MITYNG 2/21/97

DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO


 

Życie moje.

 

Jestem alkoholiczką, mówiąc to jestem o tym absolutnie przekonana i autentycznie modlę się, by o tym pamiętać. Kiedy piłam, absolutnie mi to do głowy nie przyszło, że ja mogę być alkoholiczką?

 

Piłam bardzo długo, ostatni ciąg trwał rok, równo rok. Przez cały czas nie byłam kompletnie ululaną, ale co godzinę musiałam sobie strzelić, cały czas nosiłam przy sobie alkohol. Miałam odpowiednią torebkę, by flaszeczka się mieściła. Musiałam wypić, bo mi cały czas latała filiżanka z kawą w ręku, szefa się wstydziłam, a siedziałam naprzeciwko niego. Okno było cały czas otwarte, bo ja lubiłam świeże powietrze. Co kto wszedł, to mówił: ,,Co u was tak zimno i śmierdzi alkoholem?" Myślałam sobie, co za straszna małpa? Ale nie wszystkie tam były małpy takie, co mnie bez przerwy krytykowały. Miałam przyjaciół w pracy, z którymi dawniej pracowałam a potem byłam z nimi w innym biurze i oni tam debatowali nad moją osobą, nawet mi do głowy nie przychodziło, że rzeczywiście nadużywam tego alkoholu. Jedna osoba zauważyła, druga potem się dowiedziała, faktem jest, że koleżanka wywołała mnie z mojego pokoju na korytarz i mówi: Elżuniu, jesteś alkoholiczką! Ja byłam w takim stanie, że uszy po sobie. Ona mówi, że to choroba, wielu ludzi na to choruje. Leczą się i można się wyleczyć. Zastanów się ile przez to tracisz, ile już straciłaś. Czy chciałabyś się leczyć? Ja powiedziałam tak, oczywiście. Zaprowadziła mnie do Petry. Tam rozmawiałam z terapeutką, ja mówiłam, ja się wyżala-łam, bo było mi strasznie. Czułam się jak taka zbita, bura suka. Byłam w okropnym stanie, pić już nie mogłam a bez picia też nie mogłam. Z autentyczną nadzieją w głosie zapytałam. Czy jest na to jakaś rada? Ona mi mówi tak - abstynencja. Ale chyba nie całkowita? Raczej całkowita. Po tym spotkaniu poszłam do „dziennikarzy" i dalej chlałam. Później odkryłam w sobie te wszystkie mechanizmy zakłamania, jak siebie samą oszukiwałam, jak potrafiłam cudownie zmyślać historie, by pożyczyć flaszkę spirytusu. Fajnie się bawiłam nim na działce, ale gdy go zabrakło w końcu wypiłam jakiś środek przeciw komarom, na spirytusie. Potem znowu koleżanka zaprowadziła mnie do Petry, znowu zapiłam, byłam beznadziejnym przypadkiem. „Ela, ta, co ciągle zapija i się przyznaje". Ja potrafiłam przyjść do Petry pijana i powiedzieć: Zróbcie coś, żebym ja nie piła. Weźcie do zakładu zamkniętego, bo ja już nie dam rady. Wydawało mi się to niemożliwe, żebym ja przestała pić, a nawet jak przestanę, to, co? Jakie to życie nudne! Tych, co nie piją uważałam za nienormalnych. Teraz jestem Bogu wdzięczna za te zapicia, bo każde czegoś mnie nauczyło, ja wyciągnęłam wniosek z każdego zapicia. Było we mnie, zresztą jest do tej pory, bardzo dużo pychy, Jak mi się udało nie pić parę dni, to ja byłam pewna siebie. Jak ja nie piłam dzień, to chodziłam jakby z aureolą. Dyrektor pewnego razu mówi tak. Cieszę się, że pani nie pije. A ja na to: Pan wie ile mnie to kosztuje? On mi bezczelnie na to: Przecież Pani to robi dla siebie! Żadnego uznania, premii, nagrody, awansu, wręcz odwrotnie. Konsekwencje miałam duże, wiele lat (27) przepracowałam w jednej instytucji, miałam bardzo dobrą opinię i dzięki temu mnie nie wywalili. Powiedzieli: Ty pisz rezygnację z kierowniczego stanowiska, bo tak dalej być nie może. Nie słuchałam tego, co mi mówili inni, bo ja byłam mądrzejsza. Sama przecież lepiej wiedziałam. Zapicia nauczyły mnie słuchać innych. Mimo ostrzeżeń chodziłam tam, gdzie piłam. Inni są słabsi, ja silna. Poradzę sobie, no i tak było z 10 razy. W końcu się napiłam. Nie wzniecać w sobie złości. Gdy samochód mi ukradli byłam wściekła, planowałam zemstę i taką złość w sobie pielęgnowałam, że się napiłam. Ukradli mi jeszcze zegarek, paszport, torebkę, futro na dodatek do samochodu, W pracy czułam się bardzo źle, gdy szłam korytarzem i widziałam rozmawiające osoby, to byłam pewna, że oni o mnie rozmawiają. Każda wpadka uczyła mnie czegoś. Wszystkie uczucia są potrzebne, nawet taka złość bywa czasem konstruktywna. Pamiętam jak dwie terapeutki znęcały się nade mną, po kolejnej wpadce. To powiedziałam sobie: na złość się nie napiję. I od tego się nie napiłam. Był Wojtek w Petrze, który jeździł na GOD do Rywałdu. Jadę na GOD, on mówi. Jak wrócę, to ty już będziesz na grupie rotacyjnej. On wraca, a mnie nie ma. Za którymś razem, gdy już wrócił Wojtek, w Petrze był mój syn. Pytał o mnie, bo już mnie 2 tygodnie nie było w domu, a on mnie szukał po całej Warszawie. A ja byłam w melinie, takiej gdzie nigdy nie byłam i nikt nie wiedział gdzie mnie szukać. Co mi pomogło? Na początku złość, a potem poważnie pomyślałam i powiedziałam to terapeutce, na którejś grupie wstępnej, ja już nigdy się nie napiję. Ona mi mówi, ty Ela powiedz sobie, że dzisiaj. Dzisiaj to każdy może sobie powiedzieć, ja byłam przecież nadzwyczajna, jak każdy alkoholik. Ale wtedy coś wreszcie do mnie dotarło i powiedziałam sobie, rzeczywiście ja się tylko dzisiaj nie napije i nie napiłam się. A potem były następne zajęcia, a terapeuta mówi: „Ja, gdybym wiedział, że mogę pić kontrolowanie, to bym się dzisiaj nie napił, nie mam ochoty". Ja sobie myślę, ale kit wciska. On nie ma ochoty się napić? I komu on to mówi? I tak sobie główkuję, na szczęście na to myślenie, nie poszłam do żadnego baru, tylko szłam ulicą i dumałam. Stara, to znaczy, że jak ty mu nie wierzysz, że on nie chce pić, to tobie chce się pić. Pierwszy raz w życiu wtedy sobie uświadomiłam, że mi się chce pić. Bo przedtem to ja nie wiedziałam, że mi się chce pić. Ja byłam zawsze niewinna, budziłam się z ręką w nocniku i nigdy nie wiedziałam jak to się stało, że się napiłam. Ja nigdy nie chciałam! Na pierwszy mityng trafiłam wyrzucona z grupy wstępnej, bo byłam w stanie wskazującym. W Petrze mityngi były naprzeciwko, na drugim też byłam podcięta. Patrzyłam na tych na mityngu, ja jeszcze normalnie się trzymam, a ten to już chlał, śpi. Było mi bardzo źle i nawet nie pamiętam czy mnie ktoś przyjmował na tym mityngu jednym i drugim? Nie pamiętam! Dla mnie najważniejsze jest to, że pamiętam pewną sobotę. Nie było zajęć. Syn wychodził do mojej mamy a mnie było strasznie źle. Wiedziałam, że jak sama zostanę w domu to wtedy nie wytrzymam. On wyszedł. Ja mieszkam blisko cmentarza, wzięłam różaniec i poszłam na spacer na cmentarz. Odmawiałam ten różaniec. Mówię, Boże jest ta Siła Wyższa, zrób coś by ta siła zadziałała. Bóg dla mnie to był ten znany jeszcze z dzieciństwa, a Siła Wyższa to było coś nieokreślonego, ja nie wiedziałam wtedy, co? W tym momencie przyszła mi do głowy myśl, żeby iść na mityng. Wróciłam do domu jak wrak. Musiałam znaleźć taki mityng, na który dojadę jednym tramwajem, na taksówkę nie miałam, z samochodu wrak. Był mityng na Chłodnej. Pamiętam, że zaczepiłam siostrę zakonną i całym zdaniem zapytałam. Czy tu gdzieś są mityngi Anonimowych Alkoholików? Ona mówi tak, ale o 18-ej. Dobrze, poczekam. Były same jakieś pijaki i ja jedna, która tak długo już nie piła. Ja nie wiem, co tam mówiłam, dla mnie było ważne, że nikt mi nie przerwał, nikt mnie nie wyrzucił. Ponieważ tak się chwaliłam, że długo nie piję, to koleżanka mnie zapytała: Jak Ty długo nie pijesz? Ja na to - 10 dni! Popatrzyła, uśmiechnęła się. Ja nie powiem, żebym po tym mityngu świetnie się czuła. Gadałam, jakbym się blekotu najadła, nikt mi nic nie powiedział. Było dla mnie ważne, że z grupy mnie wyrzucili, a z mityngu nie. Ja się wtedy nie napiłam, ale już chyba wtedy nie chciałam pić. Ja wszystkich zaczepiałam i pytałam, a co ty robisz, żeby nie pić, kiedy ci się chce. Jedni jedli czekoladę, inni pili ziółka, napoje gazowane, każdy coś innego. Ja to miałam takie żelki, miśki, teraz też je sobie kupuję, bo je bardzo lubię. Nie wiem jak to się stało, te pierwsze tygodnie były straszne, że ja rzeczywiście nie piłam. Zaczęłam dużo robić, tzn. każdy dzień był zaplanowany. Plan miałam na każdy dzień. Oprócz tego miałam generalny plan tego, co mam do zrobienia. Starałam się te plany realizować. Teraz widzę, że wszystko robiłam pod kątem trzeźwienia, absolutnie wszystko. Trzeźwienie było dla mnie najważniejsze. Zrezygnowałam z wyjazdu w delegację, bo wiedziałam, że tam się piło. Gdy syn wyjechał, ja nie piłam 14 dni. Gdybym się teraz napiła, to on by nie wiedział. Ale potem, po ostatniej wpadce zrobiłam sobie listę konsekwencji mojego picia. Było to kilkadziesiąt punktów i straty materialne były na ostatnim miejscu. Ale znam siebie. Jeden czy pięć to mnie nie urządza, już to przećwiczyłam. Przecież może tak być, że ten dzieciak wróci, a ja jeszcze będę piła. Przecież ostatnio piłam rok. No i nie napiłam się. Przed piciem powstrzymywał mnie jeszcze fakt, że byłam absolutnie pewna, że nie mam kontroli nad ilością spożywanego alkoholu. Jeżeli zacznę, to koniec. A jak koniec, to patrz! W torebce miałam zawsze listę konsekwencji mojego picia. To jest dla mnie istotne, ja w tej chwili jestem ogromnie wdzięczna koleżankom z pracy. One całe narady na mój temat odbywały, bym zaczęła się leczyć. Zanim poszłam do Petry, to mnie wozili po szpitalach, a to tu, a to tam, na nerwy. Lekarz wiedział, że ja nadużywam, ale oficjalnie był to zespół nerwicowy. W szpitalu nie piłam pięć dni nawet, potem lekarz coś tam robił i zostawił spirytus, który ja wypiłam. Potem prosiłam by mi przynosili. Zapytałam koleżankę, która ze mną rozmawiała, jak to się stało, że Ciebie wybrali? Tam się sporo osób naradzało. Ona mówi: ja nie wiem, jakoś tak się wcisnęłam. To też Bóg zrobił, bo od kogoś innego ja bym nie przyjęła tych słów. Marylko, czy ty zdajesz sobie sprawę, że moja reakcja mogła być straszna? Ja mogłam cię wtedy uderzyć, czy coś w tym typie. Ona mówi: wiem, że mogło być różnie. Czy chodziłaś na jakieś kursy, żeby wiedzieć jak ze mną rozmawiać, bo jakiś skutek był? Ona mi mówi - nie, bo cię kocham! Jak ona ze mną rozmawiała, nie czułam żadnego potępienia, tylko troskę o mnie. I to mnie wzięło. Potem się dowiedziałam, że nie jestem odpowiedzialna za swoją chorobę, jestem tylko odpowiedzialna za swoje leczenie, jak już wiem, że jestem chora. I staram się to robić. Dla mnie naprawdę hierarchia wartości się zmienia i to jest normalne. Kiedyś to bardzo gardziłam ludźmi, którzy zmieniali zdanie i to jest dla mnie dowód, jaka byłam „nieomylna". Teraz mi się zmienia hierarchia wartości, ale to trzeźwienie jest sprawą nadrzędną, która towarzyszy wszystkiemu. Miałam momenty, które utkwiły mi w pamięci głęboko. Jak wyjechałam pierwszy raz w delegację, szef mi wyraźnie powiedział, że on był przeciwny, ale zakład zdecydował. Pojechałam i cała ekipa dostała od klienta prezenty, z tym, że każdy wiedział czyja jest, która torba. Moja torba stała na takiej półeczce. Spadła na wykładzinę. Był w niej obrus haftowany, ale i koniak. Mimo, że był w kartoniku, to zbił się. Normalnie, gdy wypada butelka na terakotę, to się nie tłucze. A tu się zbiła. Przyjęłam to jako dobry znak, że się zbiła. Bo może się już nie napiję. Już to niepicie nie było takie straszne. Powoli mijała obsesja picia i coraz mi było lepiej i spokojniej. Nie powiem, żeby to było, że tak chciałam i tak się stało. Ja nie wiem jak to się stało? Ja chodziłam, robiłam to, co kazali, ale nie wierzyłam, że to możliwe. Teraz widzę, że to jest możliwe i autentycznie jestem bardzo szczęśliwa, że nie piję. Ja jestem Bogu wdzięczna za to, że jestem alkoholiczką. Bo jak przypomnę sobie lata dziecinne, młodzieńcze, to ja zawsze byłam niezadowolona z siebie, ze wszystkiego. Zawsze miałam pretensje. Żeby nie to, że dotknęła mnie ta choroba, to ja żyłabym dalej wiecznie niezadowolona z siebie i ze wszystkich ludzi. I miałabym pretensje do siebie i innych. Żadna siła by mnie nie zmusiła do pracy nad sobą, bo ja jestem normalna, a że inni są niedobrzy to, co. Mam pecha w życiu. Dzięki temu, że nie piłam, łatwiej mi było uświadomić sobie, że to ze mną jest coś nie tak. Łatwiej było zacząć pracować nad sobą. Rzeczywiście pracy włożyłam dużo i potem zrozumiałam, że dlatego zapijałam, że nic nie robiłam, tylko nie piłam. Raz nie piłam 2 tygodnie, 17, 19 dni, ale tylko nie piłam i nic więcej. A jak zaczęłam coś robić, to już nie doszło do tego zapicia. To jest dla mnie bardzo ważne. Przedtem to ta Siła Większa była jakaś nieokreślona. Teraz jest Bóg i tak ma być. Bóg jest dla mnie tą siłą. Pierwszym motorem to była dla mnie grupa, grupa ludzi niepijących. Teraz grupa jest ważna, ale to wszystko zrobił Bóg. Dzięki temu jeszcze, że nie piję, zbliżyłam się do Boga, to jest dla mnie ważne. Żyć wierząc, jest trudno. Ale żyć nie wierząc jest jeszcze trudniej. Nie wiem jakbym sobie dała radę. Ja codziennie rano modliłam się, żebym się dzisiaj nie napiła. Wieczorem dziękowałam Bogu, że się nie napiłam. Zmieniłam stosunek do ludzi, do życia, do świata. Są takie momenty, gdy było mi ciężko. Miałam wypadek, kiedy już nie piłam 7 miesięcy. Sanitariusz w karetce mówi: przydałby się pani kielich, ja mam. Podziękowałam, poprosiłam tylko o papierosa. Nawet wtedy nie miałam ochoty się napić. Ucieszyłam się z tego bardzo, gdy to sobie uzmysłowiłam. Kiedy latem było gorąco, mówię do syna: pić mi się chce. On, że jest tylko piwo. Syneczku, piwa to ja nie mogę. Zagotowałam wodę i wypiłam herbatę. Inaczej patrzę na świat. Ja wiem, najpierw to było takie nakazane - szukaj pogodnej strony dnia. Więc się starałam to robić. Potem samo przychodziło szukanie, było to automatyczne. Pewnego razu szłam ulicą o kulach. Słońce świeci, a ja się martwię o pracę. Jest piękne słońce, drzewa zielone, ale ja myślę, „co ze mną?" Mówię sobie: „Ty stara, głupia małpo. Jak tak idziesz teraz tą drogą, to przecież nic nie załatwisz, w sprawie pracy, ani w żadnej innej sprawie. A to słońce może za chwilę zajść, więc się ciesz, że ono jest. Przyjdziesz do domu, to coś może załatwisz. Porąbana byłam równo, chora, wiem teraz, że to choroba. Zmuszałam się, ciesz się tym, co jest. Kobieta, która była ze mną na sali komentowała, jaka to tragedia. A ja mówię, że się cieszę, że żyję. Jak leżałam na jezdni było strasznie ślisko, a mnie żaden samochód nie najechał, nie zabił. Jak się okazało, że mam martwicę, to, że mi nogi nie ucięli. A jak okazało się, że mam inną chorobę, ale mimo to zaczęłam chodzić, to szukałam tej pogodnej strony tak sama w sobie i dla siebie. Jeśli chodzi o stosunki z ludźmi, to kiedyś najważniejsze dla mnie było, żeby udowodnić, że ja mam rację. Ja zawsze miałam rację, tylko ludzie mnie nie rozumieli. Ja tłumaczyłam i nic, a potem awantury. Teraz jest najważniejsze, żeby załatwić sprawy, nie udowadniać swoje racje. Tym bardziej nie upieram się przy swoich racjach, bo już potrafię zmieniać zdanie, bardzo mnie fascynuje praca nad sobą. Stwierdziłam, że jestem ciekawym obiektem sama dla siebie. Ja się nie znałam, patrzę na siebie z dystansu. Gdy syn mi powiedział, że jestem jak mała dziewczynka to się oburzyłam. Przecież ten dzieciak miał rację, te moje zachowania, gdy coś się popsuło, ja obrażona. Czego ty ode mnie chcesz? W końcu on mnie zapytał. Mamo, dlaczego ty ciągle uważasz, że ja mam do ciebie pretensje. Ja tylko mówię, co jest źle, a nie winie o to ciebie, W końcu otworzył mi na to oczy, że ja tylko na sobie jestem skupiona. Inni ludzie też otwierają mi, oczy bez przerwy. Gdy dostałam dobrą pracę, umówiłam się z szefem, że go odwiozę na lotnisko o godz. 11-ej. Ja łażę sobie po domu, łażę, patrzę - za 10 jedenasta. To jadę, a o 11 miałam być w hotelu. Przyjeżdżam, a jego tam nie ma. Jadę taksówką i         mówię o sytuacji kierowcy, taka zdenerwowana jestem, kierowca mnie uspakaja i mówi; zdarza się to każdemu. Ja myślę, jakimś matołom, ale nie mnie. Taksówkarz jakby to wyczuł i mówi: Proszę pani, każdemu może się zdarzyć. Stałam się łagodniejsza dla siebie, już nie taka wymagająca. Gdy kiedyś ktoś miał przyjść lub przyjechać, to nie spałam całą noc, żeby mieszkanie lśniło. Teraz mówię trudno, ile zdążę, to zrobię. Dla mnie ważne jest to, żeby starać się dać z siebie tyle ile mogę. Ja dbam, o to, żeby się nie przemęczać, to jest proste. Jak mam czasami jakieś wątpliwości, wahania, to staram się być sobą, nie przejmować się tak bardzo swoją osobą. To mi pomaga. Napewno 30 lat temu to ja miałam więcej powodów do radości i do tego, żeby być szczęśliwą. Obiektywnie patrząc, więcej niż teraz. Wtedy to ja potrafiłam cały dzień płakać, bo byłam bardzo nieszczęśliwa. Ojciec pyta! czego płaczę, to ja na to:, bo mnie spartoliłeś. Przecież siedziałam i wyszukiwałam wady, jakie mam w sobie. A teraz wiek nie ten, zdrowie nie to i możliwości nie te, a ja jestem szczęśliwa. Rzeczywiście szczęście to tylko w sobie można wyhodować i to jest chyba rzeczywiście prawda, że na ile chcę być szczęśliwa, to na tyle jestem. Kiedyś wydawało mi się, że jak żyć to wesoło no i rzeczywiście żyłam sobie wesoło. Z tym, że to miało tragiczne skutki. Jak pamiętam te pierwsze mityngi, siedziały takie smutasy, ja nie wierzyłam, że tam jest tylko kawa. Kto by tam gadał przy kawie. Wszyscy byli jacyś nawiedzeni, nic mi się absolutnie nie podobało, nic. A już cierpienia to żadnego nie mogłam przyjąć. Miałam po 3 latach takie ciężkie przeżycia. Koleżanka nawet mówiła, wiesz ja bym zapiła. Mnie nawet przyszła taka myśl, że może by to pomogło. Ale wiem, że dlatego piłam, że nie mogłam znieść cierpienia. Picie to wyjście najłatwiejsze, a ty pokaż, że rzeczywiście coś ze sobą zrobiłaś. Przecież tyle osób cierpi, a nie każdy cierpiący od razu chwyta za flaszkę. No i jakoś to sobie przetłumaczyłam. Inaczej przyjmuję uwagi, gdy syn mi je zwraca. Nie traktuję ich jako osądu. On też jakoś zrozumiał, że to choroba. Ja byłam przekonana, że jestem bardzo tolerancyjna. Nie ma mowy o tym, bym kimkolwiek rządziła. Starałam się być całkowicie różna niż moja mama. Ona była apodyktyczna, a ja starałam się być tolerancyjna. A syn miał do mnie pretensje, że ja byłam taka rządząca. I to mi nie wychodziło. Podziękowałam synowi za to, że mi to powiedział, bo ja tego nie widziałam. Dzięki temu, że trzeźwiejąc zauważyłam to, jestem wdzięczna za uwagi, bo to mi może dać wskazówki do pracy nad sobą. Reaguję zupełnie inaczej. Jestem bardzo szczęśliwa, że jestem alkoholiczką. Jestem Bogu wdzięczna za to, że jestem alkoholiczką. Bez tego nie żyłabym pełnią życia. Moje życie byłoby powierzchowne. Na ludzi bym patrzyła inaczej. Najstraszniejsze dla mnie było to rozdarcie między tym, co uważałam za dobre, a tym, co robiłam. Inna byłam w środku a inna na zewnątrz. A jeszcze miałam pretensje, że ludzie nie widzą, jaka jestem w środku, tylko sądzą po tych pozorach. Ta pijana baba to tylko pozory, bo w środku to ona jest dobra. To było dla mnie straszne, że co innego robiłam a co innego chciałam. I wobec tego byłam bezsilna, nic nie mogłam zrobić, bo ja rzeczywiście byłam człowiekiem bezwolnym. Nie miałam wyboru, musiałam iść za tą flaszką. Teraz to ja dokonuję wyborów, na miarę moich możliwości. Pierwszy wybór, to to, że nie napiję się pierwszego kieliszka. Bo to jest dla mnie najważniejsze. Dlatego, że sama dotknęłam strasznego życia, to patrzę z szacunkiem na każdego człowieka. Z szacunkiem i ze współczuciem, a nie oceniam, nie potępiam. To chyba Bóg mi dał po to taką chorobę, bo ja taka harda natura i pychy we mnie sporo, żebym mogła żyć lepiej, pełnią życia i jestem zadowolona teraz ze swojego życia. A to jest teraz chyba najważniejsze.

 


 

Ja i moja rodzina.

 

Piłem przez ponad dwadzieścia lat i w tym okresie nigdy nie udało mi się założyć swojej własnej rodziny.

 

Mam na imię Andrzej i jestem alkoholikiem. Piłem przez ponad dwadzieścia lat i w tym okresie nigdy nie udało mi się założyć swojej własnej rodziny. Pamiętam, że w niektórych pijackich momentach zazdrościłem innym mężczyznom tego, że mają żony, że mogą z dziećmi wyjść na spacer do parku. W duszy marzyłem o domu rodzinnym, w którym będzie spokój, miłość o wzajemne zrozumie nie. W tym okresie było we mnie jednak dużo strachu. Ojciec mój również jest alkoholikiem i wiele razy jako dziecko widziałem wiele awantur wywołanych przez niego po pijane mu. Pamiętam, że strasznie się bałem, gdy ojciec wracał z pracy do domu (było ciągłe oczekiwanie - trzeźwy, czy pijany). Myślę, że w tamtych czasach wytworzył się strach przed założeniem własnej rodziny. W podświadomości wiedziałem, że sam jestem alkoholikiem i nie chciałem, aby moje dzieci przechodziły to samo, co ja w dzieciństwie.

Choroba alkoholowa doprowadziła później do tego, ze zacząłem się uważać za nieudacznika i myślałem, że nie nadaję się do tego, aby być ojcem swoich przyszłych dzieci. W czerw-

cu 1993 r. sięgnąłem swojego dna. Odważyłem się poprosić o pomoc innego alkoholika. Uwierzyłem mu i ponownie zacząłem uczęszczać na mityngi Wspólnoty Anonimowych Alkoholików. Stał się cud. Przestałem pić. Po pewnym czasie spróbowałem żyć według zasad programu 12 kroków AA. W pewnym momencie mojego trzeźwienia wyzbyłem się strachu i założyłem swoją wymarzoną rodzinę. Moje marzenia się spełniły, mam również dwie kochane córeczki. Pamiętam, że gdy zakładałem swoją nową rodzinę nie było we mnie strachu, lecz był niepokój, czy podałam obowiązkom męża i ojca. Dzisiaj umiem odróżnić strach od lęku. Wiem, że lęk będzie mi towarzyszył zawsze przy realizacji nowych, nieznanych spraw. Lecz pogodziłem się z tym i wcale mnie to nie przeraża. W AA nauczono mnie pokonywać przeszkody, a przede wszystkim nie wstydzić się prosić o pomoc. Dzisiaj jestem szczęśliwym człowiekiem. W mojej rodzinie nie ma strachu, panuje spokój, ciepło, miłość oraz wzajemne zrozumienie. Jestem alkoholikiem i jestem chory na tzw. chorobę emocji. Czasem zapominam o programie HALT, w wyniku, czego jestem zmęczony i zły. W tych momentach wybucham, kłócę się, dochodzi do ogólnej awantury. Jest to dla mnie bardzo trudny i niebezpieczny stan. W AA nauczono mnie jednak wybaczania i      umiejętności przepraszania. To są bardzo ważne dla mnie chwile, gdy po długiej rozmowie nawzajem się przepraszamy i wybaczamy sobie nasze emocjonalne oskarżenie. W tych momentach bardzo po maga mi, DESIDERATA. „Prawdę swą głoś spokojnie i jasno, słuchaj tego, co mówią inni, nawet i ignoranci, oni też mają swoją opowieść..." Staram się nie dopuszczać do takich

sytuacji, Pomaga mi w tym 10 krok AA. „Prowadziliśmy nadal obrachunek osobisty, z miejsca przyznając się do popełnionych błędów". Pamiętam, że gdy zakładałem swoją rodzinę, to nie chciałem w niej być tyranem, ale również tzw. pantoflarzem. Pomaga mi w tym początek I Tradycji AA. „Nasze wspólne dobro powinno być najważniejsze". W mojej rodzinie nie ma tyranów i pantoflarzy. Razem z moją partnerką podejmujemy decyzje, realizujemy plany, nawet często pytamy dzieci, ponieważ one też mają wspaniałe pomysły. Robienie czegoś wspólnie jest bardzo dla mnie ważne, sprawia mi to radość i satysfakcję. Choroba alkoholowa doprowadziła do tego, że zacząłem się uważać za bezwartościowego człowieka tzw. nieudacznika. W mojej nowej rodzinie nie ma nieudaczników. Gdy zdarzy mi się być w takim stanie, moja kochana kobieta zawsze stara się mi pomóc. Wyraża wtedy wiele ciepłych uczuć, podnosi mnie na duchu i znów staję się pełnowartościowym, zdolnym do pokonywania życiowych przeszkód Andrzejem. Jest to wspaniałe. Dzieciom również mówimy o tym, że są mądre, kochane i wspaniałe. Myślę, że podnoszenie poczucia własnej wartości w rodzinie jest bardzo ważne dla człowieka. Życie rodzinne jest wspaniałe, ale nie jest wcale łatwe. Jako alkoholik mam skłonność do komplikowania, gmatwania i utrudniania sobie samemu wielu spraw. Pomaga mi w tych momentach program AA. Sugeruje on, aby widzieć sprawy takimi, jakimi one są, w sposób prosty i bezpośredni. Staram się z pomocą mojej rodziny oraz przyjaciół z AA rozwiązywać je w ciągu 24 godzin. Nie jest to łatwe, ale próbuję tak postępować. Przekonałem się, że wtedy jest we mnie wiele pogody ducha i radości, a uczucia te przenoszą się na moją rodzinę. W AA nauczyłem się, że moja trzeźwość jest najważniejsza. W początkowym okresie swojego trzeźwienia stosowałem tzw. pozytywny egoizm. Koncentrowałem się wyłącznie na sobie i swoim trzeźwieniu. Gdy przeminęła obsesja picia i powoli zaczął zdrowieć mój umysł i dusza, to nastąpił moment, że postanowiłem dzielić się swoją trzeźwością ze swoją rodziną. Myślę, że moja trzeźwość jest najważniejsza, jest to moje motto do końca życia, ale uważam, że bardzo ważna jest dla mnie też moja rodzina. Moja wspaniała żona i moje dwie córeczki. Kiedyś myślałem, że świat jest jednym wielkim bezsensem. Dzisiaj myślę, że życie jest trudne, ale piękne i radosne. Mam cel w życiu. Jednym z celów jest wychowanie moich dzieci i poprawienie stosunków rodzinnych. W trzeźwieniu pomagają mi przyjaciele z AA, uczęszczam na mityngi, akceptacja i realizowanie 12 kroków. Przekonałem się również, że pomocna w tym jest moja kochająca, wyrozumiała rodzina. Myślę, że gdy będę próbował stosować w swoim życiu zasady 12 Kroków i tradycji AA, to będę w mojej rodzime rozumiany i będę kochany przez swoich bliskich. Nasza desiderata pomoże mi zachować spokój oraz zrozumieć, że nie tylko ja żyję na tym świecie, ale jest miejsce w nim dla mojej partnerki i moich dwóch kochanych córeczek.

Andrzej - szczęśliwy alkoholik.

 


 

MIĘDZYNARODOWA KONWENCJA 2000 r.!!!

* WYBIERZ TEMAT KONWENCJI

* TERMIN SKŁADANIA PROPOZYCJI 30.06.1897 r.

Wierzcie lub nie, ale to już czas, aby pomyśleć nad tematem wiodącym Międzynarodowej Konwencji uświetniającej obchody 65-lecia wspólnoty AA mającej się odbyć w terminie 29.06-02.07. w roku 2000!!!, w Minneapolis, w stanie Minnesota w USA,

Komitet organizacyjny zwraca się do nas z prośbą o nadsyłanie do 30.06,97r propozycji tematu lub innych sugestii tematu wiodącego. Na specjalnym, wrześniowym spotkaniu wszelkie propozycje zostaną rozpatrzone przez komitet powierników

Przypominamy tematy poprzednich konwencji:

1965r -Jestem odpowiedzialny

1970r -Jedność.

1975r - Rozpoczynam od siebie.

1980r - Radość życia

1985r - 50 łat z wdzięcznością.

1990r - 55 łat - dzień po dniu,

1995r - AA Gdziekolwiek - ktokolwiek.

Propozycje można nadsyłać na adres:

INTERNATIONAL CONVENTIONS COMMITEE

PO BOX 459.GRAND CENTRAL STATION

NEW YORK NY10163

lub BSK AA Warszawa skr.poczt.243,

Zespół ds. spraw literatury AA Region Warszawa

 


 

Nie, to nie może mnie dotyczyć.

 

Taka była moja odruchowa reakcja, kiedy usłyszałam wiadomość od mojej intergrupy nagraną na automatycznej sekretarce: jakaś dziennikarka z magazynu dla kobiet poszukuje członkini AA dla przeprowadzenia wywiadu.

 

Taka była moja odruchowa reakcja, kiedy usłyszałam wiadomość od mojej intergrupy nagraną na automatycznej sekretarce: jakaś dziennikarka z magazynu dla kobiet poszukuje członkini AA dla przeprowadzenia wywiadu. Gdybym zechciała z nią porozmawiać, miałam zadzwonić pod ten numer. Od razu postanowiłam odmówić, niedobrze robiło mi się na myśl o tym, co zaczęto nazywać „przemysłem zbiorowego dochodzenia do zdrowia" i uwagi, jaką poświęcały temu media; na myśl o idiotycznych, mijających się z prawdą artykułach i podręcznikach, jak sobie pomóc; „gwiazdach" większego i mniejszego autoramentu notory-cznie łamiących zasadę anonimowości. To prawda, „Nie! Tylko nie ja!" było (i wciąż pozostaje) moją reakcją na dużą część mojego doświadczenia w kontaktach z Anonimowymi Alkoholikami i na mój alkoholizm sam w sobie: ja nie mogłam być alkoholiczką (nieważne, że było nimi oboje moich rodziców, że wielokrotnie urywał mi się film itd.). Ja mogłam kontrolować picie, (sęk w tym, że niestety nie mogłam), potrzebowałam tylko trochę więcej samozaparcia. Ja przecież nie potrzebowałam AA! Do chwili, kiedy naprawdę zaczęłam potrzebować. Wiedziałam o AA, ponieważ pisałam książki i artykuły nawiązujące do ich działalności. Wiedziałam, że to zdawało egzamin: odniosło skutek w przypadku mojego ojca. Ale wiele z ich idei nie mogło odnosić się do mnie. Nie byłam szalona czy chora; miałam jeszcze własne zęby i mieszkanie, zawsze o siebie dbałam. Oczywiście, wiedziałam, że inni potrzebowali tych rzeczy: prostoty, spokoju, stopniowego powrotu do zdrowia. Ja dziękuję, sama poradzę sobie w życiu. Był tylko ten problem z piciem, który wymknął się spod kontroli. Wiedziałam, że w AA mogą pomóc mi przestać pić ,(choć nie miałam pojęcia, w jaki sposób), i to było wszystko, czego potrzebowałam. Nie myślałam, że mogę być szczęśliwa: to też odnosiło się do innych. Może nie zdawałam sobie nawet sprawy, że jestem nieszczęśliwa -a jednak byłam. Faktycznie byłam żałosna, w agonii. I chociaż cieszyłam się, że już nie piję, wiele spraw związanych z AA martwiło mnie. Postępowałam według kolejnych Kroków tylko na tyle, żeby przejść wszystkie testy. Tradycje nie miały dla mnie większego sensu, ale wiedziałam, że dla was miały duże znaczenie, więc byłam w stosunku do nich wyrozumiała. Jeżeli chodzi o „literaturę" i publikacje, cóż, nie wzbudzały we mnie żadnego odzewu. Potem jednak coś musiało mnie obudzić, bo zrozumiałam, że AA to coś więcej niż program samodoskonalenia. Stało się to, gdy usłyszałam, że Kroki mają chronić mnie przed alkoholem; Tradycje zaś mają ochraniać AA przede mną. Poruszyło to mną, ponieważ jestem alkoholiczką tego rodzaju, że już na pierwszym spotkaniu lepiej niż inni wiedziałam, jak usprawnić pracę AA. Weźmy choćby publikacje: miałam gotowy plan ich ulepszenia. W końcu, byłam w tym ekspertem. Powinniście się cieszyć, że możecie skorzystać z mojej wiedzy. (Fakt, że to właśnie utrata pracy przywiodła mnie do AA jakoś umknął mojej uwadze). Można, więc zauważyć, że wszystkie te lata, jakie upłynęły od tamtego czasu do chwili, kiedy usłyszałam tę feralną wiadomość „Nie! Tylko nie ja!" znaczył jakiś postęp. Ponieważ, szczęśliwie tak dla mnie, jak i dla całego AA, znalazłam przystań w macierzystej grupie zorientowanej na Tradycje, z oddanym służbie, również świadomym wagi Tradycji sponsorem. Kiedy, po kilku latach, sama zostałam mandatariuszką i przeczytałam (w jednej z tych „nieprecyzyjnych" broszurek), że jestem „strażniczką Tradycji", wzięłam to na poważnie i zdecydowałam, że może jednak nie trzeba naprawiać czegoś, co działa całkiem dobrze. Zanim jednak program dwunastu kroków stał się tak popularny i zaczął zajmować coraz więcej miejsca w mediach, miałam do niego ambiwalentny stosunek. Z jednej strony, nie wiem, czy trafiłabym na moje pierwsze spotkanie AA, gdyby ludzie, którzy zaciągnęli tam mojego ojca, nie dowiedzieli się o tym z prasy, czy gdyby sławne osobistości nie czyniły publicznych zwierzeń na temat swojego problemu z piciem. Rozumiałam, oczywiście, że anonimowość jest podstawą programu - jest tym, co pomaga ludziom czuć się na tyle bezpiecznie, aby się przyłączyć do nas. Można to łatwo dostrzec. (Duchowa strona zaczyna mieć sens dopiero później.) Ale zainteresowanie prasy tego rodzaju sprawami wydawało się takim dobrym posunięciem! Dziennikarstwo jest jednym ze sposobów, w jaki zarabiałam na życie, a w tej dziedzinie reklama jest niezbędna. Jeśli to możliwe, robi się to dyskretnie; czyniąc towar lub usługę atrakcyjnymi poprzez np. wypowiedzi o nich osób bardzo sławnych. Jest to całkowite zaprzeczenie anonimowości. Z drugiej strony, wraz z upływem czasu, uświadomiłam sobie, że wśród tych sław nie wszystkie pozostawały w trzeźwości - niektóre upijały się znowu. A to już oznacza złą prasę. Co więcej, im sama byłam trzeźwa coraz dłużej, przyszło mi do głowy, że takie wpadki mogą wiązać się ze złamaniem zasady anonimowości. Wiem najlepiej po sobie, jak to jest, gdy obcy chwalą twoją wytrwałość i siłę woli do pozostania w trzeźwości. Można pomyśleć, że osiągnęło się szczyt ludzkich możliwości. Czuć się prawie wyleczonym. Odkąd, według mnie, inni pisarze zaczęli używać swojego powrotu do trzeźwości jako argumentu na powiększenie sprzedaży ich książek, gotowało się we mnie. Tylko część tego usprawiedliwionego gniewu powodowana była zawiścią; reszta, według mnie, oznaczała świadomość, jak ważny stał się dla mnie program i jego zasady. Podważać tradycję? Dziękuję, to nie dla mnie. Bez względu na motywy, nie powinnam oczywiście rozmawiać z tą dziennikarką. Nie ja. A może jednak powinnam? Myśl, myśl, myśl (teraz mogłam przynajmniej odnieść to stwierdzenie do siebie). Za kolejną oznakę postępu uznałam to, że nie działam już pod wpływem impulsu. Porozmawiałam z moim sponsorem i innymi, którzy mogli podzielić się ze mną doświadczeniem, i wysłuchać, co mają do powiedzenia. Zgodnie z ich sugestią, przeczytałam Jedenastą Tradycję. Bill napisał, że „ stuprocentowa anonimowość jest równie ważna w ruchu AA, jak stuprocentowa trzeźwość w życiu każdego z nas". Poważna sprawa. Napisał też, że „najważniejszą sprawą dla przyszłości AA będzie sposób, w jaki komunikacja ze światem zewnętrznym zostanie wykorzystana. Użyta dobrze, bez samolubstwa, może przynieść rezultaty przekraczające nasze najśmielsze oczekiwania". Czy spełniałam te warunki? Gdy wszystko inne zawodzi, przeczytaj instrukcje. Jedenasta Tradycja stanowi: „Nasza strategia, jeżeli chodzi o public relations oparta jest na dobrowolnym zgłaszaniu się do nas ludzi raczej niż na agresywnej reklamie; prasa, radio, filmy nie powinny naruszać naszej anonimowości". Porusza się tu dwie sprawy i wydaje się, że tworzą one pewną całość. Aby „przyciągać", informacja musi być nagłośniona. Aby chronić mnie, AA, oraz pozostałych alkoholików, przesłanie powinno pozostać anonimowe. Przekazując je dobrze i nie myśląc tylko o sobie, przestaję jednocześnie być sobą, a staję się „siłą przykładu": szerzę nie tylko słowo o programie, ale także demonstruję zasadę anonimowości w praktyce. Muszę, więc trzymać własne „ja" z dala od przesłania. Kto, ja? Tak, ja. Mogę i       chyba powinnam, szczególnie ze względu na to, czym zajmuję się „poza" AA, co zapewniło mi doświadczenie w robieniu i udzielaniu wywiadów. Czy jest to to, co Bill określał jako „poczucie własnej przewagi"? Nie, jeśli będę postępować według Tradycji i zwyczajnie powiem nie, gdy będę przypierana do muru zbyt mocno. „Anonimowość" to ćwiczenie pokory", napisał Bill. Poza tym, gdybym odmówiła rozmowy z tą reporterką, już nigdy nie mogłabym narzekać na kiepską jakość kontaktów AA z prasą. Oddzwoniłam, więc, i teraz cieszę się, że to zrobiłam, ponieważ wywiad odniósł sukces: nie w krzykliwym, gazetowym stylu, ale jako sukces rozumiany w kategoriach AA. Po pierwsze, zachowałam anonimowość. Dziennikarka wykazała wiele zrozumienia i szacunku dla tej Tradycji. Nie zapytała nawet, jak zarabiam na życie, i spytała jak, i czy w ogóle ma mnie określać w artykule. (Miałam także szansę wypróbować moją pokorę nie próbując sugerować, jak ma lepiej przeprowadzać jej własny wywiad!) Pomogłam tylko jednej z tych, których Bill określał jako „naszych przyjaciół z prasy" opowiedzieć naszą historię i wyjaśnić jej kilka aspektów, których nie rozumiała, a które (dzięki temu, czego nauczyłam się od mojej grupy, sponsora, i z własnego doświadczenia w służbie) mogłam jej wytłumaczyć. Wydawało się, że zbierając materiały o kobietach w AA, moja rozmówczyni skupiła się na „kobietach" raczej niż na „AA", bardziej na kwestii feminizmu, samodoskonalenia, niż na życiu wolnym od agonii alkoholizmu. Jako kobieta z AA, mogłam powiedzieć jej, że co najważniejsze to fakt, że program pozwala mi na życie w trzeźwości. Cała reszta - czy to rozwój osobowości, czy zaimki osobowe wyrwane z ich historycznego kontekstu - to tylko rozmowa. Jak wyszedł ten artykuł o „kobietach w AA"? Według mnie, w porządku, ale to już nie moja sprawa. A ponieważ „swoje sprawy" trzymałam od niego z daleka, był to sukces także dla AA i zgodny z Tradycjami. Był to również mój osobisty sukces, ponieważ, jak wszystkie inne dziedziny służby AA, przyniósł mi nieoczekiwany podarunek. Wśród rozmaitych pytań, reporterka nagle zapytała: „Czy jesteś szczęśliwa?" A ja, niespodziewanie odpowiedziałam: „Tak." Było to dla mnie samej zaskoczeniem, ponieważ, sami rozumiecie, jestem jak gdybym była pijana, podczas gdy szklanka jest jeszcze w połowie pełna. Ja mogę opowiedzieć wam wszystko o moim zdrowiu, miłościach, pracy, finansach -i zapomnieć o najważniejszym: jestem trzeźwa. Tak samo, jak na początku (i czasami jeszcze teraz) mogę jednocześnie wyliczyć wszystkie wady programu i ludzi w nim uczestniczących i przyjąć za pewnik najistotniejszy fakt: to działa. Reszta to rzeczywiście tylko rozmowa. Kiedy wywiad dobiegł końca, dziennikarka podziękowała mi. „Dziękuję.", odpowiedziałam, tak, jak wyjaśniał mi to kiedyś sponsor, należy odpowiadać ludziom, którzy umożliwili mi być przydatnym dla służby, ponieważ była to służba tak dla AA, jak i dla mnie samej. Gdy zostałam sama w kuchni, odczułam napływ tego, co Bill nazywał „energią duchową popychającą nas wzdłuż drogi ku pełnemu wyzwoleniu." Energia, tak; wolność, tak. A wraz z nimi - szczęście. Tak, właśnie ja.

Sara G., Nowy Jork

 


 

Cienka linia

 

Nasza Jedenasta Tradycja uczy pokory tak samo, jak Siódmy Krok. Napisana z myślą o przyszłości AA, Tradycja ta powstrzymuje nas przód przekroczeniem zasad i wystawieniem Wspólnoty na szwank poprzez nadmiernie rozdęte ego.

 

Wiele zostało powiedziane o cienkiej linie, po której my, jako członkowie AA stąpamy, gdy udzielamy informacji o AA rozmaitym agendom, które o to proszą. Gdy związany byłem z Komitetem Współpracy ze Wspólnotą Zawodową (CPC){ we wschodnim Massa-chusetts, na comiesięcznych spotkaniach odbywaliśmy praktyczne sesje, aby pomóc członkom Komitetu, co mówić i jak, albo jak nie mówić. Sporo uwagi poświęcono temu, aby nie przekroczyć tej cienkiej linii pomiędzy przyciąganiem, a reklamą. Czasami trudno te pojęcia rozróżnić. Na przykład, nasz Komitet postanowił zorganizować listowną kampanię informacyjną skierowaną do pielęgniarek z oddziałów pogotowia. Jej celem było krótkie streszczenie dotyczące ruchu AA i podanie sposobu na skontaktowanie się z nami. Prawie rok upłynął nam na dyskusjach nad tonem listu. Starannie debatowaliśmy nad każdym zdaniem, nanosiliśmy poprawki aż doszliśmy do porozumienia. Czy list prowokuje, czy nie zaognia. Czy odbiorca będzie w stanie odnieść treść do swojego zawodu, czy też pismo wyląduje w koszu wraz z resztą broszurek reklamowych. Czy list wyjaśnia, czym AA jest, a czym nie jest, bez roszczenia sobie pretensji lub czynienia autorytatywnych stwierdzeń. Te i inne pytania zadawaliśmy sobie na okrągło, zmienialiśmy w kółko treść aż w końcu mieliśmy list, który mogliśmy wysłać. Następnie oczywiście przyszedł czas na debatę, czy w ogóle powinniśmy te listy wysyłać. Chodziło o to, czy mamy posyłać listy agencjom, które zajmują się alkoholizmem jako strona trzecia. Czy byłaby to promocja? Kontrargument brzmiał, że nie, dopóty, dopóki organizacje te same zwrócą się do nas po otrzymaniu listu, jeśli zechcą dowiedzieć się czegoś więcej. Inaczej mówiąc, nie powinniśmy my do nich później dzwonić czy słać kolejnych pism. Mieliśmy pozwolić wszystkim zainteresowanym ruchem AA wykazać inicjatywę i przyjść do nas. W moim osobistym życiu nauczyłem się, czego nie robić mówiąc do szerszego grona słuchaczy - poprzez błędy, jakie popełniłem robiąc to. Poza tym jestem alkoholikiem, jestem także chory na AIDS i działam w miejscowej organizacji niosącej pomoc innym chorym tu, w Bostonie. Wygłaszam tam przemówienia tak samo, jak dla AA. Staram się jednak rozgraniczać te dwa przesłania. Gdy angażuję się w AA, trzymam się z AA. Kiedy służę chorym na AIDS, pamiętam o własnej chorobie, i o to w tym wszystkim chodzi. Owszem, linie zacierają się czasem, ponieważ moje zdrowie nie z alkoholizmu, i przetrwanie mając AIDS są ściśle powiązane, ale zwykłe mam świadomość, po co tu jestem; ni mniej, ni więcej. Tego lata miałem zaszczyt przemawiania do tłumu liczącego 25.000 osób podczas dorocznego marszobiegu w celu zebrania funduszy dla ludzi zarażonych. W trakcie pisania mowy nie mogłem się zdecydować, jak mam się przedstawić. Wiedziałem wystarczająco wiele, aby nie powiedzieć: "Cześć, mam na imię Connie i jestem chory na AIDS oraz należę do Anonimowych Alkoholików." Nie miałem pewności, jak powiedzieć, kim jestem i uniknąć banału. Pamiętam list z Grapevine, w którym napisane było, że nawet, jeśli członek mówi: "Uczestniczę w programie dwunastu kroków dla alkoholików.", równie dobrze może powiedzieć, że jest w AA. A to, że nie podaje się swojego nazwiska, nie jest żadnym usprawiedliwieniem. Są znakomitości (z dnia na dzień jest ich coraz więcej), które, na wizji albo w druku, nie mówią, wprost, że są członkami AA, ale dają to do zrozumienia poprzez slogany i aluzje umieszczone między wierszami. Czasem to działa, ale czasami nie. Znów pojawia się pytanie - gdzie narysować linię? Mój kłopot z przemową rozwiązałem mówiąc po prostu, że jestem osobą chorą na AIDS, i alkoholikiem w trakcie terapii. To wszystko. Ponieważ jest więcej niż jedna droga do zdrowia, pomyślałem, że to wystarczy. Liczyło się dla mnie, żeby ludzie wiedzieli, że jestem w trakcie terapii, a jakiej - to już nie należało do sprawy. Aby się nie przeliczyć, sprawdziłem moją mowę z sekretarką naszego Komitetu. O ile mogę stwierdzić, nie złamałem żadnej z Tradycji, gdy nadszedł mój wielki dzień. Zapłaciłem też za niektóre gafy, jakie popełniłem w trakcie służby na rzecz organizacji dla chorych na AIDS. Szczególnie raz było to wyjątkowo żenujące. Przemawiałem do grupy ludzi zebranych w ratuszu, a całe wydarzenie było nagrywane na video. Miało to potem służyć jako pomoc naukowa dla organizacji zrzeszającej chorych na AIDS, którą reprezentowałem. Kaseta nie miała być ogólnie dostępna, niemniej jednak był to film video. Słuchacze znali moje nazwisko. Musiałem objeść się w czasie lunchu, ponieważ moje pierwsze zdanie, jakie zostało zarejestrowane brzmiało, że jestem chory na AIDS i wdzięcznym członkiem Anonimowych Alkoholików. (Mózg pokryty teflonem: nic do niego nie dociera). Natychmiast zdałem sobie sprawę z pomyłki, ale było już za późno. Musiałem brnąć do końca i dopiero wtedy mogłem porozmawiać z osobą, która to wszystko nagrywała o gafie, jaką palnąłem na początku. Musiałem się trochę namęczyć, zanim zgodziła się wymazać moją pomyłkę. Nie rozumiała jednak, dlaczego ma to takie znaczenie. Wyjaśniłem jej, czym są Tradycje i dlaczego są takie ważne, oraz dlaczego to, co zrobiłem było błędem. Nie jestem pewny, czy rzeczywiście zrozumiała, ale przynajmniej wykasowała to, co powiedziałem. Chciałem przez to uzyskać pewność, ze, jeżeli kaseta miała być użyta do treningu mówców innych niż należących do mojej organizacji, (z których wielu to także chorzy), będę dla nich stanowił dobry przykład. Moje ulubione sposoby niesienia posłannictwa to te, które są najmniej spodziewane. Niedawno byłem hospitalizowany w rezultacie powikłań związanych z AIDS. Pielęgniarki intrygowało, jak udało mi się pozostać trzeźwym przez siedem lat z określeniem mojej choroby jako AIDS. Wyjąłem wtedy ulotkę z naszego mityngu i podałem go jednej z pielęgniarek. „Proszę", powiedziałem, wkładając ją w jej dłonie, „Oto jak pozostaję trzeźwy. Dzień po dniu.

 



Urodzinowe przyjęcie grupy Manhattan różni się od pozostałych.

 

W zachodniej części Nowego Yorku, w rejonie Manhattan, której struktura etniczna sama w sobie odzwierciedla ideę Narodów Zjednoczonych, działa grupa AA na dobre zakorzeniona w lokalnym środowisku

 

Obecnie jej członkowie starali się w specjalny sposób uczcić czwartą rocznicę niesienia posłania cierpiącym alkoholikom. Pomysły, na który wpadli, był to mityng poświęcony czwartej rocznicy istnienia grupy, który jednocześnie informowałby społeczność hiszpańskojęzyczną o dostępności AA i dwunastu krokach. Poświęcono 6 miesięcy na przygotowanie przyjęcia urodzinowego. Członkowie dotarli z zaproszeniami do jak największej liczby profesjonalistów, szkół, instytucji, w miarę swych możliwości, poprzez korespondencję, osobiste wizyty, szerzenie literatury w rejonowych kościołach, więzieniach itd. W końcu nastał wielki dzień. Urodzinowy mityng odbył się w szkole, gdzie grupa wydzierżawiła salę gimnastyczną, spodziewając się około 150 AA, ich rodzin, przyjaciół i profesjonalistów ze swej społeczności. Jeden z członków rzekł: „Być może przyszli spróbować poczęstunku. Ale przyszli!" Grupie udało się zainteresować lokalny policyjny okręg wyborczy, reprezentowany przez oficera mówiącego po hiszpańsku i angielsku. Mówił on do zebranych o zwiększającej się współpracy pomiędzy departamentem policji a AA i dobroczynnych skutkach, jakie mogą wyniknąć z tego dla alkoholików z naszej społeczności. Inny mówca, znany jako dr G. pracował 25 lat z alkoholikami w dziedzinie terapii i leczenia. Oświadczył on, że AA pomogło profesjonalistom lepiej zrozumieć alkoholika i że leczenie było możliwe tylko wtedy, kiedy pacjent był leczony w połączeniu ze współpracą z AA. Dr G. mówił nostalgicznie o pionierach AA, niektórych pochodzących z kręgów medycyny. Zaznaczył, że aż do dzisiejszego dnia wielu lekarzy, łącznie z psychiatrami, było przyjaciółmi AA, wielu z nich służąc jako członkowie Generalnej Rady AA. Dr G. oświadczył też, iż teraz częściej niż kiedykolwiek przedtem, instytucje zajmujące się problemem alkoholizmu uznają grupy AA jako najlepiej i najskuteczniej prowadzące do wyleczenia. Byli też inni mówcy. Np. Karen - administratorka, prowadząca schronisko dla miasta New York, przeznaczonego dla osób powyżej 50 lat. Mówiła ona, że przez cztery lata członkowie tej grupy AA „nieśli posłannictw" o w jej ośrodku każdej soboty, w wyniku, czego wiele osób zostało uratowanych". Frank - pracownik socjalny, dobrze znany w społeczności dzięki swej współpracy z AA, szczególnie z członkami grupy wprowadzającej 12 kroków wśród miejscowych pijaków. Frank opisywał oddział odtruwający i inne rodzaje terapii w Szpitalu Św. Łukasz-Roosevelt. Mówił też duchowny z odległej części Puszczy Amazońskiej na terenie Kolumbii, gdzie jak powiedział: „jest tam tylko jeden mały kościół". Jest on jednak domem dla kwitnącej grupy AA, świadectwem, że AA może pracować wszędzie. Mówili też dwaj członkowie Al-Anon i Al-Ateen, którzy podzielali wiarę w posłannictwo i nadzieję, twierdząc, że każda rodzina alkoholika także powinna uczestniczyć w tym programie. Następnie był poczęstunek, przygotowany przez członków grupy. Każdy znalazł coś dla siebie; od ryżu i grochu, poprzez sałatę do kanapek i ciast. Jeden z członków oświadczył: „Wszystkie uśmiechnięte twarze dały wyraz wdzięczności za ten wieczór członkom grupy i tym, którzy znaleźli to, po co przyszli". Jest to informacja i zrozumienie, co do możliwości wyleczenia z alkoholizmu we wspólnocie, jaką jest AA.

Box459

 


 

STĄPAMY PO NIEZLICZONYCH ŚCIEŻKACH

 

 

Desperacja i naleganie mojego męża zmusiły mnie do zwrócenia się do AA prawie 26 lat temu.

 

Miałam obawy, ponieważ wiedziałam, że program AA zawiera wierzenia, które mogą być sprzeczne z moim własnym ateizmem. Czułam pewność, że muszę znaleźć inne rozwiązanie lub przynajmniej odszukać innych ateistów w AA, jeśli tacy tam są. Moje obawy okazały się bezpodstawne i moja niewiara w Boga nie przeszkodziły mojej trzeźwości. Członkowie tolerancyjnie zaakceptowali moje ateistyczne poglądy. Ich poparcie i rady przemogły ograniczenia, jakie mogłabym mieć, pracując nad programem, a nie wierząc w Boga lub Siłę Wyższą. Ośmieliłam się tak zinterpretować program, aby pasował do moich potrzeb. Stałam się trzeźwa. Zaczęłam prowadzić zdrowe życie. Zyskałam serdeczne stosunki z przyjaciółmi z AA, bez potrzeby stania się wierzącą lub szukania innych ateistów, aby mną kierowali. A-owska Siła Wyższa była po prostu dla mnie nieistotnym problemem, nigdy nie czułam się szczególnie wyłączona przez wierzących, ani w konflikcie z „Wielką Księgą". Nigdy nie musiałam uznać za konieczne szukania grup innych ateistów. Tak, więc spędziłam moje pierwsze 16 lat w AA ślepo naiwna wobec faktu, że wiele ludzi spoza wspólnoty uważa AA jako religijne podejście do wyleczenia się z alkoholizmu. W ostatnich dwóch latach zauważyłam trend natchnięcia AA koncepcjami z tradycyjnych zachodnich religii. Moje obserwacje mogą być wynikiem tego, że odeszłam od macierzystych grup, które zachęcały do postrzegania Boga z różnych punktów widzenia. Na mityngach, na które obecnie uczęszczam, pojmuje się Boga bardzo tradycyjnie. Po moim długim i wzajemnie tolerancyjnym stosunku z AA zaczęłam odczuwać wzrastający dyskomfort pomiędzy szerzącym się chrześcijańskim wpływem, a fundamentalizmem Wielkiej Księgi. Zrewidowałam moje poprzednie opinie, że specjalne grupy dla niewierzących nie są potrzebne. Uważam teraz, że specjalna grupa, która zachęca do ateizmu i agnostycyzmu może mieć istotne znaczenie. Takie grupy pomagają przeciwdziałać percepcji AA jako metody uleczenia pasującej tylko ludziom podzielającym pewne religijne poglądy. W artykułach o AA zwykle jest implikacja, że AA jest ściśle religijna. Kilka tygodni temu odbyła się gorąca dyskusja przed mityngiem o programie telewizyjnym, który obejrzało kilkoro ludzi. Wielu prawników czyni mnóstwo hałasu w związku z wyrokami za prowadzenie po pijanemu. Prawnicy twierdzą, że wyroki tego rodzaju są naruszeniem indywidualnej wolności. Niektórzy członkowie zaznaczają, że AA specjalnie podkreśla, że program jest niereligijnym i że oni nie mogą zrozumieć, dlaczego ktoś inny uważa go za taki. Jestem w stanie zrozumieć, dlaczego AA jest postrzegana jako religijna - spełnia, bowiem standardowe kryteria, związane z religijnymi praktykami. Jest tam zbiór pryncypiów lub zasad wiary (dogmatów). Członkowie i literatura bazują na wierze we wszechmoc jedności (Boga). Większość mityngów ma standardowy format i odmawia się modlitwę (rytualnie). Istnieje kanon literatury (wydający mi się katechizmem). Sponsorzy AA i inni zaufani członkowie podobni są do starych katechetów. (Każdy aspekt religii wydaje się mieć swój odpowiednik w AA. Jak możemy dziwić się, więc w AA, że wielu ludzi spoza ruchu porównuje nas z religiami? Ponadto wielu ludzi w AA zatraciło zasady utrzymania AA jako wspólnotę niereligijną. Wielu uważa, że bezwyznaniowy znaczy to samo, co niereligijny. Nowi (i starzy) są napominani, żeby zwracali się do Boga i modlili o rozwiązanie swoich problemów. Tak długo jak nie robi się przy tym różnicy pomiędzy protestantami, katolikami czy wyznawcami judaizmu, poczynania te nieuważane są za niereligijne. Jeżeli odmawianie pacierza na mityngu nie jest religią, więc czym jest? Stosunek AA wobec Siły Wyższej pozwala żywić nadzieję, że AA jest grupą religijną. Zauważyłam jak często Bóg jest wymieniany przez członków na mityngach i jak Bóg został uczłowieczony. Bóg mówi do członków, mówi im, kiedy błądzą, wskazuje im ścieżki, bierze ich za ręce. Czasami wygłaszający mowę członkowie wydają się bardziej świadczyć na temat zbawienia niż podzielać doświadczenia odnośnie alkoholizmu i wyleczenia. Kiedy po raz pierwszy dotarłam do AA, Bóg nie był częstym tematem rozmów, tak jak na wielu obecnych mityngach, na które obecnie uczęszczam. Mówiliśmy o  ulżeniu fizycznym do legliwościom towarzyszącym rezygnacji z picia. Mówiliśmy o tym, jak działać w realnych sytuacjach życiowych pozostając w trzeźwości i  jak połączyć jednocześnie stosunki z rodziną i przyjaciółmi wobec naszych zobowiązań pozostania w abstynencji. Mówiliśmy o lęku i gniewie, odpowiedzialności, wierze w decyzje, jakie podejmujemy. Nie dyskutowaliśmy o walkach z wiarą lub o tym, kim Bóg naprawdę jest i jak Bóg oddziaływuje na nasze życie, jeśli mu na to pozwolimy. Jeśli ktoś chciał wspomnieć Boga, mawiano zwykle „Siła Wyższa" lub „S.W." Z biegiem lat te odnośniki zostały przemianowane na „moją siłę wyższą, którą nazywam Bogiem". W końcu po prostu na „Boga", czyli Judeo-chrześcijańskiego Boga. Dogmatyzm i kaznodziejstwo w ramach programu uwieczniają ten obraz jako religię. Jestem poruszona słysząc o przypadkach, kiedy sponsorzy dyktowali swoim podopiecznym, że muszą bezwzględnie robić lub tamto, aby pozostać w trzeźwości. Czy sugerowanie sposobów pozwalających na wyleczenie zostało zastąpione przez dyktowanie innym, co muszą robić? Czy zerwaliśmy już z dzieleniem się metodami, które dla kogoś okazały się skuteczne, a jedynym autorytetem pozostaje „Wielka Księga"? Wskazania sponsorów, zwykle pokrywające się z tym, co mówi „Wielka Księga" i silny chrześcijański posmak koncepcji Siły Wyższej, czynią ruch AA mniej atrakcyjnym dla agnostyków. AA jest nie do przyjęcia jako program uzdrowienia dla wielu ateistów, jeśli mamy ściśle trzymać się słowa AA. Na szczęście nie ma takich wymagań, tak w założeniach jak i w praktyce. Pomimo tego byłam świadkiem jak ateiści AA byli instruowani, aby się modlić lub udawać, że się modlą. Sądzę, że świadczy to o braku tolerancji dla niewierzących i jest szkodliwe tak dla jednostki jak i dla całego AA. Zamiast tego, zachęćmy ich do znalezienia własnych interpretacji „kroków", tradycji i innych zasad AA. Jest to bardziej rozsądna droga prowadząca do wyleczenia się z alkoholizmu i daje siłę wspólnocie, utrzymując jej uniwersalny charakter. Lubimy twierdzić, że AA pracuje dla wszystkich. Sprawmy, więc, aby pracowała dla wszystkich, nie tylko dla Chrześcijan czy wyznawców Judaizmu.

June L.

wg., Grapevine

 


 

15 ŚWIATOWY MITYNG SŁUŻB

Zasadniczy temat:

„Służba - podstawa osobistego wyzdrowienia i Jedności AA"

Nowe tematy prezentacji i dyskusji;

1, Hola sponsorowania

-  w leczeniu

-  dla jedności

-  w służbie

2, Ważność służby

-  w grupie

-  w regionie

-  na konferencji

3, Zasada rotacji

-  w grupie

-  w regionie

-  na konferencji

4, Stosowanie XII Tradycji w życiu codziennym

-  wśród AA

-  w miejscu pracy

-  w rodzinie

5, Dalsze niesienie posłania AA poza wspólnotą przez
współpracę z

-  lekarzami we wszystkich dziedzinach

-  pracodawcami i związkami zawodowymi

-  środkami masowego przekazu

-  innymi przyjaciółmi AA

Zespół do spraw literatury

AA Region Warszawa

 


 

Zjednoczeni w biedzie

 

Treść artykułu została zaczerpnięta z wystąpienia Gary'go A., powiernika klasy A (nie-alkoholik), w czasie łączonej sesji Głównego Zarządu Służb z września 1994.

 

Podtytuł tej sesji poświęconej wspólnemu ubóstwu brzmi: "Duchowe i praktyczne zasady zapewniające przyszłość AA." Dało mi to do myślenia. Sądzę, że strona duchowa i materialna wspólnoty AA to jedno i to samo. Wyobraźmy sobie kogoś wstępującego do służby, kto chciałby mieć wpływ na AA, promując bardzo rzeczowo brzmiące idee, pozbawione jednak podłoża duchowego. Wspólnota szybko położyłaby temu kres. Osoba taka musiałaby znaleźć pomysł na coś więcej niż tylko przyziemne korzyści, nawet gdyby szczerze w nie wierzyła. Tak, więc cokolwiek, co przedstawia dla nas wartość z praktycznego punktu widzenia, musi posiadać również wymiar duchowy. Jednocześnie wydaje mi się, że AA, poczynając od Billa Porzuciło wszelkie niematerialnie brzmiące idee, które nie byłyby w stanie przejść praktycznych testów pozwalających na utrzymywanie alkoholików w trzeźwości czy zapewniających jedność wspólnoty". Czy ubóstwo, zatem jest tak duchowym jak i praktycznym założeniem zapewniającym przyszłość AA? Oczywiście, że tak. W Siódmej Tradycji, kiedy mowa jest o tym, jak AA działało ze świadomością o mających nadejść finansowych dotacjach, Bill stwierdził: "Pokusa otrzymania tłustego kąska z pewnością skusiłaby zarząd, aby znaleźć wszelkie możliwe sposoby czynienia dobra (mając na to fundusze), odwracając tym samym AA od ich zasadniczego celu. Tym samym zaufanie, na którym opiera się nasza wspólnota, zostałoby zachwiane. Zarząd byłby izolowany, uległby następnie atakom krytyki, tak ze strony AA jak i świata zewnętrznego. Nasi zaufani jednak, zapisali jasną kartę w dziejach AA. Uznali, że niepodważalną zasadą AA jest pozostanie biednymi. Bieżące wydatki i skromna rezerwa finansowa będą, więc tworzyły politykę finansową AA. Mówiąc dalej twierdził, iż: "Obecnie sądzimy, że zasada pozostawania w ubóstwie została mocno i już na stałe zakorzeniona w tradycji AA." Wydaje się to proste -unikaj schematów odrywających naszą uwagę od zasadniczego celu i miej tylko tyle pieniędzy, aby wystarczyło na pokrycie bieżących kosztów, z niewielkim zapasem. Nie sądzę, by ktokolwiek na tej sali sprzeciwiłby się powyższym stwierdzeniom. Po co więc cała ta dyskusja? Powodem jest to, że te sprawy różni ludzie odbierają w odmienny sposób. Koncepcje usiłują przybliżyć nam te zasady, ale jednocześnie mogą być mylące, szczególnie w kwestii kontroli nad sakiewką oraz „skromnej "nadwyżki, co zazwyczaj stanowi centrum naszych dyskusji o pieniądzach. W swoim pierwszym wyjaśnieniu, Bill W. mówi nam, dlaczego dyktator nie utrzymałby się nawet przez rok: "Podczas swojego krótkiego panowania, jakich środków użyłby, aby zdobyć pieniądze? Nasi delegaci, bezpośrednio reprezentujący grupy, kontrolują podstawowy napływ funduszy dla naszej służby." Brzmi to jak gdyby przepływ środków miał być bezpośredni. Pisząc o tym, jak ciężkie czasy mogą wpłynąć na działalność AA, Bill mówi: "Nasze obecne rezerwy i zaksięgowany dochód mógłby przeprowadzić nas przez wiele trudnych lat, bez zmniejszenia siły czy jakości naszych starań." Brzmi to jakby natychmiastowość i szybkość nie była tym, co miał na myśli. Przez pisma Billa przewija się idea zrównoważenia tych dwóch punktów widzenia:, gdy mamy zbyt wiele, następują spory o podział bogactwa i władzy, tracąc świadomość naszego podstawowego zadania niesienia posłania; mając za mało, ryzykujemy utratę zdolności do pełnienia naszej funkcji w jakiejkolwiek formie. Bill starał się, więc dotrzeć do obydwu stron, w różnym czasie i miejscu używając odmiennych argumentów. O co tu w końcu chodzi? Grupy AA tworzą się i rozpadają przez cały czas, a finansowa rezerwa wystarczająca na okres miesiąca czy dwóch dla wielu wydaje się adekwatna. Pytano mnie, czy jeśli miesięczna rezerwa wystarczy grupie, dlaczego GSO potrzebuje dziesięcio- lub dwunastomiesięcznego zapasu? Po pierwsze, łatwiej jest założyć nową grupę niż sformować nowe GSO. Nie ma alternatywy dla GSO, do której można by się zwrócić, jeśli się rozpadnie. Pomoc, którą oferujemy, ukształtowała się w wyniku wieloletniego, wspólnego doświadczenia nas wszystkich, i nie łatwo byłoby to odtworzyć. Po drugie, mimo zapału innych, aby rozpowszechniać nasze publikacje, GSO powinno utrzymać regularność w udostępnianiu swoich materiałów bez wkrętów z zewnątrz tak, że posłanie trzeźwości będzie osiągalne przez cały czas, poprzez słowo pisane, jak i dzięki profitom osiąganym przez nasze wydawnictwa. Wiele z naszych projektów planuje się z myślą o dalszej przyszłości, Np. opłaty za tłumaczenia czy organizacja konwentów. Sądzę, że stabilność finansowa GSO nie jest kwestionowana przez Wspólnotę i że taki stan rzeczy nigdy nie ulegnie zmianie. Bill opisał, jak świat zareagował, gdy stało się jasne, że Anonimowi Alkoholicy zamierzają być samowystarczalni. Wskazał, że większość ludzi uważa alkoholików za nieodpowiedzialnych finansowo. Kiedy mówię ludziom, którzy nie wiedzą zbyt wiele o ruchu AA, że nie przyjmujemy datków z, zewnątrz, że jesteśmy w pełni wypłacalni i utrzymujemy się sami, reakcją na to jest zazwyczaj niedowierzanie, ale i admiracja. Taki jest stereotyp o AA zakorzeniony w społeczeństwie. Kiedy omawiamy pomysł, że warto zmniejszyć nasz Fundusz Rezerw, zbliżając się tym samym do poziomu biedy, powinniśmy też uświadomić sobie, że oznacza to brak pieniędzy w sytuacji kryzysowej, lub, gdy wielkość i częstotliwość wypłat z Funduszu przekroczy jego możliwości. Im mniejszy stan naszego Funduszu Rezerw, tym większe ryzyko finansowej wpadki, w której zabraknie nam pieniędzy. Co wtedy zrobimy? Katastrofa finansowa w AA zaszkodziłaby naszej reputacji na forum publicznym, we Wspólnocie, oraz wśród wielu alkoholików, szukających tylko pretekstu, aby uwierzyć, że AA działa nieskutecznie. Jeżeli zabraknie nam pieniędzy, możemy zostać zmuszeni do wzięcia pożyczki z banku, aby drzwi do nas pozostały otwarte. Gdy to zrobimy, utracimy część naszej finansowej niezależności. Pewny Fundusz Rezerw jest częścią ceny, jaką musimy zapłacić, aby mieć gwarancję, że tylko Wspólnota decyduje o naszej polityce finansowej. A ciągłe debaty nad tym, czy Fundusz rozrasta się nadmiernie, także stanowią część tej ceny. Przeciwwagą dla tego argumentu może być to, że w rzeczywiście nagłej potrzebie, grupy AA powiększyłyby składki i ocaliły GSO. Opiera się to na wierze w siłę wyższą, emanującą z grup, aby ocalić nas od własnej nieroztropności. To może zadziałać. Gdybyśmy polegali na tym, nastąpiłby koniec naszych trosk związanych z budżetem, księgowością, czy większością spraw, o które obecnie musimy się martwić. W tym miejscu warto by przywołać komentarz Billa do Dziewiątej Tradycji o zrzucaniu odpowiedzialności za planowanie dnia jutrzejszego na Opatrzność. Trudno mi uwierzyć, że skoro Bóg ma AA w szczególnej pieczy, to, co robimy w bardzo przyziemnym wymiarze, nie ma najmniejszego znaczenia. Ryzykowna byłaby prośba skierowana do naszej Siły Najwyższej o wybawienie z kłopotów, jeśli sami możemy im zapobiec utrzymując stabilny budżet, podtrzymując funkcjonowanie GSO i Grapevine zgodnie z regułami rynku i mając środki w Funduszu Rezerw na pokrycie dziesięciomiesięcznych wydatków. Zdaję sobie sprawę, że wielu odpowiedzialnych ludzi w służbie myśli, że dziewięć lub nawet osiem miesięcy wystarczałoby w zupełności, sądzę jednak, że skarbnik powinien mieć poglądy trochę bardziej zachowawcze. Myślę także, że gdyby kiedykolwiek zaistniała konieczność udania się do grup i powiedzenia wprost: "Jeżeli nie otrzymamy od was datków w wysokości 500.000$ przez następne trzy miesiące, będziemy musieli ograniczyć zakres waszej działalności o połowę i odwołać konferencję," odpowiedź nie brzmiałaby: "Jak wielce uduchowione jest GSO, nie troszcząc się o dobra materialne- Cóż, każdy jest omylny. Poślijmy im więcej pieniędzy." Sądzę, że najbardziej prawdopodobną i właściwą reakcją ze strony grup byłaby utrata zaufania w stosunku do GSO, jeżeli chodzi o powierzanie im jakichkolwiek funduszy. W rzeczywistości wiele grup niechętnie wspiera GSO widząc 9 milionów dolarów zgromadzonych na Funduszu Rezerw. Problem tkwi w tym, że kierujemy swoje centrum uwagi na wysokość kwoty, a kwota niższa na, tyle aby by tej niechęci nie pobudzić, oznaczałaby możliwość poważnych finansowych kłopotów. Jest to głównym powodem jawności naszej finansowej statystyki, zarówno na poziomie grup jak i w ogólnym wymiarze (np. 156$ przypadających na każdą grupę w stosunku do całkowitej kwoty znajdującej się aktualnie w Funduszu Rezerw). I nie jest to żadna sztuczka; jest to sposób na pokazanie jak wielka jest nasza wspólnota. Jej wielkość, Z kolei, musi się przekładać na duże sumy dolarów mierzone w liczbach bezwzględnych. Bill W. rozwiązał kwestię, czy bardzo solidna rezerwa może osłabić napływ dotacji. Pisał, że:" Mówi się, że tworzy się wrażenie, jakoby Centrali AA niczego już nie brakowało, tak, więc nie potrzebuje więcej pieniędzy. Nie jest to jednak dominujący punkt widzenia, a jego wpływ na wysokość datków jest raczej niewielka." Chciałbym móc podzielać tę optymistyczną konkluzję Billa W., niestety, nie potrafię. Myślę, że kluczową sprawą jest tu fakt, że powinniśmy być zarządcami pieniędzy AA w tradycyjnym rozumieniu tego słowa - zachowywać się jak biedni, posiadając jednocześnie wyważony Fundusz Rezerw. Nikt nie wesprze nas mając świadomość, że tracimy pieniądze lub poniesione koszta przynoszą marginalne korzyści. Zawsze twierdziłem, że są dwa sposoby, aby uniknąć gromadzenia funduszy wykraczających ponad dwunastomiesięczny zapas Funduszu Rezerw: wydawać więcej pieniędzy lub zmniejszyć dochody z publikacji. Moja opinia brzmi: "Nie zwiększymy wydatków, chyba, ze Wspólnota wyrazi gotowość świadczenia służby na jakimś nowym odcinku. Musimy kontrolować wydatki pomimo istniejących znacznych rezerw w Funduszu, w takim samym stopniu, jak gdyby tych rezerw praktycznie nie było." Głęboko w to wierzę i myślę, że jest to dobre określenie na dzielenie ubóstwa w praktyce, Staraliśmy się tak czynić dotychczas; redukując chociażby ceny naszych pism do poziomu pozwalającego na szerszy dostęp do przesłania przy jednoczesnym utrzymaniu równowagi finansowej w poszczególnych grupach. Poza tym, co być może, jest jeszcze ważniejsze, jeżeli chodzi o wielkość wpływów, to uzasadnienie wydatków, możliwe teraz poprzez nasze raporty, oraz duchowe korzyści, jakie można odnieść poprzez wkład finansowy. Datki są równie ważne dla ofiarodawcy jak i dla przyjmującego. Wkład finansowy jest istotną częścią utrzymania jedności AA, ponieważ daje on grupom szansę uświadomienia sobie, że stanowią część przesłania AA obejmującego cały świat. Wkład grup jest dla nas ważny i musi pozostać na odpowiednio wysokim poziomie, abyśmy bezpośrednio mogli reagować na uwagi Wspólnoty; nigdy jednak nie rozumiałem, dlaczego wkład wniesiony przez grupy ma być równoznaczny z ich przetrwaniem, jeśli nie ma to miejsca w przypadku sprzedaży literatury. Całkowicie zgadzam się z Billem W., że zyski z książek są w zasadzie „sumą wielu cegiełek, kupowanych przez czytelników naszych książek, wspomagających tym samym ruch Anonimowych Alkoholików.” Sprawdzona już i trwała wypłacalność naszej służby w wymiarze światowym w dużym stopniu zależy od tego wsparcia. Tak widziany, nasz Fundusz Rezerw jest w rzeczywistości konglomeratem niezliczonych drobnych ofiar czynionych przez kupców tych książek." Staram się powiedzieć, że dzielenie się tym, co mamy to raczej pewien określony stan świadomości niż stan konta. Wszyscy znamy ludzi i organizacje wydające pieniądze bez ograniczeń, żyjące ponad stan, ignorujące twardą rzeczywistość, lub wierzące, że jutro będzie lepiej. Tak, więc można być naprawdę biednym, ale bieda ta niekoniecznie dotyka wszystkich jednakowo. Ma to miejsce w wielu muzeach czy operach. Możliwa jest również sytuacja wprost przeciwna -da się utrzymać rezerwowe fundusze nie ulegając pokusie wydania ich tylko, dlatego, że są. Jedną z głośno wyrażanych obaw jest, że GSO pominie milczeniem wolę Wspólnoty, ponieważ to ono ma kontrolę nad sakiewką. Z doświadczenia jednak wiem, że nie ma takiego niebezpieczeństwa. Po pierwsze, wkład grup opłaca trzy czwarte wydatków służby. Co ważniejsze jednak, słuchamy ich uwag uważnie, ponieważ wiemy, że powinniśmy i musimy to robić. Posiadanie solidnej rezerwy ułatwia chociażby wynajem lokalu z przeznaczeniem na biuro organizacji na korzystniejszych warunkach. Rezerwowy fundusz jest jednym z niewielu sposobów, w jaki organizacja nieprzynosząca zysku może udowodnić właścicielowi swoją wiarygodność finansową. Pozwala to także na lepsze planowanie budżetu. 1994 rok stanowi tu dobry przykład. Staraliśmy się przewidzieć wydatki budżetowe jak najtrafniej. Gdybyśmy mieli rezerwowe fundusze tylko na pięć czy sześć miesięcy, musielibyśmy zaplanować budżet znacznie ciaśniej. Oznaczałoby to obniżenie wydatków lub podwyżkę cen naszych wydawnictw, aby zrównoważyć budżet, czego nigdy nawet nie braliśmy pod uwagę. Nie byłbym w stanie popierać redukcji cen naszej literatury w połowie roku, nawet gdyby wydawałoby się to właściwe z punktu widzenia służby, mając środki w Funduszu Rezerw tylko na sześć miesięcy. Zacząłem stwierdzeniem, że jeśli coś nie ma wymiaru duchowego, nie sprawdzi się w AA; a coś, co jest praktyczne nie może być jednocześnie duchowe. Solidny, zasobny Fundusz Rezerw i właściwe zarządzanie mają zarówno praktyczny jak i duchowy wymiar. Gromadzenie lub wydawanie ponad to, czego potrzebujemy nie należy do żadnego z nich. Braku pieniędzy także nie można rozpatrywać w tych kategoriach. Jak zwykle, Bill W. znalazł na to trafne określenie. Nazwał to „finansowym zdrowym rozsądkiem."

 


 

Zbyt wiele światła

 

Wychodzimy z mroku. Nie mam tu na myśli jakiegoś zamroczenia spowodowanego wódką, ale mroku nieporozumienia i obojętności otaczającego problemy związane z alkoholizmem.

 

Filmy, radio, telewizja, gazety i czasopisma - wszystkie opowiadają historię alkoholików. Prawie zawsze punktem kulminacyjnym tych opowieści jest ocena i docenienie roli, jaką pełni wspólnota AA. Jednak w samym tym procesie ożywionego, publicznego zainteresowania drzemie niebezpieczeństwo dla AA zarówno jako wspólnoty, jak i dla pojedynczych anonimowych alkoholików. Można by to określić jako ryzyko wliczone w koszta, ale lepiej być pewnym i w pełni świadomym takich kalkulacji. Nie chcemy bynajmniej robić nic, aby powstrzymać tę narastającą falę powszechnego zainteresowania problemami alkoholowymi nie moglibyśmy, nawet gdybyśmy chcieli. Ogólnie rzecz biorąc, dobrze to nam wróży na przyszłość i może tylko pomóc w znalezieniu lepszych rozwiązań dla naszych problemów oraz wzmóc społeczną akceptację dla nas. Pamiętajmy jednak, że będąc alkoholikiem nie jest się primadonną. Kochamy być w centrum uwagi.Ego każdego z nas karmi się powszechnym zainteresowaniem, lecz fakt, że alkoholizm staje się „modny" nie zmienia naszej sytuacji ani o jotę.Potrzebujemy wspólnoty AA w takiej samej formie jak zawsze potrzebowaliśmy i będziemy potrzebować w przyszłości. Nie zapomnijmy też, że nasza nazwa składa się z dwóch części Anonimowi Alkoholicy. Anonimowość jest nieodłączną cechą naszego programu.Buduje naszą pokorę i wzmacnia więzi, dzięki którym trzymamy się razem.Dla wielu z nas anonimowość jest niezbędna, aby sukces wyznaczał nasze zwykłe codzienne życie.Dla innych anonimowość jest mniej ważna. Jednym z najpoważniejszych rodzajów odpowiedzialności, jaki może sobie wyobrazić członek AA jest wyłamanie się anonimowości.Decyzja taka,oczywiście każdemu indywidualnie przychodzi z łatwością, ale jak można być pewnym, że przez pewne skojarzenia, nie naruszy ona anonimowości innego członka wspólnoty? Miałem styczność z przypadkami, gdy oddani członkowie AA tak mało szanowali anonimowość swoich współtowarzyszy, że w końcu ich nazwiska wykrzykiwały dzieci z miejscowej szkoły.Innym razem, w trakcie podróży w interesach, pewien mężczyzna wraz z żoną uczestniczył w spotkaniu AA w jednym z większych miast na zachodzie USA. Nazajutrz, miejscowa prasa wymieniła ich nazwiska jako uczestników mityngu.Tak być nie powinno.Wiemy w AA, że nie można wtrącać się w czyjś sposób pojmowania Siły Wyższej.Wiemy, że nie można nikomu pomóc na siłę.Musimy się nauczyć   przywiązywać równą wagę do anonimowości innych członków.Z pewnością największym obciążeniem dla członka AA jest świadomość, że spowodował lub przyłożył rękę do tego, że ktoś wyłamał się z programu.Twierdzę, że należy zwrócić powszechną uwagę na problemy związane z alkoholizmem. Skierować wszelką uwagę na skuteczność wspólnoty w zwalczaniu tych problemów.

TRZEBA JEDNAK

POZWOLIĆ

POSZCZEGÓLNYM

CZŁONKOM AA

TRWAĆ

W BEZPIECZNYM

PŁASZCZU

ANONIMOWOŚCI.

Anonimowy S

wg GRAPEVINE

 


 

Bankiet AA

 

W dniu, kiedy po raz pierwszy poszedłem na spotkanie AA, wszystko było przygotowane tak, abym czuł się mile widziany. Po jakimś czasie uświadomiłem sobie to, że członkowie grupy zainwestowali czas, energię, a nawet trochę pieniędzy, aby zapewnić mi jak najbardziej serdeczne przyjęcie. Jeden z tych członków, który mnie witał, został później moim sponsorem. Mawiał on tak: „Zaufani słudzy są jak kelnerzy, którzy przygotowują stół tak, aby nasi członkowie mogli zająć miejsca i cieszyć się bankietem AA". Właściwie mnie na tym bankiecie obsługiwano na srebrnej tacy. Mówiono mi: „Wszystko jest gotowe. Nie musisz nic robić, tylko siedzieć i słuchać. Tu jest twoje krzesło, za które już zapłaciłeś poprzez swoje cierpienie alkoholika - czuj się jak u siebie w domu. Jest to dla nas przywilejem, że możemy służyć wszystkim nowo przybyłym. Jeżeli pozostaniesz z nami, to niedługo będziesz miał również ten przywilej służyć nowo przybyłym". Wtedy nie mogłem zrozumieć jak służenie może być przywilejem: właściwie uważałem za przywilej to, że oni mi usługiwali. Widziałem to w ten sposób, ze sukces danej osoby i jej ważność można mierzyć tylko poprzez ilość ludzi, „którzy jej służą". Jaką satysfakcją może być chęć posłuszeństwa na każde zawołanie? To był mój sposób patrzenia na życie. Ale mój sposób myślenia zmieniał się stopniowo, kiedy szczerze starałem się praktykować program AA. Pewnego razu, kiedy rozmawiałem z moim sponsorem o tym, jaki przywilej mamy, że jesteśmy członkami AA, zaczęliśmy rozmyślać o tym, jak spośród dziesiątków milionów alkoholików, którzy żyją obecnie na świecie, my znaleźliśmy się wśród tych dwóch milionów uprzywilejowanych, którzy przeżywają radość, jaką daje życie bez alkoholu. Można by powiedzieć, że jesteśmy dwoma milionami uratowanych z wiecznego rozbicia okrętu, przez  które przechodzą alkoholicy i są pochłaniani przez rozszalałe morze alkoholizmu. Jest to nasze szczęście, że urodziliśmy się w wieku AA, a nie w jakimś innym wieku, kiedy nie było prawie nadziei na uratowanie od śmierci poprzez utonięcie. Jest jeszcze inny powód, dlaczego każdy członek AA może czuć się uprzywilejowany: otrzymaliśmy szczególny dar. Zobaczyłem to w czymś, co przeczytałem po kilku miesiącach mojej trzeźwości. Tekst był zatytułowany:, „Dlaczego my zostaliśmy wybrani" i zawierał on następujące słowa: „Bóg w swojej nieskończonej mądrości wybrał tę grupę, aby była ona narzędziem jego dobroci... Nie zwrócił się On do mądrych ludzi, mocnych, sławnych, ani wybitnych.... On wybrał pijaków... tak zwanych najsłabszych ludzi na tym świecie... „Warn powierzam to, co jest zakryte przed naukowcami, prawnikami, żonami, matkami. Nawet kapłanom nie dałem tego daru leczenia innych alkoholików, jaki powierzyłem Wam.... gdybym chciał ludzi bardziej kwalifikowanych, to świat jest pełny takich... Wybrałem was, bo wy byliście wyrzutkami tego świata i wasze długoletnie doświadczenie jako pijaków uczyniło was, albo powinno było was uczynić, pokornie wrażliwymi na wołanie smutku, który wychodzi z dusz alkoholików wszędzie". Jeżeli przyjmiemy to jako prawdę, to będziemy całkowicie przekonani, że Bóg dał nam przywilej, że możemy pomagać w leczeniu innych alkoholików, którzy nadal cierpią. W tym fundamentalnym pojęciu -niosącym to poselstwo -rozpoczyna się pojęcie służby, która jest sprawą wykonywania tych działań, które są konieczne, aby dotrzeć do innych alkoholików, którzy stają się życiodajną krwią naszej Meksykańskie AA składa się z 300.000 członków, z których tylko dwóch miało możliwość wzięcia udziału w tym Światowym Mityngu. Z tych dwóch milionów alkoholików, którzy należą do naszej społeczności tylko około 24 cieszy się przywilejem służenia w tym wielkim wydarzeniu. Nie uważam jednak, że my, którzy tutaj jesteśmy, mamy najlepsze kwalifikacje, albo jesteśmy najlepszymi z odzyskanych: nie jesteśmy też „wybranymi z całego świata najlepszymi Anonimowymi Alkoholikami", ani nawet takich nie przypominamy. Jesteśmy tu tylko, dlatego, ponieważ zostaliśmy wyznaczeni przez sumienie grupy z naszych krajów, aby wykonywać tę służbę, a jedną z naszych misji jest to, aby po przyjeździe do domu, poprzez dzielenie się przeżyciami, jakich doznawaliśmy na tym Światowym Mityngu Służby sprawić, aby nasi członkowie odczuwali bez względu na poziom, na którym się służy. Od początku 1940 roku GSO (Generalne Biuro Służb) w Nowym Yorku wzięło na siebie zadanie takiego działania, które umożliwiło, żeby przesłanie AA dotarło do najdalszych zakątków świata. Był to wielki wysiłek z naprawdę zadziwiającymi wynikami, ponieważ umożliwił on ucieczkę z więzienia alkoholizmu ponad 2 min. z nas, skazanych na cierpienie czy śmierć. Musimy sobie jednak zadać to pytanie: „Czy światowa służba jest przywilejem tylko GSO w Nowym Yorku? A może w innych krajach ze strukturą służby generalnej wzbraniamy się przed dzieleniem tego przywileju?". Odważę się zgadnąć, że większość uczestników tego spotkania zgadza się ze mną, iż nadszedł czas, abyśmy wzięli na siebie równą cząstkę światowego wysiłku, aby przekazać to przesłanie.

Wierzę, że na poziomie międzynarodowym byłby to wspaniały sposób „oddania tego, co otrzymaliśmy za darmo". Kiedy uda nam się przekonać wszystkich i wszystkie kraje o tym, że służba jest przywilejem dostępnym dla wszystkich, to zrozumiemy, że wszystkie 140 krajów-, które tworzą świat AA powinny dzielić przywilej służby.

R.A.L. Meksyk

 


 

AL-ANON nr.1/10/97

 

 

Byłam żoną alkoholika.Kiedy poproszono mnie o to, abym przygotowała wystąpienie na mityngu spikerskim Al-Anon, zgodziłam się bez wahania. W pierwszej chwili wydawało mi się, że to bardzo proste. Nawet ucieszyłam się z tej propozycji. Przyszła w samą porę. Mam, bowiem, od kilku miesięcy, wrażenie, że zakończył się pewien okres w moim życiu, że nadchodzi coś nowego, a to wymaga rozliczenia się z tym, co było, usunięcia starych, niepotrzebnych już strat, uraz i wspomnień. Słowem, pora zrobić w moim życiu miejsce na to Nowe. Opowiedzenie kobietom ze Wspólnoty o swoich przeżyciach uznałam za dobry sposób na ich pozbycie się. Tak było w pierwszej chwili. Potem jednak przyszedł lęk i ogromny wstyd, gdy zaczęłam przypominać sobie burzliwe lata mojego, nieistniejącego już małżeństwa. Tak, więc jeszcze boli, ale coraz mniej, w miarę jak robię swój obrachunek moralny. Ten tekst jest kolejnym moim obrachunkiem. Robię go dla siebie, ale także ku pokrzepieniu osób współuzależnionych, które jeszcze uwikłane są w swoje towarzyszenie chorym mężom, synom itp. Moje małżeństwo było wynikiem miłości. Początkowo kochaliśmy się bardzo. Cóż, więc stało się takiego, że po 20 latach zakończyło się rozwodem. Próbowałam uchwycić ten pierwszy symptom choroby naszego związku. Początkowo pozornie wszystko było normalnie. Oboje pracowaliśmy, dorabialiśmy się wspólnie mieszkania, potem wyposażenia do mieszkania, słowem dóbr materialnych. Tylko jak sięgam pamięcią ja byłam tą osobą w związku, która „poszła do przodu". Wszystko robiłam z pasją i zapałem. A mąż niechętnie i bez radości studiował, i pracował zawodowo. Wolał przebywać w domu wśród części elektronicznych, bo ciągle coś składał, rozbierał, albo wyjeżdżał na ryby. Nie bardzo lubił ludzi. Choć w towarzystwie lubił błysnąć. Był dowcipny, uprzejmy, ale nie miał bliskich przyjaciół. Ja zresztą też nie miałam. Byłam raczej typem samotnika. Alkohol towarzyszył nam najpierw na przyjęciach, ale od początku mój mąż miał tzw. „słabą głowę". Często upijał się. Początkowo były to niewielkie ilości alkoholu, takie, które inni mężczyźni pili bez żadnych konsekwencji, ale w przypadku męża wystarczyło, aby tracił przytomność. Tak było na przyjęciach w gronie rodzinnym, czy na zabawach sylwestrowych. Mnie to początkowo nie niepokoiło, ale z upływem czasu zaczęło złościć. Po prostu nie mogłam liczyć na opiekę męża podczas powrotu z przyjęcia, czy pomoc przy uprzątaniu mieszkania, gdy było to w domu. Narastały powoli, także i inne problemy. To ja byłam „decydentem" w naszym małżeństwie. To ja troszczyłam się o finanse, o ubrania, o zakupy, nawet te duże. Pozornie zaczynałam mieć nieograniczoną władzę i decydowałam o wszystkim. Pozornie, bo w większości przypadków nie starczało mi ani wytrwałości, ani chęci do prawdziwej współpracy. Nasz związek był raczej ciągłą walką. Mam wrażenie, że wówczas ja byłam agresorem, ale zazwyczaj odnosiłam pyrrusowe zwycięstwa. Mąż coraz częściej nie dotrzymywał obietnic, w sprawach małych i dużych. Wycofywał się. Alkohol coraz częściej był w moim domu. Teraz już nie tylko na przyjęciach, ale regularnie, w małych dawkach. Jeszcze nie walczyłam z butelką. Jeszcze nawet sama kupowałam alkohol, często „na zapas", aby był w domu, na tzw. okazje, ale zauważyłam, że barek opróżniał się bardzo szybko, choć nie było okazji. Mąż zmienił pracę. Dotychczas miał niewysoką pensję. Moje zarobki zawsze były wyższe i to było powodem do tego abym czuła się lepszą od niego. On natomiast potrafił wszystko zrobić w domu. Od naprawienia kranu, telewizora, do mebli, czy odnawiania mieszkania. Robił wszystko perfekcyjnie, tylko, że zawsze bardzo długo trzeba było czekać aż zabierze się do pracy, albo bardzo długo wykonywał te prace. Były to dla mnie zawsze koszmarnie długo, bo wówczas wszystko w domu musiało być podporządkowane jego potrzebom. Ja mówiłam, że życie musi stanąć na ten czas, bo on postanowił coś zrobić. Były, więc kłótnie i awantury. Ale wówczas ja byłam tą, która wygrywała. Tak mąż zmienił pracę i wówczas dopiero przekonałam się, że istnieje problem alkoholowy. Poznał grupę kolegów. Pili zarówno w pracy, jak i w domu. Były to tzw. przyjęcia integracyjne. Spotykaliśmy się całymi rodzinami, kolejno w domach, ale po kilku spotkaniach miałam tego dosyć. Alkohol lał się strumieniami. My kobiety, jeszcze byłyśmy zajęte przygotowaniami i nakrywaniem do stołu, a mężczyźni już zaczynali pić, Tak, więc każde takie przyjęcie szybko kończyło się kompletnym upijaniem mężczyzn. Były wśród nas nasze dzieci. Towarzyszyły nam przy tych zabawach. Czasem goście nocowali u mnie. Pamiętam poranki, następujące po takich przyjęciach. Skacowane twarze mężczyzn, picie piwa i przechwałki ile, kto wypił. Szybko, dosyć kategorycznie, odmówiłam urządzania takich przyjęć u mnie w domu i przestałam bywać w innych domach. Ale alkohol w moim domu zagościł na dobre. Teraz butelki z alkoholem stały się moim wrogiem, zaczęłam urządzać polowania na nie. Znajdywałam je w różnych miejscach. Za książkami, w szafach między bielizną, czy ubraniami, w odkurzaczu. Znajdowałam, wrzeszczałam, płakałam, wylewałam alkohol, słowem walczyłam jak tygrysica. Ale to było na nic. Mąż bywał pijany codziennie. Jeździł do pracy, a potem przychodził do domu pijany. Pamiętam jak czekałam na jego powrót. Przypalałam obiad, nie widziałam swojej córeczki, tylko wyglądałam przez okno. Często widziałam, jak pod dom zajeżdżał samochodem, parkował i siedział tak z kolegą, którego podwoził z pracy i wiedziałam, że piją. Miałam ochotę rozbić, podpalić ten samochód. Nie wstydziłam się ludzi. Kiedyś nawet próbowałam wysłać córkę po ojca (bardzo się teraz tego wstydzę), ale odmówiła. Potem przychodził do domu, ja robiłam awanturę, a on szedł spać. To był koszmar. Byłam wówczas kłębkiem nerw. Byłam bezradna, samotna, ale nie chciałam uznać swojej bezsilności. Złość i frustracje odreagowywałam na dziecku i w pracy. Byłam ciągle napięta, zdenerwowana, w głowie wieczny chaos. Wreszcie rozchorowałam się fizycznie. Zaczęły mnie trapić okropne bóle, które uniemożliwiały mi wręcz normalne życie. Zaczęłam chodzić do lekarzy. Od przychodni do przychodni. Od jednego specjalisty do drugiego. Nikt nie mógł nic mi poradzić! Wreszcie, na moją sugestię, dostałam skierowanie do Poradni Leczenia Nerwic, a stamtąd do PETRY. Rozmowa z psychologiem. Po raz pierwszy ktoś mnie wysłuchał. Po raz pierwszy miałam wrażenie ulgi, bo czułam się rozumiana. Wcześniej, gdy uświadamiałam sobie, że mąż ma problemy z piciem, próbowałam mówić o tym z rodziną swoją i męża, czy ze znajomy mi, ale to było bez sen su. Nie znajdowało zrozumienia. Teraz wiem, że nikt, kto nie zetknął się z alkoholizmem, nie może tego zrozumieć. Ale też i ja mówiłam o tym napastliwie. Szukałam, jak teraz sądzę, potępienia dla męża i współczucia dla mnie, a dostawałam jedynie litość, której nie chciałam i niechęć. Tak, więc rozpoczęłam terapię dla rodzin. Podjęłam ją z pasją i wielką determinacją, W tym okresie była dla mnie najważniejsza. Chodziłam na wykłady, zajęcia grupowe, mityngi. Wiele godzin poświęcałam na czytanie literatury i pisanie różnych prac. Niedawno zniszczyłam stosy kartek i zeszytów zapisanych w tym okresie. Dużo czytałam. Bardzo pomagały mi zajęcia grupowe i mityngi Al-Anon. W tym okresie zaniedbałam też bardzo swoje sprawy zawodowe, a także mało czasu poświęcałam córce. Ale pocieszałam się jedynie tym, że dziecku nie trzeba wielu kiepskich kontaktów ze mną, ale raczej niewielu chwil dobrych kontaktów. Że, gdy ja będę odzyskiwała zdrowie, to ona także będzie na tym korzystać. W tym okresie zaczęłam też uciekać z domu. Starałam się przebywać w domu jak najkrócej. Czasem tylko nocowałam, a nawet wyprowadziłam się na kilka miesięcy. I wówczas mój mąż przestawał pić. Gdy nie było mnie przy nim fizycznie, on przestawał pić. Czasem te przerwy w piciu trwały kilka miesięcy, a raz nawet, po pierwszej próbie rozwodowej, nie pił przez cały rok. Ja wówczas nabierałam otuchy, że to koniec jego picia, ale zawsze przychodziło rozczarowanie, bo znowu zaczynał. Bardzo męczyły mnie te niespełnione nadzieje. Myślę też, że przez większość czasu, gdy intensywnie uczestniczyłam w zajęciach terapeutycznych, robiłam to jednak z myślą o mężu. Pamiętam swoje rozczarowanie, gdy mężowie moich koleżanek przestawali pić, a mój mąż nie. Zadawałam wówczas sobie pytanie, co Ja zaniedbałam, czego jeszcze nie zrobiłam. Teraz sądzę, że ciągle próbowałam z Nim walczyć o Jego trzeźwość. Od czasu mojego pierwszego kontaktu z poradnią przeciwalkoholową minęło 6 lat. Wówczas, najpierw sama uczestniczyłam w zajęciach grupowych, po wielu namowach próbowałam doprowadzić męża do poradni. Udało mi się wówczas uzyskać to, że spotkał się z psychologiem, ale potem dowiedziałam się, że oświadczył, iż on nie ma problemu, tylko ja mam problem. Teraz, po tych latach dopiero zrozumiałam, że przez cały czas każde z nas miało Swój Problem. On miał Swój, a Ja miałam Swój. Także nasze dziecko. Podczas terapii ujawnił się też mój Lęk. Przed tym emanowałam Złością. Teraz, pod tą złością odkryłam w sobie pokłady Lęku. Pojawiła się też Przemoc fizyczna. Mąż wyczuwał mój lęk i stawał się coraz bardziej agresywny. Preteksty były różne. Raz z powodu tego, że podczas moich imienin urządziłam spotkanie dla kobiet. Po ich wyjściu - pobił mnie. Potem - mieliśmy rożne zdania, co do wyjazdu córki na wakacje i również próbował mnie pobić Poznałam swoje uczucia wtedy Był to wstyd i upokorzenie Nigdy chyba tak okropnie się me czułam Ale już na szczęście nie byłam sama Inne kobiety pomogły mi zebrać siły i nauczyły mnie bronić się przed przemocą Napisałam skargę do prokuratora Potem drugą Ze złożeniem pierwszej skargi zwlekałam kilka tygodni Potem poszło łatwiej Mąż pił coraz więcej Miał dwa wypadki, jeden w samochodzie, drugi w domu, spowodowane padaczką alkoholową Była krew, lany, ja bywałam wówczas przerażona sądziłam, ze nie wyjdzie z tego cało w myślach przezywałam jego po-grzeb Ale zawsze udawało mu się szybko wy-zdrowieć Tylko my z córką byłyśmy coraz bardziej sterroryzowane jego wyczynami Gdyby nie wsparcie ze strony przyjaciół z Al-Anonu a także z AA, bo w tym okresie już byłam zaprzyjaźniona z wieloma trzeźwymi alkoholikami, nie wiem jak prze-szłabym ten trudny dla siebie okres Były tez w naszym domu kradzieże Mąż już nie pracował Sprzedawał, na alkohol, nasze wspólne rzeczy Choć od kilku lat byłyśmy w separacji, to wyjadał nam żywność, nie płacił za mieszkanie, także zabierał nam pieniądze Musiałam się nauczyć tak robić zakupy i gotować, aby mc nie zostawało Nauczyłam się chować pieniądze Stałam się bardzo czujna Starałam się tez nauczyć córkę, aby nie dawała ojcu pretekstów do krzywdzenia jej To były dla mnie trudne doświadczenia Bardzo kochała swojego ojca, a była narażona na jego okropne zachowanie, np, gdy leżał nieprzytomny na podłodze w przedpokoju lub, gdy z rozkrwawioną głową przeraził ją swoim widokiem, albo, gdy zabierał jej kieszonkowe czy zjadał obiad, który dla niej gotowałam Zamiast bezpiecznego domu i rodziców, którzy dają opiekę i wsparcie miała na codzień rozdygotaną lub rozwrzeszczaną matkę, pijanego ojca, do którego trzeba było wzywać policję Ale zachęcona moim przykładem (moje słowa wcześniej nie pomagały) podjęła kontakt z psychologiem szkolnym, a później z grupą młodzieżową w Aslanie Zachęcałam ją do tego, bo wiedziałam, ze sama me zawsze mogę jej pomoc w Jej problemach Bo ja tez me zawsze mogłam pomoc sobie Dojrzałam do rozwodu Wcześniej podejmowałam próbę rozwodową, ale po obietnicy męża ze nie będzie pił zawiesiłam sprawę rozwodową Wytrwał w niepiciu przez rok Gdy wycofałam sprawę - znowu zaczął pić Teraz byłam już pewna swej decyzji Nie potrzebowałam nawet adwokata Sama napisałam pozew i uzyskałam rozwód z orzeczeniem o winie męża. I w tym okresie bardzo pomogły mi kobiety z rodzin alkoholowych. Po rozwodzie, pozornie nic się nie zmieniło w mojej sytuacji. Jednak, mimo, że mąż nadal pił, ja odzyskiwałam niezależność. Nauczyłam się bronić swoich praw. Nie drogą awantur i walki, ale poprzez stanowcze zachowanie. Odzyskałam większy pokój, który przez kilka lat zajmował pijany mąż. Konsekwentnie odzyskiwałam swoje rzeczy, które w wyniku ugody majątkowej przypadły mnie i córce. Założyłam zamek w drzwiach od swego pokoju. Były mąż pił jeszcze przez rok po naszym rozwodzie. Musiał przepić wszystko, co przypadło mu z podziału naszej wspólnej własności. Musiał przeżyć ataki delirium alkoholowego, żółtaczki w wyniku zniszczenia wątroby, aby osiągnąć swoje dno. Od roku nie pije. Córka założyła swoją własną rodzinę. Ma prześliczną, bardzo przeze mnie kochaną córeczkę. Tak, więc po 6 latach od pierwszego mojego kontaktu z poradnią alkoholową, a po 4 latach mojej intensywnej pracy najpierw w Petrze, potem w Strzyżynie i wreszcie na Studium Pomocy Psychologicznej, wiem, teraz jestem już pewna, że zakończyła się moja epopeja alkoholowa.

Przeżyłam wiele, ale te przeżycia uczyniły mnie inną osobą. Dojrzałam. Stałam się bardziej ludzka, bo potrafię, poprzez swoje przeżycia, lepiej rozumieć innych ludzi. Stałam się bardziej elastyczna, bo musiałam rozstać się z wieloma przekonaniami i poglądami o sobie i o innych. Jestem bardziej świadomą tego, co czuję i co w związku z tym dzieje się ze mną, a także, co czują inni ludzie. Wiem, że mogę sobie Zaufać, a przez to mogę zaufać innym ludziom. I co najważniejsze, a o czym nie pisałam wcześniej, odzyskałam wiarę. Czuję opiekę, przyjaźń i miłość Boga. Nauczyłam się wdzięczności za to, co mnie w życiu spotkało. Nie sądzę jednak, że wyrosły mi skrzydła i anielska aureola. O Nie! Jestem żywym człowiekiem. Przestałam być twardym Babskiem, za to odzyskałam swoją Kobiecość. Za kołnierzem siedzą mi niezłe diabły. Ale to są oswojone Diabły, a nie demony, które kiedyś kierowały moim życiem. Tak, więc, choć czasem jeszcze popadam w tarapaty, to coraz częściej Życie traktuję jako Wspaniałą Przygodę. Ściskam Was.

Zosia Al - Anon

 



Pan Hilary

 

Biega, krzyczy Pan Hilary

Gdzie są zacne me zamiary?

Miał już nie pić trzy tygodnie,

Miał już nosić czyste spodnie!

Miał pracować i zarabiać,

 Miał nikomu nie zawadzać!

 

A tymczasem moi mil

Coś go pędzi, coś go pili.

Szuka w spodniach i w surducie,

W prawym bucie, w lewym bucie.

Szuka w pralce i w apteczce,

Nawet szuka w swojej teczce.

 

Już podłogę chce odrywać,

Już policję zaczął wzywać,

By szukali tej butelki,

Bo ją znaleźć kłopot wielki!

Kiedyś schował tam, w kominie,

Innym razem zaś w pianinie.

 

Szuka wszędzie, dom przewraca,

Byle było coś na kaca.

W głowie szumy i zawroty,

Może wypić -na zgryzoty...

Nagle zerknął do lusterka,

Nie chce wierzyć... Znowu zerka.

 

A w odbiciu jakaś zjawa

W kształt butelki się przedstawia.

Pan Hilary mózg wytężył,

Wszystkie siły w sobie sprężył.

Jeszcze raz w kieszenie sięga..

Co ma znaczyć ta mitręga?

 

Szuka zwolna, a dokładnie ....

Czego szuka? Kto to zgadnie?

Chyba znalazł, pot się leje...

Pan Hilary już się śmieje!

To książeczka jest malutka,

Bardzo cienka, lecz składniutka.

 

Tam mityngi są spisane,

Pan Hilary pędzi na nie!

Jaki morał z tego? Wiemy!

Gdy szukamy to znajdziemy!

Sieć mityngów w całym kraju,

W Gdańsku, Mińsku, Biłgoraju.

 

Wszędzie dobrze, bo w gromadzie!

Pan Hilary rękę kładzie

Na swym sercu i powiada -

We wspólnocie wódce biada!

 

Ziuta