MITYNG 10/244/2017

DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO



CIESZĘ SIĘ, ŻE JESTEM TRZEŹWY

Zastanawiałem się, co mógłbym napisać w tym temacie, ponieważ wiem, że aby poczuć radość z trzeźwienia, potrzeba czasu. Trzeźwienie to proces, którego nie da się przyspieszyć. Zdecydowałem się napisać dla osób, które są na początku trzeźwienia, czyli dla tych, co przeszli etap abstynencji i odkrywają swoje życie na nowo. Dla mnie trzeźwienie to było coś nowego, coś innego i często zaskakującego. Na początku mojej drogi największą radością było to, że budziłem się codziennie rano w tym samym miejscu, w którym kładłem się spać i pamiętałem, co się wydarzyło wczorajszego dnia. Dla kogoś może się to wydawać banalne, ale dla mnie było to mega ważne. Kiedyś na mityngu usłyszałem od jednego z kolegów taki zwrot: „Nie masz się z czego cieszyć? – Ciesz się, że jesteś trzeźwy”. Ależ to była dla mnie mądra wypowiedź. Jak nie układało mi się i wydawało, że nie tak to miało być, to powtarzałem sobie te słowa. Kolejną rzeczą, która mnie pozytywnie zaskoczyła, to był Program 12 Kroków AA. Program, który miał być programem na „bycie trzeźwym”, a stał się programem na życie. Radości, jaką mi niesie bycie trzeźwym, nie da się do końca opisać w słowach. To moja zmiana wewnętrzna, zmiana mojego myślenia o sobie i o innych osobach. Odkrywanie nowych rzeczy i poznawania życia na trzeźwo. Dziś wiem jedno, nie ma trzeźwienia bez radości. Spotykam nie raz na mityngach „smutnych” alkoholików, którzy narzekają na swoje życie, nie czerpiąc z niego radości. Patrząc na nich, szkoda mi, że muszą się tak męczyć, ale każdy ma swoją drogę trzeźwienia. Dlatego program AA i inni alkoholicy są bardzo ważni w procesie trzeźwienia. Ja wiem, że sam to nic bym nie zrobił. Pomoc rodziny, bliskich czy znajomych z AA spowodowała, że udawało mi się iść do przodu. Wiem, że bardzo dużo im zawdzięczam, to między innymi dzięki nim dziś jestem tu, gdzie jestem. Program AA, który „przerobiłem” i który będę przerabiał do końca swojego życia, pokazuje mi, jak mam funkcjonować. Nadal przestrzegam zalecenia dla trzeźwiejących alkoholików, które dostałem dziewięć lat temu po terapii. Tak samo, jak program HALT. Ktoś spyta: „Po co, skoro nie piję już tyle czasu?”. Właśnie po to, aby nadal być trzeźwym i cieszyć się z życia. Od czterech lat uczestniczę z żoną w trzeźwych imprezach, jak np. Sylwester i zabawy karnawałowe. Potrafię bawić się przez całą noc bez alkoholu. Co więcej – nie wstydzę się tańczyć, co kiedyś na pewno nie byłoby możliwe bez wcześniejszej „zaprawy”. Moje życie jest ciekawe, prawdziwe i kolorowe. Oczywiście są dni, kiedy mam problemy, ale potrafię samemu albo przy pomocy znajomych je rozwiązywać. Nie raz pojawiają się problemy, na które nie mam wpływu i korzystam z mądrości modlitwy o Pogodę Ducha: „abym godził się z tym, czego nie mogę zmienić, odwagi, abym zmieniał to, co mogę zmienić”. Dzięki temu, że od dziewięciu jestem trzeźwy, mogę jechać z synem na wakacje i cieszyć się wspólnym przebywaniem przez 24 godziny. Ponieważ nie mieszkamy razem, to taki tydzień jest naszym męskim wypadem, jesteśmy razem i możemy ten czas spędzać tak jak chcemy. Tej radości, jaką mam wtedy w sercu, nie zrozumie do końca nikt, kto sam tego nie przeżyje. A teraz napiszę coś, co może spowodować zdziwienie, ale… cieszę się, że jestem alkoholikiem. To, co poznałem, przeżyłem, zdobyłem i zobaczyłem, „zawdzięczam” chorobie. Chcąc zdrowieć, chodziłem na różnego rodzaju warsztaty, rozwijając się emocjonalnie i duchowo. Nigdy bym nie poznał i nie zmienił siebie, gdybym pił. Bo po co miałbym cokolwiek zmieniać, jeśli to ja wtedy byłem najważniejszy i najmądrzejszy. Teraz widzę, że jest inaczej, słucham drugiej osoby. Staram się nie oceniać, nie krytykować, tylko poznawać. Na zakończenie podam jeszcze jedną radość z trzeźwienia. Dotyczy ona niesienia posłania innym alkoholikom, którzy jeszcze cierpią. Prowadząc mityngi na oddziale, chodząc z posłaniem na detoks czy zabierając głos na mityngu, mogę opowiedzieć o swoim doświadczeniu, mogę „zasadzić” ziarnko nadziei na lepsze życie bez alkoholu. Kiedy wychodząc z takiego spotkania ktoś podejdzie i podziękuje, to wiem, że robię to, co do mnie należy. Oczywiście nie oczekuję podziękowań, bo nie po to tam przychodzę, ale oddaję, co dostałem, bo tego nauczyła mnie Wspólnota: „Dostałeś, to oddaj innym”. Życie alkoholika może być radosne i szczęśliwe, trzeba tylko znaleźć w sobie odwagę na zmiany i wytrwałość w tym, co się chce osiągnąć. Obiecuję, że warto poczekać, aby się o tym przekonać.
Marcin AA


RÓŻNE ODCIENIE RADOŚCI

Przez wiele lat radość i zadowolenie wywoływała we mnie możliwość picia. Dotyczy to okresu tzw. picia kontrolowanego, jak i późniejszego, gdy piłem już w sposób uzależniony. Początkowo potrafiłem jeszcze zdecydować, czy sięgnąć po alkohol czy też nie. Ale decyzja o zrezygnowaniu była narzucona wymogami zewnętrznymi, np. różnego rodzaju zobowiązaniami, nie była natomiast podyktowana wewnętrznymi motywami (wartości, uczucia, zainteresowania, wartościowe cele). Efektem decyzji o rezygnacji z picia było rozdrażnienie, złość, wybuchowość, konfliktowość. Alkohol zawsze był motorem i celem wszelkich moich poczynań wbrew ogólnym normom zachowania (nie mówiąc już o wyższych wartościach i uczuciach: miłość, przyjaźń, szacunek), które dla innych były naturalne, np. uroczyste wydarzenie i jego doniosłość to coś innego, niż alkohol. Wszystkie moje przedsięwzięcia i zajęcia podporządkowane były temu, abym mógł się napić. Co więcej, w moim ówczesnym przekonaniu alkohol był niezbędny i uatrakcyjniał sposoby spędzania czasu. Uroczystości, spotkania rodzinne, towarzyskie itp. Wtedy właśnie odczuwałem zadowolenie i radość, a brak alkoholu i możliwości napicia się wywoływały we mnie wymienione wyżej nieprzyjemne stany emocjonalne. Dotyczy to także zainteresowań. Preferowałem te, które dało się pogodzić z piciem. Bardzo lubiłem teatr, nawet bardziej niż kino (i nadal tak jest). Tylko że pójście na spektakl wykluczało picie. Natomiast turystyka, choćby weekendowa wyprawa do Puszczy Kampinoskiej, albo kibicowanie występowi reprezentacji nie wykluczały picia. Dlatego rezygnowałem z wielu ciekawych i doniosłych przeżyć bogatych w wartości moralne, etyczne, duchowe. Alkohol i picie było wtedy dla mnie największą wartością. Obecnie, po ośmiu latach mego trzeźwego życia, sytuacja jest całkowicie odmienna. Radość, zadowolenie sprawiają mi właśnie wartościowe wydarzenia, doznania, przeżycia (te wspomniane wyżej i wiele innych), które w tamtym czasie były mi obce. Ogromne znaczenie mają dla mnie relacje z innymi ludźmi. W okresie picia obce mi było pojęcie przyjaźni, koleżeństwa, życzliwości, a więc tych wartości, które kształtują zdrowe relacje. Kierowałem się natomiast egoizmem, egocentryzmem lub, w najlepszym wypadku, obojętnością. A wzbudzałem u innych niechęć, odrazę, niesmak. Dziś są to sympatia i życzliwość, często poparte uśmiechem. A ja te odczucia odwzajemniam. Postrzeganie mnie przez otoczenie to również ogromny zysk, jaki daje trzeźwość. W miarę jej trwania zacząłem odkrywać inne radości trzeźwego życia. Te odkrycia miały miejsce niemal każdego dnia. Pierwsze święta bez alkoholu i bez myślenia o nim. Wigilia, choinka, opłatek, życzenia, prezenty, obecność bliskich, a nie samotność. To było coś doniosłego, wzruszającego i jednocześnie niezwykłego, dla mnie odkrywczego. Takich odkryć nadal jest coraz więcej. Pamiętam, gdy któregoś wolnego dnia rano zacząłem myśleć o swojej pasji, o tym, że dziś jest na to czas. Nie pomyślałem natomiast o piciu. Odbudowa pasji i zainteresowań to kolejne niezwykłe odkrycie, jakiego dokonałem. Ku mojemu zaskoczeniu stwierdziłem wtedy, że alkohol przestał być wartością. Obecnie są nimi, oprócz wspomnianych relacji z innymi ludźmi także wartości, które relacje kształtują, a więc miłość, przyjaźń, bezinteresowność. A odpowiedzialność czy uczciwość to wartości, którymi dzisiaj kieruję się w codziennym życiu, w miejsce pijanych nawyków (dawnej normy mojego postępowania). Dziś budzę się rano z pogodą ducha, z dobrym samopoczuciem, a nie z kacem. Zastanawiam się nad swoimi planami bieżącymi i dalszymi. Planami, w których nie ma miejsca na alkohol. Jest w nich natomiast miejsce na obowiązki, zainteresowania, które dają mi dużo satysfakcji i spełnienia. Oczywiście, w codziennym życiu zdarzają się trudne sytuacje i problemy, ale rozwiązywanie ich bez alkoholu jest znacznie skuteczniejsze. I daje ogromne zadowolenie, bo wzrasta przy tym poczucie mojej wartości. Życzę wszystkim jak najwięcej radości i jak najmniej zmartwień w trzeźwym życiu.
Pozdrawiam
Wojtek
AA Warszawa


KRÓTKI TEKST O RADOŚCI

Mam ogromną radość wynikającą z trzeźwości, bo bez niej nigdy nie podjęłabym tego tematu. Ponad 33 lata temu uciekłam z domu rodzinnego i alkoholowego w małżeństwo. Oprócz ślubu cywilnego (O, zgrozo!) wzięłam też ślub kościelny. Tradycja. Byłam w ciąży. Uciekałam od pijących rodziców i brata za pomocą osób pijących nie mniej, sama trzymając się butelki. Paranoja. Moje życie w konsekwencji tych decyzji to swoisty koszmar, przerwany osobistym dnem. Tak! Dopiero dno zaczęło zmiany na lepsze, również nawrócenie. Bóg dał mi tak solidne dowody na swoje istnienie, że nie sposób im zaprzeczyć! W czasie powrotu do zdrowia odkrywałam coraz to nowe przestrzenie. Nieznane światy. Siebie. Swoją rzeczywistość. Uczciwie. Po dwóch latach byłam zdecydowana na samotne dożycie życia. Uważałam, że nie nadaję się do małżeństwa, ale ów ślub kościelny widziałam już jako poważną przeszkodę, nie do usunięcia. Jednak przyszła do mnie Miłość. Cały rok chodziłam z nią, nie ujawniając jej nikomu, zwłaszcza wybrankowi. Nie przeszła, a nawet się rozwinęła i okazała wzajemna. Zrezygnowałam z samotności, a w swoim odkrywaniu doszłam do lat młodzieńczych i zobaczyłam fakty z innej perspektywy. Siedem lat czekałam na ich potwierdzenie. W międzyczasie wzięliśmy ślub cywilny, bo wymagały tego sprawy materialne dziejące się wokół nas. 7 września tego roku Sąd Diecezjalny uznał nieważność mojego pierwszego „małżeństwa”. No cóż – to już koniec, nie ma już nic, jesteśmy wolni, możemy iść! Dalej. Ku własnym marzeniom! Chciałam się tym podzielić i dać świadectwo wytrwałej konsekwencji! Marzenia każdego mogą być inne, ale prowadzi do nich to samo. Odpowiedzialność, wiara, konsekwencja, wytrwałość! Moja podróż do nich zaczęła się w pierwszym dniu abstynencji, ponad 14 lat temu. Co dalej? Hmmm… odpoczynek!
Ela z Elbląga


„ZE WSI DO MIASTA” – HISTORIA ETHEL M.

Prezentujemy sylwetkę jednej z pionierek AA, członkini pierwszej grupy z Akron – Ethel M.
Jej historia osobista przedstawiona była w II i III edycji Wielkiej Księgi (od str. 261). Obecnie dostępna na www.silkworth.net oraz w druku w książce Experience, Strength and Hope (str. 266-278).
Młodość i rodzina
Ethel M. (Macy) pochodziła z biednej rodziny. Była najstarszym dzieckiem w rodzinie wielodzietnej. Jej ojciec miał problem z piciem. Jej dzieciństwo było trudne, pełne cierpienia i upokorzeń. Gdy była nastolatką, jej rodzina przeprowadziła się ze wsi do miasta. Po nieszczęśliwym dzieciństwie, po przeprowadzce chciała być jak inne dziewczynki Jednakże w nowej szkole czuła się gorsza od innych dziewczyn i była przez nie wyśmiewana. Jednego lata została zaproszona przez ciotkę z małego miasteczka Liberty w stanie Indiana, aby tam spędzić wakacje. Ciotka uczuliła Ethel, by ta nie spotykała się z jednym konkretnym chłopakiem, który pochodził z najlepszej rodziny w okolicy, lecz za dużo pił. Cztery miesiące później Ethel była żoną tego chłopaka – Roscoe (nazywanego zdrobniale Rollo lub Russ). Małżeństwo było mezaliansem, lecz rodzina Rolla zdawała się akceptować Ethel wierząc, że będzie ona w stanie sprowadzić go na dobrą drogę. W chwili ślubu Ethel miała 16 lat, a Rollo 23. Mieli dwie córki. Rollo pił coraz więcej, a ich życie rodzinne było koszmarem. Mniej więcej osiem lat po ślubie zdesperowana Ethel zabrała ze sobą dzieci, opuściła męża i powróciła do rodziny swojego pochodzenia. Przez rok nie mieli ze sobą kontaktu. Ethel miała wtedy około 25-ciu lat i była osobą niepijącą. Pracowała fizycznie i wyglądała na dużo starszą kobietę. Pod koniec roku ich separacji dzieci otrzymały od ojca kartkę o treści „Powiedzcie mamie, że wciąż ją kocham”. Niedługo potem Rollo zjawił się w ich mieście obiecując, że zaprzestanie pić na zawsze. Ethel zrozumiała, że wciąż kocha męża, przyjęła go z otwartymi ramionami i uwierzyła mu. Rollo znalazł pracę i nie pił przez rekordowy okres trzynastu lat! Mieli wówczas dobre życie, ich starsza córka wyszła za mąż, a młodsza kończyła liceum. Ethel nawet się nie śniło, że Rollo sięgnie po alkohol. Jednak jednego wieczoru Rollo udał się z zięciem do pubu na wieczór quizowy. Wrócił do domu kompletnie pijany. Ethel była rozbita wewnętrznie, lecz stwierdziła, że skoro córki już odchowane, to jeśli Rollo chce wrócić do picia, to i ona w to wchodzi i będą odtąd pić razem.
Rozwój choroby i droga do AA
Ta „przygoda” rozpoczęła się świetną wspólną zabawą. Nigdy się nie kłócili. Jednak w niedługim czasie „przygoda” wymknęła się im spod kontroli. Jednego lata Ethel została złapana przez policję i oboje wylądowali za kratkami za jazdę po pijaku. Niedługo potem postanowili nieco spowolnić tempo i zamiast wyjeżdżać, jak co roku w lecie, zostali, aby w czasie urlopu pomalować dom. To właśnie wtedy pijana Ethel podpaliła ich dom i nie mieli już czego malować… Było to ich ostatnie lato przed rozpoczęciem zdrowienia z choroby alkoholowej. Ale droga była kręta. W 1940 roku przeczytali coś o AA w lokalnej gazecie. Ethel poprosiła o pomoc w pewnym barze, lecz została uprzedzona, że w AA działają szaleńcy, odwlekała więc decyzję. Potwierdza to zasadę, iż jeśli ktoś nie jest gotowym na przyjęcie Programu, nie ma co tracić czasu. Można tylko tego kogoś zrazić. Program jest dla tych, którzy tego pragną, a nie dla tych, którzy – być może – go potrzebują… Ethel należała do tych pierwszych i po kolejnym okresie pijaństwa, w pobliskim barze zwróciła się do barmanki mówiąc „Chciałabym móc przestać pić. To cholerstwo mnie zabija!”. Barmanka zapytała, czy Ethel mówi naprawdę poważnie, bo jeśli tak, to powinna porozmawiać z Jackiem, właścicielem owego pubu, który nie tykał alkoholu mówiąc, że ma kłopot z piciem i nie może pić. Pomimo wątpliwości i sceptycyzmu do grupy z Akron, do której należał Jack, Ethel po paru dniach pojechała do niego do domu. Zastała jedynie jego żonę, która obiecała, że przyśle do niej Jacka tak szybko, jak to będzie możliwe. Jack zjawił się u Ethel i Rolla z dwiema puszkami piwa. Była 10.30 rano 8 maja 1941 roku. Te piwa były ostatnim napojem alkoholowym w życiu Ethel i Rolla. Tej samej nocy Ethel leżała w swoim łóżku w bólu i drgawkach. Nie sądziła, że lekarze w szpitalu mogą jej pomóc, postanowiła więc przetrwać ten stan i nie zasypiać.
Wzrost w AA
Od następnego dnia mężczyźni z AA zaczęli pojawiać się u nich w domu. Ethel powitała ich owinięta w ręcznik i zlana potem. Wkrótce potem Jack M. zaprosił ich na środowy mityng. Tam Ethel poznała Miriam i Annabelle (żony trzeźwiejących alkoholików), które otoczyły ją opieką. Przez rok Ethel i Rollo nie opuścili żadnego środowego spotkania. Po 3,5 roku od ich wspólnego wstąpienia do AA Rollo zachorował i umarł. Ethel zawsze była niezmiernie wdzięczna doktorowi Bobowi i jego żonie Anne za to, że przyczynili się do zmiany życia jej i Rolla. Bob i Anne odwiedzali ich co najmniej raz w tygodniu, niewiele mówiąc, za to pozwalając wygadać się Ethel i Rollowi. Żadne słowa nie opiszą znaczenia Wspólnoty AA w ich życiu, po tym, jak Rollo zachorował, a lekarze nie dawali nadziei. Pod koniec jego choroby Ethel zdołała poddać się woli Boga i zaakceptować jego śmierć. Była wdzięczna Bogu za to, że nie miała potrzeby picia po odejściu męża. Rollo został pochowany w piątek, a w niedzielę Hilda S. zaprosiła Ethel na obiad, na którym mieli być również dr Bob i Anne. Ethel nie myślała, że będzie w stanie tam pójść, ale najpierw udała się do szpitala St. Thomas, gdzie hospitalizowano dwie kobiety po przedawkowaniu. Ethel płakała siedząc przy ich łóżkach. Jedna z tych kobiet powiedziała jej później, że niezbitym dowodem, iż program działa był fakt, że Ethel starała się pomóc jej z problemem picia. Po śmierci męża Ethel całkowicie oddała się pracy we Wspólnocie AA. Sponsorowała wiele kobiet. Ethel od początku była bardzo aktywna, ale kiedy umarł jej mąż, AA stało się jej całym życiem. Na szczególną uwagę zasługuje fakt, iż w latach 30-tych i 40-tych pozycja kobiet z problemem alkoholowym we Wspólnocie AA była dość skomplikowana. Głównym czynnikiem utrudniającym ich uczestnictwo były obawy i podejrzenia o zachowania natury seksualnej. Ethel była kobietą o dużych gabarytach, ważącą ponad 130 kg (jej mąż ważył o połowę mniej), więc ze względu na wygląd nie uznawano jej za potencjalne zagrożenie dla wierności małżeńskiej członków Wspólnoty. Sprzyjający był również fakt, że do AA wstąpiła razem z mężem. Istniało wówczas niepisane założenie, iż alkoholik to mężczyzna, a kobiety we Wspólnocie to niepijące żony alkoholików. Ciekawostką jest to, że to właśnie niepijące kobiety sponsorowały Ethel (głównie Anne – żona doktora Boba, współzałożyciela Wspólnoty oraz siostra Ignatia, zakonnica i pielęgniarka pracująca z doktorem Bobem, by zapewnić opiekę szpitalną alkoholikom w Akron). To Ethel prawdopodobnie założyła pierwszą grupę kobiecą. Odeszła 9 kwietnia 1963 roku.
Podsumowanie
Ethel otrzymała miano i sławę pierwszej kobiety – członka AA i do dziś dnia wspominane jest jej bezinteresowne niesienie pomocy innym. Po śmierci męża powierzyła się w całości pracy w AA i sponsorowała wiele kobiet. Jest nierozstrzygniętą kwestią – i raczej niemożliwą do rozwiązania choćby ze względu na anonimowość Wspólnoty – czy Ethel rzeczywiście była pierwszą kobietą alkoholiczką we Wspólnocie. Nie mniej, bez względu na to, kto był pierwszy, Ethel niewątpliwie bardzo przysłużyła się wszystkim kobietom w AA, a biorąc pod uwagę kontekst czasów – wszystkie kobiety, które przyłączały się do Wspólnoty w pierwszych latach jej istnienia, wykazały się wielką odwagą i ich działania zasługują na szczególną uwagę i szacunek.
Pogody ducha! Wojtek z AA we współpracy z żoną Asią z Al-Anon
Źródła:
1)  „From Farm to City” w: „Experience, Strength and Hope: Stories from the First Three Editions of Alcoholics Anonymous”, str. 266-278, Alcoholics Anonymous World Services, New York, 2003
2)  „Points: The Blog of the Alcohol & Drugs History Society.”, Wordpress, dostęp sierpień – wrzesień 2017, https://pointsadhsblog.wordpress.com/2011/05/13/who-was-the-first-woman-in-alcoholics-anonymous-and-why-do-we-care/
3) „Doktor Bob i dobrzy weterani”, str. 238 i 259-261, AAWS/BSK, Warszawa 2009
4) Silkworth.net (strona poświęcona historii AA), dostęp lipiec – wrzesień 2017, http://silkworth.net/aabiography/ethelmacy.html


KONCEPCJA 10

Z każdą służbą w jednakowym stopniu powinny wiązać się odpowiedzialność i uprawnienia, których zakres powinien być zawsze wyraźnie określony.
Najważniejszą cechą każdej dobrej struktury organizacyjnej jest to, że gwarantuje ona harmonijne i skuteczne funkcjonowanie poprzez powiązanie swoich części i ludzi w taki sposób, że nikt nie ma wątpliwości, jakie właściwie są jego obowiązki i odpowiadające im uprawnienia*.
To jest właśnie, według mnie, kwintesencja tej Koncepcji. Każda organizacja, lub – tak jak w naszym przypadku – grupa dobrze zorganizowana, powinna mieć jasno określony zakres władzy, inaczej mówiąc – uprawnień, które wiązałyby się z odpowiedzialnością ściśle z nią związaną. Inaczej mówiąc i przekładając to na naszą podstawową jednostkę, czyli grupę – zaufany sługa, wybrany przez sumienie grupy, otrzymuje pewien jasno określony zakres uprawnień. W ramach swojej służby korzysta z tychże uprawnień i odpowiada za ich wykonanie przed tymi, którzy obdarzyli go zaufaniem. Każda służba powinna mieć jasno sprecyzowane obowiązki, za które odpowiada. Służebni grupy odpowiadają przed grupą, służebni Intergrupy przed Intergrupą, i tak dalej, poprzez Region aż do Powierników naszej Wspólnoty, którzy odpowiadają przed Konferencją Służby Krajowej.
Wiemy już, że w przypadku służb światowych AA tego rodzaju ostateczna odpowiedzialność i władza są ulokowane w samych grupach AA. One z kolei przekazały część swojej najwyższej władzy Konferencji i Powiernikom.*
Najwyższą rolę w naszej Wspólnocie, a co za tym idzie i najwyższą odpowiedzialność, ponoszą grupy AA. Przed nimi odpowiadają Intergrupy, które to „nadzorują” pracę Regionu. Region deleguje zakres uprawnień Konferencji Służby Krajowej, która to deleguje Powierników do pracy na rzecz Wspólnoty. Niezmiernie ważnym elementem tej układanki jest również, według mnie, określenie wzajemnych relacji między służebnymi kolejnych poziomów naszej struktury, zakresu obowiązków, określenie należnych im uprawnień.
 Jeżeli jednak najwyższa władza nie jest starannie poparta delegowanymi uprawnieniami, uzyskujemy skutek odwrotny.*
Czyli powstaje wówczas chaos organizacyjny, a co za tym idzie – zatargi, niesnaski i narzucanie własnej woli. Bez określonych ram i zasad, bez poczucia właściwie wykorzystanej władzy i nie mając przy tym świadomości ponoszonej odpowiedzialności, stalibyśmy się bojaźliwym i skłóconym organizmem, bez możliwości przetrwania.
Krótko mówiąc, niewłaściwe wykorzystanie najwyższej władzy prowadziłoby do dyktatury, w której niemal każda grupa sług AA miałaby duże obowiązki, ale nie dysponowała faktyczną ani pewną władzą, nie miałaby więc możliwości podejmowania skutecznych decyzji i rzeczywistego przewodnictwa, które są niezbędne do działania.*
Dobrą praktyką, która ujęta jest również w tej Koncepcji, jest zasada, by nie używać pełni władzy przypisanej danej służbie, czyli kiedy coś nam się nie podoba w pełnieniu służby, dobrze jest się zapytać o motywy takiego działania. Zdarzają się jednak lub mogą się zdarzyć takie sytuacje, które wymuszają konkretne i zdecydowane działania na rzecz szybkiej poprawy pracy danego poziomu naszej struktury. Wtedy możemy ingerować chociażby poprzez blokady funduszy lub nawet reorganizacje w służbach. Takim przykładem może być nadanie prawa veta Powiernikom wobec Konferencji Służb Krajowych, jeśli oczywiście dojdą oni do wniosku, że powinni z takiej formy skorzystać. I w tym przypadku veto powinno być wyrażone w formie ukierunkowanych pytań, a nie w formie takiej czystej negacji. Chroni to pełniącego służbę przed naturalną skłonnością do nadmiernego korzystania z władzy i dlatego też:
W naszej strukturze próbowaliśmy na każdym szczeblu utworzyć dokładne definicje władzy i zakresu odpowiedzialności. Realizowaliśmy to (a) środkami prawnymi, (b) środkami tradycyjnymi i (c) za pomocą zasad, zgodnie z którymi można interpretować i bez trudu rozstrzygać wątpliwe oraz pozornie lub faktycznie konfliktowe sytuacje.*
Mamy do zastosowania w naszej Wspólnocie takie narzędzia, jak Karta Konferencji, są również karty Intergrup czy Regionów, są nasze Tradycje, jako zasady do zastosowania przed osobistymi ambicjami, są również jasno określone uprawnienia służebnych na grupach AA. Fundacja pełniąca funkcje usługowe w stosunku do Wspólnoty kieruje się aktami prawnymi i – jak w każdej instytucji – ma regulaminy i instrukcje jasno określające zakres obowiązków i odpowiedzialności każdego z zatrudnionych pracowników. Czytając opracowanie Koncepcji X widać wyraźnie, jak ważny jest wybór odpowiedniego kandydata do służby, jak ważne są jasno sprecyzowane sugestie i opisy do pełnienia tejże służby. To wszystko chroni Wspólnotę przed błędnym wykorzystywaniem władzy, chroni przed niewłaściwym podejściem do służebnego w razie niewłaściwie wykorzystanej przyznanej mu władzy. Każda ze służb powinna opierać się na zrozumieniu, dążeniu do zgody i jedności, a przede wszystkim na dobrze rozumianej pokorze.
Wszystko to w pełni wynika z Tradycji Drugiej AA. „Zbiorowe sumienie” jest tu najwyższą władzą, a „zaufani słudzy” są władzą delegowaną. Żadna z nich nie może funkcjonować bez drugiej. Dobrze wiemy, że tylko za pomocą szczegółowych definicji i wzajemnego szacunku możemy stale utrzymywać prawidłową i harmonijną równowagę.*
*Nieautoryzowany przekład X Koncepcji autorstwa Billa W., przyjętej na 12 Dorocznej Konferencji Służb Ogólnych AA 26 kwietnia 1962 r.

W kwietniu tego roku na Wieczny Mityng odszedł Wiktor O. Dzięki Pani Ewie Woydyłło-Osiatyńskiej możemy przypomnieć jego słynne teksty. Zamieszczamy też wspomnienie o Wiktorze pióra jednego z naszych Przyjaciół.
ODBIĆ SIĘ DO ŻYCIA

Pod koniec września plaże pod Los Angeles zmieniają użytkowników. Znikają urlopowicze, coraz mniej rodzin z dziećmi, mniej grajdołów, więcej obozowisk. Jakieś nasypy porobione z worków z piaskiem, chroniące od wiatru i pyłu. Na parkingach i w okolicznych ulicach dużo starych, pordzewiałych samochodów. Robi się coraz brudniej. W zapach soli i wodorostów wdziera się stęchlizna butwiejących przedmiotów, woń brudnych ubrań i ciał, zapach palonej marihuany i sfermentowanych resztek piwa w walających się po ziemi puszkach i butelkach. Do południowej Kalifornii zjeżdżają na zimę bezdomni z północnych stanów. Bo chociaż noce bywają tu chłodne, za dnia można wygrzać się w słońcu. Nikt ich nie przegania, nikt nie czepia się, nie sprawdza dokumentów, jeśli tylko nie wejdą w konflikt z prawem. W Santa Monica, w Venice i w innych dzielnicach Armia Zbawienia wydaje bezdomnym zupę. Zjeść ją może każdy. Każdy też może wejść do jednego z kilku pawilonów znajdujących się wzdłuż plaży, nalać sobie kawy i wziąć kruche ciastko. Może wyjść albo posłuchać, o czym mówią zebrani. Jeden na kilku zostaje. To spotkania Anonimowych Narkomanów lub Anonimowych Alkoholików. Biorą w nich udział ludzie uzależnieni, którzy przestali ćpać i pić lub dopiero pragną przestać. Opowiadają o sobie i o swoich uczuciach, o tym jak było, gdy pili, w jaki sposób przestali i jak zmieniło się ich życie. Wielu z nich to ludzie pracujący i całkiem pozbierani, którzy sami kiedyś mieszkali na plaży lub na ulicy, inni nadal pozostają bezdomni, ale są już trzeźwi. Przychodząc na spotkania AA lub AN nie tylko wypełniają czas, ale przede wszystkim uzyskują od innych siłę i nadzieję, uczą się jak żyć bez alkoholu lub narkotyków. A bez tego nigdy nie wydostaną się z plaży, z bezrobocia, z zaklętego kręgu nędzy i uzależnienia. Alkohol to lekarstwo. Kilka tysięcy kilometrów na wschód od Los Angeles, w Nowym Jorku, na rogu 94 ulicy i Madison Avenue, w kipiącej bogactwem sali kościoła prezbiteriańskiego, co wieczór zbiera się blisko sto osób z wyższych sfer. Biznesmeni, dyrektorzy wielkich korporacji, profesorowie i lekarze, każdy w ubraniu za kilka tysięcy dolarów. Kobiety przystrojone w perły, złoto i diamenty, wśród nich można spotkać znaną aktorkę, piosenkarkę lub gwiazdę telewizyjną. Czasem przychodzi tu Lisa Minelli lub Elizabeth Taylor, kiedyś przyjechała Pani Betty Ford, żona byłego prezydenta. Tutaj wszyscy mówią z akcentem wyuczonym w najlepszych szkołach. Ale mówią niemal dokładnie o tym samym, co niepiśmienni często mieszkańcy plaży w Venice. Bo chociaż pijali lepsze trunki, na wspaniałych bankietach i w najdroższych restauracjach, odczuwali taką samą złość, wstyd, poczucie winy, wyrzuty sumienia, zazdrość i przede wszystkim narastający lęk. Większość z nich to ludzie, którzy dawno temu zaczęli pić towarzysko. Po wypiciu czuli się lepiej: tracili nieśmiałość, stawali się weselsi, przestawali się bać. Alkohol lub narkotyk był dla nich cudownym lekarstwem na poprawienie nastroju albo ucieczką od przygnębienia i depresji. Właśnie dlatego uzależnili się od cudownego leku, los taki spotyka blisko 10 procent dorosłych mężczyzn i tylko nieco mniej kobiet. Alkohol czyni dla nich cuda, ale za coraz wyższą cenę – kaców, niesprawności rodzinnej i społecznej, wyrzutów sumienia, lęku. Z czasem alkohol przestaje podnosić nastrój swoich ofiar ponad przeciętną, stając się lekiem na krótkotrwałe wyciągnięcie ich z cierpień, jakich doświadczają.    Ludzie zebrani dziś na mityngu przez wiele lat robili wszystko, by udowodnić sobie i innym, że nie utracili kontroli nad alkoholem. Setki razy obiecywali, że wypiją tylko trochę. Niektórzy pili tylko piwo,  a inni tylko koniaki. Jeszcze inni nie pili przed zakończeniem pracy. Jedni pili tylko w towarzystwie, a inni tylko w samotności. Bywali tacy, którzy przysięgali sobie nie pić przez miesiąc przez rok, a nawet przez kilkanaście lat. Ale gdy tylko wypili pierwszy kieliszek, wcześniej czy później kończyło się tak samo: powracały pijaństwa, wyrzuty sumienia, poczucie winy, agresja i strach. Aż w końcu uznali się za pokonanych. Uznali swoją bezsilność wobec alkoholu. Paradoksalnie, uznanie własnej klęski stało się źródłem siły. Odtąd, zamiast tracić energię na mocowanie się z alkoholem, mogą wykorzystać ją na to, by nauczyć się jak żyć bez niego. Zupełnie tak samo jak cukrzyk musi się nauczyć żyć bez cukru albo ktoś po zawale musi nauczyć się żyć bez papierosów, tłuszczu i stresów, ale za to z pogodą ducha. Uczestnicy spotkań Anonimowych Alkoholików albo Narkomanów uczą się od siebie nawzajem właśnie tego, jak żyć z trwałym uzależnieniem, jak radzić sobie z własnymi emocjami, jak kształtować siebie, by nie musieć uciekać od życia do alkoholu, narkotyków lub lekarstw. Dzięki tej wzajemnej pomocy, dostępnej niemal na całym świecie, półtora miliona ludzi uzależnionych od alkoholu zachowuje dziś trzeźwość. W Nowym Jorku jest ponad tysiąc pięćset mityngów AA tygodniowo, w Los Angeles ponad dwa tysiące, a i w Warszawie ponad dwadzieścia. Życie w trzeźwości jest jednak bardzo trudne i nie każdemu się udaje. Na stu ludzi zebranych na rogu 94 i Madison Avenue tylko dwudziestu nie weźmie więcej alkoholu do ust. Druga dwudziestka zapije jeszcze raz lub kilka i potem wejdzie na drogę trwałej trzeźwości. Wielu straci rodziny, pracę i majątek. Kilku z nich na 10 – 15 lat wyląduje na plaży w Venice, ale nie będzie ich wielu, bo wbrew stereotypowym poglądom w tzw. rynsztoku znajduje się zaledwie trzy procent wszystkich alkoholików. Inni nigdy tam nie dotrą, umrą przedtem najczęstszą bodaj śmiercią uzależnionych. Jest nią nierozpoznany alkoholizm lub narkomania, śmiertelny wypadek, samobójstwo lub zawał serca. Niektórzy wystraszą się na tyle, że pójdą się leczyć do specjalnych ośrodków, jakich jest dzisiaj w Ameryce ponad 10 tysięcy. Choćby takich jak Chit Chat.
Przebić mur zakłamania
Chit Chat można przetłumaczyć na polski jako „pogaduszki”. W latach pięćdziesiątych położoną wśród wzgórz posiadłość w Pensylwanii kupił Richard Caron, zamożny alkoholik, który zyskał trzeźwość dzięki Wspólnocie AA. Pragnął, by dopiero co „wysuszeni” koledzy mogli trzeźwieć z dala od zgiełku i pokus codzienności. Kiedyś na farmę przyjechała Pani Caron. Spodziewała się zobaczyć szpital, a tymczasem zastała lekko przymglonych ludzi, siedzących na bujakach i gawędzących ze sobą. „Myślałam, że to poważna kuracja, a tu tylko jakieś takie pogaduszki” – powiedziała zdziwiona Pani Caron. I tak już zostało. Z tym, że dzisiaj jest już szpital, są lekarze i pielęgniarki w białych fartuchach. Ośrodek nadal jest znany jako Chit Chat, chociaż oficjalna nazwa brzmi: Fundacja im. Richarda Carona. Fundacja zajmuje się leczeniem alkoholizmu w kilku ośrodkach w Pensylwanii i w innych stanach. Od ubiegłego roku ludzie z Chit Chat leczą alkoholików w Moskwie, a 21 maja (1991 r. – przyp. red.) na zaproszenie Komisji Edukacji w Dziedzinie Alkoholizmu i Innych Uzależnień Fundacji im. Stefana Batorego zaczną szkolić polskich specjalistów. Chit Chat jest jednym spośród 7 tysięcy ośrodków odwykowych, które stosują metodę leczenia opartą na tzw. Dwunastu Krokach, wypracowanych przez Anonimowych Alkoholików. W gruncie rzeczy są to te same pogaduszki, które tak zdziwiły Panią Caron, z tym że stały się one częścią intensywnego programu leczenia. Detoks, czyli fizyczne odtrucie z alkoholu lub innych substancji, jest tylko wstępną fazą i nie ma jeszcze nic wspólnego z leczeniem właściwej choroby. Bo samo odtrucie nie zapobiega ponownemu zapiciu. Podobnie jak nie zapobiega zapiciu esperal, anticol, więzienie, czy nawet długotrwała przerwa. Problemem alkoholika jest to, jak utrzymać trzeźwość, nie przez kilka dni lub tygodni, ale dłużej.  W tym celu musi on (lub ona, bo przecież wiele kobiet też choruje) nauczyć się żyć bez alkoholu. Zapoczątkowaniu takiej nauki służy 28-dniowa kuracja. Zaczyna się od ciężkiej pracy umysłowej. Istotną częścią choroby jest bowiem mechanizm intelektualny, który mówi choremu, że nie jest chory. Mechanizm ten powstaje z lęku przed przyznaniem się do alkoholizmu. Człowiek uzależniony okłamuje nie tylko innych, ale przede wszystkim siebie. Naprawdę nie pamięta skutków picia, minimalizuje ilość i częstotliwość wypijanego alkoholu, znajduje powody, dla których upił się. Mechanizm zaprzeczania jest z pozoru bardzo logiczny i spójny, toteż trudno się przezeń przebić, i to nie tylko choremu, ale również lekarzowi lub psychologowi. Najlepszymi specjalistami w tej dziedzinie są inni niepijący alkoholicy, którzy sami u siebie już kiedyś zdemaskowali taki mechanizm. Podczas kuracji w Chit Chat pomagają nowicjuszom dostrzec ich bezsilność wobec alkoholu  i uwierzyć w nią. Jednocześnie podczas kuracji chorzy uczą się żyć. Są fizycznie trzeźwi, najpierw przez tydzień, później dwa i cztery (zapicie powoduje automatyczne usunięcie z leczenia). Targają nimi straszliwe emocje, bo przecież po raz pierwszy w życiu uczciwie przyglądają się sobie. Uczą się nowych zachowań – odczuwać ból, smutek, strach i złość, ale bez alkoholu. Uczą się również tego, czego  powinni unikać po wyjściu z kuracji – jak choćby trzymania w domu alkoholu, odwiedzania barów, spotykania się z pijącymi kolegami, złości i napięć, a także głodu, samotności i zmęczenia. Podczas kuracji rozpoczyna się również proces właściwego trzeźwienia, czyli wewnętrznej zmiany postaw i systemu wartości chorego. Wszyscy alkoholicy charakteryzują się jedną wspólna cechą – niedojrzałością emocjonalną. Są jak rozkapryszone dzieci, zapatrzone w siebie, egoistyczne i egotystyczne, niezdolne do akceptacji faktu, że świat nie tańczy do wybijanego przez nich rytmu. Otrzeźwienie to usunięcie siebie z centrum wszechświata i powolne uczenie się akceptacji, cierpliwości i pokory. Takiej przebudowie samego siebie właśnie służy program Dwunastu Kroków, który zostaje zapoczątkowany podczas kuracji, a później jest kontynuowany w grupach AA.   Z Chit Chat nikt nie wychodzi wyleczony, bo z alkoholizmu wyleczyć się nie można. Nie sposób odzyskać zdolności kontrolowanego picia, tak samo jak z kiszonego ogórka nie można zrobić z powrotem świeżego. Z Chit Chat człowiek wychodzi świadomy swojej choroby i tego, że nie powstrzymana kończy się śmiercią, często samobójczą, więzieniem lub domem wariatów. Ale wychodzi on również świadomy, że jest sposób na tę chorobę. Że może z niego skorzystać lub nie i że to zależy tylko od niego samego. Leczenie alkoholizmu to nauka brania we własne ręce odpowiedzialności za własne życie.
Leczenie miłością
 W Chit Chat pracuje kilkadziesiąt osób. Tylko jeden jest psychiatrą, do tego na pół etatu. Jest jeden psycholog, jest kilku lekarzy, którzy pracują na detoksie, przed leczeniem, a także badają wszystkich pacjentów przychodzących na kurację. Właściwą kurację odwykową prowadzą specjalni instruktorzy terapii odwykowej. To zupełnie nowy zawód, nieznany jeszcze kilkanaście lat temu. Najczęściej wykonują go niepijący alkoholicy z kilkuletnim stażem trzeźwości lub inni ludzie, którzy sami rozwiązali podobne problemy u siebie, korzystając z programu Dwunastu Kroków. Na przykład żony albo dzieci alkoholików, którzy poradzili sobie ze swoimi problemami, nałogowi palacze, którym udało się odzwyczaić czy ludzie z zaburzeniami łaknienia. To jednak nie wystarcza, by być dobrym instruktorem. Trzeba jeszcze przejść bardzo staranne przeszkolenie, które trwa przynajmniej rok.    Dobrze wykwalifikowany instruktor ma ogromne zalety: mając za sobą doświadczenia własnych zaprzeczeń, może łatwiej przebić się przez mur logicznych z pozoru wykrętów pacjenta. Może mu naprawdę współczuć i własną trzeźwością stwarzać choremu nadzieję. Może wreszcie przeprowadzić go przez pierwsze tygodnie, dzieląc się tym, co jemu samemu pozwala trzeźwieć. Niebagatelne jest również to, że taki instruktor jest tańszy niż lekarz, psychiatra czy psycholog, którzy za drogo kosztują, by przez pięć dni w tygodniu, od ósmej do piątej po południu, wykonywać dość prostą, gdy się ją umie, pracę, jaką jest przebijanie się przez mur zaprzeczeń alkoholika i naprowadzanie go na drogę zdrowia duchowego. Co więcej, wysoko wykształcony specjalista musi oduczyć się wielu nawyków, jakie wyniósł ze studiów. Musi zapomnieć o korzystaniu z leków farmakologicznych, a zwłaszcza środków uspokajających i nasennych po detoksie. Są one dla chorego tym samym co alkohol: zmieniając nastrój pomagają sztucznie radzić sobie z nieprzyjemnymi uczuciami. Psychiatra też musi zapomnieć o chemii, a jednocześnie nauczyć się tego, że alkoholik woli leczyć się z nerwicy i innych rzekomych powikłań psychicznych niż uznać swoją chorobę i wyrzec się alkoholu. I wreszcie zarówno psychiatra jak i psycholog muszą zapomnieć o pytaniu: dlaczego chory pije? Alkoholik o niczym bowiem tak nie marzy, jak o tym pytaniu. Sam zresztą często je sobie zadaje. I odpowiada” „piję, bo…”. Bo mamusia mnie nie kochała, bo tatuś mnie bił, bo szef wyrzucił mnie z pracy, bo nie mogę spać, bo mam lęki o przyszłość, bo jestem przemęczony, bo nie mam pracy, bo to, bo owo, bo tamto. Każdy alkoholik jest mistrzem w poszukiwaniu powodów picia. A przecież w istocie alkoholik pije bez powodu. A raczej z jednego powodu. Tego mianowicie, że jest alkoholikiem i musi pić. Wszystkie rzekome powody picia są usprawiedliwianiem nałogu. Warunkiem powodzenia kuracji jest uświadomienie tego choremu i przekonanie go , żeby raczej szukał powodów do trzeźwości. Bo niepijący alkoholik może powiedzieć „nie piję, bo”, a po tym „bo” następuje to, co zrobił, by przezwyciężyć przymus picia. W Chit Chat odbywa się wstępna nauka sposobów życia w trzeźwości. Do takiej nauki nie potrzeba żadnych leków. Tam leczą samą akceptacją, dobrocią i miłością. Braterską miłością, jaką darzą się wzajemnie pacjenci, oraz bezwarunkową akceptacją, jaką okazują im terapeuci-alkoholicy, którzy przecież dobrze rozumieją swoich klientów. Jedynym środkiem leczniczym są papierowe chusteczki. Bo w Chit Chat dużo się płacze, często po raz pierwszy w życiu. Przez 28 dni trzeba świadomie przeżyć ból wielu lat życia, ból spychany w podświadomość, zalewany alkoholem, to bardzo boli i nic dziwnego, że każdy chce stamtąd uciec, i to niejeden raz. Instruktorzy terapii mimo współczucia nie osładzają tego bólu, wiedzą, że kuracja musi boleć. Są również stanowczy i wymagający wobec pacjentów, bo wiedzą, że jeśli za wcześnie pozwoli im się decydować o tym, co mają robić, alkoholicy, najczęściej nieświadomie wybiorą to, co ich doprowadzi do ponownego picia. Terapeuci nie boją się, że pacjent nie będzie ich lubić, akceptują jego gniew, tak jak mądra matka akceptuje złość dziecka, kiedy zmusza je do przełknięcia gorzkiego lekarstwa. Ludzie w Chit Chat wiedzą, że każde dojrzewanie boli. Musi boleć.
Twarda miłość
Nikt, absolutnie nikt, nie mógłby przez dłuższy czas pozostawać uzależniony, gdyby został pozostawiony samemu sobie i musiał ponosić wszystkie konsekwencje picia. Nie miałby za co pić, zostałby odtrącony społecznie, straciłby pracę i najpewniej szybko by umarł. Alkoholizm ma jednak na to sposób. Otóż każdy alkoholik otacza się ludźmi, którzy pomagają mu pić. Najczęściej są to zresztą ludzie, którzy najbardziej pragną, by alkoholik przestał pić – jego najbliższa rodzina, pracodawcy, opiekunowie społeczni, lekarze. Oni właśnie najczęściej pomagają choremu unikać konsekwencji nadmiernego picia albo sami takie konsekwencje za niego ponoszą. W Ameryce określa się ich słowem „ułatwiacze” (enablers). „Ułatwiaczem” jest każdy, kto pomaga człowiekowi, i to każdemu człowiekowi, nie tylko alkoholikowi, uniknąć dolegliwych konsekwencji picia. Nie tylko koleś, który rano przynosi piwko, ale również troskliwa mamusia, która myje i kładzie do łóżka podpitego młodzieńca, a następnie przykłada mu kompresy na kaca. Żona, która nazajutrz dzwoni do pracy z usprawiedliwieniem, że mąż jest chory. Pracodawca, który puszcza płazem łamanie dyscypliny, prokurator lub sędzia, którzy traktują łagodniej wykroczenie lub przestępstwo, w zamian za obietnicę, że „to już ostatni raz”. Ułatwiaczem jest litujący się nad chorym lekarz, który lekką ręką wypisuje zwolnienie z pracy albo receptę na leki uspokajające i psycholog, który wraz z chorym poszukuje odpowiedzi na pytanie dlaczego ten pije. Ułatwiają picie doskonale pracujące izby wytrzeźwień, których klienci powinni w założeniu wracać do domu lub do pracy przywróceni do zdrowia fizycznego, radośni i zadowoleni z siebie. Ułatwiają picie koledzy i znajomi, którzy kryją alkoholika przed pracodawcą, pożyczają pieniądze, stawiają alkohol lub dają go na kredyt. Po to, by zostać alkoholikiem trzeba trzech rzeczy. Podatności fizjologicznej, picia alkoholu oraz środowiska społecznego, które na picie przyzwala lub w tym pomaga. I w istocie ułatwiają nałóg ci wszyscy, którzy z głębi duszy chcą choremu „dopomóc” w potocznym, codziennym sensie tego słowa. Dopomóc, czyli ulitować się, pomóc uniknąć przykrości, pokierować nim dla jego dobra, dać mu jeszcze jedną szansę. Alkoholikowi nie jest potrzebna szansa ani litość, lecz wybór. On sam musi mieć wybór między ponoszeniem wszystkich konsekwencji picia a trzeźwością. Warunkiem takiego wyboru jest zakończenie wszelkiego rodzaju ułatwiania. Chorego trzeba „zostawić’. Alkoholik musi spaść na dno, po to, by móc się od tego dna odbić do życia. Mimo, że brzmi to okrutnie, taka jest prawda, potwierdzona losami każdego spośród półtora miliona trzeźwych alkoholików na całym świecie. Odmowę zwykłej pomocy i przybliżenie dna określają słowem „twarda miłość”. Teraz już wiedzą, że takiej właśnie miłości najbardziej potrzebują i jej się uczą po to, by móc później pomagać innym uzależnionym. Dojrzewanie do trzeźwości można bowiem przyspieszyć. Nazywa się to interwencją. Polega ona na skonfrontowaniu chorego z wszystkimi konsekwencjami picia i zaoferowaniu możliwości pomocy. Konfrontacja taka wymaga wiedzy na temat choroby i zdrowienia, a także stosowania szczególnych technik interwencji. W Ameryce uczą się ich nie tylko lekarze, psychologowie, instruktorzy terapii uzależnień, prokuratorzy i sędziowie, ale także pracodawcy.
Podnoszenie dna
Amerykańscy pracodawcy wiedzą, że alkoholicy mają przeciętnie 16 razy więcej nieobecności w pracy niż inni pracownicy, biorą trzy razy więcej zwolnień lekarskich, powodują trzy i pół raza więcej wypadków, a nawet jeśli pracują bez wypadków i absencji, to i tak wykorzystują nie więcej niż dwie trzecie swoich możliwości. Wiadomo też, że alkoholizm równie często występuje wśród kadry kierowniczej jak u „zwykłych” robotników fizycznych, że wyleczenie pracownika, zwłaszcza wykwalifikowanego, jest tańsze niż kształcenie nowego, oraz że niepijący alkoholicy, którzy pracują nad własnym rozwojem w AA, stają się najlepszymi, najbardziej sumiennymi i odpowiedzialnymi pracownikami. Rzecz w tym, jak ich skierować na drogę trzeźwości. Amerykański pracodawca wie o tym, że umoralniające gadki na temat pijaństwa, groźby, prośby i obietnice nie skutkują. Na szczęście wie on również o tym, że to nie on ma zajmować się alkoholizmem pracownika. Pracodawca zajmuje się tylko i wyłącznie jakością pracy. Wie jednak, że alkoholizm rzutuje na jakość pracy i powoduje dość dobrze określone objawy. Jeśli zatem ktoś zaczyna być częściej nieobecny w pracy, zwłaszcza w poniedziałki, miewa widoczne kace, przedstawia niesamowite, ale wiarygodne usprawiedliwienia, znika na jakiś czas lub wychodzi za często do ubikacji, nie umie skupić uwagi, nie dotrzymuje terminów, zmienia zachowanie po przerwie, bywa uniżony, kłótliwy lub tajemniczy, podwładni go kryją, a przełożeni tłumaczą – wówczas dyrektor powinien podejrzewać alkoholizm. Wzywa więc takiego pracownika na rozmowę i przede wszystkim powstrzymuje pokusę, by rozmawiać z nim o chorobie. Mówi tylko o pogarszającej się dyscyplinie pracy. I wyznacza termin na jej poprawę. Jeśli to nastąpi, oznacza to, że pracownik panuje nad swoim życiem i piciem. Jeśli nie, dyrektor wręczając wypowiedzenie mówi, że być może pracownik ma jakiś problem osobisty, wobec którego sam dyrektor jest bezsilny, ale może warto zwrócić się w tej sprawie do istniejącej w zakładzie specjalnej Służby Pomocy Pracowniczej. Pracownik ma wybór. Może przyjąć wypowiedzenie albo poszukać pomocy. I właśnie  to chodzi. Zawsze chodzi o to, by to chory szukał pomocy, a nie odwrotnie. Leczenie przymusowe, zobowiązania przez sąd do leczenia, orzeczenia biegłych o czyimś alkoholizmie - wszystko to jest bezskuteczne, dopóki chory sam nie zechce trzeźwości. Tak dzieje się wówczas, gdy pracownik idzie do Służby Pomocy właśnie po pomoc, a nie za karę. Trzeźwość, której perspektywa zrazu przeraża uzależnionego, staje się „mniejszym złem” niż dalsze picie. Stosowana jest ona zresztą nie tylko przez pracodawców. Także przez policję, prokuratorów, sędziów i służby więzienne. W niektórych stanach kierowca, który prowadził po pijanemu, traci prawo jazdy na rok lub dłużej. Może je odzyskać wcześniej, jeśli oprócz „przepisowej” kary, pójdzie na 20 otwartych mityngów Anonimowych Alkoholików. Po takiej edukacji ośmiu na dziesięciu pije dalej, ale dwóch zostaje w AA na stałe. Ten, kto nadal pije, wcześniej czy później znów będzie odpowiadać za jazdę po pijanemu. Teraz dostanie wybór pomiędzy trwałą utratą prawa jazdy a skuteczną kuracją odwykową. Podobny wybór między wyrokiem za drobniejsze przestępstwa a odwykiem dają pijącym Amerykanom prokuratorzy, sądy i kuratorzy dla nieletnich. W ten właśnie sposób trafia do Chit Chat znaczna część młodych ludzi, którzy nigdy w życiu nie pili mocniejszego trunku niż piwo. Ta sama zasada obowiązuje po wyroku za poważniejsze przestępstwa. Amerykańscy kryminolodzy obliczają, że blisko połowę przestępców stanowią ludzie uzależnieni od alkoholu lub narkotyków. Wśród recydywistów odsetek ten wzrasta do ponad 95 procent. Do niedawna uważano, że skoro alkoholizm jest chorobą, to ludzi takich trzeba leczyć, a nie karać. Dziś coraz częstsze staje się przekonanie, że ludzi takich trzeba karać, i to właśnie po to, by zechcieli się leczyć. Kara staje się nieuchronną konsekwencją ich czynów, a leczenie – szansą na przerwanie pasma cierpień. W tym celu jednak konieczne jest uświadomienie choremu związku miedzy jego trybem życia a przestępstwami oraz stworzenie możliwości leczenia w więzieniu. Dziś w każdym niemal więzieniu amerykańskim działają oddziały odwykowe i grupy Anonimowych Alkoholików oraz Narkomanów. Skuteczne przejście kuracji stwarza szansę przedterminowego zwolnienia. Ten system jest prosty i skuteczny. Jego skuteczność polega na tym, że leczenie nie jest karą lecz pomocą. Nie upodla chorego, lecz stwarza mu nadzieję. Daje wybór między poniesieniem konsekwencji picia lub wyzdrowieniem. Ale po to, by taki system mógł działać, musi istnieć możliwość skutecznego leczenia. W Ameryce stwarza ją dziesięć tysięcy ośrodków odwykowych, w których ten kto chce, może wyzdrowieć.
Wiktor Osiatyński


WIKTOR OSIATYŃSKI WG. KRZYSZTOFA

Mam na imię Krzysztof, jestem alkoholikiem. Tak przedstawiam się od wielu lat, kiedy spotykam się z ludźmi uzależnionymi. Minęło już parę dni od czasu, kiedy przestałem pić, kiedy zacząłem trzeźwieć i kiedy idę tą drogą, która pozwala mi żyć godnie. Miałem to szczęście, że któregoś dnia trafiłem na mądrych ludzi, którzy pokazali mi, że ja – alkoholik mogę żyć, że mogę chodzić z podniesioną głową i że jest to w sumie prosta rzecz. I którzy powiedzieli mi, że jest PROGRAM. Nie byłoby mnie na tym świecie od dawna, gdyby nie PROGRAM. Ale nie trafiłby on do mnie, gdyby nie podali mi go „na tacy” ludzie. Jednym z Nich był Wiktor O. Spotkałem Go na początku swojej drogi. Na szczęście. Na pogrzebie Wiktora, wśród wielu, wielu ludzi, byłem sam. Stałem z boku i słuchałem pięknych słów, jakimi żegnali Go różni ludzie. To był czas, kiedy jak w kalejdoskopie przelatywały mi obrazy z naszych spotkań przez wszystkie lata naszej znajomości. A wieczorem napisałem na portalu społecznościowym kilka słów, które kierowałem bezpośrednio do Wiktora. I tym chciałbym się z Wami podzielić.
Moje pożegnanie
Najpierw poznałem Twoje książki, a dopiero później spotkałem Ciebie pierwszy raz. To było dla mnie bardzo ważne spotkanie, bo tak naprawdę odmieniło moje życie. Opowiadałeś wtedy o sobie i wtedy po raz pierwszy usłyszałem historię „o nodze”. Twojej nodze. I o zaufaniu. Później spotykaliśmy się przy różnych okazjach. Często bywałeś gościem w audycji radiowej, którą prowadziłem. Wtedy też opowiedziałeś historię „o nodze” i publicznie obiecałeś, że napiszesz książkę pod tytułem „Zrozumieć nogę”. Po latach napisałeś REHAB i historii „o nodze” poświęciłeś raptem jedną stronę… To w radiu pierwszy raz powiedziałeś mi, że: „…masz wstać rano, poprawić przedziałek i odpieprzyć się od siebie…”. Jestem od lat łysy jak kolano i w pierwszej chwili myślałem, że kpisz ze mnie. Kiedy dotarło do mnie Twoje przesłanie, mówiłem o tym słuchaczom wielokrotnie. Ludzie byli szczęśliwi, kiedy mogli Cię słuchać. Ja też. Zawsze byłeś wdzięcznym rozmówcą, bo wystarczyło rzucić hasło i później można było już tylko słuchać. Pamiętam jak w trakcie audycji, w której snułeś swoją opowieść, zadzwoniła kobieta i powiedziała, że życie jej się posypało i jest w takim stanie, że: „…chce jej się wyć!!” Wtedy powiedziałeś: „to wyj!!!”. I Ona, ku przerażeniu Rudej, mojej realizatorki zaczęła wyć do słuchawki. A kilka dni później napisała do mnie, że bardzo Ci dziękuje, bo wtedy bardzo jej pomogłeś. Ciężko było Cię ściągnąć do radia, bo zawsze gdzieś byłeś w rozjazdach. Ale czasami się to udawało i każda z tych rozmów wiele dawała mnie i słuchaczom. Dostawałem później od nich takie informacje zwrotne. Dużo pisałeś i wtedy spotykaliśmy się na promocjach Twoich książek. Bardzo lubiłem oglądać Twoje wystąpienia telewizyjne, bo w przeciwieństwie do tych wszystkich przemądrzałych „gadających głów”, których w „okienku” jest bez liku, mówiłeś zawsze w sposób prosty i zrozumiały, który zmuszał do słuchania. Kiedy parę miesięcy temu zdałem sobie sprawę, że dawno Cię nie widziałem i zadzwoniłem, nie odebrałeś telefonu. Kiedy napisałem maila, też nie było odzewu. Zadzwoniłeś po kilku tygodniach i wtedy w kilkanaście minut powiedziałeś mi o swoich kłopotach zdrowotnych – waliłeś na odlew, bez owijania w bawełnę. Pamiętam, że po zakończeniu tej rozmowy przez kilkanaście minut stałem w miejscu i nie mogłem się ruszyć. W październiku ubiegłego roku zdążyłem być na dwóch Twoich wykładach na Uniwersytecie Warszawskim. Pierwszym było spotkanie ze studentami Instytutu Profilaktyki Społecznej i Resocjalizacji, którym mówiłeś o chorobie alkoholowej. Kiedy zobaczyłem jak wysiadasz z taksówki, byłem przerażony. Widać było, że cierpisz. Vis a vis Ciebie siedziała młoda studentka i płakała. Widziała pewnie to samo co ja…Drugim było spotkanie na Wydziale Biologii, gdzie do licznego grona zacnych słuchaczy, wśród których była Ewa, Twój brat, prof. Łętowska, red. Wierzyński, Dr Woronowicz, mówiłeś o tym, czy demokracja w Polsce jest zagrożona. Wtedy też widać było, z jakim wysiłkiem mówisz… Ożywiłeś się na chwilę, kiedy pod koniec wykładu na sali pojawił się Twój wnuczek… I nasze ostatnie spotkanie, kiedy zaprosiłeś mnie do swojej audycji z cyklu „zrozumieć świat”, w TOK FM. Nagrywaliśmy tę rozmowę kilka tygodni przed jej emisją. Kiedy wysłuchałem jej w drugi dzień Bożego Narodzenia, byłem przerażony. Chyba nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się przez 23 lata spędzone w radiu tak pieprzyć, jak przysłowiowy Piekarski na mękach… Była to najtrudniejsza rozmowa, jaką w życiu prowadziłem, bo przez cały czas odnosiłem wrażenie, że jesteś tam nieobecny. Siedziałeś po drugiej stronie stołu, z zamkniętymi oczami, od czasu do czasu zadawałeś mi jakieś pytanie, ale nie było między nami takiego kontaktu, jak zawsze. To nie byłeś Ty, taki jakim Cię znałem. Nie byłem w stanie zebrać myśli widząc jak bardzo cierpisz i jak sam myślami jesteś w innej rzeczywistości. Nie chcę Cię takim właśnie zapamiętać. Cierpiącego i pozbawionego swojego naturalnego poczucia humoru. Wolę jednak pamiętać te czasy i te spotkania, kiedy w ostrych, męskich słowach rozmawialiśmy na wszystkie interesujące nas tematy. Nie jestem w stanie znaleźć słów, którymi mógłbym Ci podziękować za wszystko. Ale chcę Ci obiecać, że dopóki sił i zdrowia starczy, będę niósł w świat opowieść o Twojej nodze, na którą dostałem od Ciebie publicznie „copyright”… i o porannym „zrobieniu przedziałka”… - mam nadzieję, że tak jak pomogły one mnie, tak pomogą innym. Mówiłeś zawsze o byciu „w drodze”. Ty swoją ziemską drogę zakończyłeś, ale my idziemy dalej. Odpoczywaj Przyjacielu.
Krzysztof, zwany Napoleonem


WOLNY POMIMO KRAT

Na imię mam Tomek i jestem alkoholikiem. Mam 38 lat i od blisko dziewięciu lat przebywam w Zakładzie Karnym. Do końca kary pozostało mi jeszcze pół roku. Zacznę od tego, iż chciałbym podziękować AA z Warszawy i w ogóle całej Wspólnocie za niesienie posłania do ZK i AŚ, gdyż czuję ogromną wdzięczność za to, co robicie, drodzy Przyjaciele. To świetna robota i nieoceniona pomoc dla nas tu, za murami. Nie będę się rozpisywał na temat mojego pijanego życia, bo nie ma się czym chwalić, a do tego wszystkie nasze historie są do siebie podobne. Wspomnę tylko, że, mój ostatni, blisko roczny okres picia zakończył się wyrokiem dziewięć i pół roku pozbawienia wolności. Ale dziś nie mam do nikogo żalu, ani nie ubolewam nad tym wyrokiem, a wręcz przeciwnie – traktuję tą karę, jako błogosławieństwo, gdyż pijąc dalej, mógłbym już nie żyć lub trafić tutaj na znacznie dłuższy wyrok, nawet na dożywocie. Przestałem się sam oszukiwać, wiem, że jak piłem, doprowadziłem do takiego stanu, że gotów byłem zrobić dosłownie wszystko, aby zdobyć kasę na dalszy melanż. Dziś dziękuję Bogu, że przyszedłem tu „tylko” na dziewięć i pół roku. Jestem ogromnie wdzięczny, że to właściwie tutaj odnalazłem swoją drogę do Boga. I to właściwie On postawił na mojej drodze wszystkich wspaniałych AA z Warszawy, których poznałem na terapii w AŚ na Mokotowie. Z większością tych ludzi mam kontakt do dzisiaj, a jeden z nich – D… zechciał zostać moim sponsorem i odwiedza mnie nawet tu, w Sztumie, gdzie obecnie przebywam, aby dzielić się ze mną swoim doświadczeniem, za co też mam ogromną wdzięczność w mym sercu. Już nie mogę się doczekać, kiedy spotkam się z tymi Przyjaciółmi po drugiej stronie muru, bo naprawdę czuję się członkiem Wspólnoty AA i Program 12 Kroków w pełni uznałem za swój – Program, w oparciu którego zamierzam żyć po opuszczeniu ZK. Jednym z moich zamierzeń jest też chęć niesienia naszego posłania do ZK i – może z pomocą Wspólnoty – uda mi się dotrzeć do młodzieży w poprawczakach, aby ich ustrzec przed popełnieniem wielu błędów, których ja się dopuściłem. Może w ten sposób uda im się nie trafić do więzienia. Choć zabrzmi to zapewne paradoksalnie, to chciałbym napisać też o wolności, jakiej doświadczam, chociaż od lat siedzę w więzieniu. Obecnie, dzięki swojej wierze w Boga i temu, że utożsamiam się ze swoją chorobą, jaką jest alkoholizm oraz dzięki temu, że należę do Wspólnoty AA, jestem naprawdę szczęśliwym i wolnym człowiekiem. Wolność ta bierze się stąd, że powierzyłem całkowicie moje życie woli Boga i uwolniłem się z najgorszego więzienia na świecie, tego, które mieściło się w mojej głowie. Mam na myśli moje ciągłe zamartwianie się o opinie innych ludzi, co sobie pomyślą lub powiedzą o mnie. To naprawdę jest gorsze więzienie od tego, w którym jestem obecnie. Mówię to z własnego doświadczenia, bo to tak czuję, a wielu ludzi z zewnątrz, czy to na mityngu czy w liceum, do którego chodzę mówi, że zazdroszczą mi tej wolności, którą mam wewnątrz. Czy to nie paradoks? Ja jestem w ZK, a tu ludzie z wolności mówią, że chcieliby poczuć tą wolność, jaką ja noszę w sercu. Tylko chcę podkreślić, że to żadna moja zasługa, to dar i ogromna Łaska Boża. Ja tylko szczerze zapragnąłem odmienić swoje życie. Sam czasami nie rozumiem, jak to się dzieje, że doświadczam tylu cudów w moim życiu i ciężko mi czasem dobrać słowa, aby wyrazić to, co czuję. Ja tylko szczerze otworzyłem się na Boga i szeroko pojętą duchowość, której proszę nie mylić z religijnością. Warto więc wziąć odpowiedzialność za swoje życie i szczęście, a wierzcie mi, że – pomimo otaczających mnie krat – naprawdę można być wolnym i szczęśliwym człowiekiem. Bo tego, o czym pisał już Platon: „Z człowieka wolnego nie da się uczynić więźnia, bo człowiek wolny jest wolny nawet za murami”, ja właśnie doświadczam i życzę tego wszystkim, którzy będą to czytać.
Do zobaczenia Przyjaciele na Naszej nowej w trzeźwości drodze.
Pogody Ducha
Wolny AA Tomek
ZK w Sztumie