MITYNG 11/245/2017

DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO



TO ONI OTWORZYLI MI OCZY
 
Mam na imię Adam i jestem alkoholikiem. Na swojej drodze często spotykałem ludzi, z których pomocy nie zawsze chciałem lub potrafiłem skorzystać.
Pierwszy kontakt
Gdy w 2003 roku, wskutek wieloletniego picia, po raz pierwszy znalazłem się w szpitalu, pani psycholog opowiedziała mi o chorobie alkoholowej. Mówiła o tym, że można z tą chorobą żyć i normalnie funkcjonować, jednakże pod pewnymi warunkami. Jednym z tych warunków była całkowita abstynencja i podjęcie terapii w poradni uzależnień. Szereg zdarzeń, które wtedy miały miejsce: utrata zdrowia (poparta szczegółowymi badaniami), fatalne samopoczucie psychiczne i fizyczne, a także śmierć pacjentki na oddziale, na którym w tamtym czasie przebywałem, spowodowały, że po wyjściu ze szpitala udałem się do poradni uzależnień w ośrodku zdrowia w mojej miejscowości.
Czy na pewno mam problem?
Z pewnymi obawami poszedłem na pierwsze spotkanie, na którym przywitała mnie młoda i miła terapeutka. Chciała, abym opowiedział jej o sobie, o swoim piciu i wynikających z tego problemach. Opowiadałem dość długo i chętnie. Pamiętam, że sporo koloryzowałem, a niektóre rzeczy celowo pomijałem. Dlaczego? Chyba dlatego, że uważałem siebie za „szczególnie” wybitną jednostkę, a moje picie za „szczególnie” wyjątkowe. Wierzyłem, że jestem tak mądry i inteligentny, że jeśli tylko otrzymam trochę wiedzy od profesjonalisty, będę mógł okiełznać nałóg i... pić dalej. Po kilku takich spotkaniach terapeutka usiłowała zachęcić mnie do podjęcia terapii grupowej. Twierdziła, że jest ona bardziej efektywna – chciała, bym podpisał jakiś kontrakt. Moje prośby i wykręty, że jestem nieśmiały i na pewno nie będę mógł się otworzyć przed grupą zaowocowały tym, że pani zgodziła się (przez jakiś czas), abym prace, wykonywane na terapii grupowej, robił indywidualnie.
Wiedziałem lepiej
Pamiętam, że podczas naszych spotkań pani terapeutka kilkakrotnie wspominała o jakiejś wspólnocie, o jakimś AA. Mówiła, że tam są ludzie, którzy sobie nawzajem pomagają, a niektórzy nie piją wiele lat. Frajerzy – pomyślałem! Nie piłem już kilka miesięcy i chyba pomału wracało do mnie przekonanie, że nie mam żadnego problemu alkoholowego. Ostatnią pracą, jaką pisałem u tej pani, był „Litraż” – zrobiłem go uczciwie na tyle, na ile potrafiłem. Ale już pisanie o emocjach, tym, co czułem, gdy to pisałem, było w mojej ocenie zbyteczne – zbyt krępujące. Chyba wiedziałem już wszystko, co powinienem wiedzieć, aby uporać się samemu z problemem. Na następne spotkanie nie poszedłem.
Chwila prawdy, twarde lądowanie
Wytrzymałem jeszcze osiem miesięcy i... wróciłem do picia. Próbowałem pić inaczej. Teraz piłem „mądrze” i w sposób kontrolowany. Jednak, co jakiś czas ponownie „zaliczałem” szpitale. Szpital lub detoks zawsze kończył moje pijackie ciągi. To trwało przez osiem lat. W styczniu 2011 roku po kolejnej (tym razem kilkutygodniowej) popijawie coś się jednak zmieniło. Moje picie przestało mi „służyć”; sen był coraz krótszy i nie przynosił już ulgi, rzeczywistość i zaniedbane sprawy dobijały się do świadomości – ból był coraz większy. Czarę goryczy przelały słowa i łzy córki... To było moje ostatnie picie.
Jednak faktycznie miałem problem
Jeszcze nie do końca trzeźwy, jeszcze nie do końca przekonany, wylądowałem u matki z prośbą o pomoc. Po raz pierwszy w życiu, na wpół świadomie, szczerze poprosiłem drugiego człowieka o pomoc. W ten sposób trafiłem na kolejny mój detoks. Na oddziale detoksykacyjnym spotkałem terapeutę (to on otworzył mi oczy) i ludzi z AA, którzy, jak się później dowiedziałem, cyklicznie spotykali się z pacjentami oddziału.
Trzeci kontakt – przebudzenie
Na jednym ze spotkań z terapeutą, który później poświęcił mi wiele czasu i uwagi, wreszcie odkryłem, że jestem bezsilny wobec alkoholu i sam sobie z nim nie poradzę. Zacząłem w końcu rozumieć, co do mnie mówił terapeuta. Bardzo bliskie mi były również świadectwa ludzi z AA. Odkryłem, że istnieje inne – trzeźwe i ciekawe – życie, którego nie znałem, a którego tak bardzo się obawiałem. Lęk przed nowym, trzeźwym życiem wzbudzał we mnie wiele pytań. Często zostawałem po zajęciach z terapeutą, który zawsze znajdował czas, aby ze mną porozmawiać. To od niego dowiedziałem się o programie HALT, o 24 godzinach i o tym, bym nie podejmować ważnych decyzji w pierwszym roku niepicia. W ostatnich dniach pobytu na detoksie to on ukierunkował mnie na dalszą terapię i na mityngi AA.
Wdzięczność
Po wyjściu z detoksu swoje pierwsze kroki skierowałem do przychodni, gdzie zapisałem się na terapię. Po jakimś czasie poszedłem na swój pierwszy miting, na którym zostałem przyjęty w szeregi uczestników Wspólnoty AA. Z ostatniej krótkiej terapii najbardziej zapamiętałem słowa terapeutki, która usprawiedliwianie mojego picia skomentowała tak: „Najpierw niech pan pokocha siebie, później kwiatek, który stoi w tym pokoju, a dopiero potem niech się pan zajmie relacjami z innymi ludźmi”. Dziś wiem, że każdy z tych trojga terapeutów, na każdym etapie mojej drogi do trzeźwości, pomógł mi w inny sposób. Każdemu z nich jestem wdzięczny za to, co dla mnie zrobił. Usłyszałem od kogoś, że terapia musi kiedyś się skończyć, natomiast w AA mogę być tak długo, jak zechcę. Jestem w AA od przeszło czterech lat. Poznałem wiele ciekawych osób. Mam sponsora w AA i sam sponsoruję. Pamiętam jednak, że to od profesjonalistów dowiedziałem się o Wspólnocie AA, to oni otworzyli mi oczy, dali nadzieję i wskazali drogę, dzięki której dziś trzeźwieję. I za to jestem im wdzięczny.
Adam


TERAPIA BEZ AA TO PORAŻKA
 
Musiałem naprawdę mocno trzepnąć o trotuar, aby udać się na terapię. Powodów było wiele, a najważniejszym z nich z pewnością było ultimatum mojej żony: albo leczenie, albo rozstanie. Wygląda na to, że Ona akurat miała świadomość tego, na co jestem chory. Czy to z desperacji, czy na skutek własnej terapii – była na pewno przekonująca. Udałem się zatem do „Petry” i na szczęście wydusiłem z siebie, że „mam problem z alkoholem”. No bo miałem. Egzamin wstępny zatem zdałem (jakoś) i od tej pory miesiącami zasiadałem na materacach wśród alkoholików. Jako jedyny, który nieodmiennie deklarował, że: „Ja to po prostu trochę za dużo piję”. Uparty byłem miesiącami i szczerze przekonany, że mam rację. Współczułem nawet tym, którzy określali siebie jednoznacznie. W moim przypadku zrobienie Pierwszego Kroku okazało się wyjątkowo trudne. Może dlatego zapamiętałem pisaną przeze mnie wówczas pracę. Chodziło o straty spowodowane chorobą, które opisałem chyba raczej jako spowodowane alkoholem. Nie chciałem, nie potrafiłem tego jakoś zidentyfikować i nie utożsamiałem się. Nic zatem dziwnego, że za największą stratę uznałem osłabienie mojej woli. Widziałem to jako okropnie słabą „silną wolę” i bardzo mnie to bolało. Do ogłoszenia bezsilności wobec alkoholu niby niewiele, ale jednak. Wobec tego chyba trudno się dziwić, że przesiedziałem bite dziewięć miesięcy na tych nieszczęsnych materacach i chyba „przepchnięto” mnie do dalszych etapów ogłaszając bezsilność, zwłaszcza, że przez jakieś dwa tygodnie nie przychodziłem, a na pytanie, co się stało, oświadczyłem z rozbrajającą szczerością, że się obraziłem, bo mnie tu nie lubią i nie chcą awansować. Dalej było już tylko lepiej. Owszem, narzekałem, że ciężko, że czasem boli, że ciągle te trudne pytania, że konfrontowanie się z własną przeszłością, przebijanie się przez objawy nawrotu, spisywanie przykładów zakłamania, itp., wręcz obwieściłem, że na pewno nie wrócę do picia, bo nie mam ochoty przechodzić tej terapii ponownie. Na pewno nie było przyjemnie, jakkolwiek była to jednak niesamowita przygoda bycia sobą, szukania siebie, szczerości i posługiwania się jakimiś dziwnymi terminami w rodzaju: „złości mnie to” czy jeszcze osobliwiej – „czuję złość”. Wcześniej po prostu ktoś mnie wkurzał i albo się obrażałem, albo dawałem temu wyraz „nad wyraz”. Podczas terapii zawarłem kilka przyjaźni, które przetrwały następne dziesięciolecia. Chyba dlatego, że oparte były na wzajemnym byciu przy jaźni, znajomości siebie takimi, jakimi jesteśmy. Pamiętam, że pojawił się kiedyś – jeszcze na tych tam materacach – pewien nieszczęśnik, który zapierał się i bardzo chciał uczęszczać, ale zostało mu z żalem oświadczone, że niestety nie jest alkoholikiem i musi poszukać jakiegoś innego miejsca. Choroba alkoholowa jest najwyraźniej niedościgłą chorobą paradoksów, bo szczerze współczułem temu wykluczonemu. Poczułem się najwyraźniej w lepszej sytuacji, u siebie, ze swoimi – Alkoholikiem znaczy. Ale przecież było to na etapie materacowym i – jak wyraźnie widzę to teraz – do zrobienia pierwszego kroku miałem jeszcze kilkanaście lat, w tym niemal dziesięć lat abstynencji. Wypadki potoczyły się tak, że miałem pobierać nauki ponownie. Tym razem w „Akmedzie”. Bez porównań proszę. No, ale z większym sentymentem wspominam „Petrę” i wspaniałego – dla mnie niesamowicie uduchowionego i uczącego mnie właściwego rozumienia Modlitwy o Pogodę Ducha – Wojtka. Zabrakło mi i jego, i tego rozumienia, gdy ponownie uciekałem od rzeczywistości do polepszacza nastroju. Zastanawiałem się kiedyś, jak ja to zrobiłem, że pomimo terapii jednak wróciłem do picia. No cóż. Przecież ja jednak tylko „trochę za dużo piłem”. Czegoś nie przerobiłem. Nade wszystko, na pewno formuły „ogłoszenia bezsilności wobec alkoholu”, nie wypełniałem właściwą treścią i cały czas lizałem butelkę przez szkło, sprawdzając siłę swojej woli. Terapia dała mi masę wiedzy i była wartością samą w sobie. „Petra” okazała się na tyle skuteczna, że dała mi dziesięć lat dobrego życia bez alkoholu. Terapia to głównie podstawa intelektualna. Na wiedzy jednak i umiejętności robienia analiz i syntez można głównie wygrywać w szachy. Program i udział we Wspólnocie AA to dla mnie duchowość i na pewno uzupełnienie mnie jako człowieka. Zrozumienie i zaakceptowanie tego, że jestem alkoholikiem było dla mnie trudne dopóty, dopóki nie zrozumiałem, że nie stanowi to dowodu na moją ułomność, organiczny brak czegoś we mnie, lecz że jest właśnie odwrotnie, bo stawiałem na intelekt i uważałem, że to mi wystarczy, podczas gdy dusza i serce wymagają należytej uwagi, aby osiągać jakieś uporządkowanie i harmonię z resztą. Być może – tego nie sprawdzałem – ale może tak być, że AA bez terapii może być wystarczające. Terapia bez AA to porażka i w rezultacie końcowym picie na sucho. Wstąpienie do Wspólnoty AA, praca na Programie, uczestniczenie w mityngach oznaczały dla mnie, że wreszcie wróciłem do Pierwszego Kroku. Mogę dodać, że myślałem (myślałem? może raczej jakoś przeżyłem), uświadamiałem sobie, słowo po słowie, treść tego Kroku. Dotarł do mnie sens tego Kroku jako uświadomienie sobie mojej bezsilności wobec alkoholu tak samo, jak nie kieruję własnym życiem. Nie przestałem nim kierować, gdyż piłem, ale złapałem za kierownicę po terapii. Uzyskałem wiedzę na temat choroby i głowa nieźle to przeanalizowała i wdrażała. Oczekiwałem samych sukcesów. Potem, dzięki Wspólnocie, uczestnicząc w mityngach, usłyszałem wypowiedzi innych alkoholików. Dla mnie często po prostu wrażliwych ludzi mówiących o swoich doświadczeniach, o odnajdywaniu w sobie sił do godzenia się z tym, czego nie można zmienić, nawet jeśli trudno z tym się pogodzić. Do pozostawania w trzeźwości. Chyba to otwierało mnie na uczciwe podchodzenie do kolejnych Kroków, bez wygodnictwa, szukania wykrętów, mojego nawykowego odosobnienia i zgubnego „wyciągania samego siebie za włosy z bagna”. Program, Kroki i obecność innych ludzi zwiększyły moje szanse i na dzisiaj nie chcę, nie pozwolę sobie na to, aby to utracić. Nie chcę być w złym towarzystwie – sam ze sobą.
Arek


TERAPIA I AA – UZUPEŁNIAJĄCA SIĘ CAŁOŚĆ

Dla mnie terapia i AA idą w parze, jak dobre małżeństwo. Terapia daje narzędzia do poznania choroby alkoholowej i uczy, jak sobie z nią radzić. Natomiast AA daje wspaniały Program 12 Kroków, który pozwala na dalsze, trzeźwe życie. Znam osoby, który nie korzystały z terapii, a dzięki Programowi i Wspólnocie AA nie piją. Znam osoby, które kończyły tylko terapię i nie uczęszczają na mityngi. Każdy ma swoją drogę ku trzeźwości. Ja napiszę o swojej, która trwa już kilka lat i mogę z ręką na sercu powiedzieć, że jestem szczęśliwym alkoholikiem, który nie potrzebuje alkoholu w swoim życiu. Moje trzeźwienie zaczęło się od ośmiotygodniowego oddziału zamkniętego, skąd, po ukończeniu terapii – poszedłem na terapię pogłębioną. Korzystałem z każdych możliwości, które dawała mi Kolska. Kiedy były warsztaty o tym, jak sobie radzić ze złością, to w nich uczestniczyłem, kiedy były warsztaty o nawrotach, brałem w nich udział. W tamtym czasie obowiązkowe były mityngi i dzięki temu poznałem, co to jest Wspólnota AA. Wiele osób – w tym moja „eks” – uważa, że to sekta siedząca przy świecy. Dla mnie Wspólnota jest jak nowa rodzina, gdzie znalazłem nowych znajomych a nawet przyjaciół, z którymi do tej pory utrzymuję kontakt, wyjeżdżam na różnego rodzaju wyjazdy. Znalazłem bezpieczne miejsce, gdzie mogę przyjść i wyrzucić z siebie problemy, ale też opowiedzieć o swoich radościach. Program AA, który miał być programem na „niepicie”, okazał się programem na moje nowe życie. Trzeźwe życie. Podczas kilku lat „przerobiłem” wraz z trójką moich przyjaciół Program 12 kroków AA. Cieszę się, że w tej grupie była kobieta, ponieważ pokazała mi, jak traktowałem inne kobiety, gdy piłem. Jej informacje zwrotne niekiedy wkurzały mnie, ale dzięki Niej poznałem tę drugą stronę. Jestem Jej bardzo wdzięczny za te dni, tygodnie, lata, które razem spędziliśmy, chociaż mieszkamy oddaleni od siebie 250 km. Jednak ta odległość nie przeszkadzała w tym, abyśmy się spotykali co jakiś czas, na 3-4 dni i razem pracowali na „krokach”. Od znajomego terapeuty, który dał nam szansę realizacji Programu 12 Kroków, usłyszałem wtedy bardzo ważne dla mnie zdanie: „Kiedyś każda terapia się kończy, ale nie martw się, Marcin, Wspólnota będzie zawsze”. Dla mnie była to bardzo ważna informacja, ponieważ zastanawiałem się, co będzie ze mną, gdy skończy się terapia, która i tak trwała prawie trzy lata. Dziś czuję się szczęściarzem, że mogłem korzystać z dwóch możliwości trzeźwienia jednocześnie. Moja terapia była podparta Wspólnotą i na odwrót. Brałem pełnymi garściami z obu stron, słuchając, co mówią do mnie terapeuci i znajomi na mityngach. Ważne też było to, że nie byłem egoistą i to, co dostałem od Wspólnoty, oddawałem. Przychodziłem na oddział prowadzić mityngi, chodziłem na detoks z posłaniem, opowiadając o sobie i mojej drodze ku trzeźwości. Kiedy piszę kolejny artykuł do Biuletynu „Mityng”, to też uważam, że oddaję kawałek siebie innym. Co roku zapalam świeczkę na torcie w „mojej” obskurnej piwnicy na Kolskiej, gdzie zaczynałem przygodę z AA. Ta świeczka nie jest dla mnie, ale dla tych, co przyjdą na moją rocznicę. Dla tych osób, które są na początku drogi i może, podczas takiej rocznicy, zapragną też być trzeźwymi. Może uda mi się zasadzić w ich sercu ziarnko nadziei na lepsze, trzeźwe życie. Może zawrą na mityngu takie przyjaźnie, jakie ja zawarłem. Dziś moje życie nadal opiera się na Wspólnocie AA. Ze znajomymi z AA dużo wyjeżdżam. Tak prawdę mówiąc, obracam się w towarzystwie aowskim – inne mi nie pasuje. Nie muszę się martwić, że przyjdzie ktoś pod wpływem alkoholu, albo ktoś, kto nie rozumie, co to jest choroba alkoholowa. W środowisku aowskim czuję się jak w domu: bezpiecznie i swobodnie. Każdy może polegać na sobie, i o to chodzi. Kończąc, zachęcam wszystkich, aby szukali swojej drogi ku trzeźwości, pamiętając, że każda jest dobra, jeżeli prowadzi do celu, jakim jest zdrowe życie, a nie tylko abstynencja. Bo abstynencja często jest niczym innym jak „dupościskiem” i niepiciem na siłę. Oczywiście każdy zaczyna od abstynencji, ale ważne jest, aby pójść dalej. Trzeźwienie i zmiany, jakie zachodzą dzięki Programowi 12 Kroków AA, dają mi radość z życia i możliwość pójścia do przodu w moim nowym życiu. A zalecenia dla trzeźwiejących alkoholików, które dostałem na terapii, jeśli będę ich przestrzegał - dają mi wybór i bezpieczeństwo. Dla mnie terapia i AA są elementami uzupełniającej się całości. Do zobaczenia na szlaku.
Marcin AA


UZUPEŁNIANIE I WZBOGACANIE


Terapia i AA to odmienne formy spotkań. Jest jednak coś, co je łączy. Jedno i drugie ma dla mnie ten sam cel: zmianę mnie samego, zmianę mojego życia, czyli trzeźwienie (a nie tylko utrzymywanie abstynencji), pielęgnowanie i rozwijanie trzeźwości. Czasami spotykam się z dyskusjami, która z tych form jest skuteczniejsza. Moim zdaniem są to niepotrzebne i bezprzedmiotowe polemiki, ponieważ każdy ma swoją drogę trzeźwienia i jeśli przynosi efekty w postaci trzeźwego życia, a nie tylko abstynencji, to jest właściwym wyborem. Moja droga to połączenie terapii z mityngami AA. A zaczęło się to ponad 8 lat temu. Jestem przekonany, że nie zmieniłbym swojego pijanego życia na trzeźwe, ograniczając się tylko do samej terapii lub tylko do mityngów. Na zajęciach terapeutycznych, podobnie jak na mityngach, także dzieliliśmy się doświadczeniem, siłą i nadzieją. Służyły temu nasze wypowiedzi, ale też otrzymywane wypowiedzi zwrotne, których z kolei nie ma na spotkaniach AA. Często otrzymywałem krytyczne zwroty, ale właśnie dlatego były bardzo cenne i wartościowe, ponieważ wskazywały popełniane przeze mnie błędy w codziennym życiu. Błędy wobec siebie oraz innych, a to z kolei wpływało na mój stan emocjonalny i wywoływało określone uczucia, przyjemne lub nieprzyjemne. A właśnie brak stabilności emocjonalnej i brak umiejętności określania swoich uczuć to duże, choć nie jedyne, zagrożenie dla trzeźwości. Bywało, że zajęcia terapeutyczne miały burzliwy przebieg. Zdarzało się, że kończyłem zajęcia odczuwając złość, rozgoryczenie, smutek czy po prostu ból, ale nigdy nie było we mnie zniechęcenia ani też nie pojawiła się myśl, żeby dać sobie spokój i na następne spotkanie nie przyjść. Terapia to także wykłady, warsztaty, treningi, na których poznawałem samego siebie, swoje zachowania, reakcje w konkretnych sytuacjach czy wydarzeniach, mając jednocześnie możliwość ich korygowania – np. właściwe okazywanie złości czy irytacji bez obrażania innych czy umiejętność przyjmowania krytyki, przy jednoczesnym zachowaniu poczucia własnej wartości. Oczywiście w codziennym życiu nie ma parasola ochronnego, tak jak na zajęciach terapeutycznych. Właśnie mityngi AA były i nadal są dla mnie praktyczną nauką codziennego funkcjonowania. Dlatego, będąc na terapii, uczęszczałem również systematycznie na mityngi. W tamtym okresie mojego życia i początku mojej drogi trzeźwienia, było to szczególnie istotne i konieczne. Mityngi to dobra szkoła nauki słuchania innych. Uważnego słuchania, bo tylko wtedy mogłem wziąć coś dla siebie z wypowiedzi innych. To również nauka słuchania bez przerywania, oceniania, nie tylko dlatego, że zabraniają tego zasady AA, lecz również z powodu szacunku dla mówiącego. Także wtedy, gdy mam inne zdanie na dany temat. A wspomniany szacunek to słuchanie bez zniecierpliwienia, świadomość, że każdy ma prawo do własnego wyboru, własnego zdania, bez narzucania go innym. A więc tolerancja, zrozumienie, akceptacja odmienności innych. Moim zdaniem to również są elementy trzeźwienia, a rozwijając te wartości umacniam swoją trzeźwość. Zupełnie odmiennie odbierałem moje pierwsze mityngi. Wtedy uważałem, że to ja mam rację, a inni powinni ją przyjąć. Wyzbycie się egocentryzmu i przekonania, że cały świat powinien się kręcić wokół mnie również zawdzięczam AA. Mityngi AA to także ogromna skarbnica wiedzy życiowej. W wielu wypowiedziach innych dostrzegałem wskazówki, a nawet gotowe rozwiązania konkretnych sytuacji życiowych, które były i moim udziałem. A to dlatego, że w wypowiedziach innych często dostrzegałem siebie, zarówno z okresu picia, jak i trzeźwienia. AA uświadomiło mi również, że nie jestem ani lepszy ani gorszy od innych bez wzglądu na poglądy, uzdolnienia, status społeczny ani też bez względu na okres trzeźwienia. Reasumując. Zajęcia terapeutyczne i spotkania AA wzajemnie się uzupełniały i wzbogacały. Nie byłbym trzeźwy bez jednych i drugich.
Pozdrawiam
Wojtek
AA Warszawa


ZASADY CZY ZWYCZAJ?


Temat wiodący „Mityngu” skłania do wspomnień, szczególnie dla tych, którzy swoją nową drogę życiową, trzeźwą drogę życiową rozpoczynali właśnie od terapii. Jestem od kilku lat członkiem naszej Wspólnoty i dziś, wspominając swoje początki, zastanawiam się, czym była dla mnie terapia i czy pomogła mi w znalezieniu swojego nowego, „czystszego” miejsca, a jaką rolę na tej drodze odegrał mityng. Pomimo dużego doświadczenia życiowego, moja wiedza na temat ruchu AA kilka lat temu była praktycznie zerowa i w mojej świadomości alkoholik był kimś wykolejonym, na własne życzenie „wyrzuconym” poza ramy „normalnego” społeczeństwa i bez perspektyw. Człowiek, który od imprezy do imprezy, od jednej okazji alkoholowej do drugiej, nieuchronnie staczał się w otchłań, by pewnego dnia faktycznie znaleźć się w drewnianej skrzyni pod ziemią. I co ciekawe – człowiek robiący to wszystko „świadomie” i na własne życzenie. Bo przecież nikt go nie zmuszał do picia – przeciwnie, to on sam szukał okazji, szukał sklepu nocnego, czy chował przed bliskimi swoje zapasy alkoholowe – butelki. I faktycznie, potrzebne jest dno, takie indywidualne dno, od którego może, ale wcale nie musi taki człowiek się odbić i zacząć uczyć się na nowo spokojnego i trzeźwego życia. Życia z uśmiechem, w słońcu i radości. Radości nie tylko jego samego, ale i wszystkich wokół niego. Więc i mnie to spotkało, pojawiła się w moim życiu terapia. Pojawiła się, ale żeby dodać sobie otuchy, na pierwsze spotkanie poszedłem po dwóch piwach… I tu było brutalne zderzenie – alkomat, na który w ogóle nie byłem przygotowany! I muszę powiedzieć, że praktycznie od tego momentu, pomału, dzień za dniem zacząłem wędrówkę do swojego dzisiejszego, Nowego Trzeźwego Życia. Pamiętam swoje początki „odstawiania alkoholu”, a więc i terapii. Swoje nieudolne chodzenie ulicą, czy wchodzenie z ogromnym wysiłkiem na pierwsze piętro do sali terapeutycznej… To wszystko pamiętam. I strach, i wstyd przed wszystkimi na sali terapeutycznej i alkomatem, i aby nikogo już więcej nie zawieść – swoich bliskich i siebie. I poddając się całkowicie zasadom panującym na terapii, wszystkim zaleceniom i wymaganiom stawianym przez terapeutów, zacząłem pomału otwierać oczy na zupełnie inny świat. Świat, w którym nie ma alkoholu, jest spokój, pokora, zrozumienie, widzenie innego człowieka – nie tylko siebie, ale i pogoda ducha towarzysząca każdemu podjętemu działaniu. Potem niezrozumiały początkowo wymóg – koniecznie uczestniczyć w mityngach. Nie rozumiałem tej potrzeby, a poza tym nie miałem czasu, gdyż zajęcia terapeutyczne wypełniały mi całkowicie tygodniowy rozkład. Ale… po jakimś czasie poszedłem. I wbrew swojemu początkowo negatywnemu nastawieniu, odkryłem kolejny nowy świat. Świat bez alkomatu i alkoholu, świat ludzi cieszących się życiem, cieszących się wspólnie przeżytymi chwilami i dzielących się swoimi doświadczeniami w byciu trzeźwym alkoholikiem. I to było to – stałe i perspektywiczne miejsce w moich wszystkich współczesnych trzeźwych działaniach. I w tych działaniach, poprzez terapię, mityngi i podejmowanie służb upłynęło mi już kilka lat, które, prócz spotkań, pracy nad sobą i szukaniem swojego miejsca w społeczeństwie ludzi nie tylko uzależnionych, poświęcałem się innym. Dziś, na podstawie swoich doświadczeń nie chciałbym oceniać, która droga „dla trzeźwego alkoholika” jest lepsza. Czy droga przez terapię i mityng, czy tylko mityng lub tylko terapię? Myślę, że każde rozwiązanie prowadzące do celu jest właściwe i zależy zarówno od indywidualnych cech charakteru każdego z nas, jak i środowiska, w którym żyjemy. Bo niestety, zawsze musimy pamiętać o tym, że oprócz środowiska „aowskiego”, w którym być może czujemy się najlepiej, współżyją z nami i inni ludzie, dla których alkohol nigdy, tak jak był dla nas przed laty, nie był produktem najbardziej poszukiwanym i pożądanym.
Maciek AA


CHCIAŁEM BYĆ PIJAKIEM


Kiedy dowiedziałem się od wspaniałej Pani Doktor G. (niestety już śp.), specjalistki od wszelkiego rodzaju uzależnień, że pijący dzielą się na pijaków i alkoholików, miałem nadzieję, że jestem tym pierwszym (to znaczy: chcę pić, nie muszę). Niestety, to była tylko mrzonka, zaś wszelkie fakty świadczyły o tym, że na sto procent jestem tym drugim. Było to wiele lat temu i dziś oczywiście nie mam wątpliwości co do mojej przypadłości. Wówczas dowiedziałem się również, że rasa żółta pozbawiona jest komórek mózgowych odpowiedzialnych za alkoholizm i pośród nich są tylko pijacy. Czemu nie urodziłem się skośnooki – myślałem. Gdybym jednak urodził się Azjatą, nie śpiewałbym, ponieważ oni wszyscy są zaprogramowani o pół tonu niżej względem zapisu nutowego. Zatem, jako uzależniony od alkoholu Europejczyk rasy białej, przez prawie cztery dziesięciolecia borykałem się z tą przykrą przypadłością, odnosząc oczywiście pojedyncze sukcesy. Niewątpliwym jest, że po pewnym czasie udanego niepicia, znajdowałem się znów w punkcie, w którym byłem targany „moralniakiem” i „gastrykiem” najwyższych tragicznych kategorii. Ileż to razy wydawało mi się, że to już jest pełne zakończenie mojego życiowego alkoholowego epizodu. Nabierałem pewności siebie, moje poczucie wartości wzrastało. Zdecydowanie zauważałem, że nie pijąc myślę lepiej, kocham lepiej, śpię lepiej, śpiewam lepiej i wiele jeszcze czynności życiowych robię z pełnym zadowoleniem. Dostrzegam, że las jest zielony, niebo niebieskie, że przepłynięcie dwudziestu długości basenu nie kończy się niemal zawałem. Czuję smak schabowego i chłodnika, aromat kawy. Życie jest wówczas piękne i przez ten czas przecież widzę wyższość, właściwie nieporównywalną WYŻSZOŚĆ trzeźwości. I nagle… działo się coś, co potwierdzało, że alkohol to wróg potężny, podstępny i przebiegły. Skoro jest mi tak fajnie, to przecież, gdy trochę wypiję, będzie jeszcze fajniej. I JEST… przez godzinę, dzień, dwa dni, tydzień… Różnie. Ale szatańska moc wykonuje w moim umyśle różne alkoholowe plany, które z czasem, prawie niezauważalnie, ale niechybnie prowadzą do kolejnej tragedii. Oto przykład mojego irracjonalnego postępowania za sprawą alkoholu. Mój artystyczny zawód, pozwolił mi zobaczyć wiele miejsc na świecie, a Europę przemierzyłem wzdłuż i wszerz po wielokroć. Marzyłem jednak o zobaczeniu Japonii, której kulturą zafascynowany byłem od dzieciństwa oraz Australii, do której niestety do dziś nie udało mi się wyjechać (moi czescy Przyjaciele do dziś są mi wdzięczni, że ustąpiłem miejsca innemu śpiewakowi, sam rezygnując z tak pięknej podróży). W charakterze podzięki przywieziono mi z Australii (O ZGROZO!!! O IRONIO!!!) dziesięciolitrową, dwunastoletnią whisky. Zakończyło to moją ówczesną już pięciomiesięczną abstynencję. Ale wracając do Japonii: otóż trafiła mi się wspaniała okazja. Mój serdeczny kolega z Filharmonii zaproponował mi zastępstwo (tenory się popierają), w wykonaniu partii w IX Symfonii Ludwiga van Beethovena. W czasie tych występów, zdaje się, miał zaplanowany wyjazd do Kanady. Napisałem natychmiast do dyrekcji mojego macierzystego teatru prośbę o wolne, nie bacząc na konsekwencje, choć prawie codziennie „leciało” przedstawienie z moim udziałem. Podobno dyrektor moje podanie zwinął w kulkę i kopnął nim niczym piłką. Tenor jest zawsze potrzebny, więc nie zostałem wyrzucony. Rozpoczęły się próby, a ja targany jakąś fatalną mocą, zamiast się cieszyć i zachowywać trzeźwość, piłem z dnia na dzień coraz więcej („wróg podstępny…” etc.). Nie zaniedbywałem jednak zabiegów, by nic nie dać znać po sobie – wyposażony w medykamenty zapobiegające alkoholowemu chuchowi (specjalne tybetańskie kulki pod język, bądź prozaiczne tik-taki) i krople do oczu. Potwierdza to oczywiście regułę, że alkoholik jest mistrzem mistyfikacji, a na pytanie, czy ma kłopoty z alkoholem odpowiada: „żadnych… dzwonię… przywożą…”. Dzień przed wylotem uświadomiłem sobie, że oprócz nut nie mam niczego przygotowanego na wyjazd. Nie zrobiłem prania, a przecież nie zdąży już wyschnąć. Mój ówczesny Przyjaciel R. (śp. – zapił się na śmierć), zawiózł mnie wieczorem (rano wylot) do marketu, gdzie kupiłem wszystko do A do Z – walizkę, skarpety, koszule, majtki, swetry, zupki błyskawiczne itd. R. obiecał, że przyjedzie o 6 rano i zawiezie mnie na lotnisko. Wówczas byłem sam, po nieudanym związku z alkoholiczką, artystką. To był mój drugi związek. R. błagał mnie, bym już przed wylotem nie pił. Gdy obudziłem się o 5 rano, nie mogąc do końca zebrać myśli, targany gigantycznym kacem, bojąc się wstać, ustaliłem sam przed sobą – NIE LECĘ. Bogu dzięki, mój przyjaciel, gdy przyjechał, nie dał za wygraną. Tak długo kopał w drzwi, aż musiałem otworzyć. Dzięki niemu znalazłem się na lotnisku. Poleciałem. Ale co się działo po międzylądowaniu we Frankfurcie (8 godzin oczekiwania na lot do Tokio), nadaje się na scenariusz do dobrego filmu. Sam zresztą pobyt w cudnej Japonii, również nadałby się na scenariusz. Oczywiście pod względem artystycznym wszystko się udało – pełny sukces (znów potęga mistyfikacji), ale JAKIM KOSZTEM, wiem tylko ja. Niebawem upłyną dwa lata mojego obecnego niepicia. Spraw Boże, aby kolejne lata, aż do końca upływały również w trzeźwości, czego wszystkim pijącym kiedyś lub obecnie w Duchu Bożym życzę i pozdrawiam wszystkich z Grupy Światło.
Z.
  P.S. Być może ktoś zbliżony do teatru, po moich wynurzeniach, skojarzy moją skromną osobę i anonimowość szlag trafi, ale właściwie nie dbam już o to i uważam, że Bóg uczynił alkoholików Osobnikami o większej wrażliwości i o wiele bogatszym wnętrzu, niż inni. Są na to dowody. Dla mnie jest ważne, że sztuka na moim uzależnieniu nie ucierpiała (tak mi się wydaje). Niebawem może znów coś napiszę…


 

WIKTORA OSIATYŃSKIEGO HISTORIA „O NODZE”


 Pierwszy przypadek, kiedy uznałem, że jest jakaś Siła Wyższa, mianowicie w trakcie leczenia dostałem skurczy nogi, bardzo silnych. 3-4 dni i nie mogłem sobie z nimi poradzić. Poszedłem do lekarza. Zbadał mnie dokładnie i powiedział, co mam robić. A ja się bardzo starannie przygotowałem do tej wizyty. Napisałem sobie, co to jest, skąd to się bierze, jakie to może mieć konsekwencje, że to jest skurcz, zawał serca przecież też jest skurczem, chciałem się wszystkiego dowiedzieć, jak to profesor. A on mówi: „Wiesz co, tak trzeba zrobić… Pracujesz?”. „Tak, na kuchni” (bo każdy miał pracę). „To nie będziesz pracować, zwolnię cię, nie chodź, nie spaceruj, w czasie zajęć trzymaj nogę na krześle, przykładaj termofor i masz tutaj tabletkę, zażywaj ją. Powinno przejść”. A ja mówię: „Dobrze, ale powiedz mi, co to jest”. On na to: „Jak ci to wyjaśnić? Powiem ci tak: nie chodź, nie pracuj, trzymaj nogę na krześle, bierz tabletkę i przykładaj termofor, i tyle”. Ja mówię: „Ja to rozumiem, zrozumiałem, ale chciałbym się dowiedzieć, czy te mechanizmy…”. Popatrzył na mnie i mówi: „Wiesz co, nie bardzo mam czas, nie bardzo cię rozumiem, ale tak: bierz tabletkę, przykładaj termofor, trzymaj nogę na krześle, nie chodź, nie pracuj. A teraz stąd spieprzaj, bo nie mam czasu”.
I co pan zrobił?
No, wyszedłem wściekły. Myślę: co za cham, jakiś lekarz, ja napisałem trzy tomy książki o tym, jak zrozumieć świat, a on mi nie pozwala zrozumieć mojej nogi. W związku z tym przestałem pracować, przestałem chodzić. Trzymałem nogę na krześle, brałem tabletkę, przykładałem termofor i po dwóch dniach nie miałem skurczy. I on był moją Siłą Wyższą pierwszą, ponieważ Siła Wyższa i istota rozwoju polega na tym, żeby słuchać się i trzymać wskazówek, których się nie rozumie. Ja bym chciał zrozumieć, ale musiałem zaufać komuś, że ktoś lepiej wie, i nie rozumieć. Ale to nie jest puenta. Puenta jest taka, że prawie 33 lata później pojechałem do Caron na tygodniowy program. I od drugiego dnia do samego końca miałem straszliwe skurcze łydki, których przez 32 lata nigdy nie miałem. Nie mogłem chodzić, jeździłem specjalnym samochodzikiem, ktoś mnie woził z miejsca, gdzie był nasz program, do jadalni. Jakby pamięć tego miejsca została umiejscowiona u mnie w łydce w postaci skurczu. Wyjechałem stamtąd i skurcz minął. To już powinno wystarczyć.
  Fragment zapisu rozmowy z Brygidą Grysiak w TVN24, 15 kwietnia 2016 r.

MITYNG AA W ZAKŁADZIE KARNYM – NASZ WSPÓLNY SUKCES

 „Boże, użycz mi pogody ducha, abym godził się z tym, czego nie mogę zmienić, odwagi, abym zmieniał to, co mogę zmienić, i mądrości, abym odróżniał jedno od drugiego”.

Słowa tej modlitwy niejednokrotnie wywołują u alkoholika dreszcz na ciele, a przed oczyma widzi on zło, jakie wyrządzał innym. Tak twierdzą więźniowie, którzy po raz pierwszy uczestniczą w mityngu AA. Takie stwierdzenia wielokrotnie słyszałem od skazanych uczestników podczas rozmów wychowawczych. Czwartek, to – jak twierdzą skazani uczestnicy mitingu organizowanego w ZK Przytuły Stare – najwspanialszy dzień tygodnia. Jako profesjonalista, zastanawiam się czasami – pod jakim względem? Na podstawie wieloletnich obserwacji i doświadczeń z pewnością mogę stwierdzić, że uczestników mityngów AA, organizowanych na terenie ZK/AŚ, należy podzielić na trzy grupy. Grupa pierwsza uczestników, skierowanych na mityng przez kadrę penitencjarną, udaje się tam przede wszystkim w celach towarzyskich, a także z uwagi na brak wsparcia rodziny, na kawę oraz z myślą, że Wspólnota będzie reprezentowała ich interesy na wolności, przynosząc im różne zabronione i niedozwolone przedmioty, „gadżety”. Zazwyczaj po kilku nieudanych próbach negocjacji z członkami Wspólnoty, grupa ta się zmniejsza i samoistnie wykrusza. Druga grupa to skazani, którzy na mityng udają się z własnej i nieprzymuszonej woli. Często są oni absolwentami ośrodków terapeutycznych w Warszawie, Suwałkach czy Barczewie podczas odbywania kary pozbawienia wolności. Członkowie drugiej grupy zazwyczaj wytrzymują najdłużej, często mają nadzieję powrotu do normalności, chcą trzeźwieć i zdrowieć i wielokrotnie próbują wyjść z nałogu. Do grupy trzeciej należy zaliczyć osadzonych tak zwanych „słuchaczy”, którzy gdzieś coś o AA słyszeli, są nieufni, zastanawiają się, czy ta problematyka ich dotyczy, bo, jak twierdzą, piwo to nie alkohol. Często idą na mityng, by zobaczyć, co tam się wydarzy. Oczywiście zdarza się, i jest to wielki sukces, kiedy ktokolwiek zakwalifikowanych – w mojej ocenie – do grupy trzeciej, zdecyduje się dobrowolnie zmienić grupę i „awansować” do grupy drugiej. Jak ja to nazywam – taki osobnik „rokuje”. Osadzeni awansowani, będąc już w drugiej grupie, zaczynają uświadamiać sobie, że prawdopodobnie mają problem, że są alkoholikami, a alkohol sprawił, że któryś raz z rzędu znaleźli się w więzieniu. Ten awans to wielki sukces, zarówno natury wychowawczej, jak i sukces Wspólnoty AA. Kolejnym procesem więziennego zdrowienia jest sponsorowanie. Skazani, którzy aktywnie uczestniczą przez dłuższy czas w mityngach AA, będąc w tej 2 grupie, zaczynają prosić przyjaciół ze Wspólnoty o pomoc, o pomoc poprzez sponsorowanie, i jest to kolejny nasz wspólny sukces. Wielokrotnie, kiedy rozmawiam ze skazanymi, którzy są na Programie, zaczynam w rozmowie wyczuwać duchową chęć zmiany, skazany zaczyna mówić o Bogu, rodzinie, przyszłości, pracy, mówi otwarcie jestem alkoholikiem. Wówczas taki osadzony kierowany jest na mityng wolnościowy, oczywiście po wcześniejszych konsultacjach z kimś ze Wspólnoty. To doskonały moment, gdyż uczęszczając na mityng wolnościowy, taki skazany ma możliwość bardziej się otworzyć, utwierdza się w przekonaniu, że chce być zdrowy, że chce zmienić swoje życie. Na mityngu słyszy świadectwa innych, wolnych ludzi, mężczyzn i kobiet, którzy potrafią żyć w trzeźwości. Ci ludzie są dla niego autorytetem. Po powrocie z mityngu AA, w rozmowie wychowawczej opowiada z wiekiem entuzjazmem, że w niedzielę poznał Zbyszka czy Marcina, którzy pili tak jak on, a teraz mają firmę budowlaną czy sklep, są trzeźwi i mają rodzinę. Co wówczas może powiedzieć mu wychowawca? Tylko tyle, że są to żywe przykłady zmiany, że można żyć nie pijąc, że nigdy nie jest za późno, że on też może tak żyć. Czasami w oczach skazanego czy też w jego głosie słychać strach, czy ja dam radę? Czy wytrzymam? Ty już dajesz radę, jesteś na każdym mityngu, angażujesz się w działania, nie wstydzisz się, że czytasz Pismo Święte, że się modlisz i że masz świadomość tego, że jesteś chory. Motywacja to najlepsze narzędzie do wspierania uzależnionego więźnia. Motywacja i sukcesy, które przychodzą z czasem, a na które trzeba mu zwrócić uwagę. Bywa, że te sukcesy są wypracowane małymi krokami, przez miesiąc czy rok. Mam tu na myśli odbudowanie relacji rodzinnych z rodzicami, żoną czy dziećmi. Angażowanie się w organizację mityngów na terenie ZK, przygotowanie pomieszczenia, motywowanie innych do udziału. Ten kolejny sukces nie może się zmarnować. Taki skazany musi poczuć, że nie tylko nie pije, ale swobodnie o tym rozmawia i może z całą świadomością dzielić się swoim doświadczeniem z innymi. Zadaniem profesjonalisty jest wykonać kolejny krok, kolejne działanie. Warto więc takiego więźnia posłać ze Wspólnotą do Zakładu Poprawczego. A po co? Po to, by jego życiowe doświadczanie, którym podzieli się z dziećmi (bo tak należy określić pensjonariuszy w Zakładzie Poprawczym), miało charakter prewencyjny dla tych, co dopiero spróbowali alkoholu, a dla uzależnionych będzie świadectwem i namacalnym dowodem na możliwość zmiany. Nieletni też mogą potraktować to jako pewien wzorzec: nagle recydywista penitencjarny z dwudziestoletnim więziennym stażem wstaje i opowiada o swoim życiu i żałuje tego, że je zmarnował. To postępowanie przynosi korzyści zarówno dla skazanego, jak i osadzonego w Zakładzie Poprawczym. Oczywiście wszystko musi być nadzorowane oraz w odpowiedni sposób korygowane i moderowane. Tym działaniem w moim przypadku zajmuje się Wspólnota AA z Ostrołęki, poprzez dobór odpowiednich łączników zarówno ze Wspólnoty, jaki i osadzonych, za co im bardzo dziękuję. Mam nadzieję, że mityng AA, organizowany w mojej jednostce penitencjarnej, oraz sposób postępowania ze skazanymi pozwoli nakreślić czytelnikom pewien schemat zamysłów resocjalizacyjnych, a być może zostanie też wykorzystany w innych jednostkach penitencjarnych. Chciałbym podkreślić, że owe działania nigdy nie miałyby miejsca, gdyby nie przychylność dyrekcji w Zakładzie Karnym w Przytułach Starych, która mi ufa i pozwala na tego typu działania w celu readaptacji społecznej więźniów.
Z wyrazami szacunku Powiernik klasy A nie alkoholik
por. mgr Paweł Suski


KONCEPCJA 11


Powiernikom powinno się zawsze zapewnić dobór optymalnych zespołów, komisji, dyrektorów służb, członków zarządu, personelu i konsultantów. Przedmiotem najwyższej troski zawsze pozostaną: ich skład, kwalifikacje, procedury wyboru oraz uprawnienia i obowiązki pełniących służbę.

„Długotrwałe sukcesy naszego Zarządu Służb Ogólnych zależą nie tylko od umiejętności samych Powierników; w równym stopniu uzależnione są od kompetentnego przywództwa i harmonijnej współpracy członków komitetów niebędących powiernikami…”.*
Mówiąc krótko: na każdym poziomie naszych służb ich prawidłowe działanie zależy od umiejętności i zdolności ludzi do tych służb wybieranych. Jak w dobrze funkcjonującej korporacji – jej działanie zależy nie tylko od dyrekcji, ale również od właściwie dobranych doradców i konsultantów. Tak też widzi to Bill w XI Koncepcji, w której bardzo dokładnie omawia potrzebne kwalifikacje i zdolności poszczególnych osób do radzenia sobie w sytuacjach wynikających z podjętej służby. Służby te, dokładnie rozpisane w kontekście Wspólnoty AA Stanów Zjednoczonych i Kanady, niewiele odbiegają od służb w naszym kraju, i – mimo upływu lat – opracowanie to jest wciąż aktualne. Służby te – zwane w XI Koncepcji komitetami, a u nas komisjami – potrzebują odpowiednich ludzi, a ich wyborem i weryfikacją zajmuje się Komitet do spraw Nominacji, pierwszy z omawianych przez Billa W.
„Dociekliwe rozważania, skrupulatna analiza i prowadzenie rozmów kwalifikacyjnych, odmowa akceptacji nieodpowiedzialnych rekomendacji, przygotowanie z dużym wyprzedzeniem listy odpowiednich kandydatów – na tym przede wszystkim musi opierać się podejście i działanie komitetu”.*
Wybranie najlepszego kandydata bez osobistych odniesień i zdroworozsądkowa ocena możliwości każdego z nich to duża odpowiedzialność nałożona na ten komitet. Od niego zależy właściwe działanie każdego z elementów naszej Wspólnoty.
Kolejnym komitetem, nie mniej ważnym, jest Komitet do spraw Finansowania i Budżetu (odpowiednik krajowy – Komisja Finansowa), który skrupulatnie i z dużą dozą rozwagi dba o stabilność finansową naszej Wspólnoty.
„Tu potrzebujemy trzeźwo myślących członków z dużym doświadczeniem w dziedzinie finansów. Wszyscy powinni być realistami, przyda się także przynajmniej jeden pesymista. Charakter współczesnego świata skłania do tego, aby wydawać więcej, niż się ma lub kiedykolwiek może się mieć”.*
Taki właśnie zespół ludzi, z taką wiedzą, powinien zajmować się naszymi finansami. W tym miejscu Bill dokładnie opisuje wszelkie zagrożenia i sytuacje, które zagrażają stabilizacji finansowej. Może to być zarówno zbyt duża chęć oszczędzania, jak i przesadna rozrzutność. Tylko odpowiedzialni i właściwie dobrani ludzie mogą zapewnić stabilne funkcjonowanie naszej Wspólnoty.
Niemniej ważnym jest kolejny komitet do spraw Informacji Publicznej (Komisja Informacji Publicznej), od którego zależą właściwe kontakty ze światem zewnętrznym, odpowiednie zrozumienie przez ten świat istoty choroby alkoholowej, o co za tym idzie – dobra współpraca pomiędzy Wspólnotą a organizacjami i instytucjami spoza niej.
„Oczywiście większość jego członków powinna być ekspertami w dziedzinie public relations. Należy jednakże kłaść nacisk także na fakt, że sama biegłość handlowa nie wystarczy. Ze względu na tradycyjny konserwatyzm Wspólnoty AA, odzwierciedlony w maksymie <<Lepiej przyciągać niż reklamować>>, jest oczywiste, że fachowcy wchodzący w skład komitetu powinni być w stanie przystosować swoje doświadczenia biznesowe do potrzeb AA”.*
To ważny dział naszej działalności i duża odpowiedzialność ludzi w niej działających. Od nich zależy właściwe przedstawienie zagadnienia ludziom z instytucji mających na co dzień styczność z cierpiącym alkoholikiem. Ich akceptacja naszej działalności, zgoda na współpracę zależy od właściwego przedstawienia naszego Programu, a za to jest odpowiedzialny zespół ludzi działających na tym polu. Nie mniej ważnym jest Komitet do spraw Literatury (Komisja do spraw Literatury). Literatura prawdopodobnie w wielu wypadkach jest początkiem dostrzeżenia w sobie choroby alkoholowej i początkiem chęci zaprzestania picia.
„Obowiązkiem tego organu jest poprawianie istniejących książek i broszur, a także tworzenie nowych materiałów, stanowiących odpowiedź na nowe, zmieniające się warunki. Ujmując rzecz szeroko, jego misją jest dbanie o ta, aby właściwy i pełny punkt widzenia na ruch AA w każdym jego aspekcie był rejestrowany na piśmie dla naszych członków, przyjaciół i całego pozostałego świata”.*
To duża odpowiedzialność, która spada na barki ludzi wybranych do tej służby. Właściwie wybrany projekt oprawy, format, nie mówiąc już o błędach w druku, to tylko nieliczne aspekty pracy tego zespołu. Każda pozycja musi być szczegółowo zbadana, skonsultowana i odpowiednio opracowana pod kątem odbiorcy. Nasze biuletyny, ulotki i książki trafiają w różne miejsca, do różnych grup społecznych. Powinny zatem być odpowiednio wydane, sprzedane za odpowiednią cenę a ich treść powinna mieć jednoznaczny przekaz. Tylko odpowiedni fachowcy są w stanie spełnić te rygorystyczne warunki.
Za jeden z najważniejszych Bill uważa Komitet do spraw Polityki Ogólnej (Komisja Organizacyjna), który w sposób istotny wspomaga w szczegółach pracę tak Powierników, jak i Konferencji Służb Ogólnych.
„W jego gestii znajdują się praktycznie wszystkie problemy i projekty dotyczące polityki AA, informacji publicznej oraz Tradycji AA, powstające w innych komitetach lub spółkach pomocniczych”.*
Odpowiedzialność za całokształt działalności Wspólnoty AA i dbanie o stosowanie zasad ujętych w Tradycjach, to rzeczywiście chyba najważniejsza działalność, wymagająca ludzi zarówno z dużą wiedzą, jak i praktyką, ludzi z otwartym umysłem, ceniących rozwagę i podejmujących przemyślane decyzje. Ścisła współpraca z pozostałymi komitetami, Powiernikami czy delegatami pomaga w rozwiązywaniu problemów oraz wypracowaniu właściwych decyzji.
W dalszej części Koncepcji XI Bill omawia pracę spółek pomocniczych, ich skład kadrowy, zakres obowiązków i uprawnień wynikających z zajmowanego stanowiska. Odpowiednikami w naszym kraju jest Biuro Służby Krajowej i wydawnictwo „Zdrój”. Tak jak w omówieniu Billa, tak i w naszej Wspólnocie, w tych strukturach są ludzie zatrudnieni na podstawie umowy o pracę. W umowie tej zawarto klauzulę o wynagrodzeniu za pracę, której zakres również jest tu określony. Bill prezentuje w koncepcji szczegółowe aspekty poszczególnych uwarunkowań takiej pracy. Wymienia je w kilku istotnych punktach: status przedstawicieli kierownictwa – rozróżnienie kierownictwa zarządzającego i formułowania strategii, gdzie sugeruje jednoosobowe kierownictwo wspierane przez asystentów i doradców, kierownictwo ze swobodą działania, wybierane spośród ludzi ze zdolnościami kierowniczymi. Omówione są sytuacje za i przeciw, jak również niezbędne zalety dobrego kierownika, któremu w przypadku wyboru na to stanowisko przysługuje „Prawo do decyzji”.
Innym istotnym elementem jest forma opłacania i sposób wynagradzania pracownika zatrudnianego w Biurze Służb Krajowych.
„Jesteśmy przekonani, że każdy opłacany kierownik, członek personelu lub konsultant powinien być wynagradzany w uzasadnionym stosunku do wartości, jaką jego umiejętności lub świadczone przez niego usługi mają w świecie komercyjnym”.*
Mówiąc krótko: wynagrodzenie nie powinno być ani za duże, ani za małe, nie powinno odbiegać od wynagrodzenia w innych – o podobnym zakresie obowiązków – sektorach społecznych.
Kolejnym tematem jest rotacja wśród opłacanych pracowników. We Wspólnocie wszystkie służby są rotacyjne i w zależności od zadań należących do tych służb trwają w różnych przedziałach czasowych przykładowo od roku do nawet czterech lat. Inna sprawa jest z osobami zatrudnianymi na etat, które wymagają przeszkolenia, wdrożenia w pracę. Równie ważnym elementem jest fachowość i doświadczenie nabyte w trakcie pracy lub pozyskanie osoby z wysokimi kwalifikacjami nabytymi z wiekiem i metodami pracy. Takich ludzi szkoda by było się pozbywać, stosując wspólnotową zasadę rotacji.
Ostatnim elementem, który jest sugerowany w XI Koncepcji jako bardzo istotny, to pełne „Uczestnictwo” opłacanych pracowników, a więc prawo głosu w komisjach i zarządach spółek.
„W strukturze służb AA musimy, zatem zrobić więcej, niż tylko przyznać naszym opłacanym pracownikom miejsce przy stole obrad. Powinniśmy pod każdym względem traktować ich tak samo, jak traktowalibyśmy ochotników, ludzi, którzy są naszymi przyjaciółmi i współpracownikami. Jeżeli tylko pracują dobrze, fakt, że są zależni od otrzymywanych przez nich pieniędzy nie powinien być nigdy świadomie ani nieświadomie, wykorzystywany przeciwko nim”.*
Pracują na rzecz Wspólnoty, pracują dobrze, powinni mieć prawo głosu w sprawach istotnych dla Wspólnoty, w dążeniu do jej dobra. To przesłanie tej części Koncepcji.
Ostatnią sprawą poruszoną przez Billa są relacje i zależności męsko- damskie w działalności AA, które przy ważnych decyzjach nie powinny mieć wpływu na wybór odpowiedniej osoby. Zdrowy rozsądek i kierowanie się ogólnym dobrem pozwoli wybrać najlepszego kandydata, bez względu na płeć.
XI Koncepcja jest jedną z najdłuższych, bardzo szczegółowa w opisie i bardzo przydatna na każdym poziomie naszych służb, począwszy od najważniejszej w naszej strukturze grupy, gdzie również powinniśmy wybierać do służb właściwych ludzi z odpowiednimi kwalifikacjami i zdolnościami. Dobry skarbnik zatroszczy się o finanse, dobry kolporter nie tylko dostarczy na grupę literaturę, ale i zaprezentuję ją w taki sposób, by była chętnie kupowana. Mandatariusz i rzecznik to osoby do kontaktów na zewnątrz. Ich walorami są dobra komunikacja z innymi ludźmi, duża empatia i rozwaga. Nad całością czuwa sumienie grupy odpowiedzialne za prawidłowy wybór tychże służb.
Kiedy zadziałamy w ten sam sposób na każdym poziomie naszych służb (intergrupa, region, delegaci regionalni, Powiernicy, itd.), działalność Wspólnoty AA będzie na najwyższym poziomie.
  *Nieautoryzowany przekład XI Koncepcji autorstwa Billa W., przyjętej na 12. Dorocznej Konferencji Służb Ogólnych AA 26.04.1962 r.

AMERYKI NIE ODKRYŁEM


Rozmowa z Robertem, pełniącym służbę rzecznika Regionu Warszawa.

Mityng: Od kiedy pełnisz obecną służbę?
Robert: Od kwietnia 2016, już półtora roku. Na najbliższej, kwietniowej konferencji będę kończył służbę. Wcześniej, też przez dwa lata byłem zastępcą rzecznika Regionu, czyli Włodka i uważam, że to jedna z najfajniejszych rzeczy, którą zrobili moi poprzednicy, czyli Włodek i Leszek, doprowadzając do tego, że ta służba ma swego zastępcę. Dla mnie to było niesamowita okazja obserwować, przyglądać się i uczyć. Mogłem czerpać tak po prostu, obserwując, co się dzieje.
M.: Czy łatwo Ci się pełni tę służbę?
R.: Wszedłem w tę służbę dużo już o niej wiedząc. Znacznie łatwiej mi się ją w takim merytorycznym rozumieniu pełni, niż służbę rzecznika Intergrupy, gdzie co prawda byłem przez chwilę zastępcą, ale bardzo krótko i praktycznie nie wiedziałem co, jak, gdzie i po co. A tutaj wiem, co należy do moich obowiązków z grubsza, co mogę, czego nie, albo mi się wydaje że nie mogę. Czasami oczywiście staję przed dylematem, czy mogę o czymś sam zadecydować czy nie.
M.: Czym się zajmuje rzecznik Regionu?
R.: To jest pytanie poniżej pasa, bo ja sam nie wiem.
M.: A jakbyś miał Marsjaninowi, który nagle spadł na Ziemię, opowiedzieć o służbie rzecznika Regionu?
R.: Wystarczyłoby alkoholikowi J Ale to jest dosyć trudne pytanie, by to opisać. Jeden chyba z najtrudniejszych elementów i od tego zacznę, to jest taki moment, kiedy trzeba podejmować pewne decyzje w okresie między spotkaniami Rady Regionu. Zdarzają się takie sytuacje i one wymagają szybkiej decyzji. I zazwyczaj służebni Regionu dzwonią wtedy do mnie. I to się tyczy przeróżnych spraw – spotkań, konferencji, warsztatów, wydawnictw regionalnych, najprostszej jakieś sprawy , nie wiem, aż po formułę tego, jaka informacja o grupie ma być umieszczona na stronie internetowej. Niby nic ważnego, a jednak bardzo ważne. Ale to tylko w takim okresie pomiędzy spotkaniami Rady. Po to ona została powołana, by decydowała o takich sprawach, oczywiście w okresie pomiędzy Konferencjami. Też należy rozróżnić ciężar gatunkowy, bo trudno, żeby Konferencja decydowała o tym, czy możemy na przykład więcej czegoś tam wydać. Są sprawy, o których trzeba podejmować decyzje w trybie niemalże natychmiastowym.
M.: Co jeszcze należy do Twoich obowiązków?
Druga rola, którą widzę dla rzecznika w Regionie Warszawa, to być trochę łącznikiem pomiędzy wszystkimi członkami Rady Regionu a poszczególnymi Zespołami, tak, żeby przepływ informacji był jak najbardziej płynny po to, żeby na przykład na Radzie Regionu można było podejmować decyzje na podstawie najpełniejszej wiedzy. Po to chodzę m.in. na Zespoły. Tak też widziałem bardziej swoją rolę w tym czasie, kiedy bywałem na Intergrupach, ale tu jest jeszcze jeden element, o którym nie powiedziałem – taką rolę zaczęli pełnić (przynajmniej powinni pełnić) delegaci Służb Krajowych i uważam, że to jest dobre, że nie ma sensu, by robił to rzecznik. Ten pomysł, by rzecznik taką rolę pełnił, mieli moi poprzednicy dlatego, że nikt jej wcześniej nie pełnił. Rzecznicy Intergrup przyjeżdżali co dwa miesiące na spotkania Rady Regionu, nie mając właściwie wiedzy o tym, co, jak, gdzie i po co. Staram się taką lukę wypełnić pomiędzy Zespołami.
M.: Czy Twoja obecność na Zespołach pomaga im w pracy?
R.: Jak się coś dzieje na jakimś Zespole, staram się udzielić informacji z perspektywy Regionu, bo często łącznicy czy członkowie Zespołu nie wiedzą, czy pewne rzeczy mogą, czy nie, czy może to Region, w jakiej formule, kto ma decydować itd. A często decyzja zapaść ma na Zespole. Ostatnia rola jest chyba najprostsza – prowadzący spotkanie Rady Regionu, tak jak prowadzący mityng, w sensie organizacyjnym. I to, od czego zaczęliśmy poprzedni wątek, co udało mi się skrócić. Swoją drogą przyznam Ci się do czegoś – NIGDY NIE PROWADZIŁEM MITYNGU. Nie mam takiego doświadczenia.
M.: Ile czasu zajmuje Ci Twoja służba? Jakbyś to mógł przeliczyć na godziny?
R.: Jasne. Staram się powiedzieć tylko o tych sprawach, które są związane ze służbą, a nie z byciem członkiem Wspólnoty. Nie będę mówił o mityngach. To po pierwsze. A po drugie – mam wrażenie, że ta służba wcale tak nie musi wyglądać i mój następca wcale tak nie musi robić.
M.: Interesuje mnie Twoje doświadczenie.
R.: Trzy czy cztery Zespoły miesięcznie plus raz na dwa miesiące spotkanie Rady Regionu. Jeden Zespół łącznie z dojazdem zajmuje mi pięć godzin. To jakieś dwadzieścia godzin miesięcznie. Ale też jako rzecznik Regionu czasami też bywam proszony o udział np. na spotkaniach Intergrup – rzadziej, a nawet i grup – i bywam, ale to są sporadyczne przypadki. Dużo jednak jest telefonów, to jest często sprawa. Na szczęście telefony już są komórkowe. Ale nie jestem w stanie powiedzieć, ile to czasu zajmuje.
M.: Czujesz, że to jest duży motyw Twojego życia? Codziennie jesteś rzecznikiem Regionu?
R.: Nie, codziennie jestem alkoholikiem, codziennie jestem mężem i ojcem, rzecznikiem – z całym szacunkiem – bywam. Myślę, że mam to, co chyba terapeuci nazywają tożsamością alkoholika, czuję się członkiem Wspólnoty AA, ale rzecznikiem jestem wtedy, kiedy wymaga tego sytuacja, wczuwam się, myślę kategoriami takiej służby wtedy, kiedy ona dotyczy konkretnych rzeczy. Z moim podopiecznym nie rozmawiam jak rzecznik, tylko alkoholik. Ale nie ukrywam, że jest to ważna służba dla mnie.
M.: A co uważasz za swoje osiągnięcie w trakcie Twojej służby? O czym można by na kartach historii AA zapisać, że jak Robert był rzecznikiem, to Region Warszawa…
R.: Gdyby spojrzeć na to z perspektywy humorystycznej, to powiem jedno – skróciły się spotkania Rady Regionu J I pewnie wiele osób jest mi za to wdzięcznych, bo faktycznie to się wydarzyło w tym czasie.
M.: To jest sukces. Wiele osób o tym mówi w ten sposób.
Bez wątpienia. Natomiast prawda jest też to, że ten sukces nie jest jakąś moją zasługą…
M.: R.: Ale za Twojej służby, z Twoim udziałem.
R.: To prawda. Ale to wynika chociażby z tego doświadczenia ze spotkań rzeczników, gdy usłyszałem, jak pracują inni…
M.: A serio?
R.: Jako rzecznik Intergrupy, gdy ją przejmowałem i rozpoczynałem to wydawało mi się, że ja odkryję Amerykę i tyle rzeczy zrobię… Ale gdy kończyłem tę służbę, to zdałem sobie sprawę: „ale Cię pycha zjadała cały czas, tak to się nie da…”. I tu (w Regionie) już było zupełnie spokojniej, bardziej zależało mi na tym, by rzetelnie kontynuować to, co rozpoczęli poprzednicy. Nie uważam, by w Regionie Warszawa źle się działo i nie zgadzam się z opiniami niektórych przyjaciół, którzy mówią o tym, ze Region źle funkcjonuje. Pewnie, że mógłby lepiej, mam tego świadomość. Jest ponad trzysta grup, a popatrzmy, ile osób się spotyka na zespole itd.
M.: No dobrze, Ameryki nie odkryłeś, a co odkryłeś?
R.: Myślę, że odkryłem coś dla siebie. Nie dla Wspólnoty, niestety, ale dla siebie samego, że to jest chyba pierwsza służba w mojej historii, w której mogę szczerze i uczciwie powiedzieć przed sobą samym, że (oczywiście pomijam to, jak to inni ocenią), pełnię ją tylko i wyłącznie jako służbę dla Wspólnoty, i nie było nawet odrobiny pychy przy decyzji, że chcę ją pełnić. Jako rzecznik Intergrupy trochę mnie łechtało, pewne zapędy dyktatorko-przywódcze ciągle we mnie były. A w tej służbie… ja nie wiem, czy to jest zasługa tej służby, czy czasu, który upłynął, czy Programu, który w końcu, umówmy się, z dnia na dzień się poznaje coraz lepiej i on pewnie w jakiś sposób działa. Pomijam tu nawet cierpkie i krytyczne uwagi , bo też takowe dostawałem. Powiedziała mi przyjaciółka Alunia, że zgodnie z jedną z Koncepcji służebni muszą mieć twardą d…, więc ja mam i pełnię tę służbę najlepiej, jak potrafię.
M.: A co przed Tobą? Wiosną kończysz służbę, masz jakiś pomysł, co dalej?
R.: Naturalnym dla mnie jest pojęcie rozwoju i wzrastanie w służbie, więc kolej rzeczy nakazywałaby, bym się zastanowił nad służbą delegata do służby krajowej. I oczywiście zastanawiałem się nad tym. Musiałoby się to zadziać, nie pamiętam jak, pewnie na tej Konferencji… Ale z drugiej strony, jeśli będą kandydaci, a według mojej wiedzy będą, to nie będę kandydował, tak myślę na chwilę obecną. I wówczas skupię się na moich działaniach związanych z informacją publiczną, bo bardzo dużo robię obecnie w tym kierunku.
M.: Dziękuję za rozmowę.