MITYNG 14/95 Listopad/Grudzień

DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO


 

niedziela 1 października 1995 r

 

Drogi Marku,

poprosiłeś mnie abym napisał kilka słów do kolejnego numeru Mityngu, który ukaże się prawdopodobnie w okresie zbliżonym do Święta Zmarłych. Siedzę więc i zastanawiam się kogo powinienem tu wspomnieć: - może Tadeusza, który na małym, kameralnym mityngu w Bielsku- Białej gdzie trafiłem po kilkumiesięcznym poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie mojego Sponsora: "powiedz Krzyś, po co piłeś?" - opowiadając o sobie, uświadomił mi, że piłem przez całe lata po to żeby się nie bać!! A kilka miesięcy później umarł ze starości- trzeźwy. I nie zdążyłem Mu powiedzieć jak bardzo mi kiedyś pomógł. - może Bogdana, księdza z którym byłem razem na leczeniu odwykowym w Instytucie i  któremu zazdrościłem, że ma taki bezpośredni kontakt z Bogiem i któremu w moim pojęciu miało być łatwo trzeźwieć. Byłem wtedy wojującym ateistą i nie mogłem w żaden sposób znaleźć dla siebie miejsca we Wspólnocie. Krzyczałem w rozmowach z Bogdanem - "zrób coś, pomóż mi uwierzyć, nawróć mnie". A On uśmiechał się tylko smutno i mówił, że "wiara jest łaską". Miałem żal do Niego, że nie chce lub nie potrafi mi pomóc. O śmierci Bogdana dowiedziałem się w siódmym dniu mojego ostatniego ciągu. Wtedy pojąłem, że nikomu nie jest łatwiej i w jednej chwili zrozumiałem, że następnym do grobu mogę być Ja!! Bogdan musiał umrzeć, żebym ja zapragnął żyć. Od tamtego dnia nie piję. - może małą Elą, która po mityngu w grupie Odrodzenie krzyczała na korytarzu Instytutu: "Krzysztof, ty nie masz racji!!" A ja w pierwszej chwili chciałem ją uderzyć, bo nikt na mnie do tej pory tak nie krzyczał jak Ona i nagle, do dziś nie wiem dlaczego, powiedziałem spokojnie: "Tak, może i nie mam racji" i odszedłem. A dwa tygodnie później dowiedziałem się, że Ela spaliła się żywcem pijana we własnym łóżku. I od tamtej pory już nie zależy mi na tym, żeby mieć zawsze rację. - może Zosią i Gosią, dwie cudowne dziewczyny, które tak kochały życie i nas alkoholików, które jak nikt inny potrafiły się śmiać i które od Kongresu w Krakowie zawsze mi śpiewały chórem za plecami na powitanie. Kilka dni przed Ich bezsensowną, tragiczną śmiercią bawiliśmy się razem na balu w Rembertowie, siedzieliśmy przy jednym stoliku, tańczyliśmy, robiliśmy zwariowane zdjęcia i nikt nie sądził, że to nasze ostatnie wspólne chwile. Zdążyliśmy jeszcze umówić się na kolejne ognisko w Wesołej. I nie dojechały Nie jest mi łatwo Marku pisać o tych, których już nie ma. A na mojej drodze do trzeźwości jest ich ponad trzydziestu. Wspaniałych ludzi, którzy gdzieś, kiedyś stanęli na mojej drodze i od których uczyłem się tego wszystkiego, co dziś pozwala mi żyć szczęśliwie. Więc wybacz mi, że nie napiszę Ci tego obiecanego artykułu, bo zabrakłoby miejsca w całym numerze. Ale obiecuję Ci, że w przyszłości zrobię to z wielką przyjemnością. Na razie pozwól mi w samotności wspominać tych ludzi.

A więc bywaj i do zobaczenia na szlaku.

Krzysztof AA zwany Napoleonem

 


 

Znów nowe doświadczenie.

 

 9 września, w sobotę miałam po raz pierwszy okazję uczestniczyć w mityngu spikerskim młodej dziewczyny z Al-Ateenu. To było dla mnie wstrząsające. Całym sercem i całą duszą byłam z X. Cierpiałam, wzruszałam się, od nowa przeżywałam swoje dzieciństwo i młodość. Tak naprawdę to X. mówiła po części o mnie: zagubionej, samotnej, poszukującej miłości w sposób rozpaczliwy i niezgodny z sobą samą. Podczas mityngu wspomnienia z młodości odżyły i było to bardzo głębokie. Ja też grałam wciąż jakąś rolę i usiłowałam funkcjonować w rodzinie niepełnej, przy matce alkoholiczce. Wtedy zupełnie nie wiedziałam nic o chorobie alkoholowej. Matka, pomimo wszystko, była dla mnie przez wiele lat wielkim autorytetem. Wpajała mi zasady i piękne ideały: kochaj ludzi, dawaj z siebie to, co najlepsze, nie bądź egoistką. W zasadzie żyłam w ciągłym lęku, cierpiałam na bezsenność już w wieku 14 lat. Brakowało mi ojca, z którym mama rozwiodła się gdy miałam 3 latka. Moje zapotrzebowanie na ojca było olbrzymie. Zazdrościłam koleżankom, tęskniłam za nim. I do dziś nie mogę pojąć decyzji matki. Zabroniła mi kontaktu z ojcem, określając go jako człowieka bezwartościowego, zero. Słuchając X. pomyślałam: "lepiej było "mieć" ojca pijącego, czy nie mieć go na codzień w ogóle?" Mój dom był otwarty. Tu przychodzili znajomi matki, moje koleżanki, moi koledzy ze swoimi problemami. Mama im "ciotkowała", pomagała im. Tylko mnie nie chciała, być może nie potrafiła pomóc wtedy, gdy było mi najciężej i najtrudniej. Ja również, podobnie jak X. miałam swojego idola. Szalałam za Cliffem Richardem. Pisałam do niego wiersze, pełne egzaltacji i młodzieńczych uniesień. Żyłam w świecie marzeń, iluzji, uciekałam w inny, dobry świat. A tak naprawdę uciekałam w alkohol. Chciałam uciec przed sobą samą, bo nie umiałam samej siebie polubić i zaakceptować. Przez wiele lat czułam się straszliwie samotna, niekochana i niepotrzebna. Trzy razy próbowałam uciec na zawsze. Ale Bóg czuwał nade mną. Każdy powrót był dla mnie cierpieniem i bólem. Nie potrafiłam żyć i bałam się ludzi. O tym wszystkim przypomniałam sobie w trakcie wypowiedzi X., która poruszyła we mnie to, co uśpione drzemało w mojej podświadomości, drgnęła "struna dawno nieużywanego instrumentu". Ale dzięki X. zrozumiałam, że moje życie nie było wcale takie całkiem odmienne, uświadomiła mi, że i ja i wiele innych dziewcząt miało podobne przeżycia. Czułam, że jest mi bardzo, bardzo bliska. Kiedy zasłuchana w słowa X. spojrzałam na twarze przyjaciół, ujrzałam szczere łzy ojców, matek, sióstr i braci. Płakałam razem z nimi i nie wstydziłam się swoich łez. Czułam siłę, jedność i wierzę głęboko, że już nigdy więcej nie skrzywdzę swojej córki, swojego syna i całe dalsze trzeźwe życie będę się starała wynagrodzić im zło, którego ode mnie dzieci zaznały i postaram się okazywać im wielką bezgraniczną miłość do końca swoich dni. Pokazałaś mi też X., co to jest prawdziwe wybaczenie i prawdziwe uczucie miłości.

Dziękuję Ci X.

E. -AA

 


 

Kończy się lato i kończą się spotkania w Wesołej.

Bo tak naprawdę były to wesołe spotkania w Wesołej. Sama nazwa miejsca nadawała im z punktu radosny charakter. Czego tam nie było? Wszystko to co może znaleźć "utrudzony trzeźwieniem" alkoholik. Ognisko i mityng i pieczenie kiełbasek, gry sportowe - tenis, siatkówka, piłka nożna; nawet tańce. Jednym słowem kolorowy zawrót głowy. Coś dla ciała i coś dla ducha. Pełen luz, co było znamienne dla tych spotkań. Praktycznie, każdy robił to na co miał ochotę (pod czujnym okiem rodziny w osobie żony i dzieci). Te spotkania miały bowiem rodzinny charakter. Pomyślcie gdzie tak naprawdę można spotkać Aowca z całą rodziną - no właśnie w Wesołej. Ileż tu się zawiązało znajomości, jak fajnie bawiły się dzieciaki, a ileż to przeprowadzono "rozmów sponsorowanych", a gdzie bywają takie mityngi na świeżym powietrzu? Dziękujemy tym wszystkim, którzy czynili Wesołą "wesołą". Do zobaczenia na wiosnę.

Cały wesoły Szampon Piwny

 


 

Dostałem pracą

 

Od kiedy zacząłem trzeźwieć, zauważyłem u siebie zmianę mojego stosunku do pracy. Polega ona na tym, że dostrzegam w każdej pracy także inne wartości oprócz materialnych, czy też widocznych gołym okiem. Najdobitniej dostrzegłem to niedawno w naszej Wspólnocie. Moja tytułowa "praca", to właściwie służba, gdyż zostałem mandatariuszem jednej z grup AA i już po kilkunastu dniach doznałem nowych, miłych doświadczeń, którymi chciałbym się z Wami podzielić. Na Konferencji Regionu Warszawa w Aninie miałem okazję "na żywo" usłyszeć wielu, moim zdaniem, wspaniałych przyjaciół, bliżej poznać struktury naszej Wspólnoty w Polsce i na świecie. Mimo, że nie zadałem żadnego pytania żadnemu z dłużej trzeźwiejących przyjaciół, to poczułem się jakby pewniej. Nie wiem dlaczego, ale doszedłem do wniosku, że jeśli kiedykolwiek będę miał jakiś problem związany z moim istnieniem w AA, u nich znajdę rozwiązanie i jednocześnie jeśli będzie trzeba, będę umiał pomóc komuś kto jeszcze cierpi. Kiedy Felek mówił o tym, że w USA nowym członkiem Wspólnoty w większości grup, na pierwszych mityngach osobiście zajmuje się ktoś bardziej doświadczony, pytając go zawsze przed mityngiem o to jak się dziś czuje, ile dni trzeźwieje i w której grupie, pomyślałem sobie jak bardzo mi brakowało tego na moich pierwszych mityngach, przypomniałem sobie ile wahań miałem zanim w przerwie do kogoś zagadałem. Myślę, że ten (jak go na własny użytek nazwałem) przedsponsor, po prostu pełnił służbę wobec drugiego człowieka, a jakże ważną sprawą było pojawienie się tego człowieka, trzeźwego na kolejnych mityngach. Uważam, że przekazywanie tego typu informacji do przemyślenia w swojej grupie może być moją służbą. Na tejże konferencji mówiono też o pracy nad organizacją przyszłorocznego Krajowego Kongresu AA w W-wie i możliwościach pomocy każdego z nas, więc także i mojej. Zaoferowałem ją i zostałem przyjęty. Poczułem się wtedy jak maleńka część wielkiej maszyny, która mimo że taka mała, to jest potrzebna, że wprawdzie jeśli wypadnie to jest do zastąpienia, ale wtedy musi iść na złom -jeśli będzie pracować, to mimo że taka mała jest ważna dla całej maszyny. A ja nie chcę jeszcze "na złom". Cieszę się ze swojej pracy.

Mirek AA

 


 

* * *

Ostatnio bardzo wiele mówi się w naszej wspólnocie o sponsorowaniu. Dzięki naszemu "Mityngowi" chciałbym podzielić się swoim doświadczeniem w tym modnym ostatnio temacie. Nie było łatwo na początku lat 80-tych znaleźć sponsora, raz, że było nas niewielu, a doświadczenia jeszcze mniej, a dwa, że "instytucja" sponsora prawie w ogóle nie była znana. Pierwszym moim sponsorem, o czym zapewne nawet nie wiedział był Felek. W każdą niedzielę zupełnie nieformalnie grono "alkoholi" spotykało się w "Mozaice" na Puławskiej o godz. 11. Wydawałoby się, że niewiele mają w sobie treści, a już zupełnie mało w nich sponsorowania, a jednak. Kiedyś zapytałem Felka o przyjaźń, jak ją zdobyć? Jak wielu bowiem alkoholików czułem się samotny i opuszczony. Zazdrościłem innym ich przyjaźni w AA. Zapytał mnie wówczas "czy ja mam czas dla przyjaciół"? Pamiętam to do dziś. Nic mi nie kazał, do niczego nie zobowiązywał -tylko zapytał. Wskazał mi wówczas drogę do realizacji XII Kroku. Teraz po latach wiem, że sponsorowanie to jest działanie w ramach XII Kroku. Te nasze niedzielne spotkania polegały nie tylko na przekazywaniu sobie dobrych rad, pouczeń i wskazówek, ale nawzajem dzieliliśmy się swoim życiowym doświadczeniem. Dziś wiem zapewne o wiele więcej i mam pewien pogląd jeśli chodzi o sponsorowanie. Czym powinien kierować się sponsor, jak działać. Wiem jedno, mowa pomiędzy sponsorem a jego podopiecznym powinna być mową serca. Mówili mi - chcesz być sponsorem to po pierwsze naucz się słuchać, całe swoje mędrkowanie i rezonerstwo wyrzuć na śmietnik. Wiele cech, którymi powinien być obdarzony sponsor dostrzegłem w AA. Do takich zaliczam, życzliwość, bezinteresowność, stanowczość, konsekwencją, dyskrecję, ale także poczucie humoru, radość życia, optymizm, realizm, obiektywizm. Wiele jest tych cech dobrego sponsora, ale myślę że są dwie, o których tu wspomniałem.

- Czy mam chęć i czas nieść posłanie?

- Czy nie jestem wobec drugiego krytykancki i mędrkowaty?

Sponsor jest powiernikiem mojej duszy, jakby ramieniem mojej siły wyższej. Myślę sobie, że osoba sponsora nabierze w naszej wspólnocie znaczenia i sponsorowanie stanie się bardziej aktywną formą niesienia posłania w AA. Jednym słowem "przyszła pora na sponsora". Piszcie do nas o swoich doświadczeniach. Może one pomogą nam uaktywnić potencjalnych sponsorów w naszym AA.

Jasio Szampon

PS. Ja też mam sponsora, bez niego byłoby mi bardzo trudno. Niekoniecznie musi to być alkoholik.

 


 

Sponsorowanie

 

Kiedy słyszę "sponsor", dzisiaj kojarzy mi się to nierozłącznie z 12 Krokiem AA "Przebudzeni duchowo w rezultacie tych kroków staramy się nieść posłanie innym alkoholikom, którzy jeszcze cierpią... Podkreśliłem te słowa, gdy alkoholicy, którzy wciąż cierpią są najczęściej w grupach AA, a ja myliłem tych ludzi z tymi którzy wciąż piją. Dzisiaj dla mnie - Felka alkoholika - człowiek, który pije wymaga tylko rzetelnej informacji o alkoholizmie jako chorobie i miejscu gdzie może otrzymać rzetelną pomoc czyli AA. Trochę inaczej jest z ludźmi, którzy trafili do AA i wciąż nie mogą znaleźć tego czego szukają -ukojenia, spokoju i radości. Sponsorowanie polega na pomocy w przeprowadzeniu tych ludzi przez ten najtrudniejszy czas w drodze do prawdziwej trzeźwości. Pierwszy etap to sponsorowanie wstępne, bardziej opieka starszego brata. Pomaganie w niepiciu, pomaganie, a czasami dyskretne "popychanie" do przychodzenia na mityngi i inne spotkania AA. Namawiać do mycia, przygotowywania kawy i herbat. Żadnych innych prac w AA. Za wcześnie. Najistotniejszą książką w tym okresie jest "Życie w trzeźwości" (Living sober). Więcej mówić o tradycjach AA i popularnych hasłach: "Naucz się słuchać", "Daj czas czasowi", "Szukaj pogodnej strony dnia" itp.. Wstępne sponsorowanie, moim zdaniem może czynić a nawet powinien każdy, kto ma kilka miesięcy trzeźwości i ma stałego sponsora, z którym pracuje nad zapoznaniem się z Krokami. Moim zdaniem bardzo istotne by sponsor ofiarował pomoc sam a nie czekał na to aż podejdzie do niego nowoprzybyły. Wiem po sobie, że było to dla mnie niemożliwe, ale chętnie przyjąłem pomoc ofiarowaną mi przez "starszego" przyjaciela z AA. Gdy nowoprzybyły "dojrzeje" do dalszej pracy teraz już nad "12 Krokami AA" - "sponsor tymczasowy" powinien nawet mu pomóc w poszukaniu sponsora stałego, może też ofiarować mu swoje usługi, jeżeli oczywiście uważa, że jest zdolny do tego. Moim zdaniem, najważniejszą rzeczą jaką sponsor ma do zrobienia to pomóc nowoprzybyłemu. Pomóc (a nie nauczyć) zapoznać się z 12 Krokami AA. Pomóc w zrozumieniu tego niezwykłego, wspaniałego programu. Czyli najważniejszą rolą sponsora jest słuchanie. Słuchanie uważne tego co mówi sponsorowany. Sponsorowałem przyjacielowi, ponad 1,5 roku i kiedy ten nie wykazywał chęci pracy - pomimo moich nalegań nad 2 Krokiem musieliśmy się rozstać. Do dzisiaj uważam, że ta decyzja była słuszna. W AA dowiedziałem się, że każdy człowiek musi znaleźć swą własną ścieżką do Boga i nikt nie ma prawa mu w tym przeszkadzać. Nadmierne opiekowanie się, pouczanie, przymuszanie by ktoś postępował tak jak ja chcę, bo wydaje mi się to dobre, jest postępowaniem niewłaściwym. Mój przyjaciel, któremu sponsorowałem już ponad rok poszedł pić. Korciło mnie pójść do niego, wyciągać go z knajpy, próbować pomóc w pracy itp. Ale przemogłem się. Nic z tych rzeczy. Jedynie co robiłem to w każdy poniedziałek o godz. 19.00 czekałem na niego u mnie w domu, tak jak zawsze. Siedziałem ponad 2 miesiące, aż pewnego poniedziałku o godz. 19 przyszedł, zaczęliśmy pracować dalej. To trudne. Chciałem powiedzieć kilka słów o korzyściach sponsorowania. Kiedy poznałem "12 Kroków" próbując je stosować, żyło mi się lepiej, spokojniej ale czegoś mi brakowało. Brakowało mi świeżości - codzienności. Codzienność stała się wygodna, syta, "uporządkowana" aż w końcu zaczęła być nudna. Wówczas przyszło mi do głowy, a może bym został sponsorem. Tylu przyjaciół prosiło mnie o to, a ja wykręcałem się brakiem czasu, a najczęściej - ja nie umiem tego robić i niedojrzałością. Kiedy odważyłem się sponsorować, zaczęły się dziać zdumiewające rzeczy. Program AA zaczął żyć nowym rytmicznym życiem. Zacząłem odkrywać niezwykłość programu AA. Dzisiaj sponsorując nie wiem kto więcej bierze czy ja sponsorując czy sponsorowany. Zrozumiałem sens 12 Kroku. Łatwo jest powiedzieć o sobie na mityngu spikerskim, łatwo pójść do szpitala czy więzienia i tam opowiedzieć o sobie. To bardzo potrzebne. Ale najtrudniej jest systematycznie pracować z innym alkoholikiem. Ale ileż to daje radości - to trzeba spróbować. Jeszcze zdanie. Jedyne czego wymagam od sponsorowanego, to to, by był sponsorem dla innego.

Felek

 


 

Życie moje ...

 

Na imię mam Magda i jestem alkoholiczką. Nie tylko alkoholiczką, jestem również koalkoholiczką i dorosłym dzieckiem alkoholika. Czyli samo to jak znamionuje, że urodziłam się w rodzinie, w której panował alkohol. Ja nie wiedziałam, że Tata mój pije w chory sposób, nie wiedziałam też dlaczego - chyba nawet nie byłam w stanie dojść do tego - byłam tak bardzo nieszczęśliwym dzieckiem. A byłam bardzo nieszczęśliwym dzieckiem. Nie przypominam sobie, żebym była radosna, dzieciństwo raczej kojarzy mi się ze smutkiem. Wiem, że zajadałam moje emocje - jako dziecko byłam bardzo gruba. Na wszystkich zdjęciach z dzieciństwa jestem smutna i gruba. Poważna. Bardzo dobrze się czułam wśród dorosłych, ludzi starszych od siebie. Byłam taka cicha, spokojna - nie sprawiałam żadnych problemów -umknął mi gdzieś okres takiego beztroskiego, radosnego dzieciństwa - nie pamiętam czegoś takiego. W domu moim było dużo agresji ze strony Ojca, dużo krzyków, całe moje dzieciństwo bardzo się bałam. Nie pamiętam takich chwil, żeby Tata brał mnie na kolana, czy przytulał. Bardzo uciekałam w dzieciństwie w świat bajkowo - baśniowy. Znałam całe baśnie na pamięć, dużo czytałam. Jako dorastająca panienka bardzo często chodziłam do kina i "wcielałam się" w postać z ekranu - uciekałam przed swoją rzeczywistością. Mam młodszego brata, z którym kontakt i więzy zaczęły się zacierać w wieku kiedy miałam 8 lat. Do tamtego czasu, jako bardzo małe dzieci jeszcze się ze sobą bawiliśmy, a potem przestaliśmy ze sobą w ogóle rozmawiać. I tak przeniosło się to w nasze dorosłe życie. Dzisiaj, jako 36 letnia osoba próbują od podstaw odbudować nasz związek siostrzano - braterski. Dopiero w tym roku powiedziałam Wojtkowi, po raz pierwszy, że go kocham. Mój brat pije. W ogóle w całym naszym domu nikt z nikim nie rozmawiał. Były polecenia, uwagi, krzyki, awantury -ale takich normalnych, ludzkich rozmów - nie było, albo bardzo mało. Nie było ciepła i nie było poczucia bezpieczeństwa. W moim domu dzieciństwa, tak naprawdę jedynym człowiekiem dla mnie był mój pies. Rozmawiałam z psem. A potem pisałam pamiętnik, tylko że znalazła mi go Mama i dała Ojcu do przeczytania. Z niego Ojciec dowiedział się jak bardzo go nienawidzę. Tak się złożyło, że mój Tata był bardzo agresywnym alkoholikiem, a ja byłam, z całej rodziny, jego jedynym "chłopcem do bicia". Wyżywał się na mnie, kiedy tylko chciał i to było dla mnie szalenie ciężkie do zrozumienia, ponieważ on nigdy nie dotknął ani Matki, ani mojego brata. Natomiast mnie katował do 18 roku życia. I ja się czułam obco w tej rodzinie. Często zastanawiałam się czy mnie przypadkiem nie podmieniono w szpitalu, po porodzie, bo przecież to niemożliwe żeby rodzice robili takie rzeczy swoim własnym dzieciom. Dzisiaj wiem, że jestem bardzo podobna z charakteru do swojego Ojca i ja byłam jedyną osobą w rodzinie, która nie bała się mu przeciwstawić - płaciłam za to. W wieku 17 lat zakochałam się po raz pierwszy. Był to starszy ode mnie chłopak i szukałam u niego tej MIŁOŚCI, której nie dostałam w domu. Od początku było to chore, ja przyssałam się do niego jak pijawka, tak że on nie mógł prawie oddychać. Chciałam żeby on mi to wszystko wynagrodził, zatkał tę dziurą, którą nosiłam w miejscu, gdzie powinno znajdować się SERCE. On tego nie wytrzymał, po 4 latach uciekł przede mną. Pode mną otworzyła się taka czarna, niekończąca się czeluść, w którą zaczęłam spadać. Nie miałam żadnych wyuczonych mechanizmów radzenia sobie z odrzuceniem - ja zaczęłam po prostu umierać. Przestałam jeść. Piłam wodą przez 4 dni. Byłam na pograniczu zwariowania z bólu i rozpaczy. Nie umiałam o tym z nikim porozmawiać. Dusiłam to w sobie. Kompletna pustka i taka szaleńcza rozpacz. I wtedy trafiłam pierwszy raz na prywatkę. Zaciągnęła mnie tam znajoma dziewczyna, a mnie było obojętne dokąd idę. Tam dorwałam się do alkoholu. Ktoś podał mi drinka, ja już nie pamiętam co było dalej. Nie było dorosłych w okolicy nikt mnie nie pilnował i spiłam się tego wieczoru w taki sposób, że "urwał mi się film". Następna rzecz jaką pamiętam, to że jakiś facet próbował mnie gwałcić a ja go zrzuciłam, uciekłam do ubikacji i rzygałam do rana. Takie było moje "wejście" w picie towarzyskie. Tamtego wieczora zakodowałam sobie, że jak piję to NIE BOLI, a poza tym można stracić przytomność i nie czuć rzeczywistości. I to odkrycie pomagało mi później coraz częściej. Z tym całym bagażem kompleksów i nie zagojonych ran, jakie wyniosłam z dzieciństwa, kiedy tylko piłam, działo się tak: nie bałam się, przestawałam się wstydzić, byłam "inna", przestawałam czuć i myśleć i nie bolało - nic. Mając 19 lat uciekłam z domu - przed Ojcem. Bałam się, że mnie w końcu zniszczy albo zabije. Poszłam pływać na statki. Miałam niby iść na 3-miesięczną praktykę na statku pasażerskim a zostałam na morzu na 10 lat. Uzależniłam się od pływania. Bardzo łatwo uzależniałam się od wszystkiego - co było dla mnie złe. Zauważyłam, że jak wracam z rejsów do domu, to jestem traktowana jak szczególny gość, poza tym zaczęłam utrzymywać całą swoją rodziną. Przejęłam obowiązki Ojca. Byłam typowym "dzieckiem bohaterem". Poza tym mogłam pić bezkarnie. Znalazłam się po prostu w "akwarium wypełnionym takimi samymi rybkami jak ja sama". Pili wszyscy i o każdej porze. W początkowej fazie mojego pływania alkohol pomógł mi się "rozwinąć" zawodowo, towarzysko. Zaraz za piciem przyszły papierosy, kawa, seks, mężczyźni, pieniądze, władza, narkotyki też. Za cokolwiek się brałam, co miało jakiś związek ze zmienianiem swojej świadomości, wchodziłam w to CAŁA i z pełnym impetem. Kiedy spróbowałam haszyszu, to miałam od razu stan śmierci klinicznej. Wtedy wystraszyłam się narkotyków i zostałam przy alkoholu. Seks, partnerów również traktowałam w sposób kompulsywny. Szukałam "tej miłości". Przez te 10 lat jak pływałam na statkach ludzie mi zazdrościli. To był okres komunizmu jeszcze wówczas w Polsce. Ja podróżowałam po świecie, miałam pieniądze, byłam młoda. Tylko nie wiedzieć czemu miałam w tym okresie aż 4 próby samobójcze? To się nikomu nie mogło w głowie pomieścić!! Byłam kierowana do najlepszych psychiatrów na Wybrzeżu i próbowano odgadnąć, co też się dzieje z moją osobowością. Stawiano mi różne diagnozy: a to się "nieszczęśliwie" zakochałam, a to miałam nerwicę wegetatywną ale NIKT nie zapytał mnie ile ja piję. A ja w procesie picia mając 27 lat, miałam już prawie wykończone nerki. Nad piciem nie zastanawiałam się zupełnie, bo było ono normalne w moim życiu. Wszyscy piją, ja piję tak jak wszyscy, a że piłam z marynarzami i jak marynarz, to mi zupełnie nie przychodziło do głowy!! Nie przypominam sobie żebym w tamtym okresie miała chociaż jednego chłopaka czy mężczyznę, który by nie pił czy nie palił. To było niemożliwe!! Krygowałam się na taką panienką, która jest wolna i niezależna. Podróżuje sobie po świecie, rozrzuca forsę na prawo i na lewo, zmienia facetów, ma wszystko w nosie. To była moja maska. Kpiłam sobie ze świata i robiłam wszystko, żeby mi inni mieli czego pozazdrościć. Ale kiedy spotykałam w przerwie między rejsami koleżanki z wózeczkami, w których leżały dzieciaki - w środku rozrywało mnie z bólu. Bardzo chciałam trafić na tego jedynego, zakochać się, mieć z nim dziecko albo dwoje, normalny dom, psa. Postanowiłam więc, że muszę się zakochać, znaleźć takiego mężczyzną, który mnie z tego mojego bagna wyciągnie. Bo ja wiedziałam, że jestem w bagnie - i to po uszy. Tak mi mówił mój "środek". W wieku 26 lat zakochałam się w "tym właśnie" mężczyźnie. Był o 17 lat ode mnie starszy, miał żonę i dziecko. Po miesięcznej z nim znajomości, natychmiast zrezygnowałam z pracy na morzu i prawie popaliłam wszystkie zawodowe mosty za sobą. Przeprowadziłam się do Warszawy, bo on był z Warszawy. Nie znałam nikogo, oprócz niego. Okazało się bardzo szybko, że on wcale nie ma zamiaru się rozwieść z żoną. Zaczęłam wieść życie "tej trzeciej". Mieszkałam w hotelach, wydawałam pieniądze zarobione na morzu, nie pracowałam, kochałam się w nim i piłam na umór. Moja choroba zaczęła się potęgować dopiero wtedy, kiedy weszłam w ten chory związek. On był czynnym alkoholikiem również. Było bardzo dużo alkoholu, agresji, seksu, bólu. W tym związku wytrwałam aż 10 lat. Pięć lat picia i potem pięć lat mojej bytności w AA. Odeszłam od niego dopiero w czerwcu 1995 - w Dzień Dziecka. Taki prezent!! To było coś tak potwornie silnego, to uzależnienie od niego, że ja już myślałam, że alkohol mnie nie zabił -ale jemu się uda. Nie udało się!! Bóg w to wkroczył. Dostałam wreszcie siłę żeby odejść od niego i poczuć prawdziwe uczucie wolności i ulgę. Pięć lat i trzy miesiące temu, szykowałam się do swojej piątej próby samobójczej. Planowałam samobójstwo, bo myślałam że zdechną, że zwariuję. Cały czas nie wiedziałam o tym, że jestem alkoholiczką, ani nawet nie wiedziałam, że mój partner też jest alkoholikiem. Nie miałam żadnej wiedzy na ten temat. Myślałam, że to jakieś "fatum" nade mną zawisło. Bałam się każdej następnej godziny mojego życia, więc postanowiłam je zakończyć. Piłam już wtedy zupełnie sama, w izolacji. W małym mieszkanku na Żoliborzu, w którym panowało wyłącznie nieszczęście. Byłam wrakiem człowieka, bardziej przypominałam warzywo. Bóg posłużył się moim partnerem, który któregoś dnia przyniósł mi kasetę video i powiedział żebym ją sobie obejrzała. Na kasecie był wywiad Ireny Dziedzic z Wiktorem O. Z tego wywiadu dowiedziałam się, że alkoholizm to jest choroba i że jak ogórek stanie się ogórkiem kiszonym, to już nigdy nie wróci do swojej pierwotnej postaci. Po raz pierwszy w życiu POCZUŁAM NADZIEJĘ. Wiedziałam, że muszę dotrzeć do tego człowieka z TV - intuicja mi to podpowiadała. Wypiłam flaszkę wytrawnego, czerwonego wina i wykonałam telefon do Wiktora O. A kiedy on mi zadał to pytanie: "Czy masz problem z alkoholem?", zgodnie z prawdą powiedziałam "Nie!" Ja nie kłamałam. Na ten czas - to BYŁA moja prawda. Zostałam zaproszona na seminarium do Ministerstwa Zdrowia, na którym amerykańscy terapeuci odwykowi i specjaliści wykładali - co to jest alkoholizm i ko-alkoholizm. Tam, w przeciągu 4 dni zidentyfikowałam się jako osoba współuzależniona. Uświadomiłam sobie, że tak potwornie cierpią, ponieważ żyję z czynnym alkoholikiem. To on był alkoholikiem w moim życiu! Na tym seminarium postanowiłam, że pojadę do Ameryki dowiedzieć się czegoś więcej na temat alkoholizmu - chciałam go wyleczyć. Miałam wewnętrzną presję, siłę która mnie pchała w tym kierunku. Cudem załatwiłam wizę i bilet. Siedząc w samolocie, po raz pierwszy w życiu nie bałam się - a leciałam w kompletne nieznane. Jakbym słyszała głos szepczący mi do ucha "będzie dobrze". "Dowiesz się czegoś, co zmieni całe twoje życie na lepsze". Tak też się stało! Zaczęłam chodzić od razu na mityngi Al-Anonu. Święcie wierzyłam w to, że jestem współuzależniona i nie mam nic wspólnego z alkoholizmem. Chodziłam do Al-Anonu przez 17 dni i w tym czasie jeszcze popijałam. Mówię popijałam, bo NAGLE przestałam żłopać alkohol jak wodę. Coś się stało z moją głową. Zaczęłam się BAĆ alkoholu? Dzisiaj wiem, że nazywa się to utratą komfortu picia. Przez te 17 dni zaczęłam się coraz częściej zastanawiać "Czy ja przypadkiem nie jestem alkoholiczką?" Ale odganiałam te myśli - szybko! Bałam się ich. Swoje 31 urodziny obchodziłam na party, gdzie był serwowany alkohol, tylko że mnie się ręka trzęsła ze strachu, kiedy brałam tę szklanką do ręki. Urodziny mam 5 czerwca a na mityng AA trafiłam 17 czerwca 1990 r. Na swój pierwszy w życiu mityng AA poszłam "z czystej ciekawości", bo zaintrygowało mnie, że oni się tam ŚMIEJĄ. Raczej wkurzyło mnie to, bo w Al-Anonie baby płakały nad swoim losem, a ja już miałam łez serdecznie dosyć. Poszłam więc do AA - poszpiegować. To był duży mityng spikerski, około 300 osób na sali. Weszłam spóźniona, a przy samych drzwiach było jedno jedyne puste krzesło - czekało na mnie. Mówił o sobie Amerykanin irlandzkiego pochodzenia, mężczyzna może 65 letni - więc od razu nastawiłam się na to, że od niego to się niczego nie dowiem, bo przecież on jest INNY niż ja - całkowicie. Zasłuchałam się jednak, potem cała wpiłam się w niego swoim słuchem - BO ON MÓWIŁ WYŁĄCZNIE O MNIE. Gdzieś w połowie jego spikerki wrzasnęłam: "Jezus Maria ja jestem alkoholiczką!!!" Przeraziłam się swoich słów. Po zakończeniu mityngu zapytałam "Co mam teraz robić?" Odpowiedź była jednoznaczna: "Chodź na mityngi, codziennie, jak chcesz to zabiorą cię tam jutro". W Ameryce jest taki zwyczaj, że jeżeli ktoś do końca nie jest pewny czy jest alkoholikiem czy nie, kiedy się jeszcze waha - to chodzi na mityngi otwarte, na zamknięte "jeszcze nie dorósł. Więc mnie zabierano na mityngi otwarte. Przez tydzień czasu miałam III Wojną Światową we własnej głowie "Jestem czy nie jestem alkoholiczką?" Myślałam, że zwariują od tego. Podzieliłam się tym z dziewczyną w moim wieku. Ona mi poradziła żebym zakupiła Wielką Księgą (Biblią AA), z niej niby miałam dowiedzieć się prawdy o sobie. Zrobiłam tak. Po mityngu, pewnego wieczora wskoczyłam do łóżka z tą Wielką Księgą i zaczęłam czytać. Była 11-ta w nocy. Nic nie pamiętam aż do 4-tej nad ranem. Ocknęłam się jak gdyby, bo zamykałam "Wielką Księgę" i byłam cała zlana łzami. W duszy i w głowie CISZA. Wiedziałam, że jestem alkoholiczką. Przestałam walczyć. Od tamtego momentu do dziś - nigdy w to już nie wątpiłam. Podobno I Krok, to jest jedyny, który robi się w 100 %. Przyznałam się, że jestem bezsilna wobec alkoholu. Natomiast z tym, że nie kieruję swoim życiem - nie mogłam się pogodzić jeszcze bardzo długo. Jestem człowiekiem KONTROLI. W każdym razie moje następne pytanie było: "No i co teraz? Jesteś alkoholiczką - masz 31 lat - przegrałaś życie?" Koszmar. To boli. Byłam przerażona do następnego dnia, do mityngu. Znajomy, który przyjechał po mnie zapytał "Co się stało?" Powiedziałam mu, że wiem wreszcie, że jestem alkoholiczką. Poklepał mnie po plecach i zawiózł na mój pierwszy w życiu zamknięty mityng AA. To było jak pasowanie na rycerza. Byłam dumna z siebie już troszeczkę. Zaczęłam patrzeć na ludzi na sali, bo miałam świadomość że patrzą na samych zdeklarowanych już alkoholików. Zobaczyłam ludzi uśmiechniętych, pewnych siebie i tego dokąd zmierzają, tego kim są; zobaczyłam ludzi z tożsamością, przynależących, czystych, inteligentnych, ładnie mówiących, solidnie ubranych i mówiących o szczęściu i wdzięczności. I nagle uświadomiłam sobie, że to jest najbardziej NORMALNE towarzystwo w jakim ja się kiedykolwiek dotąd obracałam, i że ja CHCĘ TU PRZYNALEŻEĆ. To zwłaszcza było ważne, bo ja przez całe życie nie miałam nic i nikogo. Uspokoiłam się. Już na tym pierwszym mityngu oni zaczęli mi po prostu imponować, i zazdrościłam im tego jakimi oni są. Chciałam być taka sama. Postanowiłam, że zostaję wśród nich. Do dzisiaj jest to najlepsza decyzja mojego życia. No i zaczęłam robić te słynne 90 mityngów w 90 dni. Ja w zasadzie chodziłam na mityngi 2 razy dziennie. Nie robiłam nic innego, tylko trzeźwiałam. W Ameryce każą natychmiast zabierać się "ostro" za siebie - czyli do roboty. Nie wiem jak to się stało, ale ja im UFAŁAM i chciałam się ich słuchać. Po raz pierwszy w życiu pozwoliłam się ludziom prowadzić jak potulny baranek. Nie do samego końca. Mam rogatą duszą i naturą. Kopałam i gryzłam też. Miałam swoje własne teorie - "ja wiem lepiej, co jest dla mnie dobre i proszę mi się nie wpieprzać". Ale ten program to bardzo mądry program, dla takich skomplikowanych ludzi jak ja. Kiedy tylko robiłam "coś" po swojemu, dostawałam baty od życia i potulnie, z ogonem między nogami wracałam na wcześniej wyznaczoną mi ścieżkę. Kazali mi na przykład znaleźć sobie sponsorkę. Ja nienawidziłam wówczas kobiet - bo nienawidziłam siebie. Wybierałam więc sponsorów płci męskiej i kończyło się to dla mnie bardzo przykro. Pięć podejść i każda próba spalona. Bardzo często zaczynał w to wchodzić seks i kończyło się sponsorowanie. Ostatecznie zostałam popchnięta w stroną dziewczyny, która była wówczas 3 lata w AA. Jayne S. - to była moja pierwsza sponsorka, surogat Matki. To ona uczyła mnie jak żyć na trzeźwo. Okazało się, że ja mam 31 lat a wnętrze 5 letniej dziewczynki -to było przerażające. Co zrobić żeby świat się nie zorientował jaka jestem popaprana? W tamtym okresie skoki dojrzewania były bardzo duże i działy się o wiele szybciej niż teraz. Im dalej na programie, tym cięższe zadania i mozolniejsza praca nad sobą. Najgorsze były pierwsze trzy miesiące abstynencji. Miałam potwornie silną obsesją picia. Alkohol widziałam wszędzie i myślałam o nim na okrągło. Dopiero wówczas się przeraziłam jak uświadomiłam sobie, że dotąd alkohol "nie był problemem w moim życiu" a tu się nagle okazuje, że ja bez niego po prostu nie umiem funkcjonować. Musiałam się uczyć jak małe dziecko, od nowa, jak się rozmawia, kontaktuje z ludźmi na trzeźwo. Jak się robi zakupy, jeździ samochodem i przeżywa i czuje na trzeźwo. Okazało się, że ja dotąd byłam człowiekiem "z plastiku", mało co umiałam czuć. To była abstynencja, to jeszcze nie było trzeźwienie. Byłam pijaniusieńka "na sucho", miałam kompletnie pijane myśli i zachowania. Wtedy dotarło do mnie, że wszyscy na mityngach trzeźwieją przy pomocy tej Siły Wyższej. O Bogu nie myślałam, bo Go nie znałam. Był mi całkowicie obcy. Ale na tę Siłą Wyższą - to ewentualnie mogłam się zgodzić. Widziałam, że im jest lżej. Mają pomoc. Ja się borykam z trzeźwieniem SAMA. Ja nadal kontrolowałam, "ja tu rządziłam". Sponsorka mi powiedziała, że Siła Wyższa przychodzi do nas wtedy, kiedy my ją zaprosimy do swego życia. Zaczęłam o niej myśleć. W trzecim miesiącu chodzenia na mityngi przeżyłam niesamowicie silnie przebudzenie duchowe. Siła Wyższa weszła w moje życie od razu pod postacią Boga. Przyjęłam Go jak dziecko - dotąd Go nie miałam. To się stało oczywiście "nieprzypadkowo" na stopniach pewnego Kościoła w Connecticut, kiedy ksiądz położył swe ręce na mej głowie i zaczął się za mnie modlić. Poczułam jak "zerwały się w moim wnętrzu jakieś pęta, poczułam jak się wypełnia moja pustka wewnętrzna, jakbym dostała nową duszą". Stałam i płakałam prawie godziną. To były łzy szczęścia i oczyszczenia. Od tamtej pory jestem osobą wierzącą w Boga - tak jak Go pojmują. Modlę się codziennie na kolanach rano i wieczorem, a kiedy mam niechęć do modlenia się i powierzania swojego JA Bogu - to wiem, że jest ze mną źle, że to nawrót Choroby - dawnego. Dzisiaj wiem, że mój nawrót nie zaczyna się pierwszym kieliszkiem. Mój nawrót zaczyna się kiedy przestaję chodzić na mityngi, kiedy "obrażam się" na Boga, kiedy jest mi znowu źle na świecie i ze sobą. Wtedy zmuszam się żeby chodzić do AA, zmuszam się do modlitwy i do mówienia o sobie - i mija. Największym darem jaki dostałam od swoich sponsorek w USA (było ich kilka) jest lekcja żeby nie bać się mówienia prawdy o sobie, o tym co zalega w środku. Jestem im wdzięczna, że umiem to robić, bo zaczęłam wreszcie być prawdziwa i uczciwa wobec samej siebie. Kiedy już przestałam okłamywać świat - nadal kłamałam sobie samej. Ostatnie pięć lat to jest nieustanna praca nad sobą. Praca, która przestała być smutnym i przykrym obowiązkiem - a stała się potrzebą - i ratunkiem. Na początku chodziłam na mityngi - bo musiałam, potem zaczęłam chodzić na nie - bo chciałam. I chce mi się do
dzisiaj. Przez pierwsze dwa lata bycia w AA, chodziłam na mityngi codziennie, bo byłam tak chora i takie miałam zapotrzebowanie. Potem dopiero nauczyłam się swojego barometru emocjonalnego i mogłam sobie pozwolić na dawki 3, 4 mityngi w tygodniu. Wchodzą na coraz wyższe etapy świadomości, samo-świadomości, monitorowania siebie i wcale mnie to nie męczy, że to będzie trwało do końca życia. Oby!! Jestem tak popaprana w wielu sferach mojego życia, że pracy starczy aż do ostatniego tchnienia. Chociaż już dzisiaj czuję się jak "marynarka przełożona całkowicie na drugą stroną". Zerwałam z tamtym życiem. Z tamtego świata zostali mi tylko rodzice, brat i dom w Gdyni. Zerwałam z dawnym zawodem, bo wiedziałam, że tam nie utrzymałabym się w trzeźwieniu. Z tamtego okresu została mi tylko jedna przyjaciółka. Zmieniłam całkowicie "garnitur" znajomych i zainteresowań. Nie pamiętam kiedy ostatni raz byłam w tłumie ludzi pijących alkohol. Przestałam pić kawę, palić papierosy. Stałam się kobietą jednego mężczyzny. Zmieniłam bardzo dużo na zewnątrz i wewnątrz. Najpierw musiała umrzeć "tamta" Magda aby mogła narodzić się nowa. Przeżyłam coś na wzór zmartwychwstania w innej postaci - taka reinkarnacja. Żeby nauczyć się miłości, najpierw musiałam uczyć się jak miłować Boga. Taką dostałam obietnicę kiedyś na początku. Przedtem nienawidziłam siebie, ludzi i świata-teraz jest odwrotnie. Kiedyś nie umiałam kochać, dzisiaj jestem do tego przygotowywana. Ciągle czekam cierpliwie na to żeby spełniła się ta miłość mojego życia. Wiem, że będzie to musiał być mężczyzna, który ma Boga w swoim życiu. Jeszcze się nie pojawił, mam 36 lat i chce mi się nadal na to czekać. Kiedy miałam 6 miesięcy abstynencji powróciłam do Polski, z USA. To było budujące i mocne doświadczenie. Zaczęłam trzeźwieć w Polsce, w zupełnie innych realiach. Prysła ta bezpieczna bańka jaką byłam otoczona w Ameryce i muszę powiedzieć, że dopiero w Polsce moje trzeźwienie zaczęło nabierać kolorów. Im większe trudności piętrzyły się przede mną - tym więcej musiałam w siebie wkładać pracy i AA. Wróciłam bowiem do czynnie pijącego alkoholika, z którym "katowaliśmy się" jeszcze pięć lat. Nadal jestem niepokorna, więc nie chodziłam na Al-Anon. Dzięki Bogu i AA - jestem wolna i od niego. On nadal pije a ja od czterech miesięcy żyję bez niego i odkrywam ze zgrozą, że to życie jest o wiele lepsze, trzeźwienie ma lepszy smak i zastanawiam się - po jaką cholerą męczyłam się jak głupia tyle czasu i bałam się "puścić". Nie zawierzyłam Bogu do końca, myślałam, że bez mojego ex-partnera nie dam sobie rady w życiu. Jakoś daję!! Niedawno odkryłam rzecz dla mnie niezwykle istotną, mianowicie to, że I Krok "ćwiczyłam" przez cały jeden rok, to samo było z II Krokiem, a III Krok zajął mi aż trzy lata. Całe trzy lata uczyłam się jak powierzyć swoje życie opiece Boga. Powierzyłam w momencie, w którym puściłam się pijącego mężczyzny i zaczęłam iść sama w życie. To stało się dopiero w czerwcu 1995. Obecnie jestem na etapie IV Kroku. Odkrywam siebie, nie przed światem - przed samą sobą. Teraz dopiero dojrzałam do tego żeby przyznać się do swoich wad, których albo wcześniej nie widziałam, nie chciałam ujrzeć albo zbyt bolało żeby tego dotykać. Od swoich sponsorek z USA wiem, że każdy trzeźwieje własnym tempem i nie można niczego przyspieszać. Bo można sobie tylko zrobić krzywdę. Ostatnio, po raz pierwszy w swoim procesie trzeźwienia zadośćuczyniłam osobie, o której myślałam, że jest przekreślona u mnie na zawsze. Udało się! Przeszło mi przez gardło i poczułam, że już nie mam nienawiści do niej. Ostatnio w modlitwie poprosiłam Boga żeby zamienił mi nienawiść na miłość -i zaczynam zbierać owoce tego. Nawet nie wiedziałam ile jeszcze nienawiści zalega we mnie. Jestem tak zwana "pamiętliwa" i łatwo nie odpuszczam. Tylko, że trucizna która zalega we mnie - truje przede wszystkim mnie. Uświadomiłam sobie również, że dojrzewając i trzeźwiejąc przez pięć lat przy swoim ex-partnerze -miałam liczne emocjonalne nawroty choroby, w których zadałam mu dużo bólu. Nawet poczułam ten jego ból -na sobie. Bóg zadziałał w taki sposób, że poczułam ten ból poprzez nawrót swojego bliskiego przyjaciela, który wprawdzie nie pił - ale ranił. Dopiero jak mnie zabolało -uświadomiłam sobie, że "suchy" alkoholik może walić w człowieka dokładnie takimi samymi emocjami jak pijany. Postanowiłam przeprosić swojego ex-partnera za ten cały ból, jaki mu na pewno zadawałam kiedy ja miałam swoje "suche nawroty". Odeszłam od niego cztery miesiące temu - w strasznych okolicznościach - dzisiaj jestem gotowa zadośćuczynić mu za rany, jakie mu zadałam, bez myślenia o powrocie do niego kiedykolwiek. Gdyby mi to ktoś powiedział cztery miesiące temu, to pomyślałabym, że zwariował. To było po prostu NIEMOŻLIWE. To Bóg jest od rzeczy i spraw niemożliwych. To za Jego sprawą dokonują się te wszystkie cuda w moim życiu. Kiedyś myślałam, że cud jest jak nagle przede mną ktoś wyczaruje Mercedesa, albo ożywi umarłego. Teraz wiem jak wyglądają cuda Boskie - jest nim każdy alkoholik, który zmienia się dzięki Bogu i AA, bo każdy taki człowiek może uczynić wokół siebie zmiany na lepsze. I to nie tylko w swoim własnym życiu. Moje życie nabrało takich barw i takiej jakości, że nie sposób to opisać czy opowiedzieć. To trzeba przeżyć!! Kiedyś zazdrościłam wszystkiego - każdemu. Dzisiaj cieszę się, że jestem tym kim jestem i że taką a nie inną mam drogą. Stałam się optymistką. Z rozszalałej pesymistki, wątpiącej we wszystko. Dzisiaj mówię, że na każdym podwórku zaświeci kiedyś słoneczko. Dzięki Bogu i Wspólnocie AA. Byłoby nieuczciwością wobec samej siebie nie opowiedzenie o tym, co dzieje się obecnie między mną a moim Tatą. Bo to on był tym POTWOREM w moim życiu, przez którego niby działy się te wszystkie okropności. No więc przestał być nim. Dzięki programowi, zyskałam "nowego ojca". I chociaż on do dzisiaj popija i nie wiem, czy kiedykolwiek przestanie -to mamy swoją osobistą, wzajemną więź uczuciową jaka nas teraz łączy. Nie umiemy sobie mówić wprost KOCHAM CIĘ ale ja mu to piszę - w listach, a on mi to okazuje w gestach. I to jest taka nasza gra, której nikt inny nie zaburzy. Teraz to ja już wiem, że mój tata jest tak samo pokaleczony przez swoje własne dzieciństwo i alkohol, jak i ja byłam. On kochał mnie tak jak umiał na tamten czas. Zresztą kiedy odstawiłam alkohol i rozejrzałam się po swojej rodzinie, to okazało się, że pijących w chory sposób jej członków - jest aż zanadto. Ja jestem pierwszą z mojej rodziny, nad którą zlitował się Pan Bóg i pomógł mi przerwać ten zaczarowany krąg chorowania. Po mnie rok temu wstąpiła do Al-Anon moja bratowa. Poprosiła mnie o pomoc, właściwie wykrzyczała tę prośbę, kiedy mój własny brat znęcał się nad nią. Teraz możemy sobie razem z nią odbywać wewnętrzny mityng rodzinny i mówić sobie językiem, którego nie rozumie nikt poza nami. Przyglądają się nam i dziwią się tym naszym konszachtom a ja wiem, że już w swojej własnej rodzinie nie jestem jedyna na programie. Czekam na resztę - jeżeli taka będzie wola Boga. Kiedy byłam w USA, słuchałam na mityngach opowieści alkoholików, które mówiły o przystąpieniu do Wspólnoty całych rodzin. Jak ja im tego zazdrościłam. Teraz mam już tego namiastkę. Właściwie taki mój duży krok w trzeźwieniu nastąpił wtedy, kiedy wybaczyłam swemu Ojcu, to co mi zrobił w życiu. Stało się to na terapii w USA. Bowiem wracałam wiele razy później do Stanów, najpierw na własne leczenie a potem żeby się uczyć zawodu terapeuty odwykowego. Kiedy byłam dwa lata w AA i w swojej pysze myślałam, że już jestem piekielnie trzeźwa - pojechałam do ośrodka odwykowego na leczenie. Tam - o zgrozo! - ujrzałam, że jestem nietknięta. Poza tym że przestałam pić. Suchy alkoholizm. Dopiero tam, dzięki świetnym terapeutom zaczęłam rozwalać przeszłość. Zmazywać tamtą starą, chorą taśmę żeby móc ją na nowo zapisać - zdrowieniem. Największym darem dla mnie jest kombinacja AA + terapii. Bez terapii stałabym pewnie jeszcze w miejscu, z wieloma sprawami. W swojej samowoli, w swoim chorym zaślepieniu nie byłam w stanie dotykać na mityngach tematów, które były mi niewygodne. Wolałam użalać się nad sobą i występować w charakterze ofiary i cierpiętnicy. Dopiero mądrzy terapeuci pokazali mi, gdzie jestem jeszcze "nieruszona" i jak można to zmienić. Dorastałam i nadal dorastam w bólu. Tak jak w bólu rodzi się każdy człowiek. A ja przecież rodzę się na nowo. Tylko, że ja już nie chcę unikać tego bólu dojrzewania, nie chcę go oddalać. Najpierw boli, a później są tego nagrody, obietnice AA spełniają się w życiu. Pieniądz przestał być moim fetyszem. Nie chcę mieć władzy nad innymi. To jest dla mnie najtrudniejsze, bo jestem człowiekiem kontroli. Nie chce mi się męczyć samej w tym życiu i jak sobie z czymś nie radzę - to staram się powierzyć to Bogu. Ja jestem za słaba, za mała i za krótka żeby umieć rozwiązywać wszystkie supły życiowe. Jestem gotowa zapłacić każdą cenę, żeby nie pić i pozostać na programie AA.

Magda

 


 

ANONIMOWI ALKOHOLICY - FRAGMENT PRZYGOTOWYWANEJ PUBLIKACJI

 

ANONIMOWY ALKOHOLIK NUMER TRZY

 

Pionier, członek pierwszej grupy w Akron, pierwszej grupy AA na wiecie. Zachował wiarą, dlatego też on i niezliczone rzesze innych odnalazły nowe życie. Urodziłem się na farmie w Carlyle County w stanie Kentucky jako jedno z pięciorga dzieci. Moi rodzice byli zamożnymi ludźmi i ich małżeństwo było szczęśliwe, moja żona, dziewczyna z Kentucky, przybyła ze mną do Akron, gdzie ukończyłem wydział prawa w szkole prawniczej Akron Law School. Mój przypadek jest nietypowy pod jednym względem. W dzieciństwie nie doznałem żadnych nieszczęśliwych przeżyć, które mogłyby tłumaczyć moje uzależnienie. Miałem widocznie po prostu naturalny pociąg do alkoholu. Moje małżeństwo było szczęśliwe i, jak powiedziałem, nigdy nie miałem żadnego z powodów, świadomych czy podświadomych, które są często podawane jako przyczyna picia. A mimo to, jak pokazuje mój zapis, stałem się bardzo poważnym przypadkiem. Zanim picie zwaliło mnie kompletnie z nóg, osiągnąłem całkiem sporo, będąc radnym przez pięć lat i dyrektorem finansowym Kenmore, dzielnicy, która później została włączona do samego miasta. Ale oczywiście z tym wszystkim moje postępujące picie. Tak więc w czasie, kiedy pojawili się Dr Bob i Bill, prawie że wyczerpałem wszystkie swoje siły. Po raz pierwszy upiłem się, kiedy miałem osiem lat. Nie była to wina ojca czy matki, ponieważ oboje bardzo potępiali picie. Kilku najemnych robotników czyściło stajnię na farmie, a ja powoziłem saniami w tę i z powrotem w czasie, kiedy oni załadowywali, ja popijałem jabłecznik z beczki stojącej w stodole. W powrotnej drodze, po drugim czy trzecim załadowaniu, straciłem przytomność i musiano mnie zanieść do domu. . Pamiętam, że ojciec trzymał w domu whisky do celów zdrowotnych i towarzyskich, a ja popijałem z butelki kiedy nikogo nie było w pobliżu, a później dopełniałem wodą, aby rodzice nie dowiedzieli się, że piję. I tak to się działo do czasu, kiedy wstąpiłem na stanowy uniwersytet i pod koniec czwartego roku stwierdziłem, że jestem pijakiem. Ranek po ranku budziłem się chory i roztrzęsiony, ale zawsze na stole obok łóżka spoczywała butelczyna z alkoholem. Wyciągałem po nią rękę, pociągałem raz, po kilku chwilach wstawałem i pociągałem jeszcze raz , goliłem się, jadłem śniadanie, do kieszeni wsuwałem piersiówkę alkoholu i szedłem na zajęcia. Między wykładami zbiegałem do umywalni, gdzie pociągałem odpowiednia, porcję, aby uspokoić nerwy i szedłem na następne zajęcia. Miało to miejsce w 1917 roku. . . Opuściłem uniwersytet w ostatnim semestrze ostatniego roku i wstąpiłem do wojska. Wówczas nazywałem to patriotyzmem. Później zdałem sobie sprawę, że uciekałem przed alkoholem. Pomogło to w pewnym stopniu, ponieważ znalazłem się w miejscach, gdzie nie mogłem zdobyć nic do picia, co przełamało moje nałogowe picie. Później nastały czasy Prohibicji i fakt, że alkohol, który można było załatwić bywał taki ohydny (a czasami trujący) i że się ożeniłem i miałem pracę, której musiałem pilnować, pomogło mi na mniej więcej trzy lub cztery lata, chociaż upijałem się za każdym razem, kiedy do picia było tyle alkoholu, że warto było zaczynać. Moja żona i ja należeliśmy do kilku klubów brydżowych, gdzie zaczęto wyrabiać i podawać wino. Jednakże po dwóch czy trzech próbach stwierdziłem, że mnie to nie zadowala, ponieważ nie podawali tyle, aby mi dogodzić. Odmawiałem więc picia. Wkrótce jednak problem ten przestał istnieć, ponieważ zacząłem zabierać ze sobą własną butelką i chowałem ją w łazience lub też w żywopłocie na zewnątrz. Z biegiem czasu moje picie stawało się coraz gorsze. Dwa albo trzy tygodnie jednym ciągiem bywałem nieobecny w biurze, miałem okropne dni i noce, kiedy leżałem na podłodze w swoim domu, budząc się, sięgając po butelkę, popijając trochę i zapadając ponownie w niepamięć. Podczas pierwszych sześciu miesięcy 1935 r. osiem razy byłem umieszczany w szpitalu ze względu na opilstwo i pozostawałem przywiązany do łóżka przez dwa lub trzy dni, zanim zdawałem sobie sprawę, gdzie jestem. 26 czerwca 1935 r. odzyskałem przytomność w szpitalu i- mówiąc oględnie - byłem zniechęcony. Za każdym z siedmiu razy, kiedy opuszczałem ten szpital w ciągu ostatnich sześciu miesięcy, wychodziłem z pełnym przekonaniem, że nie upije się ponownie -przynajmniej przez sześć czy osiem miesięcy. Tak się jednak nie działo i nie wiedziałem, w czym rzecz, nie wiedziałem co robić. Tego ranka przeniesiono mnie do innego pokoju i była tam moja żona. Pomyślałem sobie: "Cóż, powie mi, że to już koniec " i oczywiście nie mogłem jej winić, ale też nie miałem zamiaru się usprawiedliwiać. Powiedziała mi, że rozmawiała z dwoma facetami o piciu. Bardzo mnie to zirytowało, dopóki nie powiedziała, że to para pijaków takich samych jak ja. Pogadać o tym z innym pijakiem to nic strasznego. Powiedziała: " Rzucisz picie ". Znaczyło to tak wiele, chociaż w to nie wierzyłem. Później powiedziała mi, że ta para pijaków, z którymi rozmawiała ma plan, za pomocą którego, ich zdaniem, można rzucić picie a częścią tego planu jest to, że opowiadają o tym innemu pijakowi. To ma im pomóc pozostać trzeźwymi. Wszyscy inni ludzie, którzy wcześniej rozmawiali ze mną, chcieli pomóc mi, a moja duma powstrzymywała mnie przed słuchaniem ich i z mojej strony wywoływała jedynie opór. Czułem jednak, że byłbym prawdziwym szują, gdybym przez jakiś czas nie posłuchał pary facetów, jeżeli miałoby to uleczyć ich. Powiedziała mi również, że nie mogę im zapłacić, nawet gdybym chciał i miał pieniądze, których i tak nie miałem. Weszli do środka i zaczęli opowiadać mi o programie, który później stał się znany jako Anonimowi Alkoholicy. Nie było tego zbyt wiele wówczas. Podniosłem wzrok i ujrzałem dwóch wspaniałych, potężnych facetów, ponad 180 cm wzrostu, wyglądem bardzo do siebie podobnych. (Później dowiedziałem się, że ci dwaj, którzy weszli to Bill W. i Dr Bob). Nie­bawem zaczęli my porównywać niektóre zdarzenia z naszego picia i - naturalnie - po niedługim czasie zdałem sobie sprawę, że obydwaj wiedzą o czym mówią -ponieważ kiedy jesteś pijany widzisz i odczuwasz rzeczy, których nie widzisz i nie czujesz kiedy indziej, i gdybym pomyślał, że oni nie wiedzą o czym mówią, nie miałbym ochoty w ogóle z nimi rozmawiać. Po jakimś czasie Bill powiedział: " Ty gadałeś przez długi czas, pozwól teraz, że ja pomówią przez minutę czy dwie ". Tak więc, kiedy opowiedziałem jeszcze trochę, obrócił się do Doktora - nie sądzą, aby wiedział, że go słyszę - i powiedział: "Wierzę, że wart jest ocalenia i popracowania nad nim". Powiedzieli do mnie: " Czy chcesz przestać pić? Twoje picie to nasz żaden interes. Nie jesteśmy tu po to, aby próbować zabrać którekolwiek z twoich praw czy przywilejów, ale mamy program, za pomocą którego, jak sądzimy możemy pozostać trzeźwi. Częścią tego programu jest to, że przekazujemy go komuś innemu, komuś , kto potrzebuje i chce go. Teraz, jeżeli nie chcesz tego, nie będziemy zabierać twojego czasu, pójdziemy i poszukamy kogo innego". Następną rzeczą, której chcieli się dowiedzieć, było to, czy sądzę, że mogę przestać pić samodzielnie, bez jakiejkolwiek pomocy, czy mogę po prostu wyjść ze szpitala i nigdy więcej nie sięgnąć po alkohol. Jeżeli tak to wspaniale, to po prostu świetnie i darzyliby szacunkiem osobę, która miałaby ten rodzaj mocy, ale oni szukali człowieka, która zdaje sobie sprawę z tego, że ma problem i wie, że nie może poradzić sobie z nim samodzielnie i potrzebuje zewnętrznej pomocy. Następnie chcieli dowiedzieć się, czy wierzę w Siłę Wyższą. Z tym nie było żadnego problemu, bo właściwie nigdy nie przestałem wierzyć w Boga i mnóstwo razy próbowałem otrzymać pomoc, ale nie udawało mi się. Następnie padło pytanie, czy zechcę zwrócić się do tej Siły Wyższej i poprosić o pomoc spokojnie i bez żadnych oporów. Zostawili mnie z tym wszystkim do przemyślenia i leżałem na tym szpitalnym łóżku, cofnąłem się w czasie i przyglądałem się własnemu życiu. Myślałem o tym, co alkohol mi zrobił, o szansach, które zaprzepaściłem, o danych mi talentach, jak je trwoniłem i ostatecznie doszedłem do wniosku, że gdybym nawet nie chciał przestać pić, to z pewnością powinienem chcieć, i że chcę zrobić co tylko można, by przestać. Byłem gotów przyznać wobec samego siebie, że sięgnąłem dna, że działo się ze mną coś, z czym nie wiedziałem jak sobie poradzić. Tak więc, po przejrzeniu tego wszystkiego i zdaniu sobie sprawy, ile kosztował mnie alkohol, zwróciłem się do tej Siły Wyższej, którą dla mnie był Bóg, bez żadnych zahamowań i przyznałem, że jestem całkowicie bezsilny wobec alkoholu i że jestem gotów zrobić wszystko, aby pozbyć się tego problemu. Co więcej stwierdziłem, że od tej chwili jestem gotów oddać kierowanie moim życiem Bogu. Każdego dnia będę starał się poznać, jaka jest Jego wola i spróbują ją wykonywać, zamiast przymuszać Boga do tego, aby zawsze zgadzał się, iż rzeczy, które ja wymyśliłem, były najlepszymi. Powiedziałem im to, kiedy wrócili. Jeden z tych facetów (myślę, że to był Doktor) zapytał: "Więc chcesz przestać?". Odpowiedziałem: "Tak Doktorze, chciałbym przestać, przynajmniej na pięć, sześć czy osiem miesięcy, dopóki sprawy się nie poukładają, kiedy zacznę odzyskiwać szacunek mojej żony i kilku innych ludzi, uporządkuje finanse i tak dalej". Obydwaj wybuchnęli serdecznym śmiechem i powiedzieli: "To znacznie lepiej, niż ci się wiodło prawda?". Oczywiście była to prawda. Dodali :" Mamy dla ciebie złą wiadomość. Była ona fatalna dla nas i prawdopodobnie będzie taką dla ciebie. Czy rzucasz picie na sześć dni, miesięcy, albo lat. Jeżeli pójdziesz i sięgniesz po kieliszek albo dwa, skończysz w tym szpitalu, przywiązany do łóżka, tak jak to było w ciągu ostatnich sześciu miesięcy. Jesteś alkoholikiem". O ile dobrze pamiętam, wówczas po raz pierwszy zwróciłem uwagą na to słowo. Wydawało mi się, że jestem po prostu pijakiem. A oni powiedzieli: " Nie, ty jesteś chory i nie ma najmniejszej różnicy, jak długo obywasz się bez alkoholu. Po kieliszku czy dwóch skończysz tak jak teraz. " W owej chwili była to doprawdy przygnębiająca wiadomość. Następnie zwrócili się do mnie z pytaniem: " Możesz wytrzymać bez picia przez 24 godziny, prawda?" Powiedziałem :" Pewnie; tak każdy może to zrobić. " Powiedzieli:" I to jest to, o czym mówimy. Po prostu 24 godziny na raz. " Z pewnością zdjęło mi to ciężar z serca. Za każdym razem, kiedy zacząłbym myśleć o piciu, myślałbym o długich, suchych latach przede mną, ale ten pomysł z 24 godzinami, którego mogłem się odtąd trzymać był bardzo pomocny. (W tym miejscu Wydawcy pragną uzupełnić zapiski Billa D., tego mężczyzny na łóżku relacją Billa W., mężczyzny, który siedział przy łóżku.) Mówi Bill W.: "Latem dziewiętnaście lat temu Dr Bob i ja zobaczyliśmy go (Billa D.) po raz pierwszy. Bill leżał na swoim szpitalnym łóżku i patrzył na nas w zadziwieniu. Dwa dni wcześniej Dr Bob powiedział do mnie:" Jeżeli ty i ja mamy pozostać trzeźwi, to lepiej zabierzmy się do pracy. " Natychmiast Bob zadzwonił do Szpitala Miejskiego w Akron i poprosił pielęgniarką z izby przyjęć. Wyjaśnił, że on i pewien mężczyzna z Nowego Jorku mają lekarstwo na alkoholizm. Czy ma jakiegoś pacjenta alkoholika, na którym można je wypróbować? Ponieważ znała Boba od dawna, żartobliwie spytała: "Przypuszczam Doktorze, że wypróbował je już pan na sobie?" Tak, miała pacjenta - wspaniały przypadek. Właśnie przyjęto go na detoks. Podbił oczy dwóm pielęgniarkom, a teraz leży mocno przywiązany. Czy ten by się nadawał? Po przepisaniu lekarstw Dr Bob nakazał:" Umieścić go w osobnym pokoju. Zejdziemy, skoro tylko dojdzie do siebie. Bill nie wyglądał na specjalnie zachwyconego. Wyglądając smutniej niż kiedykolwiek, powiedział zmęczonym głosem:" Tak, dla was panowie to co wspaniałego, ale nie dla mnie. Mój przypadek jest tak okropny, że w ogóle boją się wyjść z tego szpitala. Nie musicie też sprzedawać mi religii. Byłem kiedyś ministrantem w kościele i nadal wierzę w Boga. Ale On, jak sądzą, nie bardzo wierzy we mnie. " Później odezwał się Dr Bob:" Dobra, Bill, może jutro będziesz czuć się lepiej. Czy nie zechciałbyś się z nami ponownie zobaczyć?" "Pewnie, że tak" - odpowiedział Bill - "Może zda to się psu na budą, ale was obydwu i tak chciałbym zobaczyć. Widać, że wiecie, o czym mówicie. " Kiedy zajrzeli my ponownie, zastali my Billa z jego żoną Henriettą. Z ożywieniem wskazał na nas mówiąc: "To są właśnie panowie o których ci opowiadałem, to są ci, którzy rozumieją." Później Bill opowiadał o tym, jak leżał rozbudzony przez prawie całą noc. Pomimo, że pogrążony był w otchłani rozpaczy, nie wiadomo skąd pojawiła się w nim nadzieja. Przez jego umysł błyskawicą przemknęła myśl: "Jeżeli oni mogą to zrobić, mogą i ja! "Powtarzał to sobie na okrągło. W końcu z nadziei tej wybuchło przekonanie. Teraz był pewien. Później przyszła wielka radość. Ostatecznie zawładnął nim spokój, po czy zasnął. Jeszcze zanim nasza wizyta dobiegła końca, Bill zwrócił się ku swojej żonie i powiedział :" Przynieś mi, kochana moje ubranie. Wstaniemy i wyjdziemy stąd. "Bill D. wyszedł z tego szpitala jako wolny człowiek, który już nigdy nie sięgnął po alkohol. Od tego właśnie dnia datuje się pierwsze spotkanie grupy AA. (Teraz Bill D. podejmuje swoją opowieść.) Dwa lub trzy dni po moim pierwszym spotkaniu z Doktorem i Billem ostatecznie podjąłem decyzję, aby powierzyć swoją wolę Bogu i realizować program najlepiej, jak potrafię. Ich mowa i działanie z wolna na­pełniły mnie odrobiną zaufania, choć nie miałem całkowitej pewności. Nie obawiałem się, że program się nie sprawdzi, ale nadal miałem wątpliwości, czy będą mógł się go trzymać. Jednakże doszedłem do wniosku, że chcę w niego wszystko zainwestować, i że właśnie to chcę robić. Kiedy tylko to zrobiłem, odczułem wielką ulgą. Wiedziałem, że mam kogo, kto mi pomoże, na kim mogą polegać, kto mnie nie zawiedzie. Gdybym mógł trwać przy nim i słuchać, udałoby mi się to. Przypominam sobie, że kiedy później chłopaki wrócili, powiedziałem im : "Zwróciłem się do Siły Wyższej i powiedziałem Bogu, że chcę przedkładać jego wiat ponad wszystko. Zrobiłem to i mogą powiedzieć to ponownie w waszej obecności, mogą to powtórzyć również w każdym miejscu, gdziekolwiek na świecie nie wstydząc się tego. " I to jak powiedziałem dodało mi z pewno cię dużo zaufania, wydawało się zdejmować ze mnie mnóstwo ciężaru. Przypominam sobie również, gdy powiedziałem im, że będzie mi strasznie trudno, ponieważ robiłem także inne rzeczy - paliłem papierosy, grałem w pokera na pieniądze, czasami obstawiałem konie na wyścigach. Oni zapytali:" Nie sądzisz, że w tej chwili masz więcej kłopotów z piciem niż z czymkolwiek innym? Czyż nie wierzysz, że zrobisz wszystko, aby się tego pozbyć?". "Tak"-odpowiedziałem z wahaniem - "Prawdopodobnie tak". Dodali: "Zapomnijmy o tych innych rzeczach, to znaczy o próbie pozbycia się ich wszystkich na raz, i skoncentrujmy się na piciu. " Oczywiście, omówili my całkiem sporo wad, jakie posiadałem i sporządzili my rodzaj listy, co nie było rzeczą zbyt trudną, bo było we mnie okropnie dużo złych rzeczy, dla mnie widocznych, ponieważ wszystko o nich wiedziałem. Później dodali: "Jest jeszcze jedna rzecz. Powinienem wyjść i zabrać ten program do kogoś innego, kogo , kto go potrzebuje i chce. " W owym czasie mój interes oczywiście praktycznie już nie istniał. Nie miałem niczego. Przez całkiem długi czas nie byłem też naturalnie w najlepszej kondycji fizycznej. Zajęło mi około roku czy półtora zanim poczułem się fizycznie dobrze. Było raczej ciężko, ale wkrótce odnalazłem ludzi, których przyjaźnią kiedy się cieszyłem i stwierdziłem po niedługim czasie trzeźwości, że ci ludzie zaczynają postępować tak jak we wcześniejszych latach, zanim jeszcze stało się ze mną tak źle, że nie poświęcałem korzyściom finansowym zbyt wiele uwagi. Spędziłem większość swojego czasu, próbując odzyskać tamte przyjaźnie i zadośćuczynić swojej żonie, którą bardzo skrzywdziłem. Byłoby trudno ocenić jak dużo AA zrobiło dla mnie. Naprawdę chciałem programu i chciałem go realizować. Zauważyłem, że inni zdają się odczuwać ulgę, radość, coś, co jak sądziłem, ludzie powinni mieć. Próbowałem znaleźć odpowiedź. Wiedziałem, że było coś jeszcze innego, coś, czego nie doznałem i przypominam sobie pewien dzień, w tydzień lub dwa po tym, gdy wyszedłem ze szpitala, kiedy do mojego domu przyszedł Bill i rozmawiał z moją żoną i ze mną. Jedliśmy lunch a ja słuchałem i próbowałem dojść skąd brała się ulga, którą zdawali się odczuwać. Biel spojrzał przez stół na moją żoną i powiedział do niej :" Henrietto, Bóg tak cudownie ze mną postąpił, lecząc mnie z tej okropnej choroby, że po prostu chce mi się o tym mówić i opowiadać ludziom." Pomyślałem sobie :" Sądzę, że mam odpowiedź. " Biel był bardzo, bardzo wdzięczny, że został uwolniony od tej okropnej rzeczy i przyznawał, że to Bóg tak uczynił i że jest za to wdzięczny, dlatego też chce o tym mówić innym ludziom. To zdanie: " Bóg tak cudownie ze mną postąpił, lecząc mnie z tej okropnej choroby, że po prostu chce mi się o tym mówić ludziom" stało się czymś w rodzaju złotej myśli dla programu AA i dla mnie. Oczywiście z upływem czasu zacząłem odzyskiwać zdrowie i nie musiałem też już ukrywać się przed ludźmi przez cały czas, to było po prostu cudowne. Nadal chodzą na mityngi, ponieważ lubię tam chodzić. Spotykam ludzi, z którymi lubią rozmawiać. Innym powodem, że chodzą tam, jest to, że nadal jestem wdzięczny za te dobre lata , które przeżyłem. Jestem tak wdzięczny zarówno za program, jak i za ludzi go realizujących, że nadal chcą chodzić. I w końcu przypuszczalnie najcudowniejsza rzecz, jakiej nauczyłem się z programu - wiele razy widziałem ją w "A. A. Grapevine", przekazywano mi ją w tak samo brzmiącym oświadczeniu: "Przyszedłem do AA wyłącznie po to, aby zdobyć trzeźwość, ale właśnie dzięki AA odnalazłem Boga." Czują, że jest to najcudowniejsza rzecz, jaką każda osoba może zrobić.

 


 

Grapevine

 

Jeden z tych dni...

 

Wczorajszy dzień to był jeden z tych dni... Zaczęło się od tego, że cały kawał drogi wlokłam się do supermarketu, tylko po to, żeby się pod koniec zakupów przekonać, że nie wzięłam ze sobą portfelu. Zaraz potem jakiś typek naskoczył na mnie tylko dlatego, że manewrując na parkingu nie mógł swoją podługowatą limuzyną wyjechać z miejsca obok mojego Bogu ducha winnego mikrusa. Następnie jakiś dziadyga miał czelność potrącić mnie niechcący w bibliotece. Okazało się też, że żadne z czasopism, którym wysłałam swoje artykuły, nie zamierza zaproponować mi honorarium z sześcioma zerami. W dodatku sama, całkiem sama i własnymi rękami, musiałam zmienić koło w swoim wozie. No i na koniec mityng - nie dało się od niego wymigać, jako że uprzednio obiecałam zaprzyjaźnionemu alkoholikowi, że go nań podwiozą! No a teraz zastanówmy się: gdyby wszystkie te okropne zdarzenia umieściła na Skali Problemów Życiowych (punktacja od 1 do 10), to żadnemu z nich nie śmiałabym przyznać nawet jednego punktu. Tylko co z tego? Przecież z powodu tychże błahostek owładnęły mną obawy, złość, uraza. Krótko mówiąc, alkoholizm całą gębą, w całej swojej pełni i krasie. Jak się domyślacie, mityng, na który jednak trafiłam, to było dokładnie to, czego mi było trzeba. Chcecie wiedzieć, jaki był temat? Pierwszy Krok. Gdy rozwodziłam się nad przykrościami, jakie mnie spotkały, połowa uczestników tłumiła wolny od złośliwości chichot - po prostu świetnie znali te uczucie irytacji i rozpaczy, jakie często nas ogarnia, gdy z byle drobiazgu robimy istny koniec świata. Cóż to za ulga - móc się z tego śmiać! Gdybym wciąż piła, taki dzień jak wczoraj po pierwsze byłby normalką, a po drugie stanowiłby wymarzony pretekst do tego, żeby się uchlać (nie żeby kiedykolwiek trzeba mi było jakichś specjalnych "powodów" czy "usprawiedliwień"). Całą noc spędziłabym w nastroju samobójczym, pijąc i wygłaszając tyrady wymierzone przeciwko życiu i "podłości tego świata"; a nazajutrz obudziłabym się z koszmarnym kacem. Kiedyś tak to właśnie wyglądało. A teraz mogą po prostu pójść na mityng i obśmiać całą sprawę, łącznie ze swoją własną osobą; i po raz kolejny uświadomić sobie, jak wiele twarzy ma choroba zwana alkoholizmem. Wczoraj poznałam jeszcze jedno jej oblicze. Dziś rano obudziłam się pełna werwy, z nadzieją na udany dzień. Spróbuje, się zbytnio nie przejmować i niczego nie robić na siłę; porozmyślam o pogodzie ducha; będę kontemplowała otaczający mnie świat, cieszyła się życiem i swoim własnym istnieniem.

Jackie P., Spokane, Wash.

 

Początki: Cztery "zwyczajne" słowa

 

Podczas moich pierwszych publicznych wystąpień na forum AA czułam, że "nie dorastam" -ani do roli członka Wspólnoty, ani do miana pełnowartościowej osoby ludzkiej. Fakt, że zachowywałam trzeźwość, zdawał się mi nie wystarczać; w moim mniemaniu potrzebowałam czegoś, co uczyniłoby mnie jeszcze bardziej wiarygodną. Toteż w swoich wypowiedziach zaczęłam używać "ulicznego języka" - naiwnie przypuszczając, że opowiadanej przeze mnie historii przyda on obrazowości i siły przekonywania. Wolę sobie nie wyobrażać, jaką reakcję wywoływało w słuchaczach to moje "wyszukane" słownictwo! (Mój Boże, nawet mnie samą aż czasem zatykało na dźwięk własnych słów...) Trochę to trwało, ale wreszcie dotarło do mnie, że Anonimowi Alkoholicy mają przecież swój specyficzny język - wystarczająco żywy i sugestywny. Nie ma najmniejszej potrzeby okraszać go "wyrażeniami z rynsztoka". Szczerość i prostota nadają mu moc, zdolną pokonać "międzynarodowego wroga publicznego", który dzień w dzień zbiera swoje śmiertelne żniwo na całym świecie. Pierwszym słowem, które wyniosłam z mityngów, była "nadzieja". Małe światełko w tunelu pozwalało mi wierzyć, że nie będę musiała wracać do ślepego zaułka niemocy, samotności i rozpaczy; że nareszcie będę w stanie zrobić właściwy użytek z ofiarowanych mi darów i talentów; że zdołam połączyć się z rodziną i zbliżyć do mojego Boga -takiego, jakim pamiętałam Go z dzieciństwa. Wydawało mi się, że moja wiara to rzecz "raz na zawsze ustalona". Okazało się jednak, że choć zwróciłam się do Boga będąc na dnie, gdy tylko poczułam się silniejsza, to jakby o Nim zapomniałam czy wręcz odwróciłam się od Niego. We Wspólnocie moje życie zamieniło się w fascynującą przygodą; zachłystywałam się nim, widząc przed sobą coraz to nowe horyzonty i możliwości. Wszyscy wokół powtarzali mi, abym wyzbyła się uprzedzeń i dbała o otwartość umysłu; żebym w razie pokusy picia dzwoniła do swoich przyjaciół z AA; żebym chodziła na mityngi i wciąż wracała do Wspólnoty, nawet jeśli w tzw. międzyczasie przytrafi mi się "wpadka". Nie bardzo wierzyłam w skuteczność tych zaleceń, ale mimo sceptycyzmu stosowałam się do nich. Naturalnie próbowano mnie też zainteresować Krokami, ale ja - aż wstyd się przyznać - byłam głucha jak pień i uparta jak osioł. Mimo to wciąż ponawiałam próby i nie ustawałam w staraniach, i rzeczywiście dbałam o nieustanną otwartość umysłu. Dzięki temu w stosunkowo niedługim czasie udało mi się dokonać postępów, jakich nie poczyniłam nawet w części podczas piętnastu lat picia. AA pokazało mi, że mogą uwolnić się od nałogu; położyć kres drążącemu moje serce poczuciu wyobcowania; skończyć z udręką, pustką duchową i jałowością mojego istnienia; wyrwać się z sieci złudzeń i zakłamań dotyczących uzależnienia. Alkoholowi powiedziałam zatem "nie", Wspólnocie zaś - "tak". Uzyskałam tym samym nowe źródło siły, czerpanej odtąd z mityngów. Była nim... miłość. Tak mnie to zbiło z tropu, że na początku trudno mi ją było rozpoznać i nazwać po imieniu. Mimo wieloletniego picia, alkohol nie zabił we mnie zdolności do odczuwania miłości i darzenia nią -przetrwała pośród innych głęboko ukrytych skarbów duchowych. Tkwiące we mnie zalążki czekały tylko na odpowiednią chwilą - czułam, jak rosną, jak cała, po brzegi, wypełniam się miłością, która ubogaca moje życie i czyni je znośniejszym, a także toruje drogę uzdrawiającej łasce mojego Boga. I tak oto drugie ze "zwyczajnych" stów wcieliło się w czyn. Trzecim było "żyć", takie jak w: "Żyj i pozwól żyć innym". Ileż się w nim zawiera obietnicy! Latami przesiadywałam w barze, gapiąc się przez okno na "normalnych" ludzi, pochłoniętych swoimi "normalnymi" sprawami, radościami, obowiązkami. Ja sama zawsze uchylałam się od odpowiedzialności, i pozwalało mi to patrzeć z góry na innych. Ale pod płaszczykiem lekceważenia kryła się zazdrość. W głębi duszy i ja pragnęłam żyć, żyć naprawdę - tylko, ponieważ nie mogłam przestać pić, nie wiedziałam, jak się do tego życia zabrać. Teraz, dzięki Programowi, rzeczywiście czuję, że żyję. Odpowiadam za siebie i wobec innych, mam też swoje prawa, przyjemności i swobody; przeżywam swoje wzloty i upadki, chwile bardzo i niezbyt szczęśliwe; no i mam całe mnóstwo cudownych rzeczy do roboty. Niekiedy - w przypływie nadgorliwości - zdarza się przesadzić; i kiedy się tak zagalopują, sięgam po czwarte "zwyczajne" słowo, bez którego nie umiem się obejść od chwili, w której przyznałam, że sama sobie nie poradzę. Tym słowem zaczynam i kończę każdą dobę. Prawdą mówiąc, jest ono najprostszą, a zarazem czyniącą cuda modlitwą - najbardziej wskazaną dla każdego śmiertelnika; całkiem nieźle, jak na takie "zwyczajne" słowo, prawda? A brzmi ono tak: "Pomocy!".

W.H., Nowy Jork, N.Y.

 

Stracone i odzyskane

 

W ciągu lat picia straciłem wiele z tych rzeczy, które tracili inni alkoholicy: pracę, dobytek i szacunek rodziny. Postradałem także, bardzo dosłownie, mój rozum. Może inni alkoholicy będą w stanie zrozumieć moje przeżycia lepiej jeśli powiem, że w trakcie tych dni utraciłem siebie samego. Utracić siebie samego wskutek alkoholizmu i schizofrenii to doświadczenie przerażające i bardzo samotne. Cierpiałem wskutek całkowitej niezdolności do utrzymania związku z drugim człowiekiem. Przyjaciele poświęcali się dla mnie a ja nie miałem nic do zaoferowania im w zamian. »żyłem w stanie emocjonalnej izolacji. Czułem się jak stłuczone lustro, rozbity na oddzielne kawałki. Trwałem w złudnym przekonaniu, że pewnego dnia odzyskam kontrolę nad swoim życiem. Używając dużych ilości napojów wyskokowych mogłem fantazjować na temat osoby, którą nie byłem. Ale alkohol, który dawał mi moc snucia fantazji jedynie utrwalał moją niemoc wobec wszystkiego. Odnalazłem siebie uczęszczając na mityngi AA. Dowiedziałem się, że jestem alkoholikiem, i że wokół jest pełno innych ludzi do mnie podobnych. Odkryłem ponownie swoje prawdziwe ja zwierzając się i słuchając, jak inni dzielą się swoimi przeżyciami. Stwierdziłem, że prawdą jest to, co ktoś powiedział: "Uczymy się, kim jesteśmy, w trakcie codziennego życia". W AA odzyskałem moje życie. Zachęcałem i wspierałem innych i uzyskiwałem w zamian zachętę i wsparcie. Jednakże musiałem radzić sobie z innym ogromnym problemem: z moją schizofrenią (nieuleczalną, podobnie jak alkoholizm). W pewnym sensie leczyłem się z niej sam przez całe moje dorosłe życie przy pomocy alkoholu. Dla osoby psychicznie chorej przypomina to gaszenie ognia przy pomocy benzyny. Ale kiedy spróbowałem rzucić picie, moja choroba urny słowa zdawała się pogarszać. Nie zrezygnowałem jednak z prób wytrzeźwienia i w końcu mojemu lekarzowi udało się przy pomocy odpowiednich leków uzyskać u mnie zadowalającą stabilizację choroby. Bardzo zdecydowanie namawiam do zażywania leków i stosowania się do zaleceń lekarza w przypadku chorób psychicznych i do ignorowania rad przyjaciół z AA, którzy nie znają się na problemie i zastępując lekarza szkodzą, choć pełni są dobrej woli. Kiedy otrzymuję leki dostosowane do mojego stanu, mogę nadal trzeźwieć. Częścią mojego obecnego programu na życie jest przyjmowanie leków na moją schizofrenią. Mimo trzeźwienia i ustabilizowania schizofrenii za pomocą leków nadal byłem prześladowany przez mój stary problem izolacji emocjonalnej. Wydawało się, że nie jestem w stanie nawiązać zdrowej, prawdziwej przyjaźni, w przeciwieństwie do wszystkich zdrowiejących alkoholików wokół mnie. To głębokie poczucie oddzielenia było w dużej mierze wynikiem mojej schizofrenii. Rozwiązanie odnalazłem w mojej Sile Wyższej. W niej odnalazłem przyjaźń, której byłem tak spragniony. W modlitwie mogę powiedzieć wszystko, bez obawy odrzucenia, czy wydziwiania. Zawierzyłem swojej więzi z Bogiem i wiem, że on nigdy mnie nie opuści. Całe lata cierpliwego i niezbyt cierpliwego wyczekiwania minęły zanim mogłem zareagować autentyczną miłością na przyjaźń oferowaną przez otaczających mnie, zesłanych przez Boga Aowców. Jestem wdzięczny im, programowi i Bogu za nowe życie, poza ciemnym i samotnym światem alkoholu i choroby psychicznej. Wiem, że wprawdzie stłuczonego lustra nie da się naprawić, lecz ludzi można. Moje doświadczenie ze wspólnotą Anonimowych Alkoholików przypomina zrastanie kości. Kiedy kość się zrośnie, w miejscu zrostu jest mocniejsza niż przed złamaniem. Mam teraz życie w AA, poza murem emocjonalnej izolacji. Nigdy nie pozbędę się problemów, ale teraz mam zaufanie do swoich rozwiązań. Czegóż więcej może chcieć jakikolwiek zdrowiejący alkoholik?

Art K., Gulfport, Miss.

 

Do piekła i z powrotem

 

Kiedy zostałem członkiem Anonimowych Alkoholików we wrześniu 1988 roku, nie byłam pewna, czy ten program zadziała w moim przypadku. Ale gnał mnie strach przed tym co morze się stać ze mną i moimi dziećmi jeśli nie podejmę próby. Strach był prawdopodobnie właśnie tym, co było mi potrzebne, żeby doprowadzić mnie do tego, bym się poddała, co jest niezbędne do wyzdrowienia. Kiedy najważniejszą rzeczą dla mnie stało się pozostać trzeźwą, zaczęłam działać inaczej. Chodziłam na wiele mityngów, wzięłam sobie sponsora, stworzyłam wokół mnie siatkę zdrowiejących ludzi, stałam się częścią tej siatki pracując z innymi. Trzeźwienie stało się moim życiem. W ciągu pierwszych dziewięćdziesięciu dni trzeźwości miałam kilka przeżyć duchowych i parę. głębokich objawień. Jedno zwłaszcza miało charakter "gorejącego krzaka". Opuściły mnie poczucie winy i wstyd za to, co było i do dziś nie powróciły. Wykorzystywałam poczucie winy i wstyd do tego, żeby czuć się jak najgorsza z najgorszych, a kiedy się. ich pozbyłam stałam się taka sama jak wszyscy inni, ani lepsza, ani gorsza. Kiedy nie piłam od sześciu miesięcy, moja 11-miesięczna córka utopiła się w wannie wskutek mojej ludzkiej niedoskonałości. Grupa AA pomagała mi radzić sobie z tym przeżyciem na ile to było możliwe. Potem przekazali mnie Bogu. Potrzebowałam Boga bardziej niż kiedykolwiek przedtem i jestem wdzięczna, że już przedtem byłam przekonana, że On jest i może mi pomóc. Po roku trzeźwienia zdałam sobie sprawę, że mam jeszcze dwoje starszych dzieci, które mnie potrzebują. Postanowiłam zrezygnować z pomocy społecznej i zostałam jedyną kobietą-stolarzem w miejscowej izbie rzemieślniczej. Jako samotna matka miałam mnóstwo do roboty i zawsze jakiś powód do zmartwienia. Na dodatek do tego wszystkiego związałam się z alkoholikiem, który regularnie co miesiąc wyprowadzał się ode mnie i wprowadzał. Po dwóch latach trzeźwienia postanowiłam zbudować dom. Kiedy patrzę wstecz, nie mam najlżejszego pojęcia, jak udało mi się zrealizować to wszystko, co zrobiłam. Z pewnością byłam podłączona do siły, która nie była moją własną siłą. Po roku moich dwóch synów i ja przeprowadziliśmy się do nowiutkiego domu (mój narzeczony , którego dziś nadal bardzo lubię - zostawił mnie wreszcie raz na zawsze). W ciągu drugiego i trzeciego roku trzeźwienia miałam dramatyczne huśtawki nastroju, ze skrajności w skrajność, od euforii do depresji z myślami samobójczymi. Szukałam pomocy u terapeutów i psychiatrów. Wielokrotnie odmawiałam leków i kuracji, bo takiego przekonania nabrałam w AA. Koledzy z AA mówili, że jeśli zażywa się lekarstwa nie jest się trzeźwym. Doszłam do wniosku, że huśtawki nastrojów usprawiedliwione są moją sytuacją życiową. Kiedy mój przyszły mąż pojawił się w moim życiu byłam szczęśliwa, jak nigdy dotąd. Mój mąż - wdowiec z córką - był także w trakcie trzeźwienia i bardzo chciał zostać moim życiowym partnerem. Moja pasierbica potrzebowała mnie, a ja potrzebowałam jej. Synowie potrzebowali ojca i teraz mogli go mieć. »życie wreszcie się układało. Porzuciłam pracę, żeby być mamusią i żoną. Miałam niewiele albo żadnych stresów i wszyscy byli zadowoleni. Potem, w dwa miesiące po ślubie wpadłam w depresję tak głęboką, że chciałam umrzeć. Próbowałam wszystkiego: mityngów, sponsorów, Kroków, modlitw itp. - nic nie pomagało. Tym razem nie miałam nic, czemu mogłabym przypisać mój stan. To nie miało sensu. Czułam, że odchodzę od zmysłów i zaczęłam wątpić w to wszystko, w co uwierzyłam w trakcie trzeźwienia. Po trzech miesiącach nieustannej depresji wylądowałam w szpitalu psychiatrycznym. Tym razem byłam posłuszna, jak tylko może być umierający. Zdiagnozowano u mnie psychozę maniakalno depresyjną (cyklofrenię, psychozę dwubiegunowa,). Wreszcie byłam gotowa spróbować leków, czegokolwiek, co uwolni mnie od bezlitosnej depresji. W ciągu następnych dwóch lat dziesięciokrotnie byłam przyjmowana na oddział psychiatryczny. Zostałam aresztowana za pobicie mojego męża. Pocięłam sobie nadgarstki i przedawkowałam moje leki. Służba ochrony dzieci zabrała w nocy moją pasierbicą. Chciałam umrzeć bardziej niż chciałam żyć. Wiedziałam, że żyję w piekle i zabieram tam ze sobą wszystkich, których kochałam. Bałam się śmierci, ale życie było jeszcze gorsze. Po pięciu latach trzeźwienia zaczęłam pić. Nie obwiniam swojego stanu psychicznego za moją wpadką. Po prostu moja trzeźwość przestała być najważniejsza za co sama jestem odpowiedzialna. Picie nie było najgorszą rzeczą, która mnie spotkała w ciągu tych lat i już nie wierzę, że picie jest najgorszą rzeczą, która może mi się przydarzyć dzisiaj. Znalazłam się w piekle na trzeźwo i uczciwie mówię, że wolę raczej pić. Dziś mam za sobą pięć miesięcy niepicia i wreszcie zażywam leki, które na mnie działają. Jestem w długoterminowej terapii grupowej dla osób chorych psychicznie i uzależnionych od środków chemicznych. Regularnie chodzą na mityngi AA i mam grupę przyjaciół, którzy mnie akceptują i kochają bezwarunkowo. W ciągu mojego życia przeżyłam jedno za drugim bolesne urazy, jak wielu z nas. Bez wątpienia jestem alkoholiczką. Cierpię także na poważny rozstrój emocjonalny i umysłowy. Bez pomocy ukierunkowanej na moje pozaalkoholowe problemy piłabym, a pijąc nigdy nie mogłabym rozwiązywać tych problemów. Kroki AA robią cuda z alkoholizmem, ale nie mogą wyprowadzić mnie ze wszystkich moich problemów. Potrzebują dodatkowej pomocy, i podobnie jak diabetyk muszę zażywać lekarstwa do końca życia. Szkoda, że więcej ludzi z AA tego nie rozumie. Ja i kilku przyjaciół zaczęliśmy robić mityngi dla osób trzeźwiejących, które cierpią na poważne emocjonalne i umysłowe zaburzenia. Nazwaliśmy się grupą "Zapomniany rozdział", nawiązując do uwagi doktora Silkwortha w "Opinii lekarza" w Wielkiej Księdze. Grupa wzbudza wielkie zainteresowanie. Jesteśmy sobie wzajemnie wdzięczni i pełni nadziei. Kocham AA i wszystko, co tam znalazłam. Gdybym nie wytrzeźwiała, moja psychoza maniakalno-depresyjna nie zostałaby wykryta i wolę nie myśleć, co mogłoby się wtedy stać. Dzisiaj mam przed sobą cel: dzielić się swoimi przeżyciami, siłą i nadzieją z innymi, mnie podobnymi.

Tena W., Kingston, Wash.

 

"Mityng początkujących"

Następny właściwy krok

 

Byłem dzień, dwa dni, albo tydzień, nie pamiętam, po wyjściu z zakładu odwykowego. Jedyne, co pamiętam, to to, że byłem przerażony. Siedziałem na kanapie, w domu, z moim dwumiesięcznym chłopcem i dwuletnią dziewczynką. Żona wyjechała służbowo. Gdyby wiedziała, co się dzieje u mnie w środku, nie wyjechałaby. Zostałem postawiony z powrotem wobec życia po jedenastu dniach detoksu i nie miałem zielonego pojęcia, za co się, złapać. Byłem bezradny i bez nadziei. Prawdę mówiąc w pokoju znajdowało się troje dzieci, którym potrzebna była opieka. Fale lęku i rozpaczy przelewały się przeze mnie. Drżały mi ręce i pociłem się. Samoloty z pobliskiego lotniska przelatywały nad moim domem, a ja reagowałem nerwowo hałas każdego z nich. Byłem całkowitym wrakiem. Przyszło mi do głowy, że seta wódki uspokoi moje nerwy i będę w stanie funkcjonować. Ale nie chciałem już więcej pić. Od samej myśli robiło mi się niedobrze. Zostałem postawiony z powrotem wobec życia bez siły wyższej, na którą liczyłem przez ostatnie czternaście lat. Nauczyłem się polegać na tym, że alkohol pozwala mi przebrnąć przez wszystkie okoliczności życiowe, błahe i poważne: przygotowanie referatu w pracy, zakupy w sklepie spożywczym, asystowanie przy narodzinach moich dwojga dzieci (piłem wódkę na sali porodowej w szpitalu) i tak dalej, i tak dalej. A teraz nie miałem alkoholu na znieczulenie swoich lęków i niepokojów, zamiast tego dwójka dzieciaków, które wymagają opieki. Nie wiedziałem, jak się do tego zabrać. W głowie gonitwa myśli: jak dam sobie radę przez następnych kilka dni bez mojej żony? Czy moja żona zechce nadal być moją żoną, gdy się dowie, jakim jestem skamlącym i trzęsącym się ze strachu wrakiem? A co z moim dyrektorskim stanowiskiem w przedsiębiorstwie? Co powiedzą, kiedy dojdzie do nich, że byłem w szpitalu, bo jestem uzależniony od alkoholu? Duchy przyszłości potężniały z minuty na minutę. Budziłem się do twardej rzeczywistości życia bez uśmierzającej pomocy alkoholu, który maskuje (aż do rana) te uczucia lęku i niepewności. Byłem wyczerpany na umyśle, chory na ciele, byłem uczuciowym wrakiem i - co gorsza - bankrutem duchowym. Miałem jednakże iskierkę nadziei. Spotkałem ostatnio parę osób ze wspólnoty zwanej Anonimowymi Alkoholikami, którzy mówili mi, że rozumieją, jak się czuję i że oni też znają ten stan. Dalej opowiedzieli mi szczegółowo o swoich osobistych przeżyciach. Słuchając ich skupiałem się na opisywanych przez nich uczuciach, a nie wydarzeniach z ich życia. Dziś wiem, że ta zdolność słuchania była najczystszym darem od Boga. Odrzuciłem postawę "jestem inni niż oni", która jest tak częsta u nowicjuszy. Ci Aowcy stwierdzili, że obecnie wydostali się z "beznadziejnego stanu umysłu i ciała", a ja im uwierzyłem. Nie kłamali, wyczuwałem to. Wracam do rzeczywistości. Mój dwumiesięczny chłopak zaczyna płakać. Wpatruję się w niego sparaliżowany strachem. Co mam robić? Już miałem pogrążyć się w rozmyślaniach na temat przyszłości, gdy jakiś wewnętrzny głosik zagłuszył inne myśli, mówiąc: "Przewiń go". Głos był wyraźny i władczy. Warn to może wydawać się śmieszne, ale zapewniam was, wtedy, dla mnie to wcale śmieszne nie było. Więc poprosiłem Boga o pomoc w tym zadaniu, wstałem i zrobiłem to. Potem podziękowałem Bogu. Następny głos: "Teraz nakarm dzieciaki". Poprosiłem o pomoc i zrobiłem to. "Pozmywaj naczynia". Tak samo: Proszę, pomóż - dziękuję. Tak przez cały dzień. Wieczorem, kiedy dzieci były już w łóżku zdałem sobie sprawę, że postępowałem według boskich instrukcji w maksymalnie praktyczny sposób. I że nie dostawałem wskazówek w sprawach wielkich, dotyczących zmiany biegu życia, lecz co mam zrobić właśnie teraz - następny właściwy krok. To było cztery i pół roku temu. Moje życie jest lepsze niż kiedykolwiek przedtem. Wczoraj zastanawiałem się nad ewentualnością zmiany pracy i nie byłem pewien, czy to zrobić. Siedziałem przez jakąś godziną, rozważając (to znaczy oddając się projekcjom!). Żona i dzieci weszli do pokoju (teraz dużo czasu spędzamy razem), a ja zacząłem im wyjaśniać, nad czym rozmyślam. Kiedy skończyłem mówić ostatnie skomplikowane zdanie, gdy wtrącił się wewnętrzny głosik: "A może byś skosił trawnik?".

Rick H., Roselle, III.

 

Zbierać się razem

 

Ostatnio byłem w Izraelu na pielgrzymce do Ziemi Świętej z dwiema osobami ze Wspólnoty. W Jerozolimie odbywało się sześć mityngów tygodniowo, w tym tylko trzy po angielsku. Nauka korzystania z izraelskiego telefonu to przeżycie, ale udało nam się zgromadzić niezbędne informacje i w siedemnastą rocznicę mojej sponsorki zmierzaliśmy na mityng. Kiedy dotarliśmy, dobiegał właśnie końca mityng w języku hebrajskim. Przywitało nas kilka osób oczekujących na mityng angielski. Gdy mityng się rozpoczął odkryliśmy, że poza nami, Amerykanami, osoba o najdłuższym stażu miała pięć lat abstynencji. Jeszcze jeden mężczyzna trzeźwiał od około dwóch lat. Z pozostałych, jedna osoba pojawiała się na mityngach od sześciu miesięcy, jedna przyszła po raz pierwszy, a jeszcze jedna miała nadzieję, że to piwo, które wypiła rano, będzie naprawdę jej ostatnim. W trakcie mityngu coraz bardziej wypełniała mnie wdzięczność. Po pierwsze byłam wdzięczna wszystkim obecnym, którzy pracowali, żeby pojąć program i według niego żyć. Z wdzięcznością pomyślałam o tym, jak łatwo jest znaleźć mityng w mojej okolicy, w kraju - są trzy, cztery razy dziennie, w języku, który rozumiem. Ogarnęła mnie wdzięczność ludziom, którzy żyli według programu przez wiele lat i którzy mogą mi świecić przykładem, którzy mieli tyle doświadczeń i przeżyć, że mogą "spacerkiem" iść tą życiową drogą. Byłam wdzięczna, że jest grupa "starych wiarusów", spośród których mogę wybrać sponsorką. Na zakończenie mityngu daliśmy mojej sponsorce w prezencie rocznicowy brelok z siedemnastką i dyplom podpisany przez wielu przyjaciół z naszej macierzystej grupy. "Osłupienie" to łagodne słowo na opisanie reakcji obecnych na mityngu. Nie umieli sobie wyobrazić, że ktoś może trzeźwieć tak długo. Ale kiedy ludzie zaczęli podpisywać rocznicowy dyplom przeważającym uczuciem stała się nadzieja. Gdzie, jak nie w AA ludzie o tak rozmaitym pochodzeniu, z tak różnych środowisk mogą zebrać się razem i rozmawiać z głębokim zrozumieniem o najważniejszych sprawach w swoim życiu?

Barbara G., Worcester, Mass

 

reprinted with permission "• AA Grapevine

 


 

AA-INFORMATIONEN 8/95

 

Moje życiowe zadanie

 

Nazywam się Urszula, jestem alkoholiczką i dzięki AA od pewnego czasu nie piję. Kiedy ktoś mnie pyta: Urszula, jak panujesz na swoim życiem? Wtedy odpowiadam w tym porządku: dzięki AA, mojej trzeźwości i wierze w życie. Kiedy jeszcze piłam (przez 30 lat), wtedy każdej nocy miałam nadzieję, że rano więcej się nie obudzę. Pragnienie alkoholu było tak duże, że wpływało na moje czyny i myśli. Alkohol był treścią mojego życia. Żaden partner nie był dla mnie bardziej wartościowy. Moje dziecko rosło na obrzeżu mojej świadomości i było zaniedbane. Żywiłam przyjaźń jedynie do moich kompanów w piciu. Ponieważ jestem finansowo dobrze sytuowana, było wokół mnie mnóstwo ludzi, których utrzymywałam. Kiedy nie chciałam dłużej żyć, ponieważ alkohol mnie zniszczył, nie było przy mnie nikogo z tzw. przyjaciół. W pewnej gazecie udało mi się zauważyć małe ogłoszenie. Było tam napisane: Potrzebujesz pomocy? masz problemy z alkoholem? Miałam, i to jakie! Napisałam tam i otrzymałam adresy grup w mojej okolicy. Zdecydowałam się na AA. To była najważniejsza decyzja, jaką podjęłam w ciągu ostatnich lat. Chodzę regularnie na mityngi i należę "tutaj" -tymczasem. Kiedy przychodzę, cieszą się i jak także cieszę się na widok tych ludzi. Nie mam żadnego modelu AA, ale korzystam od każdego. Historie przyjaciół stały się dla mnie bardzo ważne i pomagają mi lepiej uchwycić własne problemy. Mój czas wolny, który składał się wcześniej jedynie z picia, wygląda dziś zupełnie inaczej. Zdecydowałam się na służbę w AA i w weekendy gotuję zupę dla bezdomnych w moim rodzinnym mieście i opiekuję się nimi, jeśli potrzebują mojej pomocy. Nie wydaję się już sobie bezużyteczną pijaczką, ale człowiekiem między ludźmi. Stopniowo przychodzi to poczucie własnej godności, którego wcześniej nie znałam. Kiedy przeczuwam, co może się stać, dzwonię do ludzi, którzy dzielą ze mną ten problem. Często dobra rozmowa przyniosła mi więcej, niż długotrwała terapia. Nie zawsze jest łatwo, ale życie bez alkoholu sprawia mi przyjemność, mogę znów rozpoznawać kolory i dostrzegać zapach kwiatów. To wszystko nie było mi wcześniej dane. Jeżeli o mnie chodzi, przyjęłam sobie za życiowe zadanie: zapanować nad własnym życiem! Życzę wszystkim przyjaciołom stabilnego zdrowia i radości w życiu.

Urszula

 

Jak to dziś rozumiem

 

Nazywam się Ulrich. Jestem alkoholikiem i lekomanem. W AA nauczyłem się, że alkoholizm jest chorobą, która ... ciało duszę i intelekt. I to czyni sprawę trudną. Kiedy dzięki łasce Bożej przyjmowałem ... i mogłem przestać pić, w pierwszym rzędzie sprawa ciała została załatwiona. Było to relatywnie szybkie do osiągnięcia, chociaż zajęło mi blisko półtora roku. Ale są przecież jeszcze - dusza i intelekt. Moja dusza i moje myślenie, które jak wiadomo z mózgu, mojej rozkazodawczej centrali, kierowane jest do ciała. Myślę czasem, że funkcjonuje to podobnie jak komputer. Podobnie jak on zawiera wiele programów, które powinny funkcjonować. Do tamtego czasu mój program był napiętnowany w tym, co istotne, przez alkohol i leki. Moje ciało krzyczało potem, ponieważ było przyzwyczajone do maksymalnej ilości tych środków we krwi ("pijący do lustra"). Mój intelekt, mój pokładowy komputer, troszczył się jedynie o to, by to się udało. Inaczej mówiąc, było to kompletne "myślenie alkoholika". Ciało nie było "przyzwyczajone" - nie powinno znów zostać zwrócone w stare, utarte koleiny, a więc na długie pozostawanie "suchym" niezbędne było zastąpienie mojemu komputerowi pojąć alkohol i leki lepszymi. Spośród wielu propozycji wybrałem dla siebie program AA. Jednak to "przeprogramowanie" mojego mózgu trwa tak długo, jak czas potrzebny, by wstawić je na miejsce "chlania". I to były u mnie, mimo wszystko dziesięciolecia. Mogłem się dowiedzieć, że nie można tego przezwyciężyć w domu, czy na studiach zaocznych, ale że muszę sam ruszyć tyłek na mityngi, kiedy relikty starego programu chcą temu przeszkodzić. Z czasem zostałem nawiedzony przez "konieczność chodzenia na mityngi", muszę stwierdzić, że robię to dobrowolnie i chętnie. Ale wszystkie programy, nawet jeżeli są dobre, nic nie dadzą, jeśli nie stosuje się ich w codziennym życiu i nie ma podświadomej potrzeby ich użycia. A więc prowadzone przez "nowego ducha", w którym duża rolę musi spełniać "siła wyższa a więc Bóg", moje ciało i dusza powinny się odpowiednio czuć. Nie potrzebuję więcej pić, ani nawet o tym myśleć, umiem tak panować nad życiem, że osiągnąłem dziś taki stopień zadowolenia jakiego zawsze oczekiwałem.

Ulrich

 

Panowanie nad moim życiem

 

Już dawno przy czytaniu "AA Informationen" myślałem, że jestem Warn winien to, by podzielić się z Wami moim doświadczeniem, siłą i nadzieją. "Potem" - myślałem wtedy i zamiast coś napisać, wolałem grać na moim komputerze - czułem się potem tak "komicznie" pusty i niezadowolony. Dziś wieczorem czytałem nowe "Informationen" i gdy zobaczyłem ten temat, pomyślałem "teraz, albo nigdy". A więc teraz! Wcześniej, nawet gdy męczyły mnie małe gryzące wątpliwości, miałem wyczucie wszystkiego, co muszę mocno przed sobą i innymi podkreślić. Kiedy zaczynałem trzeźwieć, zauważyłem, że byłem i jestem nadal bardzo oddalony od jakiegokolwiek zapanowania. Panowanie znaczy dla mnie "opanowanie suwerenności". Nie panuję nad moim życiem do końca, nie zapanowałem jeszcze. Z drugiej strony mam swój uczciwy trud, wypełniam jako tako moje codzienne obowiązki i od "opanowania suwerenności" jestem daleki. I gdy wreszcie nadchodzi złudzenie zapanowania, myślę o tym, jak się czuję, kiedy złapię banalne przeziębienie, myślę wtedy, że będę strasznie chory (wcześniej myślałem, że dostanę raka i moje życie na pewno się skończy) i że coś tak strasznego tylko mnie może się przydarzyć. Te strachy przy moim lekkim przeziębieniu pokazują, że nie jestem tak zaawansowany w moim panowaniu nad życiem. Owo panowanie nad życiem moim i innych jest dla mnie tymczasowym bogiem - tak jak go rozumiem i dziękuję mu za tę łaskę, że mogłem go odnaleźć dzięki AA. Jak długo pozwalam mu panować nad moim życiem i bardzo się trudzę by żyć według jego woli i uważam, że zrobiłem do dziś wiele. Tak powinno być dalej!

Nazywam się Tomasz i jestem wdzięcznym alkoholikiem

 

AA-Informationen 8/95 Munchen

 


 

KONCEPCJA II SŁUŻB AA

 

Rok 1955 przyjął na zawsze przywilej grup AA - delegowanie osób cieszących się autorytetem, popierających w sposób aktywny Służby Światowe, do udziału w Konferencji Ogólnej Służb. Ludzie ci mają prawo decydującego głosu w ramach świadomości całej naszej społeczności - nie mogą być jedynie dokonywane jakiekolwiek zmiany w 12 Tradycjach lub 12 Artykule "Karty Konferencji". Jest rzeczą oczywistą, że tysiące grup AA i wiele tysięcy członków AA jest rozproszonych na całej kuli ziemskiej - w tej sytuacji nie ma sposobu na kierowanie i przewodzenie im w ich działalności, na różne sposoby przez nasze Służby Światowe. Świadomość grupy znajduje się poza nią i to wymaga funduszy. Siła, jaka tkwi zarówno w tych grupach, jak i w ich członkach ma dominujące znaczenie, jeśli chodzi o potrzeby niezbędne do przeprowadzenia zmian w Strukturach Służb Światowych, jak i uwag odnośnie ich działania. Na grupach tych spoczywa pełna odpowiedzialność za działanie w świetle swojego autorytetu, tam, gdzie jest to konieczne. Działanie takich grup jest ich zadaniem, one ponoszą za to odpowiedzialność. Takie pojęcie odpowiedzialności zostało przejęte od założycieli i weteranów ruchu podczas spotkania w St. Louis, w roku 1955. Ale najwyższy autorytet i odpowiedzialność grup AA wobec Służb Światowych - jeśli obejmuje to wszystkie możliwe poczynania - nie mógł sięgać do rzeczy nieistniejących. Niczego nie można było dokonać w osamotnieniu. Aby działanie grup dawało efekty, muszą one wyłonić spośród swoich członków osobę cieszącą się autorytetem w grupie i wykazującą dużą aktywność. Osoba ta powinna charakteryzować się elokwencją, darem przekonywania i działać na rzecz grupy w sposób świadomy. Świadomość grupy AA mogła nie być akceptowana przez Konferencję, jeśli nie okazano pełnego zaufania do wyrażanego słownie poszanowania dla większości poczynań Służb Światowych. Z tej też przyczyny , zasada autorytetu i odpowiedzialności, w szerokim tego słowa znaczeniu, odniesiona do "zaufanego sługi" musi być zawarta w pełnej aktywności, od wierzchołka do korzeni struktury Służby. Jest to włączenie Drugiej Tradycji AA w działanie, w sposób przekonywujący. Własny autorytet obowiązywał nawet duże ilościowo delegacje, nowo przystępujące do struktur AA. Odwołajmy się do roku 1937, kiedy to grupy z Akron i nowojorska, autoryzowana przez dr Boba i mnie, zostały wyznaczone do rozpowszechniania posłannictwa AA na całym świecie. Te nowo powołane dwie grupy uznały nasz autorytet w tworzeniu i kierowaniu Służbami Światowymi. Mając na uwadze działanie tych grup, kierowaliśmy się dwoma zasadami - pełną odpowiedzialnością i niezbędną autoryzacją powstających projektów oraz ich realizacją. W swoim działaniu mogliśmy osiągnąć niewiele, byliśmy tego świadomi i to zmusiło nas do poszukiwania ludzi, do których mieliśmy zaufanie, ludzi niezbędnych nam do pomocy. Kiedy podjęliśmy takie poszukiwania, uświadomiliśmy sobie, że osobom tym musimy przekazać olbrzymią część naszego autorytetu i odpowiedzialności. A oto jak wygląda to postępowanie: przede wszystkim dr Bob przeniósł na mnie całą niezbędną odpowiedzialność za powołanie do życia Służby Światowej. W Nowym Jorku mieliśmy duże trudności w znalezieniu niezbędnych funduszów i zaprzyjaźnionych osób i coraz bardziej przekonywaliśmy się co do celowości lokalizacji Centrum Służb w tym mieście. Rozpocząłem poszukiwania przyjaznych osób, do których miałem zaufanie, niealkoholików. Ludzi, którzy mogliby nam pomóc. I tym sposobem w 1938 r. powstała "Fundacja na rzecz Alkoholików", złożona z niewielkiej liczby członków AA, ludzi, do których można było mieć zaufanie, a także zaprzyjaźnionych niealkoholików. Na początku Powiernictwo naszej Fundacji obejmowało pieczę tylko nad sprawami finansowymi. Krok po kroku, ludzie ci byli zobowiązywani do przejmowania odpowiedzialności za inne sprawy, ponieważ ja w pojedynkę nie mogłem wypełniać wszystkich obowiązków. Z tego też powodu przekazałem na rzecz Powiernictwa dodatkowo - odpowiedzialność i związany z nią autorytet; zrobiłem to tak prędko, jak to było możliwe. Na przykład, w roku 1 940, w rok po opublikowaniu książki "Anonimowi Alkoholicy", wszyscy stwierdziliśmy, że nowe aktywa muszą być przelane na całą naszą wspólnotę, z pełnym zaufaniem. Dlatego też, materiały, które były w posiadaniu Works Publishing Inc. (wydawnictwa, które pomagałem powołać do życia, niezależnie od mojej głównej działalności), zostały przekazane do Rady Powierników. Materiały, jakie otrzymaliśmy od AA, wymagały poparcia finansowego niezbędnego do ich publikacji. Pierwszym działaniem Rady było zorganizowanie Biura zajmującego się tą pracą - Biuro to bowiem przejęło odpowiedzialność za fundusze na ten cel. W rezultacie, w miarę potrzeby podjęcia decyzji finansowych, moje zdanie sprowadzało się tylko do doradztwa. Tym sposobem spora część mojego osobistego autorytetu została przekazana do tej działalności. Gdy w r. 1941 grupy AA rozpoczęły akcję przekazywania składek na "Fundację na rzecz Alkoholików", z przeznaczeniem części ich na utrzymanie naszego Biura Służb, Rada Powierników przejęła kontrolę nad sprawami finansowymi Służb światowych. Po pewnym czasie stało się oczywiste, że sprawy stosunków w kręgu społeczności AA, będące sprawą niezwykle ważną, nie mogły być powierzone do dalszego rozstrzygania tylko mnie. W związku z tym zwrócono się z prośbą do grup AA o przekazanie ich spraw, kontroli nad nimi Powiernictwu Fundacji. W dalszej kolejności Powiernictwa przejęło prawo do kontroli nad magazynem "The AA Grapevine", założonym przez grupę ochotników. W ten sam sposób postąpiono z każdą jedną naszą Służbą Światową. Działałem w dalszym ciągu w charakterze doradcy w naszej Kwaterze Głównej, ale wszystkie sprawy były w kompetencji Rady Powierników. Ilekroć Bob, czy ja sięgaliśmy myślami do przyszłości ruchu, stawało się jasne, że przekazanie spraw do Rady było jedynym wyjściem. Pomimo przekazania spraw organizacyjnych i spraw dotyczących Służb Światowych, zarówno dr Bob, jak i ja byliśmy przekonani o swojej pełnej odpowiedzialności za działalność Wspólnoty AA i za jej przyszłość. Gdyby zaszły jakiekolwiek nieprzewidziane okoliczności, bylibyśmy odpowiedzialni za nie, ponieważ grupy nie zaprzestały polegać na nas, co więcej, polegały na nas bardziej, niż na mało sobie znanych powiernikach. Było to pomocne w rozstrzyganiu spraw dotyczących wspólnoty AA na całym świecie. W sposób bezapelacyjny jasne stały się ogromne różnice między "pełnym", a "niezbędnym" autorytetem Służb. W roku 1945 stało się oczywiste, że pełna odpowiedzialność i autorytet współzałożycieli wobec Służb nigdy nie były podważone przez Radę Powierników. Niewątpliwie, musi być dokonana wymiana doświadczeń z zakresu aktywności i koniecznej odpowiedzialności z naszymi powiernikami, lecz pełna i ostateczna odpowiedzialność spoczywała na dr Bobie i na mnie, nie mogła być przeniesiona na Radę, która mogła ukonstytuować się samorzutnie, a przez to była stosunkowo mało znana wśród AA jako całości. Lecz gdzie umiejscowić naszą pełną odpowiedzialność za Służby Światowe? A co mogłoby dać przewodnictwo w zakresie spraw Służb Światowych, ze mną w roli głównej? Historia AA ukazuje teraz, do czego doprowadziła pełnia autorytetu. W St. Louis nasz autorytet, dr Boba i mój, powędrował do grup AA. Prawdą jest, że akceptacja przez grupy autorytetu i odpowiedzialności Służb nie była akceptacją pełną. Sprawy, które nie zostały przyjęte przez grupy, nie mogły napotkać na wzięcie odpowiedzialności za nie, dopóki osoby oddelegowane przez te grupy wykazywały się większą aktywnością, niż inni delegaci. Dokładnie do spostrzeżeń dr Boba i moich, niezbędnym jest przeniesienie naszego autorytetu w ogromnej części na Powierników, podobnie zresztą, jak zaangażowanie przez grupy swoich sił na użytek Konferencji Ogólnej Służb. Reasumując - sprawy olbrzymiej wagi nie mogą być przekazane do zatwierdzenia Radzie Powierników, działającej w odosobnieniu, w oparciu o "Kartę Konferencji", ratyfikowaną w St. Louis; autorytet jest aktualnie przeniesiony na grupy AA, a z grup trafia na ich Konferencję. Konferencja jest sekcją, w której zasiadają przedstawiciele całej Wspólnoty. Dlatego też Ogólna Konferencja Służb AA, powiększona o powstałe w dalszej kolejności Sekcje, jest odpowiedzialna za treść każdego wystąpienia na temat aktywności i efekty tej świadomości całej naszej społeczności w sprawach dotyczących całego świata. Dokonując tego doniosłego transferu, my, weterani ruchu, mamy głęboką nadzieję, że uniknęliśmy niebezpieczeństw czyhających w ukryciu, w których niejednokrotnie znajdowały się społeczeństwa w trakcie swojego istnienia, mimo iż w sposób właściwy przekazywały i rozdzielały swoje autorytety, swoją odpowiedzialność i swoje przewodnictwo.

Copyright ® AA World Services, Inc.

 


 

Wiadomości z Francji

 

Kącik wyjadacza.

 

Mityngi, mityngi i jeszcze więcej mityngów.

 

Byłem trzeźwy przez 25 lat. W tej szczególnej matematyce Anonimowych Alkoholików, 25 razy 365 równa się jeden. Dzielimy towarzystwo bycia trzeźwymi ten jeden dzień, który jest jedynym dniem, w którym naprawdę jesteśmy. Ale jak mi przyjaciel przypomniał kilka dni temu: "taaa, to jeden dzień naraz - ale z rzędu". Trzeźwość przyniosła ze sobą niezliczone błogosławieństwa, wszystkie w postaci ludzi. Po pierwsze trwający związek z Lynn, moją żoną od trzydziestu lat. Trzydzieści lat żonaty i ciągle trwa. Jesteśmy każde ścieżką dla drugiego aby móc doświadczyć uczuć, które w innym razie utrzymywalibyśmy w bezpiecznej odległości. Miałem również przywilej oglądania moich dzieci jak rosną na wielkie istoty ludzkie, które mnie kochają, i narodziny wnuków, które mnie również kochają. Dlaczego w dalszym ciągu przychodzę do AA po tych wszystkich latach? Jedną z przyczyn jest, że tu śmieję się częściej, niż w jakichkolwiek innych miejscach do których chodzę. Ten śmiech jest trudny do wytłumaczenia, nieprawdaż? Opowiadamy sobie wzajemnie historie tragedii i widzimy w naszych własnych historiach absurdalność naszych poczynań i śmiejemy się razem. Myślę., że częściowo to ulga pozwala nam się śmiać, a częściowo zaufanie - śmiech pochodzi ze świadomości tego, że ktoś inny naprawdę jakie szaleństwo jest w alkoholizmie. Myślę też, że śmiejemy się, ponieważ jesteśmy zadowoleni z bycia żywymi w tłumie innych równie zadowolonych z bycia żywymi. Jest to śmiech z niebios. Przychodzę również do AA dla szoku samo-rozpoznania. Kiedy słyszę wasze opowieści, widzę siebie. Gdy widzę siebie wiem, że muszę być leczony, odtwarzany, odbudowywany i postawiony na nogi. Przychodzę szukać antidotum na mój własny, szczególny rodzaj arogancji, egotyzmu i dumy. To antidotum nie jest szczepionką, ale lekarstwem, którego potrzebuję aby przezwyciężyć trucizny, które żyją we mnie. Mityngi to miejsce, gdzie otrzymuję to lekarstwo. I dodajecie mi otuchy. Staję się odważnym - to w końcu oznacza "dodawanie otuchy" - tak, że w końcu mogę dokonywać małych eksperymentów w "byciu lepszym". Innymi słowy, przychodzę tu uczyć się, jak być człowiekiem. Dwanaście Kroków są nauką na całe życie, jak być człowiekiem. Nie bez przyczyny są one nazywane krokami: małymi porcjami poprawy, które sumują się przez lata, uczę się kroczyć przez życie razem z wami. Uczę się, że bycie człowiekiem jest bycie stworzeniem, a stworzenia mają Stwórcę; uczę się, że bycie człowiekiem to odkrywanie siły w bezsilności, w sensie poddania się; uczę się przekazywać moje porażki i moje sukcesy, wyznawać i stawać się wrażliwy, żyć w ciągu dnia, gdyż jednodniowe porażki i sukcesy są wystarczające dla istot ludzkich. Uczę się pogłębiać moje związki z Bogiem i przekazywania posłania innym alkoholikom. I przychodzę dla przyjaźni i wzruszeń - nie tylko dla przyjaznych i czułych uczuć innych dla mnie, choć hołubię je, lecz dla inspiracji, którą mi dajecie, abym czuł się przyjacielski i czuły w stosunku do was. Jest to trudniejsze dla mnie: zainwestować siebie w innych. Jest charakterystyczne dla wszystkich ludzi, nie tylko pijaków, bycie na drodze do najlepszego co w nich istnieje, albo do najgorszego. Nie ma takiej rzeczy, jak bezruch. Albo staję się lepszym, albo gorszym. Nie mogę dogodzić sobie tolerując odrobiny gorszego, ponieważ ono urośnie. Stanie się trochę gorsze w miarę jak się zestarzeję, i trochę bardziej i bardziej, aż gdy będę stary, stanę się tym, co tylko pobłażałem mając czterdziestkę, smakowałem, gdy miałem pięćdziesiątkę, a przez co zostałem pochłonięty mając sześćdziesiątkę. Pozwalając sobie na kochanie was, przyznając sobie, że tęskniłbym za wami, gdybyście umarli -to są drogi kontynuacji mojego wzrostu, bez którego coś gorszego od śmierci stałoby się ze mną: stania się tym, którego nienawidzę w środku we mnie. Mały kłamczuszek stał się Wielkim Kłamcą. Złodziejaszek stał się Złodziejem. Mały sadysta stał się Markizem. Mały pochlipywacz stał się Całkowitym Samo-Użalaczem. Wy chronicie mnie przed moim okrutnym ja, i podnosicie obraz mojego dobrego ja, abym mocno się dalej o nie starał. Za to, jestem waszym dłużnikiem. Za to, kocham was i będę tęsknił za wami, gdybyście umarli. Tak więc, podsumowując, to dlatego ciągle przychodzę na mityngi: Przychodzę dla trzeźwości. Przychodzę podtrzymywać wdzięczność i tłumić moje branie-należnego.  Przychodzę dlatego, że tu śmieję się częściej, niż gdziekolwiek indziej. Przychodzę dla szoku samo-rozpoznania. Przychodzę dla antidotum dumy. Przychodzę uczyć się być człowiekiem aa Przychodzę uczyć się, jak kochać. Co zmusza mnie do przychodzenia na mityngi po dwudziestu pięciu latach jest niewątpliwie potrzeba, ale potrzeba nigdy nic dla mnie nie zrobiła jako siła motywująca. To przyjemność zawsze mnie motywowała, i to jest tego na tyle. Przychodzę dla przyjemności tego, czystej przyjemności.

Anonimowy, Irasburg, Vermont.

 

Mój pierwszy mityng

 

Tego wieczoru, od 18.30 do 20.30, przybyli członkowie grupy AA z regionu. Normalnie, spędziłbym wieczór przed telewizorem, a przecież poszedłem na pierwsze spotkanie. Ci ludzie powinni mieć coś do powiedzenia nam, skoro się ruszyli i poświęcili nam swój czas. Jestem już tutaj od 5 lat i mam ich jeszcze przed sobą 5, 6 lub 7. Mogłem sobie więc powiedzieć zobaczy się później". Nie, to nie w ostatniej minucie powinienem o tym pomyśleć. Tutaj mam, dzięki AA, środek do zrozumienia bezsensowności picia i znajduję się w miejscu (więzieniu), gdzie mogę opierać się tej pokusie, którym jest napitek. Za kilka lat, gdy wyjdę, dzięki AA, zrozumię i będę miał odwagę nie upaść ponownie. Mam "szczęście" być zamkniętym i zmuszonym do abstynencji. Gdybym był wolny, nie oparłbym się zanim nadeszło zrozumienie. Tu mam na to czas. Dziś mam przyjaciół - mogę ich tak nazywać, gdyż aby się poświęcić dla innych, trzeba być ich przyjacielem. Uczyniłem pierwszy krok ku zrozumieniu problemu, który znałem, ale którego nie chciałem poruszyć: mojego alkoholizmu! Przed nimi, jeśli nie przed ich zdrowym rozsądkiem, nie czułem się nienormalny. Nie było nas dużo więźniów na spotkaniu, ale nasi przyjaciele się nie zniechęcili. Dla nich, nawet jeden uratowany już wystarczy. Wierzę, że musieli kiedyś być w takiej samej sytuacji, by robić to dziś. Chciałbym, za waszym pośrednictwem, podziękować wszystkim, gdyż w minionych tygodniach widziałem tylko dwóch, i im powiedzieć, że dzięki nim, moje lata więzienia nie będą zupełnie stracone.

Michel (Verniers)

 

Dla A.A.

 

Mam na imię Dominik i jestem alkoholikiem. Świętuję, tego 24 grudnia 1992 r., wraz ze wszystkimi przyjaciółmi, moje 24 lata abstynencji, dzięki AA, i jestem bardzo szczęśliwy, że jestem wśród was. Tym, co chciałbym, aby inni przyjaciele zrozumieli, jest radość życia, którą odzyskałem i Wiarę, której nabyłem; Bóg AA istnieje, jestem tego żyjącym dowodem. Byłem człowiekiem, który żył całkowicie na marginesie społeczeństwa. Nie miałem już niczego do roboty na tym marnym świecie. AA pokazało mi, że można żyć normalnie na tej ziemi. Nie jestem już sam, jestem otoczony przyjaciółmi. Zachowałem jeszcze pewne wady, oczywiście, ale staram się każdego dnia, 24 godziny naraz, dzięki naszemu Programowi, polepszać się. Wszystko to, co chcę wam powiedzieć sprowadza się do 3 słów: Miłość, Uczucie i Dzielenie się życiem. Te trzy słowa zniknęły z mojego słownika, to AA mi je przypomniało. Przyjaciel z AA mówił do was tymi trzema słowami, mam na imię Dominik i próbuję zawsze być obecnym dla przyjaciół, gotów do podania ręki.

Dominik (Peterbos - Bruksela)

 

Lekcja była ciążka

 

Mam na imię Jan-Maria i jestem chorym alkoholikiem. Zdarzyło mi się w to zwątpić. Pozwoliłem sobie, aby owładnął mną pomysł, że mogę sobie swobodnie, wypić kieliszek alkoholu. Trwając przy tym pomyśle udałem się do kawiarni, nie chcąc się ukrywać przy piciu. Wchodząc do lokalu, widziałem siebie biorącego kieliszek tak, jak wszyscy. Widziałem siebie z całkowicie odmienionymi zwyczajami. Pierwszy wypity, wyczyn wydawał się łatwy i przekonywujący. Oceniając wynik jako bardzo zadowalający, zdecydowałem się wrócić do domu, pełen ufności i pewności siebie. Nie trzeba było nawet pół godziny, aby dało znać o sobie zjawisko "braku". Ogarniała mnie nieprawdopodobna chęć na alkohol. Rzuciłem się w lekturę, oglądanie telewizji, odprężałem się, ale obsesja trzymała mnie dobrze. To co mi się wydawało gwarancją wyleczenia, przemieniło się w straszliwą obsesję picia. Wieczorem, wypiłem niewiarygodną ilość piwa i alkoholu zbożowego: alkoholu, którego nie piłem nigdy przed moją abstynencją. Pod koniec dnia, byłem straszliwie "ugotowany". Po obudzeniu się, to poczucie winy kierowało moimi pierwszymi krokami, nie wspominając już o dolegliwościach fizycznych, których doznawałem przez większą część dnia. Gdy zadzwoniłem do przyjaciela, wyznając mu moją "przygodę", usłyszałem o wstydzie i pysze. Lekcja była ciężka, ale mój przyjaciel miał całkowicie rację. Uznaję siebie za bardzo dumnego i zarozumiałego. Teraz wiem, że jestem prawdziwym alkoholikiem. Wiem, że nigdy nie będę "normalnym" pijącym. Teraz, akceptuję to z wielkim wstydem, ale było to ciężkie. Jestem wdzięczny temu przyjacielowi za to, że mną wstrząsnął w moim wygórowanym mniemaniu o sobie i że mi otworzył oczy na siebie samego. Niech moje skromne świadectwo przekona przyjaciół i przyjaciółki, że pomysł ponownego wypicia kieliszka jest pomysłem śmiercionośnym.

Jan-Maria (Luksemburg - Mosan)

 

PRAWO DO ŻYCIA

 

Z dzieciństwa wyniosłem jedną zasadę: rację mają nie mądrzejsi, ale bogatsi. To oni mną rządzą, dyktują mi warunki, a ja mogę tylko potakiwać. Może to było słuszne, może nie, ale jedna rzecz była oczywista: czułem, że nie mam prawa do niczego. Musiałem głośno krzyczeć, uparcie domagać się respektowania swoich praw. Wówczas trafiłem do Wspólnoty AA, która pokazała mi jak odzyskać swoje "ja". Zacząłem robić tylko to, na co miałem ochotę. Nauczyłem się żyć tak jak mi to odpowiadało, nie zważając na uwagi i uczucia innych. Odkryłem, że mój świat kończy się na czubku mego nosa - i nic poza tym. Swoim postępowaniem nierzadko naruszałem prawa i swobody ludzi z mojego otoczenia. Pierwsza zasada AA głosi, że nasze wspólne dobro, a nie moje własne, powinno być najistotniejsze i że nasz osobisty sukces jest możliwy tylko przy współdziałaniu z AA. Oznaczało to dla mnie odpowiedzialność wobec grupy za utrzymanie w niej harmonii, spokoju i przyjaźni. Wiem, że mam prawo, a nawet obowiązek przyczyniać się do szczęścia innych, wyjaśniać im swoje potrzeby, nadzieje i pragnienia. Ale nie mogę nikomu narzucać swojej woli i swojego rozumienia świata. We wspólnocie AA nauczyłem się rozmawiać z przyjaciółmi pijąc kawę i siedząc w ulubionym fotelu. Zrozumiałem, że nie mogę niszczyć czyjej indywidualności, ograniczając jej prawa i możliwości samorealizacji. Potrzeby innych są równie ważne, jak moje, mogę ich nie akceptować, lecz muszę uszanować. Na spotkaniach Aninimowych Alkoholików oraz osób współuzależnionych, bardzo ważną rolę odgrywa umiejętność słuchania wypowiedzi innych i wyciągania z nich wniosków. Ciąży na mnie obowiązek zapewnienia wszystkim możliwości usłyszenia moich słów. Może bowiem jedno słowo, jedno wyrażenie lub zdanie wypowiedziane w odpowiednim momencie uratuje komuś życie. Podzielmy się z innymi naszymi doświadczeniami, odrzućmy na bok egoistyczne uczucia a w zamian wnieśmy spokój i miłość w życie społeczności AA. Pamiętajmy, nasze wspólne szczęście zależy od tego, co każdy członek AA uczyni dla drugiego człowieka.

Charles N., Kailua Kona, Hawaii

 

BEZKRESNA MIŁOŚĆ

 

Nasza pierwsza, podstawowa tradycja głosi: "Nasze wspólne dobro jest najważniejsze, a wyzdrowienie każdego z nas zależy od jedności anonimowych alkoholików". Dla każdej osoby z problemem alkoholowym, alkohol oznacza ginięcie, zatracanie się w nałogu. AA jest symbolem ocalenia i życia. Zadaniem grupy jest niesienie pomocy jednostce w każdy możliwy sposób, nie działający na szkodę jakiegokolwiek członka Wspólnoty. Każdy, kto pierwszy raz zetknął się z naszą rodziną, prawdopodobnie był zaintrygowany. Nie mógł nie spostrzec owej olbrzymiej siły i wytrwałości w dążeniu do celu, jaki starają się wyrobić w sobie uczestnicy spotkań AA. Może także spytać: "jak nauczyli cię się odrzucać egoistyczne zapędy tkwiące w każdym człowieku, na rzecz dobra ogółu?", "co was jednoczy?" Odpowiedź jest prosta. Kamieniem węgielnym dla naszej Wspólnoty jest pragnienie powrotu do pełnego zdrowia, kontrolowania uczuć oraz chęć niesienia wzajemnej pomocy. Wszystko zależy od jedności grupy, którą osiąga się na drodze porozumienia. Na całym świecie używamy języka duszy i serca. Chciałbym powołać się na wypowiedź Krystyny C. z Irlandii, z ostatniego Europejskiego Mityngu AA, gdyż najlepiej wyraża ona sens pewnych idei: Prawdopodobnie żadna z działających organizacji społecznych nie jest aż tak demokratyczna i nie oferuje tak wszechstronnej pomocy, jak jest to w przypadku AA. Owa wyjątkowość jest możliwa poprzez lojalność i serdeczność jej członków względem siebie. Artykuł 12 umieszczony w Karcie Kongresu, kładzie szczególny nacisk na istnienie wspólnego sumienia całej rodziny AA oraz uczciwość. Wśród wszystkich członków AA, tylko niewielu czynnie w niej działa. Owa mniejszość musi być przygotowana do podejmowania decyzji z ramienia Wspólnoty, zgodnych z jej oczekiwaniami i sumieniem. Świadomość jest bardzo ważnym pojęciem w języku AA. Osiąga się ją poprzez jedność i wzajemne zaufanie. Wierzę, że serce wskaże nam właściwy kierunek naszego działania na rzecz jedno ci oraz łamania barier międzyludzkich. Niezależnie, czy jesteśmy czarni czy biali, żółci czy czerwoni, jesteśmy równi. Niezależnie czy urodziliśmy się w Brukseli, Buenos Aires, Sydney, Ottawie, Los Angeles, Petersburgu, Reykjaviku, Glasgow, Johannesburgu czy Rzymie jesteśmy równi. Niezależnie czy jesteśmy Muzułmanami, Żydami, Katolikami czy Buddystami; bez względu na wykształcenie i pozycję społeczną wszyscy jesteśmy równi. Wszelkie podziały są sztucznym podziałem człowieka. W naszej rodzinie nie ma miejsca na żadne bariery, które mogłyby nas podzielić, bo panuje jedność. Solidarność AA po raz kolejny ujawniła się na mityngu w mieście Hefa, w którym na równi uczestniczyli Palestyńczycy z Jerozolimy, Żydzi z Gazy, hippisowskie dziewczęta z San Francisco, punki z Berlina, rosyjscy emigranci, turyści, kobiety i mężczyźni. Większość z nich tylko w nieznacznym stopniu mówi po angielsku. Wszyscy będąc na mityngu byli szczęśliwi, czuli się częścią Wspólnoty AA. Owa niesamowita więź nie zaistnieje, jeśli ludziom nie będzie na tym zależało i nie dołożą wszelkich starań, by ja stworzyć, a potem stale pielęgnować. Alkoholik jako osamotniona jednostka nie osiągnie tego, co cała, zjednoczona grupa. Sam niczego nie stworzy, dopiero współdziałanie wewnątrz grupy AA (której podstawowym celem jest dobro całej społeczności) może doprowadzić do osiągnięcia wspólnego celu: pomocy bratu, siostrze a przez to sobie samemu.

Alfred U. Germany