MITYNG 18/96

DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO


Witamy w kręgu wspólnoty Anonimów Alkoholików na VI Kongresie AA w Warszawie

Drodzy przyjaciele !

 

Miło Was powitać na naszym spotkaniu Wspólnoty AA z Polski i zagranicy, zbiegającym się z terminem obrad Delegatów na VI Kongresie AA w Warszawie. Tak samo w 1955 roku w St.Louis w USA zebrali się alkoholicy z Ameryki i Kanady aby na swoim spotkaniu i Konferencji Ogólnej przyjąć rezolucją swoje zasady współdziałania Służb AA nazwane jako dokument "KARTA KONFERENCJI". Podążając za tym sprawdzonym doświadczeniem naszych poprzedników chcemy w duchu jedności i odpowiedzialności za nasze Służby w AA w Polsce przyjąć nasze zasady nazywane podobnie "Kartą Konferencji Służby Krajowej AA". W duchu naszych 12 Tradycji AA i 12 Koncepcji dla Służby Światowej AA opracowywano ten dokument przez okres ostatnich dwóch lat. XXIV Konferencja Służby Krajowej AA w Gdańsku w 1996 roku przyjęła ostateczny jego tekst i zarekomendowała jego przyjęcie podczas VI Kongresu AA w Warszawie przez wszystkich Delegatów z Intergrup AA w Polsce. Na pewno len dokument nie jest doskonały ani nie spełnia oczekiwań wszystkich zaangażowanych w Służby AA ale zawsze możemy go w każdej chwili poprawić lub zmienić. Od tej chwili o ile zaakceptujemy naszą Kartę Konferencji S.K AA w Polsce to właśnie Konferencja Służby Krajowej AA stanie się jedynym przewodnikiem dla naszych Służb i głosem sumienia wspólnoty AA w Polsce przyjmując całą odpowiedzialność za spełnianie naszego głównego celu: niesienia posłania do ludzi cierpiących na chorobę alkoholową. Tak też mając na uwadze nasze wspólne dobro i jedność Wspólnoty AA zapraszamy do Służby w AA wszystkich ludzi dobrej woli, bo tak bardzo jesteśmy sobie nawzajem potrzebni. Życzymy radości i spokoju na każde 24 godziny naszej wspólnej drogi dziękując za Waszą obecność....

Z miłością i wdzięcznością RADA POWIERNIKÓW

 


 

RAPORT dla 14-go światowego Mityngu Służb AA w Nowym Yorku - 27 październik 1996 r.

 

I. STRUKTURA:

Wspólnota AA w Polsce w dniu 31.05.1996 r. liczy 1(XX) Grup AA, 45 Intergrup oraz 6 Regionów AA. Mityngi grup odbywają się średnio raz w tygodniu i uczestniczy w nich około 6-20 osób. Kobiety stanowią szacunkowo około 4-8 % członków Wspólnoty AA. W więzieniach jest zarejestrowanych 110 Grup AA. Najczęściej Grupy AA spotykają się przy parafiach kościelnych, poradniach zdrowia oraz w Klubach Abstynenckich.

 

II. SŁUŻBY

Służbę w AA rozpoczyna się na poziomie Grupy AA i przeważnie dotycz)' to wybranych 4 osób: rzecznika, skarbnika, kolportera literatury i reprezentanta Grupy, nazywanego mandatariuszem. Intergrupy AA wybierają swoje służby w ilości 4-7 osób oraz po 3 Delegatów na Konferencję Służby Krajowej AA. Konferencje odbywają się 2 razy w roku i spotyka się na nich około 100 Delegatów oraz Rada Powierników i Zarząd Biura Służby Krajowej AA. Formą prawną obsługi całej Wspólnoty AA w Polsce oraz kontaktem z innymi organizacjami spoza AA jest powołane w 1995 roku Biuro Służby Krajowej w Warszawie (BSK-AA) posiadające swój Zarząd i wyposażenie teletechniczne. BSK-AA prowadzi sekretariat, archiwum, działalność wydawniczą literatury AA, oraz telefoniczny punkt kontaktowy AA. Jest również organizatorem Konferencji i Zlotów dla AA. Nawiązało współpracę ze Wspólnotami AA ze Słowacji, Ukrainy i Białorusi. Rada Powierników w ilości 7 osób sprawuje nadzór nad pracą Biura oraz służy Konferencji Służby Krajowej w zakresie realizacji głównego celu Wspólnoty, a zgodnie z istotą 12 Tradycji AA.

 

III. FINANSE

Wspólnota AA w Polsce jest samofinansująca się, zgodnie z duchem 7-ej Tradycji AA i osiąga ten cel przez zastosowanie planu "60-10-10" oraz planu "urodzinowego". Grupy AA przekazują dobrowolne kwoty do skarbników Inter grup AA lub same bezpośrednio wpłacają na konto Biura Służby Krajowej w Warszawie. Odpowiedzialność Grup AA za samofinansowanie się nie jest w pełni zadowalająca dlatego też część kosztów utrzymania Biura pokrywana jest z zysku ze sprzedaży literatury AA. Średnie wpłaty roczne na jedną Grupę AA w roku 1995 wyniosły 20 zł.


IV. LITERATURA I PUBLIKACJE AA.

Wspólnota AA w Polsce prowadzi działalność wydawniczą poprzez Biuro Służby Krajowej AA na podstawie praw i licencji udzielonych z AA World Services Inc. z USA. W roku 1996 przyznano 4 licencje na wydawanie następujących książek:

  1. Anonimowi Alkoholicy,

  2. Życie w trzeźwości,

  3. 12 Kraków i 12 Tradycji AA,

  4. Codzienne refleksje AA.

oraz 22 licencje na wydawanie broszur AA zaaprobowanych przez General Senice Conference w USA. W 1995 roku Biuro rozprowadziło poprzez Intergrupy AA (80%) i drogą indywidualną (20%) sprzedaż wysyłkową książek. Przy sprzedaży poprzez Intergrupy AA stosowano rabaty w wysokości do 10%. Aktualnie następuje weryfikacja wydawanej literatury AA i otrzymano pomoc finansową z funduszu Literatury z AA World Services Inc. na licencjonowane wydanie "Wielkiej Księgi" w nakładzie 5 tys. Egz. Biuro Służby Krajowej AA wydaje dwumiesięcznik AA "Zdrój" w nakładzie 2500-3000 egz. jako jednoosobowy mityng i zatrudnia Redaktora. Swoje informacje o służbach, działalności i informacje publiczną zamieszcza w wydawanym Biuletynie "Skrytka 243", który ukazuje się co 2 miesiące. Te rozpoczęte przemiany w służbie i wydawnictwach AA mają za cel wzmocnienie jedności i skuteczności działania całej wspólnoty AA w Polsce przy pełnym poszanowaniu ducha i istoty naszych 12 Tradycji AA. Odczuwamy wielką wdzięczność i miłość dla całej wszechświatowej Wspólnoty AA za pomoc i zrozumienie naszych wysiłków na drodze przekazywania posłannictwa AA do ludzi cierpiących na chorobę alkoholową.

TADEUSZ

Delegat na 14 World Servce Meeting z Polski

 


 

"Postęp nie jest perfekcją".

"Inwentura grupy wskazuje prawidłową drogę".


W czwartkowy wieczór robiliśmy inwenturę grupy. Ponad 50 członków i tych, którzy przyszli po raz pierwszy, brało udział w bardzo ostrożnym i szczegółowym spojrzeniu na to, jak funkcjonuje grupa. Podobnie jak w większości dużych grup AA, la składa się z odmiennych a czasami bardzo zróżnicowanych typów ludzkich, było więc wiele punktów widzenia., i wszystkie zostały wypowiedziane. Usłyszeliśmy co zdaje egzamin na mityngu. Usłyszeliśmy różne dobre wiadomości i te brzmiały pocieszająco, jak również mówiliśmy o wielu potrzebach, które wymagają zmian. Głównie inwentura była afirmacją propozycji grupy i przesłaniem wspólnocie wzajemnej przyjaźni. Czytając artykuł "Czyje posłanie niesiemy" z maja 1995 r (Grapevine) byłem poruszony, a jednocześnie zaszokowany kontrastem. W tym artykule, który dotyczył przekazywania posłania naszych członków usłyszałem o rozciągającym się spisie tego co jest nieprawidłowe na mityngach. Poświęcamy tak wiele uwagi spoglądaniu na szczegóły i traktowanie tego jako chorób czy prawidłowości. Powoduje to, że należy zastanowić się nad rozwiązaniami. Często więc uciekamy się do tego, aby błagać Boga, aby umocnił nas i spowodował zlikwidowanie bałaganów. Inwentura grupy była prowadzona przez wszystkich członków, a nie przez pojedynczego członka. AA podzielili się swoimi sprawami dotyczącymi ich osobiście, oceną tego oraz rozczarowaniami odnośnie odpowiedzialności grupy z mityngu na mityng. Spojrzeli oni krytycznie na możliwości uporządkowania w zakresie tego, jakie w najbliższym czasie napotkają potrzeby i jakie zmiany mogłyby być zalecane. Pełna przemyślenia dyskusja wskazała na chęć podporządkowania się woli Bożej w sprawach powodujących zakłopotanie. Nasza książka pt. "Grupa AA" i wiele innych materiałów informują nas jak funkcjonują Grupy odnoszące sukcesy. Stało się dla nas jasne, że Grupa jest podstawowym narzędziem do tego aby uczyć się programu AA. Jest również podstawowym czynnikiem partnerstwa, zgrupowaniem, w którym odbywa się zdrowienie. Jest doświadczeniem współistnienia we wspólnocie wraz z innymi, którzy wybrali trzeźwość, którzy uczą się jak żyć w trzeźwości i z tymi, którzy wiodą trzeźwe życie. Większość sygnałów sugeruje, że Bóg pozostawia funkcjonujące grupy tym, którzy ich potrzebują. Modlitwa jest prawdopodobnie nie tym co mamy zrobić, wtedy kiedy potrzebujemy działania. Dwa lata temu na poprzedniej inwenturze, członkowie tej samej Grupy skomentowali czy raczej wyrazili swoje opinie w sposób cyniczny i wyrazili się dyskusyjnie o duchowości. Od tego czasu zostało dokonanych wiele pozytywnych przemian. Nie jest zaskakującym, że Grupa jest to w ciąż miejsce na prowadzenie zmian. Obecna inwentura w sposób oczywisty dala nam świadomość, że Grupa jest poinformowana przez wolę Bożą, jakkolwiek Bóg oczekuje podzięki za to, że wracamy do zdrowia. Bóg dostarcza nam siły i nadziei do uczestnictwa w zdrowym funkcjonowaniu Grup, ale mnie się wydaje, że zasadniczą pracę powinniśmy wykonać sami.

 


 

PRZYSZŁOŚĆ AA

CELEM GENERALNEJ

KONFERENCJI SŁUŻB '96

 

AA jest dzieckiem szybko mijającego XX-go stulecia. W dniach 21-27 kwietnia odbędzie się 46-te coroczne spotkanie Konferencji Służb Generalnych w Nowym Jorku. Delegaci będą szczególną uwagę poświęcać tematowi: "Zabezpieczenie Wspólnoty - naszym wyzwaniem". Wielu uczestników Konferencji może poczuć się, jak założyciel AA, Bill W, gdy zauważył w styczniowym "Grapevine", że Czysta wizja jutra przychodzi tylko po prawdziwym spojrzeniu na wczoraj, stąd AA czynią osobisty obrachunek. Tak więc uczestnicy Konferencji, na wielu sesjach i zebraniach grup problemowych, będą zastanawiać się wspólnie nad następującymi, trudnymi zagadnieniami:

a) jak nieść posłanie alkoholikowi, który wciąż jeszcze cierpi,

b) co robimy i jak pracujemy na mityngach, grupach, intergrupach, spotkaniach w regionach, dla zapewnienia przyszłości AA,

c) czy wyciągamy rękę AA do nowych przyjaciół, przystępujących do Wspólnoty, co czynimy dla dobrego sponsorowania,

d) ile naszych mityngów opartych jest rzeczywiście na 12 krokach i tradycjach,

e) czy znamy literaturę AA.

Gdy złożymy odpowiedzi na te pytania, jak gdyby klocki puzzli, zobaczymy prawdziwy , ogólny obraz AA, gdzie dziś jesteśmy, czy nasz głos i duch trzyma kurs na XXI wiek. Dochodzenie do grupowego sumienia, zarówno w wielkich sprawach, jak i w małych, jest procesem, który wymaga czasu. Jest tak, ponieważ wysłuchiwane są różne glosy i rozważane są najmniejsze spojrzenia. Wszystkie są one ważne dla jedności, efektywności i przyszłości Wspólnoty. Tak więc Konferencja może uznać za ważne i przyjąć do realizacji, lub odłożyć na bok wiele spraw zgłoszonych przez wszystkie z 11 komitetów powierników. Tego roku 134 członków mających prawo głosowania - delegatów, powierników, dyrektorów służb, razem z członkami służb GSO i Grapevine, będzie rozważać powyższe sprawy. W wyniku ich wysiłku powstaną rozstrzygnięcia istotne dla chwili obecnej, w jakiej znajduje się AA oraz dla przyszłości Wspólnoty i jej członków, a także tych wszystkich, którzy do nas przyjdą.

Box 459/ kwiecień 1996.

 



... i stosować te zasady ...

 

Tradycja Druga: Jedynym i najwyższym autorytetem w naszej Wspólnocie jest miłujący Bóg. jakkolwiek może się On wyrażać w sumieniu każdej grupy. Nasi przewodnicy są tylko zaufanymi sługami, oni nami nie rządzą.

l. Czy krytykuję osoby funkcyjne, czy też wspieram ich i darzę zaufaniem? A jak odnoszę się do nowicjuszy i tzw. filarów?

2.Czy jeśli chodzi o niesienie posłania (lub inną odpowiedzialność), można na mnie całkowicie polegać?

3.Czy działalność w AA podejmuję w poszukiwaniu zasług? Czy oczekuję poklasku za swoje pomysły i inicjatywy?

4.Czy w grupowych dyskusjach do końca muszę obstawać przy swoim, czy też umiem w dobrej wierze poddać się zbiorowemu sumieniu grupy i pogodnie z nimi współgrać?

5.Czy, choć nie piję już od ładnych paru lat, nadal jestem gotów brać na siebie pospolite a uciążliwe obowiązki wspólnotowego życia?

6.Czy mądrzę się na temat spraw, o których w istocie niewiele wiem lub których nie znam z własnego doświadczenia?

Na podstawie Crapevine

 



Szczęściarze

 

Była piąta rano, gdy przybyła pacjentka. Była ciężko, pokiereszowana, miała wiele złamań i uszkodzenie płuca. Jej twarz i ciało pokryte było ranami i zadrapaniami i oddychała przy pomocy urządzenia do oddychania. Nie była to dla mnie nadzwyczajna scena, gdyż pracowałam wówczas jako pielęgniarka na oddziale intensywnej terapii i raczej chłodno przechodziłam obok tego. Ale z tą pacjentką było inaczej. Gdy przyjmowano ją, ktoś powiedział jej, że jej samochód zderzył się i zabił 3 osoby. Pacjentka była dwudziestosiedmioletnią kobietą, która prowadząc samochód po pijanemu, uderzyła w inny samochód. Był tam mężczyzna i dwoje dzieci. Wszyscy zginęli. Ale pacjentka ocalała. Gdy udzielałam jej pomocy moje erce było przy samotnej teraz żonie i matce tamtych trojga. Ale także wczuwałam się w trudne położenie pacjentki. Ja mam dwadzieścia osiem lat i jestem alkoholiczką. Tak więc pracując myślałam o swoich 5 miesiącach trzeźwości i jak do tego doszło. Pewnej letniej nocy wyszłam jak zwykle z przyjęcia. Ale tym razem zakończenie było inne. Czasami musiałam po północy jechać samochodem J z przyjęcia od przyjaciół. (Czy kiedykolwiek udało się Wam wyperswadować cokolwiek alkoholikowi, który był pijany). Otrzeźwiałam w straszliwym więzieniu, w którym różni ludzie rozkazywali mi i nie byli zbyt uprzejmi. Muszę Wam wyznać, że szybko się opamiętałam. Byłam pielęgniarką, a więc osobą godną szacunku a oni co sobie myślą, traktując mnie w ten sposób? Później dopiero dowiedziałam się co się stało i dlaczego wszyscy wkoło mnie byli tacy zwariowani. W stanie kompletnego zamroczenia zderzyłam się z zaparkowanym samochodem policyjnym i bardzo go uszkodziłam. Dzięki Bogu nikogo w nim nie było. Aresztowano mnie za prowadzenie samochodu pod wpływem alko -holu i dlatego tam się znalazłam. Ale to nie wszystko. Podczas zatrzymywania mnie powiedziałam oficerowi policji, że jestem pielęgniarką, sądząc, że to mi pomoże. Poprzednio bywałam już dwu lub trzykrotnie zatrzymywana za prowadzenie po pijanemu i puszczali mnie gdy mówiłam, że jestem pielęgniarką. Ale tym razem nie pomogło. Byłam pijana i zniszczyłam ich samochód, więc nic ich nie obchodziło kim byłam. Następnego ranka, po wypuszczeniu mnie z aresztu, siedziałam w mojej bawialni pełna żalu nad sobą, gdy zadzwonił telefon Dzwonił mój szef informując mnie, że moja dyrektorka otrzymała wiadomość z policji. Powiedzieli jej co się zdarzyło dodając, że próbowałam grozić oficerowi policji, mówiąc mu, że mam nadzieję, że żaden gliniarz nigdy nie będzie pacjentem tam gdzie pracuję bo wezmę na nim odwet. Czyż mogliście sobie wyobrazić moje zdumienie? W myślach byłam chora. Czyż byłoby możliwe abym powiedziała coś takiego? Kocham swoją pracę i wszystkich pacjentów traktowałam z jednakową życzliwością i szacunkiem. Ale jak mogłabym zaprzeczyć temu, gdy moja pamięć o całym tym wydarzeniu była zmącona? Wydawało się, że to jest jakaś zmowa przeciwko mnie. Ale na szczęście nie straciłam pracy, choć trwałam w zawieszeniu przez dwa dni i postanowienie zapadło po konsultacji. Tym co przekonało moich przełożonych (jak sądzę) było to, że nie miałam nigdy problemów z piciem. Nigdy nic piłam przed, ani podczas pracy - zawsze po - jak zatem mogłabym mieć problem alkoholowy? Nigdy też przedtem nie sądziłam, że moje picie może upłynąć na moją pracę. Po dwóch dniach pełnych cierpienia i upokorzenia, powróciłam do pracy, a moje myśli do stanu normalnego. Ale picie już nie było dla mnie tym czym dawniej. Lęk i poczucie winy, które odczuwałam też wcześniej, teraz wzmogły się i bardzo martwiłam się tym, co może się zdarzyć podczas następnego zamroczenia. Wiedziałam, że będzie ich więcej. Wkrótce po tym rozpoczęłam uczestniczenie w mityngach AA zalecanych mi przez sąd; powiedziano mi: "Jeżeli chcesz otrzymać z powrotem prawo jazdy, musisz chodzić". Przez około 6 tygodni uczęszczałam na mityngi i nawet zaczęłam czytać Wielką Księgę, ale ciągle nie byłam w stanie rzucić alkoholu. Ostatecznie, po trzydziestu, czterdziestu mityngach przestałam zaprzeczać i poszłam do przodu. Przyznałam, że jestem alkoholiczką, zaakceptowałam to i dobrałam się do swojej skorupy zbudowanej z zaprzeczeń. Zdecydowałam się poprosić o pomoc w próbie zaprzestania picia tylko przez jeden dzień Prosiłam Boga, tak jak od dawna tego nie robiłam, aby mi pomógł. Wspaniała kobieta z jedenastoletnią trzeźwością pojawiła się w moim życiu i została moją sponsorką. I o tych wszystkich sprawach myślałam udzielając pomocy owej dwudziestosiedmioletniej pacjentce. Jestem jedną z tych szczęściarzy. Dziś mam za sobą szesnaście miesięcy nieprzerwanej trzeźwości we Wspólnocie AA. Mam miłość i wsparcie od wielu wspaniałych trzeźwiejących alkoholików. Mam kochającą mnie sponsorkę, która jak sądzę jest moim aniołem stróżem. Bóg pokierował moim życiem zanim zdołałam Go o to (wprosić. Miał swoje plany względem mnie, o których nie wiedziałam. Po upływie roku mojej trzeźwości otrzymałam szansę zadośćuczynienia mojej szefowej. Powiedziałam jej o moim nowym życiu i jej oczy napełniły się łzami gdy mnie przytulała. Mam znakomite wyniki w pracy i widoki na awans. Obecnie próbuję żyć dając przykład tego co AA i trzeźwość mogą uczynić. Gdy wstępowałam do AA moje życie było zabagnione i ja nawet o tym nie wiedziałam. Gdy piłam nikt nie mógł mnie przekonać, że życie bez alkoholu może być czymś innym niż nudą. Jednak stwierdziłam to samodzielnie jak wspaniałe może być życie. Teraz mam wielu przyjaciół w AA, moich rówieśników. Bywam na konferencjach młodych ludzi, poznając tam nowych. Kocham moją pracę i czasem ma76m okazję do niesienia pomocy innemu alkoholikowi, który tego chce. Kocham moje obecne życie i witam z nadzieją każdy nowy dzień. Co do mojej pacjentki, wyleczyła się ze swych ran po trzech miesiącach pobytu w naszym ośrodku. Nie mam żadnych wieści co się z nią teraz dzieje i co robi, ale modlę się za nią czasami i często o niej myślę. Jesteśmy szczęściarzami.

Dziękuję Wam wszystkim za podarowanie mi tej drugiej szansy w życiu.

 



Czasami przychodzi taki dzień lub tylko kilka godzin dnia, które ja nazywam pustym czasem. Pogoda mnie zawiodła. Nie chce się wyjść z domu. Nie gra telewizor bo nie interesuje mnie wcale co się dzieje na świecie (nie wątpię, że wszechświat jest taki jaki być powinien). Wszystkie przyziemne sprawy pozałatwiałem, nikt do mnie nie dzwoni. A i ja mam wrażenie, że nie mam do kogo telefonować. No i wtedy zaczynam myśleć. A nie zawsze takie myślenie jest dla mnie bezpieczne (no bo przecież nie kieruję własnym życiem). Tym razem pomyślałem, że przeleję to na papier. Pokonałem ogarniające mnie lenistwo i postanowiłem podzielić się z innymi tym co czuję. Od dziesięciu miesięcy jestem członkiem Wspólnoty AA. Niby niewiele czasu, a tak bardzo zmieniło się moje wewnętrzne życic. Podkreślam słowo wewnętrzne, bo pozornie jest wszystko tak samo. Mieszkam w tym samym mieszkaniu, które to mieszkanie było tyle razy świadkiem moich alkoholowych upadków tych duchowych i tych dosłownych. Pracuję tak samo i w tym samym miejscu, i tak samo czasami czuję się sam ale nie osamotniony. No i właśnie! To we wspólnocie poznałem tylu ludzi, których wielu mogę nazwać przyjaciółmi. Niedawno byłem na czwartej rocznicy Czarka na grupie Strzyżyna. Bytem tam pierwszy raz i ze zdumieniem stwierdziłem, że większość twarzy znam. Tak, to prawda, wiele się zmieniło przez te tylko 10 miesięcy Kiedyś w przerwie mityngu znajoma poprosiła mnie o jakąś drobną radę. Jak to powiedziała "Pytam się ciebie, bo uważam ciebie za mądrego człowieka". Mnie? Którego poczucie wartości było zerowe? Wstąpiłem do wspólnoty całkiem pokonany przez alkohol, bez jakiegokolwiek sposobu na życie. Ostatnio wiele razy zdarzyło się, że ktoś znajomy z poza wspólnoty (żyję w końcu w realnym świecie) podkreślił, że jestem mądry i moje poglądy są interesujące a ja jestem wspaniały, odmienny i wręcz egzotyczny, itp. (akysz, precz z próżnością!). A tak naprawdę to ja żyję dzięki mądrości wspólnot) i staram się postępować zgodnie z przesłaniem Desideraty. Tak więc dziękuję wspólnocie za wszystko i serdecznie pozdrawiam Ciebie czytelniczko i czytelniku.

Władysław.

 



Ręka laka sztywna,

Która nieporadnie trzyma pióro.

Czekanie to rzecz dziwna.

To nie przystanek, nie, nie sklep, nie biuro.

Słuchawka milcz), zegar tyka.

Dziw nie jestem spokojny.

Z kompaktu sączy się muzyka.

Ona nie dzwoni, czekanie, czas znajomy.

Ważne, że słuchała tego co mówię.

Znam ją od godzin tak niewielu.

Nie wybiegam do przodu, bo się zgubię. I tak już jesteś

Moim Światełkiem w tunelu

 

Dla Katarzyny Władysław

 


 

Duchowe przebudzenie


Kiedy przyszedłem do AA; miałem chorobliwą niechęć do jakiejkolwiek wzmianki o Bogu czy też Sile Wyższej. Widok wyłożonego na stole tekstu modlitwy omalże wyrzucił mnie z pokoju. Gdyby nic rozpaczliwe położenie, w jakim się znajdowałem, z pewno bym uciekł. Ktoś zasugerował, że powinienem był skupić się na porzuceniu alkoholizmu, odkładając na bok wszystkie drobiazgi, jakich nie umiem zaakceptować. Przez długi czas tak właśnie czyniłem, i na wzmiankę o Bogu wytaczałem się. W końcu byłem w AA po to żeby skończyć z piciem, a nie żeby stać się religijnym ekscentrykiem. Z biegiem czasu moje życie poprawiało się. Szukałem sposobów na usunięcie umysłowego zamieszania, jakie wciąż jeszcze panowało w mej głowie. Fizycznie byłem trzeźwy, ale mentalnie bałagan trwał nadal. Wiedziałem, że muszę się z tym rozprawić. Jako jedyny sposób dokonania tego nasuwał się Program Dwunastu Kroków, ale, o ile mogłem się zorientować, zakładały one pojęcie Boga - to zaś stanowiło dla mnie poważny problem. Podług Programu muszę wierzyć w Boga albo w Siłę Wyższa. Wiedziałem jednak, że Bóg czy Sita Wyższa - jakkolwiek to nazwiemy - jest czczą gadaniną. Bóg to pomysł słabeuszy na wyparcie się odpowiedzialności. To bajka mająca sprawić, żeby dzieci były grzeczne; to inna postać kontroli umysłów. Uwierz - albo bądź potępiony na wieki. Krótko mówiąc, jest to brzemię mętnego rytuału, którego nigdy nie będę mógł zaakceptować. Powstało więc pytanie, jak ten problem rozwiązać. Kroki zachęcały do wiry, ale ja wierzyć nie chciałem. Ktoś gdzieś powiedział: zrób to, fałszując*. Więc, choć w "to" nic wierzyłem, zacząłem mówić, że wierzę. Czułem się okropnie. Byłem teraz hipokrytą, a jednak wydawało się to jedynym wyjściem Zaliczyłem w kościele Krok Trzeci na klęczkach i z opiekunem duchowym, i nie wyniosłem z tego nic oprócz zakłopotania. Równie dobrze mógłbym byt czytać na pudełku płatków zbożowych, jakie to dobra ono zawiera. Ale powiedziałem sobie, że to już nieważne, że nigdy nie będę musiał tego powtarzać, i że mogę przejść teraz do Kroku Czwartego. Krok Czwarty był w istocie objawieniem życia całkowicie stłamszonego. świadectwem bezsensownego niszczenia, życia wyzbytego kontroli, powodującego się wyłącznie kaprysem. W miarę jak przybywało punktów uraz, zaczynałem spostrzegać siebie takim, jakim byłem naprawdę i to, co zobaczyłem, nie spodobało mi się. W końcu zdobyłem się na odwagę i poprosiłem kogoś, by wysłuchał mnie na Kroku Piątym. Umówionego dnia spotkaliśmy się i przystąpiłem do swego Kroku 5. Dzień mijał, a mnie zaczęło nachodzić zwątpienie. Wiedziałem, że pisząc Krok Piąty nie zataiłem niczego, ale czy mam teraz naprawdę odwagę powiedzieć komuś innemu o tych wszystkich okropnych sprawach? Przychodziły mi na myśl różne powiedzonka zasłyszane w AA - coś o tym, że nie pojmiesz jak się skacze przez obręcz póki nie przeskoczysz samemu, że nie należy trzymać się kurczowo najgorszych pozycji w repertuarze, i że dyskrecja na tym Kroku dużo kosztuje tych, którzy wiele pamiętają. Wziąłem więc na odwagę i zrobiłem to - wyznałem temu gościowi swoje najskrytsze i najbardziej mroczne sekrety. Jego reakcja (jest teraz moim opiekunem duchowym) była zdumiewająca. Absolut żadnego potępienia, żadnego przejawu niesmaku, szoku, horroru czy politowania. Po prostu usiadł obok mnie, zapalił papierosa i powiedział - Ty też? Bo i ja to robiłem. To byt moment przełomowy , natchnął mnie odwagą, żeby powiedzieć mu wszystko. Wolny od obaw, mogłem skończyć swoje zadanie. Nie umiałem i nadal nie umiem opisać tego poczucia wolności, jakiego wtedy doznałem. Zniknął duchowy zamęt, mogłem żyć we własnej skórze, sypiać w nocy a dnie spędzać w spokoju. Byłem duchowo trzeźwy. Lata płynęły, niosły chwile lepsze i gorsze, te pierwsze były w porządku, ale te drugie - niezbyt wesołe. Wiedziałem, że winne są temu moje trwale "braki charakteru", ale jak się ich pozbyć? Znów do Kościoła z opiekunem - oto jak; ale tym razem miało to wyglądać inaczej. Nie byłem zakłopotany ani zawstydzony, nie czułem się też jak hipokryta. W rzeczywistości wyglądało to tak, jak gdybym prosił kogoś o pomoc, a kogo lub co - było nieważne. Tamtego dnia dokonało się coś dla mnie znaczącego. Po owym dniu przeszedłem Kroki 8-12. Dzisiaj żyję według wszystkich dwunastu. Nigdy nie odrzucam żadnego z nich jako "odfajkowanego". Traktuję je jako "zestaw narzędzi", dobranych i dostosowanych do problemów i trudności, jakie mogę napotkać, odkładanych ponownie do "skrzynki narzędziowej" i gotowych do użycia przy następnej okazji. Regularnie wyjmuję je ze skrzynki i uważnie się im przyglądam, sprawdzając czy pozostają sprawne. Czynię to na zebraniach, gdy razem z innymi spotykam się i uczestniczę w naszej Wspólnocie. Dzisiaj pojmuję troszeczkę, że w moim życiu jest "coś innego ja". Nie ma to nic wspólnego z kościołem ani z religią, a ja potrafię dziś przyjąć to takim, jakie jest. Nie napastuję też nikogo z powodu jego religijnych przekonań. Nie potrafię. Nie rozumiem moich własnych przekonań, wiem tyle że je mam, jakkolwiek może są skromne - a jeśli nie rozumiem własnych, to jakim prawem miałbym wyrokować, co jest dobre a co złe dla innych? Dzisiaj - słowo "Bóg" obawy nie budzi.

* W sensie takim jak u Pascala: niech tylko zaczną klękać (pod przymusem), a wiara przyjdzie wkrótce sama (już bez przymusu).

(przyp. Tłum.)

 


 

... i stosować te zasady ...

 

Tradycja Trzecia: Jedynym warunkiem

przynależności do AA jest pragnienie zaprzestania picia.

l. Czy według mnie oceniam niektórych nowych członków AA jako "straceńców"?

2.Czy jest jakiś rodzaj alkoholików , których prywatnie nie chcę widzieć w mojej grupie AA?

3.Czy stawiam się w roli sędziego, czy nowoprzybyły członek jest szczery czy fałszywy?

4.Czy pozwalam sobie aby język, religia (lub jej brak), rasa, wykształcenie , wiek i inne takie rzeczy kolidowały z moim posłannictwem?

5.Czy jestem pod wrażeniem sławy znakomitej osoby? Lekarza, urzędnika lub eks-skazanego? Czy mogę po prostu traktować nowego członka prosto i naturalnie jako jeszcze jedną chorą istotę ludzką, jak reszta z nas?

6.Kiedy ktoś zwróci się do AA o informację lub pomoc (nawet jeśli nie umie prosić o nią otwarcie), czy ma dla mnie znaczenie jakie jest jego życie? Gdzie mieszka? Jak wyglądają jego domowe spraw)? Czy był przedtem w AA? Jakie są jego inne problemy?

Na podstawie Grapevine

 


 

List o bezsilności wobec alkoholu

 

Mój pierwszy kontakt z alkoholem następuje w wieku 16 lat Ten dzień pamiętam dokładnie, jednym tchem z czystej ciekawości jak to jest, wypijam z gwinta butelkę wina. Samopoczucie miałem cudowne, a rano gdy wszyscy mieli kaca ja byłem bez, wręcz przeciwnie energii miałem za dziesięciu. Od tego dnia nic stronie od alkoholu, piję gdy jest ku temu okazja. Poznaję co to kac. Rano budzę się - boli mnie głowa, wymiotuję, a na myśl o alkoholu wstrząsa mną Na alkohol nie mogę nawet patrzeć, Uczę się, trenuję biegi, kulturystykę; nie myślę o piciu alkoholu. Impreza klasowa; jest alkohol; pamiętam o dolegliwościach i skutkach picia sprzed kilku miesięcy. Nic chcę już tego przeżywać, jednak po 2-3 kieliszkach mam wspaniały nastrój, świetnie się bawię i... zapominam o konsekwencjach. Piję dalej aż do urwania filmu. Następnego dnia budzę się z potwornym kacem, rzygam żółcią, zdycham cały dzień, Czuję się tak jakbym miał za chwilę umrzeć. Jest mi wstyd przed kolegami. Przysięgam sobie, że więcej nie wezmę alkoholu do ust. Szybko jednak zapominam o danej sobie przysiędze. Kontakt z alkoholem jest coraz częstszy, już nie straszny mi kac. Po kilku ciężkich próbach leczę się alkoholem już bez rzygania, co przynosi mi szybką i widoczną ulgę. Pracuję w zakładzie na stanowisku kierowniczym. Jestem lubiany przez szefa i kolegów. Jest niezbyt słoneczny dzień, wraz z kolegami idę do knajpy na piwo. Panuje wspaniała atmosfera Czuję się beztroski i wesoły. Nie wiem ile wtedy wypiłem. Budzę się, nie mogę się ruszyć Olbrzymi kac rozsadza mi głowę. Leżę bezwładny na pryczy , przywiązany do niej rzemieniami. Orientuję się, że to izba wytrzeźwieli Nie pamiętam żeby mnie tu wzięli. Dowiaduję się, że zabrano mnie z chodnika gdzie leżałem w kałuży i uderzyłem głową w krawężnik. Mam złamany ząb i posiniaczone ciało. Jestem przerażony, wpadam w panikę. Czuję się poniżony tym, że znalazłem się w izbie wytrzeźwień. Przeklinam alkohol i przysięgam sobie, że więcej nie będę pil. Po dwóch tygodniach wypijani piwo. To wystarcza aby za dwa dni wypić w ciągu dwóch godzin 12 kufli piwa. W pracy mam coraz więcej problemów z powodu nieobecności powodowanych piciem alkoholu. Wiem, że niedługo wyleją mnie. Znajduję pracę w kopalni. Załatwiam sobie przeniesienie na zasadzie porozumienia między zakładami. Podejmuję nową pracę, w sprowadzam się od rodziców. Nie myślę o piciu. Mieszkam sam, nie mam kolegów, z którymi piłem. Nie piję trzy tygodnie. Jestem zadowolony pracuję sumienie. Cieszę się, że udało mi się nie pić tak długo, nie rzygam, nic mam kaca ani prób leniów, o których muszę myśleć. Moja radość nie trwa długo, dwa może trzy dni wypijam po 1-2 piwa, jestem zadowolony, że się nie upijam. Kolejny dzień wychodzę na piwo z kolegami. Potem zapraszam ich do siebie. Nic wiem jak, ale urywa mi się film. Budzę się z kacem, widzę trzy puste butelki po wódce. Jestem wściekły na siebie i postanawiam więcej nic pić. Po raz kolejny schodzę się z żoną, przyrzekam jej, że nie będę pił. Po 1,5 miesięcznej abstynencji wpadam w czterodniowy ciąg. Zawalam pracę, mam trzy bumelki, żona mnie wyrzuca. Zgłaszam się na leczenie. Po sześciu tygodniach odwyku zaraz na drugi dzień upijani się jak świnia. Chodzę na mityngi, nie piję dwa miesiące, jestem szczęśliwy. Jadę na wczasy. Wypijam ćwiartkę wódki z sąsiadem z kempingu, po dwóch dniach wpadam w ośmiodniowy ciąg. Jestem tym zdruzgotany, organizm jest wycieńczony. Czuję przerażenie tym co się dzieje. Wstyd za to, że przerwałem abstynencję. Mam wyrzuty sumienia. Wracam. Chodzę na mityngi, znowu podnoszę rękę, jest mi wstyd. Nie piję dwa miesiące, jestem już umocniony Jest 9 września, jadę do Tarnowskich Gór oddać długi z wczasów. Biorę ze szklarni piękny kwiat doniczkowy i jadę. Jestem przyjęty z serdecznością. Znajomi proponują mi lampkę wina, odmawiam, mówiąc, że nie piję bo jestem alkoholikiem Jednak zapach wina i dalsze namowy, że jedna lampka mi nie zaszkodzi powoduje, że postanawiam wypić tę jedną lampkę. Gospodarz przynosi pól litra. Biorę do ręki kieliszek i pije. Pojawia się druga i trzecia butelka. Kończymy picie nad ranem. Do domu wracam z potężnym kacem, przygnębiony i przerażony tym co zrobiłem. Od tego dnia nie piję 20 miesięcy. W tym czasie chodzę na mityngi, realizuję część swych planów. Jestem coraz bardziej szczęśliwy. Staję się spokojny, nie awanturuję się. Finansowo powodzi mi się dobrze. Rodzina widzi moje zmiany - jest zadowolona, często widuję syna, cieszę się z każdego dnia bez alkoholu. Wchodzę w związek z kobietą. Na jej prośbę jadę do Niemiec do pracy . Zostaję przez nią oszukany. Wracam do Polski, zostaję we Wrocławiu. Mam pieniądze, jestem sam. Nie piję. Po trzech tygodniach wypijam jedno piwo. Nie ciągnie mnie do alkoholu. Za tydzień wypijam dwa piwa. Dochodzę do wniosku, że nie muszę pić jeśli nie chcę. Tak mija lipiec i sierpień. Znajduję pracę w punkcie skupu buraków. Pieniądze i alkohol nie stanowią problemu, gdyż rolnicy wpychają je na siłę. Wpadam w 25-dniowy ciąg. Organizm jest wycieńczony, rzygam codziennie, nie mogę jeść, ból brzucha zalewam alkoholem, nie panuję nad tym co robię Piją wszyscy, ale mnie wyrzucają z pracy. Jestem wycieńczony, przerażony i mam dość picia. Nie piję tydzień. Znajduję pracę jako kierowca-akwizytor. Nie piję, zaczynam od zera. Po dwóch tygodniach kolega zaprasza mnie na piwo. Wypijam dwa, może trzy. Obiecuję sobie, że będę pił tylko w sobotę i w niedzielę po 2-3 piwa. Jest tak przez dwa tygodnie Jadę w trasę do Krakowa, nocuję w motelu. Schodzę do baru na jedno piwo przed snem. Upijam się jednak i rano na potężnym kacu wsiadam do samochodu i rzygam. Po 11 miesiącach tracę tę pracę. Bez paszportu i prawa jazdy, które dałem pod zastaw za długi w firmie. Jestem zrozpaczony i przygnębiony. Bez pieniędzy, pracy, domu ląduję na Dworcu Głównym. Jestem przerażony i przygnębiony. Panicznie boję się przyszłości. Nie chce mi się żyć. Po czterech dniach takiego życia - brudny, głodny i śmierdzący idę do swojej przyjaciółki, która po raz kolejny mi pomaga. Obiecuję, że nie będę pil. Mieszkam z nią, znajduję pracę. Cieszę się i jestem szczęśliwy. Nie piję około tygodnia. Po pracy z kolegami idę na jedno piwo. W ciągu czterech miesięcy przepijam tę pracę. Znów tracę wszystko, po raz drugi jestem bez domu, pieniędzy i jedzenia, życie staje się nie do zniesienia, myślę o samobójstwie. Czuję olbrzymi strach, przerażenie i jestem bezradny. Zabieram po trzech dniach tułaczki po klatkach schodowych od przyjaciółki moje książki z akwarystyki z myślą o znalezieniu kwatery i opłaceniu jej. Mam 2 miliony tj. 20 % wartości książek. Cieszę się, że będę mógł opłacić noclegi. W ciągu dwóch dni wszystko przepiłem Szukani pomocy w AA. Chodzę na mityngi, nie piję dwa tygodnie. Przyjaciółka przygarnia mnie z powrotem. Jednak po tygodniu zostaję wyrzucony , bo znów się schlałem. Z całym swym majątkiem wychodzę na ulicę. Mam parę groszy. Torbę zostawiłem w przechowalni bagażu, idę szukać pracy. Znajduję tę wymarzona w sklepie zoologicznym Nie piję, mam pracę, ale nie mam gdzie spać. Nocuję u kolegi albo chodzę w nocy po Wrocławiu. Poznaję Jole, załatwia mi hotel i opłaca go za miesiąc z góry. Jestem sumienny, mam cudowną pracę i piękna przyjaciółkę. Teraz liczą się tylko Jola i praca. Zakochuję się. Nigdy, nigdy przedtem nie doznałem takiego uczucia. Dziękuję Bogu, że znów mogę być szczęśliwy. W pracy z szefem wypijam piwo i już nie mogę opanować chęci picia. Jest upal, codziennie po pracy wypijam 4-5 piw. Po tygodniu upijam się i na potężnym kacu idę do prac) prosząc o wolne. Dostaję wolne i ostrzeżenie. Leczę kaca piwami ale wieczorem kładę się wcześniej spać. Przerywam picie. Po dwóch dniach drżą mi ręce, serce bije jak oszalałe, nic mogę oddychać. Z pracy zabiera mnie pogotowie. Panicznie się boję To już nie pierwszy raz mam coś takiego. Pracę tę tracę po pięciu miesiącach. - Zostaję wyrzucony za alkohol. Jestem przygnębiony i przerażony, nie wytrzymuję napięcia, które narasta od ponad dwóch lal. Tracę pracę, hotel i znów ląduję na ulicy bez środków do życia. Nie chcę pić, lecz nie mogę przerwać picia. Drżenie rąk, kołatanie serca i duszenie się towarzyszą mi ciągle. Jola znów mi pomaga, ja ciągle piję ukrywając to przed nią. Zakłada dla mnie firmę. Pracuję, zarabiam dużo. Znów mam hotel. Piję codziennie, nie mogę tego przerwać. Zaniedbuję pracę, oszukuję Jolę, tracę zlecenia, przepijam pieniądze. Boję się wszystkiego co mnie otacza, nic mogę spać. Drętwieją mi ręce i nogi, nie mogę oddać moczu, pocę się cały czas, nie mogę jeść, trudno mi oddychać, czuję olbrzymi ból w piersiach. Nie mogę pić, jednak nie umiem przerwać. Rano trzęsący się i przerażony idę na dworzec aby się napić. Nie wiem co robić, jestem przerażony chcę umrzeć. Idę chyba setny raz. na ten przeklęty Dworzec aby po raz kolejny ulżyć cierpieniu. Rozpacz rozrywa mi duszę. Proszę Boga o pomoc, widzę na dworcu martwego człowieka. Pytani Boga, kiedy mnie to spotka. Jestem u kresu sil, nic umiem wyjść z tego przeklętego zamroczenia. Piję piwo i wódkę ze Izami w oczach. Proszę jakiegoś "kolesia" aby mnie zawiózł do poradni. Żal ściska mi gardło. Nie umiem powiedzieć błagam o pomoc. Dostaję skierowanie i w końcu jestem na detoksie w stanie skrajnego wyczerpania fizycznego i psychicznego. Alkohol zabijał mnie przez 20 najpiękniejszych lat mojego życia, zniszczył moje zdrowie fizyczne i psychiczne. Straciłem rodzinę, dom, przyjaciół. Pozbawił mnie wszystkiego co posiadałem. Dał mi upokorzenie i strach. Dal poniżenie i pogardę dla samego siebie. Bezlitośnie, powoli ale skutecznie mnie zabijał. Walczyłem z nim ponosząc coraz, to większa porażkę. Wszystkie moje siły kierowałem na walkę z nim, bezskutecznie. Dzisiaj nic chcę już więcej walczyć, boję się nawet myśli o walce z alkoholem. Wiem, że kolejna próba walki to dla mnie śmierć. Chce żyć i być szczęśliwym. Boję się alkoholu i wierzę, że narzędzia jakie teraz dostałem pomogą mi uchronić się od śmierci.

 


 

Jak postępować aby nie pić na pokładzie samolotu

 

Samoloty to jedne z tych miejsc, gdzie zawsze piło mi się najlepiej. Siedziałem sobie wygodnie oparty, odprężony i piłem. I ten piękny widok gdy patrzyłem wysoko w chmury - odnosiłem wrażenie, że jestem jeszcze wyżej. Nie musiałem martwić się o picie. Stewardesy były zawsze mile a drinki mieliśmy bezpłatne. Samolot leciał a ja uciekałem od osób, miejsc i rzeczy których wspomnienia były nieprzyjemne - to także wprowadzało mnie w lepszy nastrój. Zazwyczaj, jeszcze przed dotarciem na lotnisko, wypijałem jednego "nas drogę" lub wpadałem do któregoś z lotniskowych barów aby wypić jednego szybkiego, tak więc dobry nastrój miałem już przed startem. Jeżeli start był opóźniony a drinki były serwowane, czułem się także upoważniony do wypicia. Niekiedy w czasie lotu bałem się, że samolot się rozbije, szczególnie jeżeli lot przebiegał przy zlej pogodzie lub huśtało, więc piłem aby przezwyciężyć strach. Zazwyczaj między drinkami na ziemi i drinkami w powietrzu czułem się dobrze. Zawsze myślałem, że dobrze sobie radziłem w samolocie. Ale też oczywiste jest, że niewiele może być kłopotów w czasie lotu. Wystarczy być grzecznym wobec innych pasażerów, siedzieć i zachowywać się spokojnie. Byłem grzecznym, poprawnie zachowującym się pijakiem. To picie w samolotach kojarzyło mi się z czymś przyjemnym. Wszystkie inne miejsca, w których zachowywałem się hałaśliwie, gdzie byłem nieznośny, powodowałem sceny, mów iłem i robiłem rzeczy, których wstydziłem się później - były złymi wspomnieniami. Dlatego później, kiedy trzeźwiałem, jednym z miejsc gdzie najtrudniej było mi powstrzymać się od picia, był pokład samolotu. I stało się faktem, że będąc już w programie niemal cztery miesiące zamówiłem pierwszego drinka w samolocie. Patrząc wstecz na tę wpadkę, wiem teraz, że nie rozumiałem poprawnie programu. Myślałem, że wszystko robię własnymi siłami; nie potrzebowałem pomocy Boga. A także nic miałem mocnego postanowienia aby pozostać trzeźwym za wszelką cenę, ograniczając się tylko do zmiany miejsc rozrywki i towarzyszy zabaw. Potknięcie to było jednak rzeczywiście ważne dla mnie. W ciągu niecałych dwóch tygodni byłem z powrotem w punkcie mojego startu do trzeźwości lecz w znacznie gorszym stanie. Słyszałem na mityngach o tym jak AA destrukcyjnie wpływa na picie, jak ten dyskomfort picia jest postępujący i teraz sam mogłem tego doświadczyć na sobie. Picie nie przynosiło mi niczego dobrego w moim życiu, uczyniło wszystko gorszym. Znękany przez poczucie winy, złości i nienawiści do samego siebie zatelefonowałem do mojego sponsora. Jego rada była prosta - mam iść natychmiast na mityng i uczyniłem to. Tym razem zostałem przekonany, że jestem alkoholikiem. Zachowanie mojej żony stało się nie do zniesienia, a ja chciałem bardzo, za w szelką cenę, osiągnąć trzeźwość. Ale nadal musiałem latać samolotami. I gdy miałem już ponad trzydzieści dni trzeźwości stanąłem wobec konieczności bardzo długiej podróży samolotem - niemal połowę długości świata. Co gorsze leciałem pierwszą klasą, gdzie drinki są podawane bezpłatnie. Byłem naprawdę przestraszony. Pierwszą rzecz jaką uczyniłem była identyfikacja mojego strachu. Rozmawiałem o tym z moim sponsorem, także na mityngu otrzymałem masę dalszych rad. Prosiłem Boga, aby mi pomógł i dał mi siłę w czasie lotu. A na lot zabrałem ze sobą zestaw ratunkowy składający się z Wielkiej Księgi, Medytacji 24 godziny na dobę, modlitwy o pogodę ducha na osobnej kartce papieru, walkmana z dodatkowym zestawem baterii zapasowych. Wielką Księgę nagraną na taśmie ... dwóch długopisów i mojego dziennika. Po zajęciu miejsca w samolocie poinformowałem stewardesę, która podeszła do mojego miejsca, że rezygnuję z alkoholi. Uśmiechnęła się i spełniła moją prośbę. Było to nowe doświadczenie dla mnie. Wyobraźcie sobie coś tak prostego jak prośba o niepodawanie alkoholu. A przecież ta myśl umykała mi w czasie poprzednich lotów. (Rozumiem, że nie jest to nic niezwykłego jeśli na pokładzie samolotu są również inni przyjaciele Billa W. Ale tego nigdy nie wiesz, możesz być wezwany pomóc innemu alkoholikowi w samolocie). Podczas lotu wyciągnąłem się na moim siedzeniu i dziękowałem Bogu za piękny widok, który mogłem podziwiać będąc trzeźwym, a obawę o bezpieczny lot oddałem w ręce Boga, nie martwiłem się o nic. Najpierw przeczytałem wybrany fragment Medytacji - 24 godzin, następnie inne książki a później przeczytałem list do mojego alkoholika. Zanotowałem pewne myśli w moim dzienniczku. Poprosiłem stewardesę o butelkę wody mineralnej. Picie dużej ilości wody zapobiega odwodnieniu. Skorzystałem także z możliwości uzupełnienia menu kanapkami i deserem. W czasie takich długich lotów owoce, kanapki, lody są w pobliżu dla tych, którzy mają na nie ochotę po zasadniczym posiłku. Na część trasy miałem bilet pierwszej klasy. Był tam serwowany drogi szampan. Siedzący obok mnie mężczyzna wypróżniał kieliszek za kieliszkiem tak szybko, że stewardesa ledwie nadążała go napełnić. Zacząłem czuć się nieswojo. Włączyłem taśmę z nagraniem Wielkiej Księgi i zamknąłem oczy. To było wspaniałe. Widziałem obraz pokoju wypełniony śmiejącymi się alkoholikami. Opowiadali o mnie. Uśmiechałem się i słuchałem. Byłem w domu - wolny . Od tego czasu odbytem kilka zagranicznych lotów, przebiegały bez żadnych problemów. Kiedy uświadomiłem sobie, że trzeźwość jest najważniejsza w moim życiu obecnie i pamiętając o przestaniu Kroku 12 zrozumiałem, że chęć picia opuściła mnie - nawet w samolocie.

 


 

TWARZĄ W TWARZ Z LĘKIEM

 

Ostatnio nasza społeczność została dotknięta przez niszczący, morderczy huragan. To zdarzenie spowodowało w naszej wspólnocie kolejny temat do rozważań na mityngu zamkniętym. Ten temat to lęk. Podczas naszych rozważań wysnuliśmy wiele wniosków pomysłów, których usyntezowanie wydaje się być użyteczne dla Grapewine. Pierwszy aspekt to stwierdzenie czy alkoholicy mają jakieś szczególne predyspozycje do pod -dawania się uczuciu lęku. Zgodnie uważamy, że lęk to jedno z uczuć, które dotyka całą ludzkość. Jednakże jest pewna różnica między lękiem odczuwanym przez alkoholików, a lękiem odczuwanym przez zdrowych ludzi. My alkoholicy posiadamy bowiem specyficzną wrażliwość na lęk, ale jednocześnie istnieje coś, co nam to jakby rekompensuje, a mianowicie znajomość sposobów radzenia sobie z lękiem. Jakiego rodzaju lęk istnieje? Istnieje strach przed czymś konkretnym, rzeczywistym jak np. przed huraganem albo przed napadnięciem w niebezpiecznej dzielnicy czy strach przed śmiertelną chorobą. Istnieje również irracjonalny strach przed czymś, co normalnie nie powinno przerażać, jak strach przed zamkniętą i otwartą przestrzenią, strach przed lataniem. Istnieje również niepokój (trwoga), który przybiera nieokreśloną, niczym nie wytłumaczalną obawę przed czymś. W swych rozważaniach o lęku doszliśmy do wniosku, że pewne rodzaje lęku, kontrolowane i odpowiednio ukierunkowane mogą stymulować działanie konstruktywne. Jest taki strach, który uruchamia w nas ostrożność, rozważność w działaniach np. przed morderczym sztormem. Ci, którzy nie odczuwają takiego strachu, albo nie przyznają się do niego ryzykują życic i np. wypływają w środek sztormu Zgodnie zdecydowaliśmy, że istnieje zdrowy strach, który chroni nas przed wypiciem pierwszego drinka przez pierwsze miesiące abstynencji, a nawet i w późniejszych latach. Dopiero doświadczenie zmienia naszą motywację od strachu do pragnienia pomnażania emocjonalnych osiągnięć związanych z programem. W tych dwóch przypadkach strach wywołuje produktywne skutki. Ten sam strach może paraliżować, unieruchamiać nas, sprawiać, że się podda­jemy albo, że podejmujemy oszalałe, bezowocne działanie. Strach więc sam w sobie jest jednocześnie i dobry, i zły. O tym czy jest dobry, czy zły decyduje to, jak na niego reagujemy. Dlaczego my alkoholicy w szczególny sposób jesteśmy podatni na strach? Po pier­wsze wielu z nas wypracowało w sobie lęk przed "Mściwym Bogiem". Dziesięć przykazań zabrania nam wielu rzeczy, np. nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij itd. Wieczny ogień pochłonie tych, którzy grzeszą i nie okazują skruchy . Po drugie wszyscy trafiamy do wspólnoty z ciężkim bagażem poczucia winy. Na pewno kara za wszystko musi czyhać na nas tuż za rogiem. Po trzecie większość z nas dzięki strachowi trafiła do AA, głównie strachowi przed konsekwencjami dalszego picia. Tak więc strach głęboko otacza nasze życie. W końcu, kiedy Bóg stworzył nas alkoholików, wydaje się obdarzył nas w dwie ogromne ale sprzeczne moce: ogromną niecierpliwość w działaniu (wszystko musi być zrobione w jednej minucie) i całkowicie sprzeczny, rzadki, wyszukany talent do zwlekania, ociągania się. Dla porównania, jedziemy na pełnym gazie, jednocześnie cały czas wciskając pedał hamulca. I tak oto, kiedy nie możemy realizować naszych kompulsywnych żądań, czujemy się w inni, a to poczucie winy rodzi w nas strach. Konflikty wykańczają nas. Nasza samo-pogarda, brak akceptacji dla samego siebie wzmaga się i Bóg Zemsty (czy zemsta Boga) znowu wysuwa się na pierwszy plan. Z drugiej strony Dwanaście Kroków nie mówi nam co mamy robić a czego nie. One tylko podpowiadają nam co robią ludzie utrzymujący abstynencję. Możemy iść ich śladami lub nie, wybór należy do nas. AA radzi nam, że każdy czas spędzany na żalu, skrusze i wyrzutach sumienia spala naszą energię potrzebną do wyzdrowienia. 1 chociaż możemy zmienić twarz naszego Boga, naprawdę potępiamy samych siebie za życie w strachu. A oto sugestie, wnioski z naszego mityngu:

1.Ustal rozsądne i realne do osiągnięcia cele na każdy dzień nie wykraczając poza ten dany dzień. Poproś Boga, żeby pomógł ci je osiągnąć.

2.Przeanalizuj, zastanów się nad ich wykonaniem. Jeżeli są one możliwe do osiągnięcia i uzasadnione sensownie, szansę na ich osiągnięcie są duże. Podziękujmy Bogu za pomoc w ich realizacji.

3.W chwili ciszy rozważajmy osiągnięcia dnia i cieszmy się nimi. To sprawia, że będziesz chciał spróbować następnego dnia. W ten sposób stopniowo pragnienie tej nagrody (satysfakcji) wyprze strach i zastąpi go motywacja praktykowania programu AA każdego dnia.

4.Pozwól, aby uznanie dla samego siebie tej zasługi z tego postępu zaczęło odbudowywać szacunek dla samego siebie.

5.Zdaj sobie sprawę, jak bardzo Bóg pomaga nam każdego dnia i pozwól, aby ta świadomość dawała ci pewność wiary w Jego silę i ufność w Jego miłość.

Ponad wszystko staraj się nie reagować na stra­ch jeszcze większym strachem. Niech raczej strach będzie bodźcem do rozważnych działań.

 


 

PATRZ SERCEM.

 

Najważniejsze niewidoczne jest dla oczu. Był to dla mnie ważny dzień. Bardzo ważny dzień. Nie wiem czy nie najważniejszy dotychczas w moim życiu. Było mi ciężko. Czułem potworny strach. Coś cisnęło koło serca. Bardzo cisnęło. Ledwo żyłem. Mimo słów pocieszenia od przyjaciół czułem się samotny. Zerkałem z niecierpliwością w stronę, z której czułem, że przyjdzie pomoc. Nagle przyjemny błysk. Idziesz. Nawet w myślach batem się o tym marzyć. Podeszłaś i przytuliłaś się do mnie. Tak ufnie, i tak mocno. I oto cud. Lęk i strach najpierw się zmniejsza, a potem prawie całkiem znika. Poczułem przepływające ciepło. Olbrzymią falę ciepła... , oszałamiającą, zniewalającą, ale jakże milą. Najpierw starałem się brać je ostrożnie, ale nagle jakaś tama puściła i wchłaniałem je całym sobą. Po pierwszym oszołomieniu poczułem ogromną wdzięczność. Spróbowałem oddać trochę tego ciepła. Udało się. Poczułem jak ciepło przechodzi w jedną i drugą stronę. Tak powolutku, i tak przyjemnie. Podeszła X. Ułamek sekundy. Przeleciała myśl, co zrobić? Chyba lęk przed oceną. Ale nie uciekłem. Nie będę wstydził się już swoich uczuć. Korzystałem dalej. Złapałem z powrotem tę chwilę. Nic mi nie zakłócało przepływ u ciepła. Zobaczyłem ciepły i aprobujący uśmiech X. Ona chyba domyślała się, co się ze mną dzieje. To jest chyba to za czym goniłem przez całe życie. Ja już nie chcę szukać definicji uczuć. Wolę czuć. Czuję dziś, że dla takich chwil warto chcieć nie pić

Alkoholik Wąs - Warszawa

 


 

Mam na imię Wojtek i jestem alkoholikiem. Poprosiłeś mnie, Marku o napisanie kilku słów na temat Międzynarodowej Służby Samotników. Z przyjemnością spełnię tę prośbę, chociaż trud­no mi to będzie opisać słowami, gdyż jest to coś, co się przeżywa sam na sam z listem, który otrzymuję. Zanim opiszę moje uczestnictwo w LIM, przekażę Warn, na czym to polega. Korespondencyjna Służba Samotników jest to mityng dwóch alkoholików poprzez wymianę korespondencji. Biorą w niej udział alkoholicy, którzy z jakichś względów nie mogą uczestniczyć w mityngach AA. Są to: samotnicy - członkowie AA, którzy mieszkają w odległych lub odludnych miejscach na świe­cie, gdzie nie ma grup AA lub mityngi odby­wają się sporadycznie, homers - jest to wyraz, na który nie potrafię jeszcze znaleźć polskiego odpowiednika - są to członkowie AA, którzy przebywają cały czas w domu za względu na stan zdrowia, międzynarodowi (internacjonaliści) członkowie AA, którzy bardzo często przemieszczają się z miejsca na miejsce, dużo podróżują i mają utrudniony dostęp do mityn­gów, głównie marynarze. Jest jeszcze jedna grupa, sponsor samotnego. Do tej grupy może należeć każdy , jeśli nie czuje utożsamienia z poprzednimi kategoriami. Każdy członek Wspólnoty, jeśli zadeklaruje chęć uczestnictwa w LIM, otrzymuje książeczkę z adresami trzech pierwszych kate­gorii. Jeśli deklaruje się jako sponsor samotnego, wybiera sobie adresy z książeczki. Oprócz tego, każdy uczestnik LIM otrzymuje co dwa miesiące biuletyn, w którym zamiesz­czone są urywki listów. Limowiec dzieli się w nim swoim doświadczeniem, siłą i nadzieją. Właśnie ten biuletyn jest Międzynarodowym Mityngiem Samotnych - LIM. Myślę, że wielu z Was już to widziało, gdyż przychodzi to do Intergrupy. Pierwszy raz zetknąłem się z biuletynem LIM ponad rok temu. Byłem na mityngu i akurat obok mnie leżała koperta z GSO z biuletynem. Zacząłem to przeglądać, ponieważ po latach mojego picia powróciłem do nauki języka angielskiego i chciałem sprawdzić się, ile z tego tekstu rozumiem. Przeglądnąłem i odłożyłem. Jesienią ubiegłego roku "wpadł" mi w ręce przetłumaczony biuletyn. Przeczytałem i zacząłem "drążyć" temat. Jako że jestem osobnikiem dociekliwym, postanowiłem wyjaśnić sprawę do końca, żeby wszystko wiedzieć na ten temat. Napisałem do GSO, do Nowego Jorku i otrzymałem potrzebne informacje. Wówczas zadeklarowałem się jako sponsor samotnego, gdyż tylko do tej grupy się kwalifikowałem. I otrzymałem książeczkę z adresa­mi. Muszę Warn powiedzieć, że zrobiłem to bardziej z ciekawości, niż z powodu tego, aby taka korespondencja dawała jakieś efekty. Ależ się myliłem. Wybrałem parę nazwisk z listy i napisałem ...po polsku. Poszedłem na łatwiznę, gdyż nie chciało mi się napisać po angielsku, więc wybrałem nazwiska, które wyglądały na polskie. Okazało się. że żadna z tych osób nie rozumie po polsku, mimo ich polskiego rodowodu. Jedna z tych osób posiała nawet mój list z prośbą o przetłumaczenie do GSO. Otrzymał to przetłumaczenie od nich, a ja otrzymałem z GSO sugestię, żeby pisać po angielsku. Z większością z tych osób utrzymuję już stały kontakt. W styczniowym biuletynie został wydrukowany mój list i wówczas moja korespondencja naprawdę się rozpoczęła. Co kilka dni w mojej skrzynce na listy było biało. Otwierałem list, siadałem przy biurku i zacząłem tłumaczyć. Gdy zaczęły się pojawiać pierwsze słowa po polsku, zacząłem odczuwać silę, nadzieję i doświadczenie. Było to uczucie nie do opisania. Czułem bliskość z tą osobą, mimo, że dzieli nas wiele kilometrów.. Teraz po kilku miesiącach czuję dokładnie to samo. Gdy wyjmuję list ze skrzynki nie liczy się już nic, tylko biała kartka papieru, długopis, list od przyjaciela i ja. Doświadczam uczucia wielkiej nadziei i wielkiej siły. Przyjaciele dzielą się ze mną doświadczeniem ze swojej długoletniej trzeźwości. Dają mi wskazówki, jak żyć w trzeźwości, jak znaleźć drogę wiary. Przestaję czuć się winny z powodu tego, co obecnie przeżywam, rozterek duchowych, problemów ze sobą, moją walką we wszystkim, co się porusza i nie porusza na tym świecie. A to za sprawą przyjaciół, od których otrzymuję listy. Oni przeżywali to samo i piszą o tym. Kiedy siadam do kolejnego listu czuję się wolny , przelewam na papier wszystkie moje smutki i radości. I wiem, że zostanę zrozumiany. To, że pomagam w ten sposób sobie, wiem na pewno, a być może pomagam odległemu przyja­cielowi. Mimo tego, że pochłania mi to dużo czasu, ciągle rozszerzam korespondencję. Utrzymywanie kontaktu z drugim alkoho­likiem jest dla mnie gwarancją trzeźwości. Przy okazji jest dla mnie motywacją do ciągłego "szlifowania" języka angielskiego. Obecnie utrzymuję kontakt z alkoholikami począwszy od Szwajcarii poprzez USA, Kanadę, odległą Etiopię i wiele innych. Ostatnio otrzymałem list i aż usiadłem z wrażenia. Jeden z przyjaciół przylatuje do Polski i chce się ze mną spotkać. Jest to wspaniale poznać osobę, którą zna się tylko z listów. Jeśli znacie choć trochę angielski, poszerzcie wielką, wspaniałą rodzinę LIM-owców. Gorąco Warn to polecam, naprawdę to pomaga. Jeśli nie znacie angielskiego, a chcecie dzielić się doświadczeniem, swoimi radościami, problemami i wszystkim, o czym chcecie pisać, chętnie podejmę się z Wami wymianą korespondencji.

Z miłością Wasz Przyjaciel

Przypis Redakcji

Przyjaciół, którzy chcą korespondować ze sobą, wymieniając się doświadczeniem, siłą i nadzieją, prosimy o nadsyłanie listów do "Mityngu". Będą dalej przekazywane adresatom.

 


 

Śmierć fantazji

 

Udałem się na popołudniowy mityng AA i z nim pierwszym się przywitałem. Powiedział moje imię zanim mu je podałem i ja odrzekłem: Hej, Bill, zaczynając przypominać sobie kim był. Zwolnił mnie jedenaście lat temu, kiedy poczuł ode mnie "gin". Od tego czasu go nie widziałem, poza moimi marzeniami, o tym aby przyłożyć pięścią. Byłem trzeźwy osiem lat w programie kiedy Bill mnie zwolnił. Osiem lat picia i osiem lat trzeźwości w tym towarzystwie. Jak mogli mi to zrobić? Kim do diabła sądzą, że są? Być zwolnionym, nawet przez pomyłkę, może załamać. Kiedy ludzie odwrócili się ode mnie podczas moich ostatnich kilku miesięcy w kompanii, czułem się mniej bezpieczny i robiłem więcej błędów. Dowiedziałem się później, że kazano moim kolegom nie spierać się ze mną, gdyż to może doprowadzić mnie do picia. W czasie mojej dymisji miałem dwie rzeczy przeciwko sobie, mój gniew na nie -sprawiedliwe zwolnienie, i wewnętrzne odczu­cie, że może zwolnienie było uzasadnione, że jestem za stary w wieku 51 lat, zaniedbałem coś w robocie. Przez lata miałem protektora, ale kiedy odszedł na emeryturę, nie zrobiłem nic, aby go zastąpić. Powaliła mnie moja własna teologia. Nikt nie ośmieli się mnie dotknąć. Nikt nie ośmieli się mi przeciwstawić. Zajmowały mnie różne rzeczy . Moja trzeźwość, sponsor (listownie i telefonicznie w innym mieście) przyjaciele w AA, mityngi, konsultacje. Przyjaciele w kościele, przyjaciele w centrum terapii, gdzie zgłosiłem się, przyjaciółka, dwoje dzieci kochających mnie nieza­leżnie od tego czy mam pracę czy nie. Raz zwolniono mnie z pracy. Byłem zbyt pijany, aby przystąpić do roboty . Ponieważ piłem, stan mój pogarszał się, żona urodziła pierwsze dziecko i natychmiast poszła do pracy, aby nas utrzymać. Przez jedenaście lat starałem się pozostać trzeźwym - trzy miesiące, sześć - z nawrotami. To był mroczny czas. Byłem podczas tego kresu pijany na mokro, sucho - sucho i zły, że odebrano mi mój cukierek. Zwolniony tym razem wiedziałem już kim jestem i gdzie chciałem iść. Zapisałem się na kursy, aby pracować na inną karierę, rozmaw­iałem z trzeźwymi ludźmi. Pozwalałem się lubić (czasami) dzieląc się tym co posiadałem (czasami). Otrzymałem pracę, po 6 miesiącach - niewielką robotę, ale robotę. Ożeniłem się, moja żona wydawał się nie wąt­pić w moją zdolność stanięcia na nogi. Kompania, która mnie zwolniła wystąpiła z dodatkową trzymiesięczną zapłatą, poczynając od tego momentu, później otrzymałem pracę, gdzie mogłem sobie udowodnić, że nie zatraciłem swego profesjonalizmu, kontyn­uowałem naukę otrzymałem tytuł i znalazłem pracę. Dzień w którym poszedłem na mityng AA i spotkałem człowieka, który mnie zwolnił, był dla mnie moim ostatnim pełnoetatowym dniem po 8 latach w nowej karierze. Miałem 65 lat. Kiedy mityng się zakończył i zebraliśmy się na modlitwę, znalazłem się obok Billa, trzymając go za rękę. Porozmawialiśmy trochę po mityngu. To dobre miejsce, powiedziałem kładąc rękę na jego ramieniu. Już nie marzyłem więcej, aby mu przyłożyć pięścią.

 


 

DROGI JANUSZKU !

 

Nie masz czasu Januszku. Chcesz ciepła przyjaźni, miłości, pomocy, a nie masz czasu i chęci, by o nią poprosić. Chcesz Januszku, żeby żona była roześmiana i wesoła, gdy wracasz, ale Ty nic masz czasu pomóc jej w domu. Ty jesteś przecież tak zmęczony i musisz poleżeć i pogapić się na telewizor. Ale byś chciał, by len dom był czysty i zadbany. Nie masz czasu iść z ni;| do kina. Bo przecież Ty "trzeźwiejesz". Musisz uciekać z domu codziennie na mityng, bo ty chcesz najlepiej "trzeźwieć". Musisz pomagać wszystkim, nawet gdy tego nie chcą, a nie chcesz pomóc sobie i swojej rodzinie. Nie chce Ci się przytulić do żony, ani uśmiech­nąć się, a poza tym oczekujesz, że , natychmiast, po pierwszej Twojej próbie, ona rzuci Ci się na szyję i krzyknie - "Jak się cieszę, że już jesteś laki piękny i wspaniały, natychmiast zapominam, co mi nawyprawiałeś przez 20 lat. Te wszystkie nieprzespane noce i te przepłakane wieczory. Ten brud, ten smród, te awantury i te "detoksy" Jednym pociągnięciem ręki wyczyszczamy przeszłość i zaczynamy przeżywać cudowne i wzniosłe chwile" Niestety to Ty Januszku zrobiłeś to, co zrobiłeś, i chociaż wiesz, że była to choroba to wiedz, że trzeba czasu, by wybaczyć i zapomnieć. Dużo czasu. I dużo, dużo ciepła. Tak dużo, by powoli zacierały się tamte wspomnienia. Jeżeli Bóg będzie tak chciał, może nastąpić. Ale bądź gotowy, że spotka Cię na tej drodze jeszcze wiele rozczarowań. Dostaniesz jeszcze wiele lekcji pokory... Masz pretensje Januszku, że z dziećmi układa się tak jakoś nie najlepiej. Ty nie masz czasu, żeby z nimi porozmawiać, jechać na rower , podejść, przytulić i pocałować. Daj im ciepło. I naucz je dawać ciepło. Jeszcze raz pamiętaj. Nie oczekuj nic w zamian, kompletnie nic. Bądź przygotowany, że w domu może się nie lak ułoży Ale mimo niepowodzeń dawaj ciepło i dawaj swój c/as. Zobaczysz jak się świetnie z tym poczujesz. Przypomnij sobie swoje doświadczenia. Polubiłeś w końcu siebie, to i polubisz innych ludzi. Pamiętasz, przeżywałeś już takie chwile, szczególnie w Strzyżynie. Znajdą się ludzie, którzy i Ciebie polubią, a może dadzą Ci coś więcej. Pamiętasz ile ciepła dostałeś w tym roku w Strzyżynie. Sam wiesz jak na początku było Ci ciężko dawać chociaż trochę ciepła. Ale jak zacząłeś się przełamywać, to i Ty dostałeś. 1 to dużo więcej niż dałeś. Ile tylko możesz. I nie oczekuj niczego. Nie zabieraj nikomu wolności. Ty tylko dawaj ciepło.

Z wdzięcznością za cudowną Strzyżynę lipiec 1996r. alkoholik Janusz.

 


 

Czy przeklinanie pasuje do mityngów?

 

Niektóre tematy w AA powodują prawie u każdego przyrost adrenaliny: mityn­gi dla palących przeciw niepalącym, osądzanie, zastosowanie medycyny (lekarstw), "właściwy" sposób podawania kawy, aby wymienić kilka. Ale jeśli chcecie zobaczyć łopot czerwonej flagi, wystarczy wymienić przeklinanie na mityngach. Podczas gdy nie jest to główny problem w zdrowieniu, przekli­nanie reakcją, która jest barwna i natychmiastowa, w całej gamie, od pompatycznego purytanizmu do czerwonej prozy. Biorąc wszystko pod uwagę, większość AA zwraca się w kierunku zdrowego humoru i paru trzy- czy czteroliterowym słowom, które można przeliterować jako "Żyj i daj żyć innym". W ciągu wielu lat, Grapevine, to zwierciadło A-owskiego doświadczenia i myśli, opublikowało opowieści i listy o tym, co pewien AA określił jako "szerzące się przekli­nanie" na mityngach. W 1970 r. w odpowiedzi na list od członka zdecydowanego "zrobić coś z przeklinaniem", wielu czytelników napisało z głośną zgodą i zasugerowało, by na mityngach umieścić dla przypomnienia znaki "Zakaz przeklinania i używania wulgarnego słownict­wa". Jednakże byli tacy, którzy dzielili opinię J.C. z Rockland, Massachussets, że właściwie liczy się przesłanie "na jakimkolwiek mityngu", stwierdził J.C. "moje anteny są nastrojone by odebrać przesianie, czy mówca je poda łopatą, wpałuje, czy przyniesie w filiżankach na tacy. Szesnaście lat później, w 198ą r . lutowo-marcowe wydanie Box 4-5-9 zawierało artykuł, który przywiał dyskusje grupy z Południowej Florydy na temat przeklinania. Ale problem był podwójny , jak pokazywała jednomyślna decyzja grupy o umieszczeniu na podium znaku mówiącemu: "Prosimy powstrzymać się od przeklinania i nie opisywać w czasie waszych wystąpień problemów związanych z uzależnieniem od narkotyków". Członek grupy wyjaśnił: "Nasz okręg ma swoją część A-owców, którzy rzadko wymieniali alkoholizm, ale omawiali bez końca swoje problemy z narkotykami. Ponadto mamy takich, których mowa jest ciągłym zalewem przekleństw. Wraz z innymi członka­mi głosowałem za umieszczeniem napisu; a jednak czuję się nieswojo". Później AA zrelacjonował, "młoda kobieta z podwójnym uzależnieniem spełniała warunki do uczestnictwa w naszym mityngu. Na początku, rzuciła okiem na znaki stwierdziła, że spróbuje mieć czyste wystąpie­nie. Potem, odwołała się do "innych narkotyków" w niejasny, prawie humorystyczny sposób; wielu z nas śmiało się z jej niezdarnej gramatycznej gimnastyki, gdy walczyła by

podporządkować się napisowi.

 

KIEDY MÓWISZ...

NIE obrażaj

NIE używaj wulgaryzmów

NIE mów banialuków

NIE opowiadaj o swoim drugim uzależnieniu

 

Ponownie czułem się nieswojo. Kilka tygodni później miałem okazję pogadać o tym problemie na Forum Regionalnym. Wracając do mojej grupy, podzieliłem się z nimi tym, co usłyszałem na temat współczucia i tolerancji i poprosiłem o zdjęcie napisu. Tak, jak Bill W. napisał w AA Come of Age (str. 82), "... alkoholizm jest walką o przetr­wanie, w którym czasami dobre jest wrogiem lepszego, a tylko najlepsze może przynieść prawdziwe dobro". Jeśli zaczniemy ustanawiać reguły i przepisy o tym, jak AA mają opowiadać swoje his­torie, na czym to się skończy? Czy niektóre grupy zakażą używania słowa "Bóg"? A co o mówieniu o tym, że wytrzeźwieliśmy w "ośrodku leczenia narkomanów"? Program AA daje nam swobodę, a częścią tej swobody jest indywidualne zdrowienie według własnego rytmu. Widząc to AA stwierdził: "sumienie naszej grupy było jednomyślne; zdjąć napis i niech żyje swoboda". Kilka lat później "napis" znowu uniósł się, gdy czytelnik napisał do Grapevine, broniąc wywiesza­nia plakatu mówiącego "T a grupa nie akceptuje brzydkiego słownictwa" lub "Język barowy zostaw­cie w barze". Piszący również zasugerował, by na grupach , intergrupach i spotkaniach służb zawiadamiano, że przeklinanie nie będzie akce­ptowane. Zalew listów, które pociągnęła za sobą publikacja tego listu w maju 1986 r . w Grapevine był, jak poprzednio, za i przeciw. Z Kalifornii R.G. zauważył, "Na naszych otwartych mityngach, zazwyczaj mamy nowoprzybyłych, którzy mają nadzieję polepszyć swoje życie. Jaką im damy zachętę, jeśli z naszym językiem, pokażemy im, że naprawdę sami nie dokonaliśmy większej zmiany na lepsze?" Wielu czuło jednak inaczej. D.D. z Manhattanu, Nowy Jork skontrował: Jeśli istnieje na świecie jakakolwiek grupa ludzi, którzy powinni być tolerancyjni wobec wyrażania się innych, są to alkoholicy zdrowiejący w AA. Jestem pewny, że w naszym programie znajdzie się miejsce dla wszystkich rodzajów ludzi. Z Ft. Leavenworth, Kansas B.S. wyjaśnił: "Dla tego alkoholika, moje pierwsze tygodnie w AA były bardzo niepewne. Niemalże jedyne słowa, które mogłem wypowiedzieć, to były czteroliterowe przekleństwa. Nie wiedziałem nic o innych, jak "strach", "nadzieja", "miłość" i "troska". Jestem dziś bardzo wdzięczny, że pozwolono mi dzielić się (z innymi) jedynymi słowami, które miałem w pierwszych dniach trzeźwości. Wasza troska i zrozumienie utrzymało mnie w drodze powrotnej". R.W z Miami, Floryda, opowiedział podobną historię. "Szesnaście miesięcy temu", napisał, "wyglądało na to, że nie będę mógł się wtopić w żadną grupę, przez moją skórzaną kurtkę, wytatuowane ramiona, motocykl, a przede wszystkim przez moją niewyparzoną gębę. Wtedy znalazłem moją własną grupę, w której rozumieli, że był to jedyny jaki znałem sposób wyrażania tego, co czułem w środku. To, czym się dzieliłem, był śmietnik - i tak też się czułem. Dzisiaj już nie czuję się jak -wyrzutek i mój język nawet w połowie nie jest tak zły, choć nie będąc świętym, miewam często wpadki. Dziękuję starym wyjadaczom, którzy okazali temu nowoprzybyłemu tolerancję.

Żyj i daj żyć innym.

BOX4/5/9

 


 

Życie moje ....

 

Mam na imię Marek i jesieni alkoholikiem, Zdaję się na Siłę Wyższą , która mi podpowie, to co chcę wam przekazać. Zacznę od początku jeszcze na długi czas prze wstąpieniem do AA. Wiem, że to przeszłość, ale z niej czerpię do dziś doświadczenie. Urodziłem się nad morzem i dzieciństwa nie pamiętam. Jedynie pojawiała mi się myśl, że jestem winien ciężkiej choroby swojej matki. Czułem się nieszczęśliwy. Mój ojciec miał pięćdziesiąt lat, jak się urodziłem. Nosiłem więc piętno starego ojca. Wstydziłem się tego. Ojciec stan, matka chora to nie to życie. I z takim nastawieniem wkroczyłem w wiek młodzieńczy. Przeprowadziłem się. Ale nie nawiązałem żadnych przyjaźni. Zazdrościłem innym bliskości i spontaniczności, a sam się izolowałem. I wtedy na swój prywatny użytek odkryłem, że piwo a z czasem i mocniejsze trunki ułatwiają kontakty z ludźmi. Alkohol stał się dla mnie lekarstwem a ja sam stawałem się coraz odważniejszy, bez oporów wydawało mi się stawałem się taki, jaki chciałem być. A chociaż często urywał mi się film, picie było radosne. Potem wojsko, zostałem zawodowym żołnierzem. I wymyśliłem sobie, że jestem stworzony do wolności, a tu rozkazy , dyscy­plina i jak wypiję budzi się we mnie dusza artysty. Dobrze to sobie wymyśliłem. Założyłem rodzinę. Z głębokiej potrzeby stworzenia czegoś własnego, dobrego , bardzo się starałem, żeby dom był ciepły , serdeczny, zamożny. Ale nie umiałem stworzyć szczęśliwej rodziny. Rodziły się dzieci, a ja coraz częściej uciekałem, szukałem innych ludzi , tam gdzie wóda się lala strumieniami byłem coś wart. I słyszałem jak ty się napijesz to fajny facet jesteś. A na trzeźwo smutny, zgaszony. W tym właśnie czasie przyjąłem na siebie sto różnych masek. I o tym chcę pamiętać nie miałem własnego zdania. Przyjmowałem za swoje opinie innych i ulegałem wpływom innych ludzi. Niczego od początku do końca nie robiłem ze swojej własnej potrzeby. Sto dziesięć spraw zaczynałem i żadnej nie kończyłem. I cały czas pilnie obserwowałem podoba to się innym czy nie? Jak ktoś zmrużył oko, czy zrobił minę rezygnowałem. Cały czas byłem gorszy i wiedziałem, że jak przestanę pić to się powieszę. Mogłem żyć tylko w stanie zapomnienia, pijanym, nie lubiłem siebie, potem już nienawidziłem. Ta niechęć prze­rodziła się w pustkę we mnie i wokół mnie i jedną wielką samotność I w tej samotności trwałem przez lata. Stawałem przed sądem koleżeńskim, w końcu zwolniono mnie z wojs­ka - alkoholik, neurotyk, nieprawidłowa osobowość. A miałem taki system zakłamania, że myślałem , jak będę wolny to poradzę sobie z alkoholem. Wyszedłem z wojska z wyprawka, którą natychmiast przepiłem, a resztę ukradli mi w knajpie. Przez lata esperal, anticol, wsteczne zwolnienia psychiatryczne pozwalały mi się utrzymać w pracy . Teraz popadłem w jeden wielki ciąg. Wylądowałem w Tworkach. I zazdrościłem tym ludziom, którzy nic nie czują , balem się wyjść poza te mury . Ale musiałem wrócić do domu. I znowu kolejna sprawa, więzienie. Wyszedłem , a tu dzień szary, ponury. Kupiłem 2 butelki wódki. W tym czasie kurator za mną chodził. I chwała mu za to,. 1 chwała mojej żonie, która jest dłużej niż ja na programie i nie dala mi odzipnąć. Brała pensję za mnie, to ona nasyłała na mnie różne organa, ona chodziła do dowódcy, do kolegów, dala mi ostro popalić To sprawiło, że ja uratowałem swoje życie. Czekała mnie kolejna sprawa ostatnim zdrowym odruchem zdecydowałem dziś! Pojechałem na mityng do Legionowa i to było to. Tam powiedziałem, że chciałbym zobaczyć uśmiech na twarzy mojej córki. Czułem się winny temu do czego doprowadziło mnie picie. I jedno zdanie, które usłyszałem zaważyło, że zostałem. "Człowieku zostaw wczorajszy dzień." Miałem ogromne wyrzuty sumienia i to zdanie pozwoliło mi wytrzymać na trzeźwo te wyrzuty sumienia. Chodziłem systematycznie na mityngi. A potem swoim chciejstwem napsułem. Nie czułem się już taki wyizolowany ,nawiązałem pierwsze przyjaźnie. Długo nie mogło się do mnie przebić to, co mówią inni. Ale w końcu poczułem ten parasol AA, że tu trafiłem, że jestem wybrańcem, że mam te łaskę i że nie będę pił do końca życia, że należę do AA i nic mi nie grozi. I przestałem chodzić na mityngi. I po 8 miesiącach znowu rozpocząłem picie. Dzięki Bogu, mój organizm lego nie wytrzymał, ale gdybym miał strzykawkę podawałbym sobie alkohol dożylnie. I myśl, że gdzieś jest mityng i że mogę pójść uratowała mnie. Już wiedziałem, że ja ten program opacznie zrozu­miałem, że chcę inaczej że ja tu wrócę, bo coś do mnie nie docierało. Dlaczego zapiłem? Bo chciałem być ładniejszy, lepszy i bardziej sobie zasłużyć na laskę innych ludzi. Nie chciałem być sobą, nie chciałem wrócić do tego faceta, który po części siedzi lulaj przed wami i mów i wam mam na imię Marek , jestem alkoholikiem. Dzisiaj wiem, że nic nie dzieje się przypadkowo. Wszystko zależy ode mnie. Wcześniej ja chciałem, ale nic w tym kierunku nie robiłem. Tu dzielimy się sili), nadziej;), doświadczeniem. Ja przyznaję się do słabości. A dzięki sile przyjaciół z grupy potrafiłem stanąć twarzą w twarz z facetem, jakim naprawdę jestem. A to nie stało się od razu. również w AA bytem na początku samotny. Uczestniczyłem w mityngach , byłem tu rozumiany. Ale nie robiłem nic, żeby zrozumieć innych ludzi. Ja znowu chciałem, żeby wszyscy mi pomagali, mnie rozumieli, mnie słuchali ja byłem najważniejszy. Siła Wyższa, w którymś momencie mi szepnęła: człowieku, nie licz na zrozumienie tylko zrozum drugiego człowieka. Usłysz drugiego człowieka. I starałem się zrozumieć. To mnie zbliżyło do innych. Bo z tego słuchania coś w moim umyśle zostawało, Czułem więź i bliskość. Wiedziałem, że tak różni ludzie nie są różni. Bez wsparcia innych nie udałoby mi się pojechać na programie. Jeździłem do Mławy na kroki. Tam wiele rzeczy ujrzało światło dzienne. A byłem wtedy na etapie, że ja starych ran nic chcę rozgrzebywać, one się zabliźniały i niech tak zostanie. Po co? Mnie jest tak dobrze. A jedna z przyjaciółek AA powiedziała: co ci tu grozi? Jesteś w gronie przyjaciół , przyjrzyj się tym ranom, pomożemy ci je zdezynfekować i założymy opatrunki. I tak było, Wiele z moich ran ropiało i wiele z moich byłych spraw miało wpływ na moje życie. Rany... Relacje z rodzicami. Dopiero we Wspólnocie przełamałem się i mogłem spotkać się z ich miłością. Zobaczyć, że oprócz złego było tyle dobrego w mojej rodzinie. Teraz kocham swoich rodziców, których dawno nie ma. I o taką bliskość mi chodziło. A potem mogłem zobaczyć siebie. Byłem dla siebie największym wrogiem. Robiłem okropne rzeczy haniebne rzeczy. Podczas pracy powiedziano mi, że to moja ręka bila dzieci, to moja ręka sięgała po kieliszek, kradła, włamywała się bo takie rzeczy jako facet w mundurze robiłem. I usłyszałem , Marek to ty robiłeś. Musisz się z tym uporać. Musisz zadośćuczynić wszystkim. Nie dlatego, że to dla nich jest ważne, ale ważne dla ciebie, to ma stworzyć podwaliny trwałej trzeźwości. Stworzyłem sobie scenariusz , jeśli chwycę za kieliszek czeka mnie śmierć. Nic mam się co oszukiwać. Ten program dal mi szansę zadośćuczynienia rodzinie. Dzisiaj smutne jest dla mnie, że z żoną nie możemy wejść na wspólne tory. Musieliśmy się rozdzielić, mieszkam obok. Wiem, że to co się z nią działo jest wynikiem moich wcześniejszych spraw. Ale mam dzisiaj dobry kontakt z trojgiem swoich dzieci. Dla swojego dziesięcioletniego syna mogę być podporą. Córka już się mnie nie wstydzi. Z żoną rozmawialiśmy wczoraj i nie pokłóciliśmy się. I cieszę się, gdy córka mówi: dzisiaj to już bym sobie nie pozwoliła, żebyś na mnie krzyczał. I to jest ten program , dzieci zaczynają czuć swoją wartość i dom jest również ich miejscem, a nie miejscem gdzie ojciec tyran ma jedynie i zawsze rację. Ja taki bytem. Takie było moje życie. Skrzywdziłem innych ludzi, ale i krzywdziłem siebie. I jestem bardzo wdzięczny Wspólnocie, że była, że czekali na mnie inni ludzie, którzy podali mi dłoń. Nic dość czasu, nie dość pieniędzy, żeby służyć drugiemu człowiekowi. To jest to, co pozwala mi z Marka egocentryka przemieniać się w faceta bliskiego innym ludziom. Wartością jest dla mnie inny człowiek , nie ja jestem najważniejszy. Ważny, ale kiedy się zwracam ku drugiemu człowiekowi to moje problemy są mniejsze i przede wszystkim trwam na tej drodze. A inni ludzie, przez to ,że ich słucham, są moimi nauczycielami. Powoli dorastam do swojego wieku. Nie jestem dla siebie wrogiem i nie jestem wrogiem dla innych ludzi. W którymś momencie stwierdziłem , nie czuję się pewnie, skoro 6 mityngów na tydzień zaliczam. A potem obliczyłem, ile czasu traciłem na picie, trzeźwienie, załatwianie różnych spraw i nawet przy 6 mityngach i dojazdach jestem na plusie. Moim obowiązkiem wobec mnie. Siły Wyższej, Boga jest pielęgnowanie trzeźwości, robić coś dla drugiego człowieka, robić coś dla siebie.

Dziękuję, że jesteście i że mogę tu być z wami.

 


 

Droga do duchowości.

 

Kiedy alkohol i ignorancja panowały w moim życiu miałem ostre uprzedzenie skierowane do ludzi i ich duchowości, ponieważ sądziłem, że oni oszukują. Wyobrażałem sobie, że są to mężczyźni proro­cy i kobiety występujące w aureoli kwiatów. Ci prostaczkowie jedli papkę kukurydzianą, obej­mowali drzewa i byli oderwani od życia. Nie pracowali. Praca zakłóciłaby ich czas spędzany w pozycji lotosu lub ich lewitację gdy próbują zespolić się z siłami wszechświata. Uważałem, że ich naiwność była rodzajem imbecylizmu, że byli oni pozbawieni zdolności rozsądnego i logicznego myślenia. Sądziłem także, że duchowość i religia to jest to samo. Nie miało znaczenia dla mnie, że byłem świadkiem ludzi pogodnie walczących o utrzy­manie trzeźwości i cieszących się darem trzeź­wości. Nie było znaczenia, że ja także pragnąłem wewnętrznego poczucia pokoju i dobrego samopoczucia. Pomimo, że pragnąłem żyć szczęśliwie jednak, gdy słyszałem innych A-owców mówiących o duchowości sądziłem, że są to religijni fanatycy, z którymi nie mam nic wspólnego. Moje doświadczenie z duchowością rozpoczęło się przez naśladowanie innych. Nie stało się to tak, że ból nagle jak pęknięcie wyzwolił moją duchowość. Czasami za dużo myślę. Tak też było, kiedy pewnego dnia dyskutowaliśmy . Pozbyłem się już pogardzania duchowością i poszukiwałem kogoś, kto mógłby mi pomóc budować moją własną. Podczas gdy zastanawialiśmy się jakie książki przeczytać, jakie modlitwy odmawiać, jakie techniki są najwartościowsze dla medytacji, jakie ćwiczenia uprawiać, która religia jest najlepsza, co sądzić o jodze - mój umysł był prany i potrząsany jak pralka pracująca na wysokich obrotach. Będąc przekonany, że straciłem bilet wstępu do raju duchowości chciałem wiedzieć gdzie ten bilet odzyskać - i to natychmiast. Na szczęście mój sponsor zauważył moją histerię. Powiedział, że istnieją różne drogi i środki do osiągnięcia rozwoju duchowego i że to dobrze, że ja pragnę tego. Wskazał mi Wielką Księgę, sugerując, że jest wiele innych pomocnych książek. Przypomniał mi jednak, że nie mogę zapominać o pierwszym, podstawowym celu wspólnoty AA. Nieść posłanie innym. Postępować tak aby dawać im maksimum pomocy a dając to dajemy to Bogu - to prosta i efektywna droga ciągłego rozwoju duchowego. Sugerował, że to co ja próbuję robić było pomocne dla niego - było to stosowanie Kroków i Służba zawsze tam, gdzie to było możliwe, nie szczędząc wysiłków. Od tego momentu stwierdziłem, że rady mojego sponsora sprawdziły się. Służenie innym w każdym wymiarze jest gwarancją roz­woju mojej duchowości. To sposób zaproszenia Boga do mojego życia. Nie zawsze jest to łatwe. Czasami w ręcz nie chce mi się. Ale, podobnie jak i w innych sprawach, chcę to robić. Takie postępowanie nigdy nie będzie perfekcyjne, ale muszę to robić jeżeli mam żyć wolny od obsesji alkoholu. Służenie innym w połączeniu z wiedzą gdzie perfekcyjność nie jest podstawą, jest samo w sobie drogą postępu duchowego i wielką ulgą dla mnie. Pozostaję także otwarty dla rozwoju innych kierunków mojej duchowości, poza wspólnotą AA. "Bill W. ciągle poszukiwał sposobów wzbogacania swej duchowości. Bill nigdy nie zaprzestał doskonalenia swej świadomości kontaktu z Bogiem, próbując w ten sposób znaleźć prostsze drogi do Źródła swego zdrowienia (trzeźwienia?). To poszukiwanie prowadziło go niekiedy niewłaściwymi drogami, które krzyżowały się z dziwnymi drogami innych ludzi". (z "Pass It On"). Dr Bob także ciągle doskonalił swój stosunek do Boga: "Dr Bob był człowiekiem, który poszukiwał Boga i w tym obszarze podobnie jak Bill Wilson należał do najmniej zachowawczych (z "Dr Bob and the Good Oldtimers"). On także był świadomy tego że "duchowość to nie jest coś co może być wchłonięte jak woda w gąbkę lecz, że można ją znaleźć na drodze do wyzdrowienia ( w y t r z e ź w i e n i a) własnego - pomaga­jąc innym cierpiącym i uzależnionym jeszcze alkoholikom. W moim przypadku to jest dokładnie to, co najbardziej pomaga mi na drodze do trzeźwości. W tej chwili nie potrzebuję praktycznie innej metody rozwoju duchowego i nikt nie oczekuje tego ode mnie. Jaką wybrałem drogę rozwoju duchowości i religii jest całkowicie moją decyzją (moim wyborem).

 


 

Mam na imię Barbara, jestem alkoholiczką. Dotychczas nic zastana­wiałam się nad tym, czy w moim życiu wydarzył się cud. Dopiero 17 lutego, w Aninie, gdy na mityngu prowadzący podał temat: "Czy w moim życiu wydarzył się cud?" pierwsze co pomyślałam, to był: cudem jest, że ja nie piję i żyję. Z uwaga słuchałam o cudach jakie przeżywali inni. Drażniło mnie skrzypie­nie drzwi i krzeseł. Rozbolała mnie głowa. Nie wiedziałam co się ze mną dzieje. Ból zagłuszał wszystko. Nie słyszałam już niektórych słów . Po 15-tu minutach wyszłam. Chciałam być sama. Sama i daleko stąd. W samochodzie uspokoiłam się nieco. Małe pomieszczenie, zamknięte dr/w i pozwalały mi na skupienie się na prowadzeniu samochodu. Od mojej koncentracji zależało moje życie, i nie tylko moje. Warunki na drodze były fatalne - lód, padający śnieg. Czułam lęk, nie - to nie byt lęk, to był strach, potworny strach, że nie dam rady, że nic podołam. Pomyślałam przez chwilę, że nie dam rady dojechać do domu, zostawię samochód na Wiatracznej i wrócę tramwajem. Zjechałam na pobocze. Serce waliło mi jakby chciało wyskoczyć, głowa bolała mnie potwornie. Do tego doszedł jeszcze ból rąk. Co robić? Co robić? Najchętniej zrezygnowałabym z dalszej jazdy. Ale jak zostawić samochód. Bałam się jechać, bałam się też reakcji właściciela samochodu - czyli ojca. I właśnie wtedy usłyszałam głos: Basia -1, 2 i 3. Nie zrozumiałam. Zaczęłam liczyć, doszłam do 7 i doznałam olśnienia. To nie chodziło o to, żebym policzyła do 10 i z powrotem, lecz o KROKI

1.Ja nie mogę

2. On może

3. Ja mu pozwalam.

Dotarło do mnie, że radio rozkręcone na max dudni, a była to miła muzyka dla ucha, tylko nie te decybele. Poczułam się spokojniejsza Powoli, lecz pewniej pokonywałam kolejne odcinki. Do domu dojechałam po godzinie. Byłam wykończona psychicznie i fizycznie. Była dopiero 22-ga a ja padłam. Przewalałam się w pościeli, coś nie pozwalało mi usnąć, coś mnie gryzło i swędziało, coś drążyło we mnie jak kornik. Zaczęłam składać fakty. To było coś związane z Aninem, coś z tematem mityngu Pamięcią wróciłam do pierwszych miesięcy mojego trzeźwienia. Obraz miałam mało wyraźny. Mój ulubiony FLAT i droga. Droga na działkę. Mam już! Wiem! Ja ubzdurałam sobie, że skoro już kilka miesięcy nie miałam alkoholu w ustach i żyję, dobrze żyję, to mogę już "wchodzić" w sytuacje alkoholowe. Jeden kieliszek, czy piwo nikomu nie zaszkodziło. W tym kawałku czułam się (na tamto myślenie) silna. Ułożyłam sobie, że wykładzina w samochodzie wymaga wymiany, więc właśnie tego dnia ja muszę pojechać na działkę do kogoś, z kim wypiłam wiadro gorzały. To musiał być len dywan. Matka chciała jechać na zakupy, ale ja musiałam co innego. Tak bardzo byłam pewna, że tak silnych jak ja żadne lam naw roty nie dotyczą, że nie zdawałam sobie sprawy ze stanu w jakim jestem. Moja głowa pracowała już tylko na to, co ja muszę. Przed furtką, pod siatką, w cieniu drzewa czereśni, zakwitła pięknym odcieniem czerwieni róża. Byłam tam kilka razy i nie widziałam pod siatką krzaku róży. Zaintrygowana podeszłam bliżej. Nie wiem co działo się ze mną. Nic wiem co mnie skłoniło do tego, abym zeszła z drogi. To co zobaczyłam wywołało we mnie bunt. Nie tylko bunt, to było dziwne o tyle, że ja byłam i wściekła i ciekawa. Pamiętam, że pytałam samą siebie: kto mi to zrobił? Ja byłam zafascynowana tym co widziały moje oczy. Jak wspomniałam była to róża. Piękna, prosta z czerwonym kwiatem. Róża ta była opleciona powojem. Nigdy nie widziałam takiej zażyłości pomiędzy dwiema różnymi roślinami. Patrzyłam z zachwytem na powój, który był popleciony, pokręcony jak Ja. Na płatkach kwiatu były krople rosy . Czas jaki przyglądałam się temu niezwykłemu zjawisku był to czas na trzymanie moich "pijanych, chorych myśli". Ja nie wiem, jakie uczucia spowodowały, że mną zatelepało. We mnie burzyło się. Decyzję podjęłam szybko, nieprawda, to nie ja podjęłam decyzję. Ja poszłam za pod­szeptem. Kłując się w palec, urągając na kolce, zerwałam różę wraz z powojem, złapałam dywan i uciekam. Daleka byłam od zas­tanowienia się nad sobą, nad drugim człowie­kiem, nad sytuacją i czasem. W momencie, gdy odjechałam już nieco, gdy uświadomiłam sobie, że jadę zbyt szybko postanowiłam, nieprawda, pojawiła się myśl, ażeby różę tę zawieźć kobiecie, która była moją sponsorką. Gdy drżącymi rękoma dawałam to cudowne zjawisko, na płatkach były jeszcze krople rosy (a może były to moje łzy, ukryte gdzieś głęboko we mnie). Jedyne uczucie, jakie potrafiłam wtedy znaleźć to była ogromna wdzięczność. Po powrocie do domu chwyciłam córki fla­mastry i narysowałam na ścianie różę, czerwoną różę, po której pewnie wił się powój. Domownicy patrzyli na mnie dziwnie, a flamastry latały jak oszalałe po ścianie. Nie wiem ile czasu była zatopiona w tej pracy. Gdy spojrzałam na skończony rysunek byłam zaskoczona. Dorotka podeszła do mnie i powiedziała: "Mamusiu, nie wiedziałam, że ty tak pięknie rysujesz". Miała łzy w oczach. Ja miałam ściśnięte gardło. Zapomniałam języka w gębie, nieprawda, Ja patrzyłam na córkę i nie mogłam wydobyć z siebie głosu, Nie wiem ile to trwało czasu. - Dorotko, ja też nie wiedziałam -powiedziałam cicho. I znów mnie telepało w środku. Byłam bardzo, bardzo zmęczona. Co najdziwniejsze dla mnie, ja czułam wewnętrznie satysfakcję, było to zaskoczeniem, byłam zmęczona, a czułam się jak zwycięzca. Dziś wiem, że był to cud. Wszystko co zadziało się od czasu podejścia do furtki do wieczora tego dnia było cudem. Po wielu latach przestoju zaczęłam rysować, czuć, widzieć. Dziś serdecznie dziękuję organizatorom za temat. Dziś bardzo się cieszę, że przypomniałam sobie to wszystko. W rok po tych wydarzeniach pomalowałam pokój i zapomniałam o róży, o powoju, o uczuciach jakie temu towarzyszyły. Ja, "w zgiełku ulicznym, zamęcie życia -zapomniałam, że - ..."świat jest piękny". Wyrażam słowa wdzięczności Teresie, która przypomniała mi, że dobrem i pięknem należy się dzielić. Dziękuję Ci za to, że dzięki napisaniu tego, zobaczyłam co mnie tak naprawdę zabolało w Aninie. Ja, tak mocno zidentyfikowałam się z powojem, że nie wyobrażałam sobie innego życia. Zawsze musiała być jakaś RÓŻA, po której ja mogłam się piąć (oprzeć). W zależności od szlachetności kwiatu wiodło mi się różnie. Widzę teraz ile dzikich róż było na mojej drodze. Ile było takich, które wyprostowane i z pięknym kwiatem pozostały dzikie i kolczaste. Ja, wrażliwa, miękka, giętka raniłam się, zapomniałam o mądrości zawartej w DESIDERACIE. zachowaj ostrożność w swych przedsięwzięciach, świat bowiem pełen jest oszustwa... Dziś dotarło do mnie, że jeżeli chcę nadal pozostać tym pięknym powojem, jeżeli chcę rozwijać się to mam pamiętać, że to Ja wybier­am z kim chcę wchodzić w relację. Moją różą nie musi być drugi człowiek. Może to być PROGRAM, który zawiera w sobie WIARĘ, NADZIEJĘ I MIŁOŚĆ Może to być KRZYŻ, symbol cierpienia. Może to być Jezus Chrystus, który wspiera mnie od pierwszych moich chwil. Dziękuję Kobiecie, która pomogła mi zrozumieć to wszystko. Dotarty do mnie dalsze mądrości DESIDERATY ... Lecz niech Ci to nie przestania prawdziwej cnoty, wielu ludzi dąży do wzniosłych ideałów i wszędzie życie pełne jest heroizmu. Bądź sobą... Przepraszam wszystkie szlachetne róże, które usiłowały pokazać mi to wcześniej. Byłam ślepa.

Barbara Alkoholiczka

 


 

Czuję dzisiaj potrzebę napisania o sobie, ponieważ chcę jeszcze dopowiedzieć swoje myśli do końca. Ten wspólny mityng Al-Anon i AA na Szwedzkiej dużo mi dzisiaj dał. Czuję się silnie związana z Al-Anon i z AA. Dla mnie to jedno. Zanim uświadomiłam sobie, że jestem alkoholiczka, najpierw "nabyłam" świadomość współuzależnionej. To tam na Środkowej 9 via a vis mojego domu zaczęłam swoją drogę, to tam zaczęłam żyć, tam zaczęłam się odradzać jak Feniks z popiołów. Kasiu, Wiesiu, Aniu, Zosiu, Małgosiu - dziękuję, bo gdybym Was nie spotkała dzisiaj mogłabym już nie żyć. Wszystko przez przypadek, Ewa poczuła ode mnie piwo. A potem Szwedzka i ciągle leczę siebie ze współuzaieżnienia. W lipcu terapia w Petrze, zawieszona po 4 miesiącach, dziękuję Ci Majko - taka byłam zła na Ciebie, a dzisiaj jestem Ci wdzięczna za Twoją "twardą miłość". Dobrze jest być kochaną nawet "twardą miłością". Dzisiaj jednego jestem pewna, że gdybym wtedy "pękła" to kto wie... Ale udaje mi się o dziwo - już 11 miesiąc jak to się stało? Nie rozpieszcza mnie życie, ale udaje się dzięki Bogu. W Marii i Magdalenie zostałam "przyjęta" do AA. Nowe twarze, ale jakie znajome, dziękuję Basiu, Moniko. Nie wiem co mnie "naszło", ale właśnie dzisiaj chcę Warn podziękować - wszystkim i każdemu z osobna. Wiem, to dopiero 11 miesięcy, ale jak dużo i jak mało jednocześnie. Ale to chyba nieważne - ważne dla mnie są każde 24 godziny. Gdy się budzę i mówię sobie dzisiaj nie piję i ja i ona, bo ta "ona" czasem się buntuje, ale ja jej mówię, - wiem na pewno, warto nie pić. I z dumą noszę mojego wielbłąda, zawsze z lewej strony , bo to też prezent od przyjaciółki, która mi wierzy . Nie ma już we mnie buntu, dumy, pewności siebie, jest za to pokora i jakiś niespotykany spokój, jasne, że czasem się boję, ale gdybym się nie bała, to zapomniałabym, że jestem chora, a o tym zapomnieć nie chcę. Już nie mówię "muszę" -już mówię "chcę". Jest we mnie dużo miłości i chcę ją dawać, a więc do tych wszystkich, których znam i których nie znam -Kocham Was.

Iwona - Al-Anon?; AA?

Nie, po prostu alkoholiczka - na dodatek szczęśliwa

 


 

SPRAWA RODZINNA

 

Tradycja pierwsza głosi, że nasze wspólne dobro jest najważniejsze - jest to zła nowina dla egocentrycznego pijaka. Co znaczy, że wspólne dobro jest najważniejsze widzę na podstawie własnej rodziny. Moje osobiste potrzeby, pragnienia, marzenia, muszą przejść przez pryzmat wspólnego dobra. Jeśli rodzina ma istnieć i funkcjonować jako sensowna jednostka, muszę cały czas strzec jej dobra. Jeśli rodzina sama się niszczy, moje życie jest zagrożone. Wspólne dobro jest także ważne w zakładzie pracy. Nie mogę ignorować poleceń kadry i administracji, i powiedzieć sobie: "To dobre dla zwykłych ludzi, ale ja z moim twór -czym geniuszem mogę robić co mi się podoba". Na przykład, jeśli szkoła, w której pracuję ma istnieć i wypełniać swoją misję edukacji młodzieży, moje osobiste potrzeby, pragnienia, cele, oczekiwania i marzenia muszą zostać podporządkowane. Wspólne dobro musi być najważniejsze. W końcu, muszę respektować środowisko, ludzi, z którymi żyję i pracuję, społeczność i kraj, w którym żyję. Jeśli świat, "zawali się" nie będę miał środków do życia.

 


 

Kolektywny wysiłek.

 

Dwanaście tradycji zostało wprowadzonych jako rezultat doświadczenia, a główna odpowiedzialność polega, aby były stosowane jak najlepiej. Ta podstawowa odpowiedzialność pociąga za sobą inne odpowiedzialności, włączając służbę, pokrywającą obszerne terytorium. Australijska struktura służby jest wtórnikiem USA/Kanadyjskiej struktury. Zanim kogokol­wiek nią zainteresujemy, musimy najpierw mieć członków naszej wspólnoty. Osiągamy to ogłaszając na cały kraj ,że AA żyje i ma się dobrze, i gotowa jest wyciągnąć rękę przy -jaźni gdziekolwiek jest ona potrzebna. Dokonuje tego zwykle Krajowe Biuro Służb poprzez anonsy telewizyjne, dystrybucję literatury, odpowiadanie na listy i telefoniczne pytania, i na wiele jeszcze innych sposobów . Kiedy już raz nowicjusz przekroczy próg, odpowiedzialnością indywidualnego członka i grupy jest zapewnić mu opiekę, i powoli ale pewnie dać mu do zrozumienia czym jest AA, bowiem dla nowicjuszy służba jest przyszłością. Co jest prawdopodobnie oczywiste w wielu innych krajach, my prowadzimy walkę w celu zainteresowania członków służbą również poza zasięgiem swojej grupy. Zagadnięci, członkowie często typowo odpowiadają - "Nie chcemy dać się wciągnąć w politykę". Tak więc naszym największym zadaniem jest znalezienie jak najwięcej pracowników służb. Raz wciągnięty do służby zorientuje się, że służba jest kolektywnym wysiłkiem, że każda osoba jest tylko małym zębem w bardzo wielkim kole. "Jestem odpowiedzialny" szybko stało się "Jesteśmy odpowiedzialni". Przyszłość AA zależy od tego, jak jesteśmy odpowiedzialni na poziomie służby, bo na tym poziomie rzecz.}' -wiście rozpoczyna się praca z 12 krokiem. Musimy zapewnić, żeby ktoś odpowiadał na telefony o 12 krokach, żeby byli dostępni do służby i żeby każdy nowicjusz miał równe możliwości wyzdrowienia. Członek wybrany przez grupę jako mandatariusz (GSR) jest odpowiedzialny za utrzy­manie grupy w kontakcie z resztą świata. Członek dokonuje tego poprzez strukturę służby. W ten sposób każda grupa uczestniczy w pracach wspólnoty AA. Jeśli ktoś skarży się do mnie o coś co dzieje się we wspólnocie, moje pierwsze pytanie to: "Czy należysz do grupy i czy twoja grupa ma mandatariusza (GSR)?" Jeśli odpowiedź jest nie, moja odpowiedź brzmi - "Nie możesz się skarżyć, ponieważ miałeś możliwość głosu i go odrzuciłeś". A może byś stal się odpowiedzialny ?

Wg GRAPEVINE

 


 

2 września 1994 r. To jest data, która na długo wryła się w moje serce, zapewne na zawsze. Gdy ten szczęśliwy dzień dobiegał końca byłam zaskoczona wszystkim co się wydarzyło przez tak niewiele godzin. Było we mnie dużo dziwnych uczuć. Najdziwniejsze z nich było to, które przyprawiało mnie o przyśpieszone bicie serca, zadumę, uśmiech na ustach, przymykanie oczu i dziwne ciepło w środku. Ja to uczucie nazwalam NADZIEJA. Tak, poczułam nadzieję, nadzieję na lepsze jutro. Dla mnie było to bardzo ważne. Za tym pojawił się STRACH. Strach, że nie wyrobi ze mną. Masa pytań: czy teraz zmieni się Jej zachowanie. Czy nadal będzie odpowiadała na moje pytania. Czy będę mogła prosić o więcej czasu? Czy znajdę w sobie pokorę, (o której słyszałam, że jest niezbędna do trzeźwienia) i wiele, wiele innych. Przed snem znalazłam coś jeszcze: zrozumiałam, że to, z czym nie mogłam poradzić sobie Sama, będzie o wiele lżejsze, gdy "weźmiemy się" za to we dwie. Wiedza, inteligencja i troskliwa opieka mojej sponsorki zasiały we mnie ziarno, które nazwalam WIARA. Kilka dni temu wspominałam moim znajomym ze Wspólnoty o początkach mojego trzeźwienia. Z sentymentem powróciłam do moich rozmów ze SPONSORKI. Dziś jestem pewna, że gdyby nie Jej działania ciężko byłoby ocalić mi swoje życie. To ona pierwsza zwróciła mi uwagę, że Dorotka jest moją córką, że Dorotka potrzebu­je matki. To Ona pierwsza pokazała mi ile dobra jest wokół mnie. Dziś wiem, że to Ona pokazała mi co to jest postępowanie z miłością. To właśnie takim postępowaniem, przekonała mnie, że są DOBRE KOBIETY na tym świe­cie. Zawsze będzie dla mnie przykładem człowieka przez duże "C". To Ona pokazywała mi, że jestem w błędzie mówiąc o sobie "mniej niż zero". Dziś, gdy wspominam to wszystko, że w zruszenia mam mokre oczy , serce znów przyśpiesza bicie. Z dużym sentymentem patrzę na suchą gałązkę. Tylko my dwie znamy historię i symbolikę tej gałązki. Dziś, kiedy czuję lęk, wystarczy, że dotknę czegokolwiek co mam od sponsorki (zawsze mam coś przy sobie) i już czuję, że nie jestem sama. To jest cudowne, nie ma jej przy mnie, a jest ze mną. Ja całą sobą pragnęłam być tak wartościowym Człowiekiem jakim wciąż jest dla mnie moja BYŁA SPONSORKA. Byłabym nieuczciwa, gdybym nie wspomniała o Swoim buncie, graniczącym ze wściekłością, który dosyć często pojawiał się gdy słyszałam od sponsorki: zawsze możesz zmienić SPONSORA możesz zrobić jak chcesz. Dziś wiem, że Ja bałam się. Bałam się, że mogę utracić tę wiarę i nadzieję jaką dostałam. Chciałam wiedzieć wszystko i natychmiast, a tak mało rozumiałam, a jeszcze mniej czułam. Jedno wiedziałam na pewno - dokąd Ona jest ze mną Ja mam szansę nie pić. Pamiętam swoje obawy, gdy Sponsorka dała mi informację, że na Grochowskiej na Detoksie jest terapia, zatrzęsło mnie, gdy usłyszałam, że jest to terapia dla kobiet. Tego było za wiele. Przecież Ona wiedziała, że Ja boję się kobiet, nie chciałam mieć kontaktu z Nimi. Ale gdy usłyszałam zapewnienia, że jest tam osoba, której Ona ufa, która Jej pomogła, poszłam spróbować. Już po kilku miesiącach byłam bardzo wdzięczna sponsorce za tę sugestię. Dotarło do mnie co to znaczy pokonywać własne słabości. Często spotykam się z pytaniem. Skoro wszystko było O.K., skoro jest we mnie tyle miłości do osoby i wspomnień - dlaczego rozstałyśmy się? Z czystym sumieniem dziś odpowiadam: bo chciałam być mądrzejsza od doświadczeń mojej sponsorki i innych ludzi; bo chciałam żyć na "haju" jaki dawała mi realizacja się w seksie bo zaślepienie odebrało mi tę odrobinę rozsądku jaką myślałam, że posiadłam. Za to wszystko i inne "bo" zapłaciłam utrata SPONSORKI. Dziś, z perspektywy czasu, rozumiem Ja. Dziś, w miejsce urazy za odrzucenie, mam uczucie bezgranicznej wdzięczności i bezinteresownej. bezwzględnej miłości. Dziś wiem, mam już zakodowane w głowie, że kobieta, która przeszła ze mną początek mojej DROGI, przeżywała ze mną początek mojej Przygody jest wciąż ze mną. Często słyszę Jej troskliwy głos, nie zawsze bezpośrednio, jest to jakiś niewytłumaczalny dla mnie Głos Wewnętrzny. Jestem wdzięczna za tę Przyjaźń. Przyjaźń przez duże "P", taką której szukałam przez swoje dotychczasowe życie. Serce moje woła: wróć! Ale rozsądek przypomina, że to co było - nie wraca. Na moją propozycję ponownej pracy SPONSOR - podopieczna usłyszałam: Basiu - czas dorastać i posłuchać wewnętrznego sponsora czyli, jak ja to rozumiem, swojego sumienia. I za te słowa jestem wdzięczna BYŁEJ SPONSORCE. Nareszcie znalazłam odpowiednik słowa SPONSOR. To jest PRZYJACIEL.

Basia - alkoholiczka.
(kiedyś podpisująca się "Czarna")

 


 

Wspólną drogę, którą rozpoczęłyśmy 2 09.94 r. okazała się dla mnie drogą moich własnych głębokich doświadczeń. Wydawało mi się, że to jest proste być Sponsorem i tylko po prostu być. Dziś wiem, że jest inaczej. Moi rodzice podarowali mi książeczkę "Dzień po dniu", w niej znajduje się Modlitwa św. Franciszka, która w pełni oddaje to co ja dziś czuję i rozumiem w związku z tematem "Sponsor".

* * *
Panie,

Uczyń mnie narzędziem

Twego pokoju

Ażebym niósł Miłość tam, gdzie panuje nienawiść

Zmiłowanie tam, gdzie panuje krzywda
Wiarę lam, gdzie panuje zwątpienie
Nadzieję tam, gdzie panuje rozpacz
Światło tam, gdzie panuje mrok
Radość tam, gdzie panuje zgryzota.
Mistrzu mój,
Pozwól bym
Zamiast szukać pocieszenia -
Pocieszeniem wspierał
Zamiast szukać zrozumienia -
Zrozumienie okazywał
Zamiast szukać miłości -
Miłość ofiarowywał
Albowiem
Dając - otrzymujemy
Wybaczając -
Na wybaczenie zasługujemy
A umierając
Budzimy się do życia wiecznego.
* * *
Jest to cudowna modlitw a, która wyraża to co ja bym chciała napisać. Dla mnie bycie Sponsorem, to była nauka i wiele nowości w moim życiu. Trudno jest dziś wrócić do tych wspomnień, obraz jest zamazany i nie zawsze
kojarzę konkretne sytuacje. Nasze spotkania, były dla mnie zawsze próbą. Pamiętam, iż idąc na spotkanie szłam z własną modlitwą": "Boże, pomóż mi słyszeć, a mów za mnie". Może to zdanie brzmi i jest górnolotne, ale mnie pozwalało pamiętać, że jestem tylko chorym człowiekiem, którego widzenie sytuacji i drugiego człowieka przedstawiającego tę sytuację może być różne. Starałam się mówić o sobie i przywoływałam w pamięci podobne sytuacje ze swojego życia. W mojej drodze trzeźwienia bardzo pomagały mi tzw. "pamiątki". Pamiątkami nazywałam: rzeczy, miejsca lub słowa, które kojarzyły mi się z nowymi doświadczeniami z mojego nowego życia. Lubiłam swoje pamiątki, czułam do nich sentyment jeśli dla mnie były miłe, postanowiłam "pamiątkową metodę" przekazać podopiecznej. I tak obdarowywałyśmy się wzajemnie: gałązkami z wycieczek, grzybami, kamyczkami itp. Pozwalało to nam zachować więź. I było o czym rozmawiać kiedy było smutno. "A pamiętasz grzybki..." Choć tak naprawdę, do dziś nie wiem, po co tyle śmieci w moim pudełku - kiedy je dotykam, przeglądani. Wracam wspomnieniami do tamtych dni, przypominają się słowa, gesty, miejsca i czuję wzruszenie. Po naszej rozmowie, z której wypływał nurtu­jący problem, moja podopieczna pisała pracę na jakiś temat. Tematy przychodziły same, nie trzeba było ich szukać. Jeden, który pamiętam to: "Co mogę zrobić i do kogo się zwrócić jeśli moja Sponsorka jest dla mnie nieosiągalna". Były listy do Boga, i do wszystkich do których dało się napisać. To wszystko co opisałam, nazywam dziś stroną techniczną. Podczas pokonywania trudności dnia codziennego zawsze była chwilka dla nas. To wieczor­na rozmowa telefoniczna, spacer, lub wyjazd do lasu. Moje życie nabrało innego znaczenia, dowiedziałam się, że są inni i oni też czasem cierpią - nie tylko JA. Dzięki swojej podopiecznej i jej zaufaniu do mnie odkrywałam, że z tym z czym ona ma problem właśnie teraz, ja sobie już poradziłam, czułam wtedy uczucie ulgi i dzieliłam się swoim doświadczeniem. Zadbałam o to by nie być jedyną w jej życiu zaprowadziłam w miejsca gdzie mnie ludzie pomogli. Tam, gdzie czułam się bezpiecznie JA. Nie wszystko jednak wyglądało lak kolorowo. Przyszedł dzień, kiedy pojawiły się ciemne chmury Poczułam, że sobie nie radzę, pojawiło się uczucie lęku i "dół". Źle się czułam, wszystko wokół było czarne i smutne. Usiadłam na dnie tego "dołu" w ciemnościach i jedyne co mi przyszło do głowy to przerwa w kontaktach z podopieczną. Sama nie wiem co to było - czy chęć zostania samej, czy też lęk, że pociągnę Ją za sobą w ten mój dół. Powolutku wyłaziłam, przy pomocy ludzi z tego dołu - poczułam się mniej zagrożona. I wtedy otrzymałam telefon, że moja podopiecz­na jest w złym stanie i co ja sobie myślę jako Sponsor. Wtedy zagrała w mojej głowie orkiestra, lęk, panika, poczucie winy goniły w środku. Wspominając tę sytuację dziś, czuję zimno. Udało nam się cudem z tych zawiłości wyjść, ale prosta, która widniała przed nami mnie przeraziła i postanowiłam odejść, to były dwa słowa: rezygnuję ze Sponsorowania. Bardzo długo gniotła mnie dusza, zadawalam sobie pytanie: "Dlaczego uciekłam". Nie mogłam się pogodzić z sytuacją. Czas leczy wszystko, a ludzie pomogą przetrwać i znaleźć sens w bezsensie. Dziś z perspektywy czasu oceniam swoje Sponsorowanie, że było zbyt poważne i nie dawałam prawa drugiej osobie do potknięć. Bałam się, że potknie się i przewróci. Byłam za nieodpowiedzialna Choć długo oszukiwałam się, że jest inaczej. No cóż było i tak; i tak jak w życiu Bagaż doświadczeń z mojego Sponsorowania to coś, czego nie zapomnę i bardzo cenię. Ja nie jestem doskonała. Ona też nie, ale byłyśmy razem i jakoś sobie radziłyśmy. Dziś jesteśmy, żyjemy i łączy nas przyjaźń. Rozmawiamy inaczej niż kiedyś. Nie łączy nas Sponsor - Podopieczny. Dziś dajemy sobie wsparcie Ona mnie - Ja jej. Wspominamy naszą drogę i w związku ze wspomnieniami postanowiłyśmy podzielić się z innymi naszą drogą, doświadczeniem. Niczego nie żałuję, niczego się nie wstydzę, cenię to, co otrzymałam w tamtym czasie. Abym dziś mogła to napisać, w tedy 2 września 1994 r. zgodziłam się na Sponsora. Sama idea Sponsorowania jest dla mnie laską dla osób, które szukają na początku drogi wsparcia i zrozumienia, pomocy . Znalazłam bratnią duszę i nauczyłam się akceptacji, przyjaźni i zrozumienia dla drugiego człowieka. To jest cudowne być i dzielić się swoimi problemami, radościami, marzeniami z kimś, kto słucha i czuje podobnie jak Ja. Dziękuję Bogu, ludziom i nam dwóm, że dziś jesteśmy trzeźwe i żyjemy w przyjaźni. Przeczytałam to co napisałam i pomyślałam, że to nie wszystko co chciałam napisać. Jednakże reszta pozostanie znana tylko nam.

Była SPONSORKA

Agnieszka

 


 

... i stosować te zasady ...

 

Tradycja Pierwsza: "Nasze wspólne dobro powinno być najważniejsze: Wyzdrowienie każdego z, nas zależy od jedności Anonimowych Alkoholików". l.Czy w kwestii stosunków międzyludzkich, w grupie, wykazuję postawę uzdrawiającą, rozjemczą i integracyjną, czy też bywam sprawcą podziałów?

2.Czy jestem skłonny do zgody i pojednania, czy też wdaję się w sprzeczki, świętoszkowato uzasadniając to tzw. dobrem dyskusji?

3.Czy tym, którzy mnie urazili, okazuję łagodność, czy raczej pamiętliwość i złość?

4.Czy mój stosunek do AA cechuje duch niezdrowej rywalizacji, wyrażającej się porównywaniem, krytyką lub oceną poszczególnych grup?

5.Czy odrzucam jakąś działalność AA, jakbym uważał, że nieangażowanie się w nią jest dla mnie powodem do chluby?

6.Czy dużo wiem o AA jako całości? Czy jak tylko mogę wspieram AA jako całość, czy też popieram tylko te aspekty Wspólnoty, które sam rozumiem i aprobuję?

7.Czy innym członkom AA okazuję taką uwagę i delikatność, jaką sam chciałbym być obdarzany?

8.Czy głosząc szczytne idee miłości, zarazem pielęgnuję w sobie wrogość i niechęć, i w głębi serca usprawiedliwiam przesycone nimi zachowania?

9.Czy aby być w kontakcie, wystarczająco często chodzę na mityngi i sięgam po literaturę aowską?

10.Czy ze Wspólnotą AA dzielę się całym sobą (tym, co we mnie i dobre, i złe), zarówno przyjmując pomoc, jak i udzielając jej?

Na podstawie Grapevine

 


 

Wielka Księga może być kopalnią złota dla sponsora

 

Członkowie, którzy biorą na siebie odpowiedzialność sponsorowania innego alko­holika w AA często chcieliby, żeby wszystko zamieniało się w złoto, jak za dotykiem mitycznego Midasa, kiedy oni "dobrze czynią". I szansę są, tak się dzieje. Jak zauważa Patrick M., z St. Louis, Missouri - każdy , kto czyta uważnie Anonimowych Alkoholików jest nagradzany nowymi poglądami, zrozumieniem, cudem, zachwytem... i skuteczną metodą zachęty do sponsorowania. I dlatego często mówimy czule o "'mityngu w druku" lub o "Biblii AA". Patrick, który był nieprzerwanie trzeźw y ponad 10 lat obserwował nieformalnie około 200 AA, którzy świeżo odkryli swoje ulubione fragmenty Wielkiej Księgi. Poniżej wyjątki z niektórych stron najczęściej przytaczanych: "A przecież jest rozwiązanie... odkryliśmy wtedy ziemski raj i przenieśliśmy się do jakiegoś czwartego wymiaru naszej egzys­tencji, o którego istnieniu nie śmieliśmy nawet marzyć" (str. 29). "Nigdy i przed nikim nie usprawiedliwiamy się z naszej zależności od Stwórcy... Od wieków wiara oznacza odwagę... Nie musimy tłumaczyć się z naszej wiary w Boga. (str. 61) "Poznamy nową wolność i nowe szczęście... Znajdziemy intuicyjnie sposób postępowania w sytuacjach, których dotąd nie umieliśmy rozwiązać (dwie z Obietnic, str. 75). "Musimy uważać, aby nie doprowadzać się do niepokoju, poczucia winy lub chorobliwego krytykanctwa, gdyż zmniejszyłoby to naszą użyteczność dla innych... Bóg dał nam umysły, abyśmy ich używali. Nasze życie umysłowe osiągnie dużo wyższy poziom kiedy nasze myślenie będzie uwolnione od mylnych motywów". "Kiedy patrzymy wstecz, zdajemy sobie sprawę, że to co nas spotkało od chwili, kiedy powierzyliśmy się opiece Boga było lepsze od wszystkiego, co moglibyśmy zaplanować" "... akceptacja jest odpowiedzią na wszystkie moje dzisiejsze problemy. Kiedy jestem zaniepokojony dzieje się tak dlatego, że natrafiam na jakaś osobę, miejsce, rzecz lub sytuację - jakieś fakty w moim życiu, których nie mogę zaakceptować, i nie mogę znaleźć pogody ducha dopóki nie zaakceptuję tej osoby, miejsca, rzeczy, sytuacji jako dokładnie tego, co powinno być w tym momencie. Nic, absolutnie nic nic dzieje się w Bożym świecie przez pomyłkę. Dopóki nie mogłem zaakcep­tować mojego alkoholizmu, nie mogłem być trzeźwy. Jeżeli nie zaakceptuję życia na warunkach, jakie ono daje, nie mogę być szczęśliwy. Powinienem skoncentrować się nie tak bardzo na tym co powinno być zmienione w świecie, ale na tym co powinno być zmienione we mnie i w mojej postawie".

Box 4/5/9

 


 

Sentencje na zakończenie mityngu

 

Niedawny list do członka Wspólnoty poddał w wątpliwość sentencje, która na niektórych mityngach następuje często po modlitwie na zakończenie. Powiedzenie "przychodź, to działa" było używane w niektórych regionach przez lata, ale teraz w wielu miejscach zostało dodane "jeżeli ty działasz". I kolejno doszło do "tak to działa, jak na to zasługujesz". Członek AA uważa, że ta dłuższa wersja pochodzi spoza wspólnoty . Jego zdaniem wersja "to działa, jeżeli ty działasz" kładzie nacisk na własną, indywidualną silę do pozostawania trzeźwym. Proszę pamiętać pisze on "że doktor Bob powiedział, że nigdy nie przypisywał zasługi swojej trzeź­wości sobie, lecz Bogu. Jeżeli chodzi o mnie, wierzę, że chodzę, ale Bóg jest tym, który "działa dla mnie".. On także wskazuje, że we Wspólnocie AA i w Dwunastu Krokach używamy raczej "my" niż "wy" i jedynie dajemy sugestie. Kroki opisują, co dla innych członków AA okazało się efektywne, a nie nakazują, co członek AA powinien robić. Jak mówi Wielka Księga "A oto kroki, które stawiamy". Ale - kontynuuje A-owiec  kiedy mówimy "wy" - głosimy kazanie. Fraza "Do czynu" jest poleceniem komuś zrobienia czegoś. Dalej komentuje on "T o zachęca do postaw y świętszej od papieża" i jest próbą moralizowania nowoprzybyłych. Niektórzy ludzie - szczególnie nowi członkowie - mogą sądzić, że ta dłuższa sentencja jest zwyczajem AA. Ale w niektórych miejscach, starzy A-owcy zdecydowali odwrócić bieg. Na jednej grupie w zachodnim Manhattanie Jim W i inni w czasie normalnego środowego mityngu podzielili się sponta­nicznie doświadczeniem, że nie wierzą, aby ta dłuższa sentencja była w interesie Anonimowych Alkoholików. Część długoletnich członków grupy powstrzymała się od powiedzenia dłuższej sentencji tego wieczoru. Nie została podjęta żadna formalna decyzja ani nic robiono żadnych ogłoszeń ale stopniowo ta dłuższa fraza zanika w grupie. A-owiec wyjaśnia, dlaczego nie lubi on dłuższej frazy "tak to działa, jak na to zasługujesz". To nie jest zaproszenie, wskazówka. Kiedy przyszedłem do Wspólnoty po prostu powiedziano mi, żebym przychodził. Powiedziano, że jeżeli tylko będę przychodził, wszystko będzie w porządku. Czułem rękę każdego i ciepły uścisk - ofiarowano mi delikatne "zaproszenie". Jim powiedział "Miałem w rażenie zatrzymania po "to działa" i puszczenia moich rąk tylko po to, żeby ktoś uścisnął mnie mocniej i nie puszczał. Jakbym był karany za to, że nie znam sekretu uścisku dłoni. Ale inni ludzie mówili: "O, ty też tego nie mówisz". Wiele osób było zadowolonych, że nic mówimy całej frazy". Nie lubię idei magicznych formuł. Jest to jak jakaś tajemnica, którą wszyscy powinniśmy znać. To jest sytuacja życia i śmierci. Nie lubię, kiedy ludzie Oczywiście wielu grupom podoba się dłuższa sentencja, podczas gdy innym na tym samym terenie nie. Ostatecznie powinniśmy pamiętać, że nasza Czwarta Tradycja gwarantuje autonomię każdej Grupy AA i Generalne Biuro Służby nie daje żadnych opinii w tej sprawie.

Box 4/5/9

 


 

Alkoholicy w działaniu

 

Kiedy dotykamy tematu duchowości musimy kierować nasze myśli do czegoś większego niż my sami. Powinniśmy pomyśleć o tej pierwszej chwili gdy wstąpiliśmy do grupy AA - od lego momentu Sita Wyższa zaczęła manifestować swoją ingerencję w nasze życie. (Zaczęliśmy doświadczać jej istnienia w naszym życiu) Od tego też momentu duchowości lub ducha nigdy nie zabraknie dla nas. Jednak kiedy zaczynamy Służbę (Trzecie Dziedzictwo) może się zdarzyć, że zapomnimy o tym pierwszym doświadczeniu. Mówiąc o służbie musimy leż pamiętać o trzeźwości i jedności, ponieważ są one razem ze sobą powiązane. Jak zauważył Bill: "Nasz 12 Krok - niesienie posłania - jest podstawową służbą, którą realizuje wspólnota AA. Jest to nasz podstawowy cel i główna przyczyna naszego istnienia. AA jest czymś więcej niż tylko zbiorem zasad; jest społecznością alkoholików w działaniu. Musimy nieść przestanie, inaczej bowiem my sami możemy się wyjałowić, a ci którzy nie otrzymają naszej prawdy mogą umrzeć"'. I pisze dalej tak: "Stąd służba AA jest przede wszystkim tym, co pomaga nam w docieraniu do cierpiącego przyjaciela - dzwonkiem alarmowym, poczynając od przesiania Kroku 12 do telefonu z. budki telefonicznej i od filiżanki kawy do działalności Generalnego Biura Służb w zasięgu krajowym lub międzynarodowym. Całość wszystkich czynności służebnych jest naszym Trzecim Dziedzictwem . Kiedy mówimy o Tradycjach w odniesieniu do służby to powinniśmy pamiętać o Tradycji 2, która mówi o tych członkach wspó1noty którzy powołani są do prze­wodzenia służbom AA. Dobry zaufany sługa będzie w działaniu swoim doświadczał duchowości programu i będzie oczywiście działał nie poprzez swój mandat z urzędu lecz uwzględniając każdy poszczególny przypadek . Tradycja 8 mówi nam, że pieniądze nie kolidują z treścią Kroku 12 i wynikającą z niego pracą. Tu przebiega linia podziału między dobrowolnością służby, o której mówi Krok 12 a tą częścią służby, która jest opłacana. Wspólnota AA nie mogłaby działać bez pracowników zatrudnionych na pełnych etatach, pracowników profesjonalnych, którzy nie są profesjonalnymi członkami wspólnoty AA. Służba w rozumieniu Kroku 12 jest zawsze dobrowolna; lecz nasi pełnoetatowi pracownicy, którzy pracują na rzecz wspólnoty AA zarabiają zasłużenie swoje pieniądze. To uczy nas, że duchowe aspekty służby powinny być zwrócone wspólnocie AA jako część tego, co było nam dane, kiedy staliśmy się jej cząstką, bez oczekiwania na egoistyczne czerpanie korzyści z programu AA. Tradycja 9 wyjaśnia nam, że wszystkie komórki służb AA, rzecznicy, mandatariusze, Konferencja Służby Ogólnej nie mogą wydawać poleceń grupom i poszczególnym członkom wspólnoty AA. Indywidualnie i zbiorowo członkowie AA nie podlegają jakimkolwiek nakazom. Jest możliwe, że program działa bez stosowania żadnego przymusu ponieważ członkowie AA, którzy nie będą właściwie stosowali Kroków podpisują na siebie wyrok śmierci. I w tym zawiera się różnica między duchem służby i duchem władzy. Celem naszej służby jest nieść przesłanie trzeźwości tym, którzy tej trzeźwości pragną. To sugeruje nam, że aby świadczyć efektywną służbę, wspólnota AA powinna mieć solidną trzeźwość i solidną wiedzę dotyczącą Tradycji, Służby i Dwunastu Koncepcji Służby Światowej. Ponieważ członkowie komórek kierowniczych wewnątrz wspólnoty są wybierani w grupach, pracownicy tych służb powinni być świadomi faktu, że czynią pierwszy krok na drodze swej służby który może doprowadzić ich do Generalnego Biura Służb (GSO). Lecz niezależnie od poziomu, na którym podejmowana jest służba, jeśli służba jest podejmowana z dobrą wolą i dobrym przeznaczeniem pozostaje satysfakcja i znaczenie ma tylko wykonywana praca. W miarę osiągania różnych poziomów służby powinniśmy być świadomi, że oczy wspólnot), której służymy, są zawsze zwrócone ku zaufanym sługom, ponieważ wspólnota obdarzyła ich zaufaniem po to, aby wykonywali te zadania, których niektórzy nie mogą a inni nie chcą wykonywać. Właściwymi wydają się słowa, które chcemy zacytować: Ostateczną odpowiedzialność oraz najwyższy autorytet służb światowych powinien zawsze spoczywać w zbiorowym sumieniu naszej Wspólnoty jako całości . Nigdy nie jest to bardziej prawdziwe niż w Kroku 12, w który prawie wszyscy jesteśmy entuzjastycznie zaangażowani. Każdy sponsor jest z konieczności liderem a ta jego rola niesie w sobie ogromne ryzyko. I ogromne znaczenie może być przypisane temu wszystkiemu co mówi lub robi sponsor, zdolność przewidywania reakcji potencjalnego członka wspólnoty, rozpoznanie i ocena korzyści płynących dla wspólnoty z prezentowania danego przypadku, stosunek do krytycyzmu i pokazywanie go tym, którzy mają sponsorów przez ich własny przykład. Oto kwalifikacje, które mają tak istotne znaczenie ponieważ często wyznaczają granicę między życiem i śmiercią. Sądzę, że duchowa satysfakcja wynikająca ze służby ma swoje korzenie w duchowym przebudzeniu, o którym mówi Krok 12; i pomimo, że we wspólnocie AA można znaleźć ogromną ilość duchowej satysfakcji to jednak żadna nie jest większa niż satysfakcja płynąca ze służby dla innych. Radość bycia w AA polega na działaniu - tym działaniem jest praca dla innych alkoholików. Lecz aby to osiągnąć musimy odwołać się do Jedności. (Drugie Dziedzictwo). Jest taki fragment w naszej literaturze, który mówi, że po etapie wprowadzania w swoje życie Kroków, nawet częściowo, nasze wyobcowanie zaczyna znikać a zaczyna się etap integracji. Znaczy to, że musimy zapomnieć o naszej egocentryczności, która niekiedy jeszcze daje o sobie znać - nawet w okresie służby dla innych - i przypomina nam słowa Billa na temat Pierwszej Tradycji: "Bez jedności serce AA przestanie bić a nasze świa­towe arterie przestaną być kanałami Łaski Bożej, ten Jego dar dla nas nie spełni swego przeznaczenia. Alkoholicy zaś mogliby wtedy zauważyć w swych wymówkach do nas: widzicie jaką wielką rzeczą mogłaby być wspólnoto AA.

 


 

W trójkącie wspólnoty AA

 

Kiedy dochodzimy do problemu służby, tego elementu tak istotnego dla naszego trzeźwienia, zauważamy, że wszystko zaczyna się i kończy w grupie - zauważymy, że rzadko ma potknięcie osoba, która przygotowuje kawę. Ja zacząłem moją pijacką karierę w tym czasie kiedy przestanie AA dotarło do Norwegii - w 1947 r. W tym czasie nic jeszcze nie wiedziałem o AA i oczywiście nie było to mi potrzebne. Innym było to jednak potrzebne; również moja Siła Wyższa zatroszczyła się o mnie. Tak więc kiedy ponad 30 lat później potrzebowałem pomocy, AA już było gotowe aby mnie przyjąć; zacząłem nowe życie. Najpierw moje zdrowienie (trzeźwość) było jedyną rzeczą , która się liczyła: dzień po dniu - walka i radość. Były to piękne czasy , kiedy stopniowo stawałem się zdolny kształtować moje życie bez alkoholu. Szybko zostałem całkowicie pochłonięty realizacją A-owskiego stylu życia i zacząłem zastanawiać się jak ta wspólnota alkoholików jest zbudowana i jak ona działa. Kiedy pierwszy raz przyszedłem do AA byłem przekonany, że są tam liderzy (prze­wodniczący, prowadzący) i zostało mi sporo czasu na odkrycie, że z wyjątkiem kilku wyjątkowi liderzy są tylko zaufanymi sługami. Zacząłem czytać i zadawać pytania. Większość odpowiedzi otrzymywałem spotykając się z przyjaciółmi w czasie mityngów, nowopow­stałej grupy AA, działającej w pobliżu Oslo, niedaleko mojego miejsca zamieszkania. Nie mieliśmy zbyt dużego doświadczenia, ale na szczęście byliśmy sponsorowani przez doświadczonych członków AA z Oslo. To oni mi powiedzieli, że wśród wielu rzeczy, najważniejszą sprawą w działaniu grupy jest to aby mieć ciągle na uwadze fakt, że "nasze wspólne dobro jest najważniejsze" i że "zbiorowa świadomość powinna być kierowana przez Boga, jak Go pojmujemy -nasi przewodnicy są tylko naszymi zaufanymi sługami". I to jest klucz do trzeźwości zarówno w grupie jak i dla każdego z osobna. Podobnie jak inne grupy, postępowaliśmy razem, dzieliliśmy się wspólnie doświadczeniem Kroków i Tradycji, Trzeźwości i Jedności. Byliśmy w trójkącie Wspólnoty AA i czuliśmy się szczęśliwi. Szybko pojęliśmy jednak, że nasze szczęście nie potrwa długo jeżeli zapomnimy , że ten trójkąt posiada jeszcze trzecią stronę, która spina wszystkie je razem. To jest własna służba. "Znaleźć zamknięte drzwi i brak podającego kawę w deszczowy wieczór jest rzeczą nieprzyjemną, lecz pouczającą". Oto prosty przykład co znaczy służba. I gdzie ona się zaczyna.

 


Pani Słowikowa

 

Płacze pani słowikowa w gniazdku na akacji

Mąż z mityngu o dziewiątej miał być na kolacji

Dba o siebie skrupulatnie, planu dnia się pilnie trzyma

A tu już po jedenastej, a słowika nie ma

 

Kolacja czeka bogata w witaminę Be

Jak się spóźnia łamię halty i może być źle!

Współuzależniona jestem i się niepokoję

To jego spóźnienie, lecz ja się boję!

 

Może mu się co zdarzyło, słowikowa w gniazdku kwili

Z forsy oskubali i na piwko namówili!

To przez zazdrość, to skowronek z bandą pijaczątek!

Forsa głupstwo - odpracuję, trzeźwość- to majątek!

 

Nagle zjawia się pan słowik, poświstuje, skacze

Gdzieś ty bywał, gdzieś ty latał, przecież ja tu płaczę!

A pan słowik słodko ćwierka - wybacz moje złotko

To z mityngu z kolegami wracałem piechotką

 

A ciekawie było z nimi, że aż w duszy miło,

Więc spacerkiem szliśmy razem, tak to się złożyło .

O trzeźwości i o życiu wszyscy rozmawiali

A na koniec do Wesołej ludzi zapraszali!

 

Na sobotę do Wesołej, po chwilę radości,

Wielu ludzi tam już było, znowu będzie dużo gości.

Będą inni ze Wspólnoty, pojedynczo, rodzinami.

Po mityngu jest zabawa i ognisko z kiełbaskami

 

Co ty na to moja droga ? Pofruniemy tam kochanie

 

A w niedzielę Gdy się wyśpisz

 

Podam ci śniadanie !

 

 

Władysław i Ewa

centracji zależało moje życie, i nie tylko moje. Warunki na drodze były fatalne - lód, padający śnieg. Czułam lęk, nie - to nie byt lęk, to był strach, potworny strach, że nie dam rady, że nic podołam. Pomyślałam przez chwilę, że nie dam rady dojechać do domu, zostawię samochód na Wiatracznej i wrócę tramwajem. Zjechałam na pobocze. Serce waliło mi jakby chciało wyskoczyć, głowa bolała mnie potwornie. Do tego doszedł jeszcze ból rąk. Co robić? Co robić? Najchętniej zrezygnowałabym z dalszej jazdy. Ale jak zostawić samochód. Bałam się jechać, bałam się też reakcji właściciela samochodu - czyli ojca. I właśnie wtedy usłyszałam głos: Basia -1, 2 i 3. Nie zrozumiałam. Zaczęłam liczyć, doszłam do 7 i doznałam olśnienia. To nie chodziło o to, żebym policzyła do 10 i z powrotem, lecz o KROKI

1.Ja nie mogę

2. On może

3. Ja mu pozwalam.

Dotarło do mnie, że radio rozkręcone na max dudni, a była to miła muzyka dla ucha, tylko nie te decybele. Poczułam się spokojniejsza Powoli, lecz pewniej pokonywałam kolejne odcinki. Do domu dojechałam po godzinie. Byłam wykończona psychicznie i fizycznie. Była dopiero 22-ga a ja padłam. Przewalałam się w pościeli, coś nie pozwalało mi usnąć, coś mnie gryzło i swędziało, coś drążyło we mnie jak kornik. Zaczęłam składać fakty. To było coś związane z Aninem, coś z tematem mityngu Pamięcią wróciłam do pierwszych miesięcy mojego trzeźwienia. Obraz miałam mało wyraźny. Mój ulubiony FLAT i droga. Droga na działkę. Mam już! Wiem! Ja ubzdurałam sobie, że skoro już kilka miesięcy nie miałam alkoholu w ustach i żyję, dobrze żyję, to mogę już "wchodzić" w sytuacje alkoholowe. Jeden kieliszek, czy piwo nikomu nie zaszkodziło. W tym kawałku czułam się (na tamto myślenie) silna. Ułożyłam sobie, że wykładzina w samochodzie wymaga wymiany, więc właśnie tego dnia ja muszę pojechać na działkę do kogoś, z kim wypiłam wiadro gorzały. To musiał być len dywan. Matka chciała jechać na zakupy, ale ja musiałam co innego. Tak bardzo byłam pewna, że tak silnych jak ja żadne lam naw roty nie dotyczą, że nie zdawałam sobie sprawy ze stanu w jakim jestem. Moja głowa pracowała już tylko na to, co ja muszę. Przed furtką, pod siatką, w cieniu drzewa czereśni, zakwitła pięknym odcieniem czerwieni róża. Byłam tam kilka razy i nie widziałam pod siatką krzaku róży. Zaintrygowana podeszłam bliżej. Nie wiem co działo się ze mną. Nic wiem co mnie skłoniło do tego, abym zeszła z drogi. To co zobaczyłam wywołało we mnie bunt. Nie tylko bunt, to było dziwne o tyle, że ja byłam i wściekła i ciekawa. Pamiętam, że pytałam samą siebie: kto mi to zrobił? Ja byłam zafascynowana tym co widziały moje oczy. Jak wspomniałam była to róża. Piękna, prosta z czerwonym kwiatem. Róża ta była opleciona powojem. Nigdy nie widziałam takiej zażyłości pomiędzy dwiema różnymi roślinami. Patrzyłam z zachwytem na powój, który był popleciony, pokręcony jak Ja. Na płatkach kwiatu były krople rosy . Czas jaki przyglądałam się temu niezwykłemu zjawisku był to czas na trzymanie moich "pijanych, chorych myśli". Ja nie wiem, jakie uczucia spowodowały, że mną zatelepało. We mnie burzyło się. Decyzję podjęłam szybko, nieprawda, to nie ja podjęłam decyzję. Ja poszłam za pod­szeptem. Kłując się w palec, urągając na kolce, zerwałam różę wraz z powojem, złapałam dywan i uciekam. Daleka byłam od zas­tanowienia się nad sobą, nad drugim człowie­kiem, nad sytuacją i czasem. W momencie, gdy odjechałam już nieco, gdy uświadomiłam sobie, że jadę zbyt szybko postanowiłam, nieprawda, pojawiła się myśl, ażeby różę tę zawieźć kobiecie