi nie zaszkodzi. Piłem przez kilka tygodni. Nie wracałem do domu, tułałem się miedzy mieszkaniem rodziców, a melinami. Później był powrót do domu do narzeczonej, skrucha, obietnica poprawy itd. Alkohol to wyrafinowany i cierpliwy przeciwnik, odczekał kilka miesięcy i zaatakował ponownie. Efekt pierwszego kieliszka był taki sam, jak poprzednio. Przez kilka lat żyłem w ten sposób: niepicie „w zaparte”, praca, dom i co jakiś czas picie ciągami. Myślałem nawet, że nie jest tak źle, jak kiedyś. Wcale się nie przejmowałem tym, co czuje moja rodzina. Kiedy piłem, myślałem, że nie robię im nic złego, przecież przychodzę do domu, kładę się spać bez awantur albo w ogóle nie wracam do domu tygodniami i nie muszą mnie oglądać. Więc czego ode mnie chcą? W styczniu 1999 roku rozpocząłem kolejne picie. Jak zwykle zniknąłem z domu. Wtedy, w wypadku samochodowym zginęła moja narzeczona. Nie było mnie przy niej! To był straszliwy cios. Cały mój świat rozsypał się jak domek z kart. Poczucie winy było nie do zniesienia. Chciałem się zapić, lecz nie udało mi się, a na popełnienie samobójstwa nie miałem odwagi. Aby przeżyć kolejny dzień, wciąż musiałem być na rauszu. W pracy zwracano mi uwagę, ale ze względu na tragedię, jaką przeżyłem, tolerowano moje picie. Dzień rozpoczynałem od kilku piw, by móc dojechać do pracy, w ciągu dnia też musiałem się „wzmocnić”. Ulgę przynosił fajrant – mogłem łyknąć trochę więcej, ale nie za dużo, bo następnego dnia musiałem być w pracy, by zarobić na alkohol. Weekendy miałem wolne, więc upijałem się do nieprzytomności i tak dokoła Wojtek. Ukrywanie mojego picia kosztowało mnie mnóstwo wysiłku. To był koszmar. Choć i tak każdy wiedział, co się ze mną dzieje, ja uważałem, że ich wszystkich przechytrzę. Żyłem w iluzji. Marzyłem o dniu, w którym się obudzę i nie będę miał kaca. Na marzeniach się kończyło. Staczałem się coraz bardziej, piłem przez kilka miesięcy, aż dotarłem do punktu, w którym z alkoholem nie mogłem wytrzymać, ale bez niego było mi jeszcze gorzej. Pewnego ranka, leżąc skacowany w łóżku i rozmyślając nad moim losem, doszedłem do wniosku, że przegrałem swoje życie. Ja, który jeszcze kilka lat wcześniej myślałem, że zdobędę cały świat, miałem 26 lat i byłem na dnie. Pojawiło się we mnie dziwne pragnienie, że gdybym mógł otrzymać jeszcze jedną szansę, zmieniłbym swoje życie. Wtedy zrobiłem coś, czego nie robiłem od dawna – pomodliłem się. Nie wiem jak i dlaczego, ale nie napiłem się przez kolejne kilkanaście godzin. Następnego dnia poszedłem do poradni odwykowej po anticol. W rozmowie zaproponowano mi mityngi Anonimowych Alkoholików. Bardzo niechętnie wyraziłem zgodę, bardziej wierząc w magiczną moc pigułki, którą mi zaaplikowano. Tamtego dnia poszedłem na swój pierwszy mityng AA i zostałem we Wspólnocie do dziś. Co się stało, że zostałem? Na pierwszym spotkaniu przyjęto mnie ciepło i życzliwie. Pierwszy raz w życiu spotkałem ludzi, którzy byli tak szczerzy i otwarci, potrafili cieszyć się życiem, a ja to wszystko utraciłem. Z ciekawości przyszedłem na drugie spotkanie i było podobnie. Po kilkunastu mityngach pojawiła się we mnie nadzieja, że i mi może się udać, jeśli będę stosował 12 Kroków, o których mówią. I najważniejsza rzecz – nie piłem od kilku tygodni, a to było dużo, jak na moje możliwości. Po kilku miesiącach podjąłem pierwszą służbę i poczułem się pełnoprawnym uczestnikiem AA. Po ponad roku znalazłem sponsora i zacząłem pracować nad zmianą swego charakteru. Miałem sporo pytań i jeszcze więcej wątpliwości. W jaki sposób dokonać aktu kapitulacji? Jak znaleźć Siłę Większą, która mi pomoże? Jak powierzyć się Bogu, skoro wydawało mi się, że Bóg, którego znam, dawno mnie opuścił? Na szczęście na mojej drodze stanął wspaniały człowiek, który w przyszłości okazał się prawdziwym przyjacielem. Bezpiecznie przeprowadził mnie przez pierwsze Kroki Programu. Przystąpiłem do porządkowania swojej przeszłości, analizowałem sytuacje, w których krzywdziłem innych ludzi: co było tego przyczyną, w jaki sposób wpłynęło to na mnie. Bardzo się tego bałem, lecz zarazem było to coś nowego, co mnie fascynowało. Prócz wad, zacząłem dostrzegać swoje zalety. Coraz częściej doświadczałem uczucia ulgi. Zacząłem się starać być lepszym. Co jakiś czas wykreślam kogoś z lisy osób przeze mnie skrzywdzonych. Mam świadomość swoich ograniczeń, popełniam błędy, ale potrafię się do nich przyznać i naprawiać je. Podejmuję kolejne służby. Moje życie zaczęło się zmieniać. Pracuję w tym samym zawodzie, ale do pracy nie potrzebuję już alkoholu. Zacząłem się częściej uśmiechać, niepokój i lęk zastąpiły wiara, nadzieja i spokój. Świat i otaczających mnie ludzi postrzegam bardziej przyjaźnie i nie traktuję wszystkich jak wrogów. Inaczej pojmuję dziś Boga, choć jest to ten sam Bóg, o którym uczono mnie w dzieciństwie. Poznałem wspaniałą kobietę, którą pokochałem. Ożeniłem się, zacząłem nadrabiać zaległości w wykształceniu. Obecnie mija kilkanaście lat od mojego pierwszego mityngu. Staram się stosować program AA, nadal chodzę na mityngi, czytam literaturę AA, spotykam się ze sponsorem, pomagam innym. Żyję tak, jak zawsze tego pragnąłem. W żonie mam partnerkę i wsparcie, czego uczę się także w stosunku do niej. Moi rodzice częściej się uśmiechają i nie wstydzą się za moje postępowanie. Sąsiedzi nie odwracają głowy na mój widok, mam prawdziwych przyjaciół. A dzieje się to dlatego, że kiedyś poprosiłem GO o jeszcze jedną szansę.
Życzę pogody ducha – Karol AA


PODOBNO JESTEM PORAŻKĄ POLSKIEGO WIĘZIENNICTWA

Często zadaję sobie pytanie „Ile to jeszcze zła wydarzyć się musi, aby zatrzymać pasmo tragedii mojego życia?”. Każdy podobno ma swoje dno i czym ono głębsze, tym ponoć łatwiej się odbić. Te wszystkie mądrości skądś się biorą i na pewno mają uzasadnienie. Wiem jednak z całą pewnością, że moim największym sprzymierzeńcem jest pamięć i ogromne doświadczenie. Pamiętam to, co było bardzo, ale to bardzo złe, pamiętam wiele tragedii w mojej pijanej lub naćpanej egzystencji. Widziałem krew, płacz, rozpacz, nienawiść, strach, zemstę i konsekwencje tego wszystkiego. Podobno też wszystko to, mimo cierpienia, jest mi sprzymierzeńcem, bo pamięć ta, jako motywacja, wspiera mnie w trzeźwieniu. W moim życiu miałem też lata przepiękne, lata, w których pozostawałem czysty od wszelkich używek. Byłem członkiem klubu, gdzie spotykali się wraz z rodzinami początkujący na trzeźwej drodze. Kończyłem terapię, zresztą niejedną, uczęszczałem na mityngi AA, brałem udział we wszystkich możliwych spotkaniach integracyjnych, zabawach tanecznych, imprezach, wyjazdach. Próbowałem realizować Program AA i doznałem przemiany, o której ten Program mówi. Poznałem nowe, zupełnie nieznane mi wcześniej uczucia i sfery mojego Ja, na przykład pogodę ducha, o której tyle się mówi w AA. Zacząłem lubić i szanować innych ludzi oraz zacząłem wreszcie lubić i szanować samego siebie. To największy cud, jaki mi się zdarzył. Dziś mam porównanie lat pijanych i lat w trzeźwości. Porównanie to dotyczy nie tylko sfery duchowej, ale całego życia. Odsiedziałem w polskich więzieniach łącznie około 19 lat, nie jednorazowo – jeden wyrok i z głowy. To by było zbyt proste. Siedziałem i wychodziłem, ukrywałem się, byłem szukany przez prawo i znowu zamykany. Bardzo często zatrzymywano mnie na tzw. dołkach do wytrzeźwienia, budziłem się zalany krwią, obity lub nawet połamany, pocięty nożami lub potłuczonymi butelkami. Często byłem ratowany przez służbę zdrowia, pogotowie ratunkowe, szpitale. Budząc się często nie pamiętałem, nie wiedziałem, czy ktoś mnie pobił wcześniej i czy jestem ubrudzony swoją krwią. Bardzo często byłem bity przez policję (wcześniej milicję) ze względu na moje agresywne zachowanie podczas zatrzymań. Przez krótki czas zbawienna była dla mnie amfetamina. Alkohol piłem od wczesnego dzieciństwa, byłem obolały od wymiocin, bezustannych kaców, drgawek itp. W tym krótkim czasie spotkała mnie ogromna tragedia, wypadek samochodowy, w którym zginęła piękna, młoda dziewczyna i moje dziecko w jej łonie. Poznałem stany psychozy narkotykowej i kierowany jakimś popędem seksualnym, bardzo silnym, ale w chorym kształcie, przypadkowe kontakty seksualne, agencje towarzyskie. Poznałem też wreszcie uroki zakładów psychiatrycznych. Pamiętam, jak przywiązany pasami, byłem karmiony przez pielęgniarkę, i jak bardzo się tego wstydziłem. Zaś moje drugie ja to mąż dbający o dzieci i żonę, odpowiedzialny, chwalony przez wszystkich, dumny i szczęśliwy. Osiągnąłem ogromne sukcesy zawodowe i prywatne oraz spełniałem marzenia w sporcie. Bywałem na zawodach, które wygrywałem wspierany przez dzieci i rodzinę. Byłem taki szczęśliwy! Często na mityngach mówię, że gdy jest źle, to mam determinację do ratowania się, a gdy jest dobrze, to tracę kontrolę. Pewnie coś w tym jest. Chyba też zachłysnąłem się tą trzeźwością i jako człowiek chory (alkoholik, seksoholik, narkoman i hazardzista) popełniłem błąd najprostszy – robiłem Krok 12, a zapomniałem o Pierwszym. Wszystko to, co uzyskałem i co było piękne, po prostu prysło. Najgorszą tragedią było następnych parę lat. Nie potrafiłem się zatrzymać. Ponownie straciłem wszystko i znów jestem w więzieniu. Prawie „wszystko”, bo została mi jedynie pamięć i porównanie, dlatego, mimo, że siedzę, mam Wspólnotę i mimo wszystko czuję się wolny. Chcę znów być szczęśliwy i odzyskać siebie, co już się staje. Chcę o tym wszystkim napisać książkę. Jeśli ktoś chciałby mi później w tym pomóc, jestem na Służewcu, znają mnie ci, którzy bywają tu na mityngach lub terapeuci. Mam 47 lat i doświadczenie duże, bo aż 19 lat wędrówki po polskich więzieniach. Mogę Ci powiedzieć, że jeśli czytasz tę literaturę, to jesteś na dobrej drodze.
Cześć.
Nazywam się Michał i mam wiele uzależnień.