MITYNG 4/23/97

DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO


 DWANAŚCIE KROKÓW AA

1  Przyznaliśmy ze jesteśmy bezsilni
wobec alkoholu, że przestaliśmy
kierować własnym życiem

2  Uwierzyliśmy ze Siła Większa od
nas samych może przywrócić nam
zdrowie

3  Postanowiliśmy powierzyć naszą
wolę i nasze życie opiece Boga
jakkolwiek Go pojmujemy

4  Zrobiliśmy gruntowny i odważny
obrachunek moralny

5  Wyznaliśmy Bogu sobie i drugiemu
człowiekowi istotę naszych błędów

6  Staliśmy się całkowicie gotowi,· aby Bóg uwolnił nas od wszystkich
wad charakteru

7  Zwróciliśmy się do Niego

w pokorze, aby usunął nasze braki

8  Zrobiliśmy listę osób, które
skrzywdziliśmy i staliśmy się goto-
wi zadośćuczynić im wszystkim

9  Zadośćuczyniliśmy osobiście
wszystkim, wobec których było to
możliwe z wyjątkiem tych
przypadków, gdy zraniłoby to ich
lub innych

 

10     Prowadziliśmy nadal obrachunek
moralny z miejsca przyznając się do
popełnianych błędów

11     Dążyliśmy przez modlitwę
i medytację do coraz doskonalszej
więzi z Bogiem jakkolwiek Go
pojmujemy prosząc jedynie

o poznanie Jego woli wobec nas

oraz o siłę do jej spełnienia

12  Przebudzeni duchowo w rezultacie
tych Kroków staraliśmy się nieść
posłanie innym alkoholikom i stoso-
wać te zasady we wszystkich
naszych poczynaniach

 

DWANAŚCIE TRADYCJI AA

1  Nasze wspólne dobro powinno być najważniejsze
wyzdrowienie każdego z nas zależy, bowiem od
jedności Anonimowych Alkoholików

2  Jedynym i najwyższym autorytetem w naszej
wspólnocie jest miłujący Bóg jakkolwiek może się
on wyrażać w sumieniu każdej grupy Nasi przewod-
nicy są tylko naszymi sługami oni nami nie rządzą

3  Jedynym warunkiem przynależności do AA jest
chęć zaprzestania picia

4  Każda grupa powinna być niezależna we wszystkich
sprawach z wyjątkiem tych, które dotyczą innych grup
lub AA jako całości

5  Każda grupa ma jeden główny cel nieść posłanie
alkoholikowi, który wciąż jeszcze cierpi

6  Grupa AA nigdy nie powinna popierać finansować
ani użyczać nazwy AA żadnym pokrewnym ośrod-
kom ani jakimkolwiek przedsiębiorstwom ażeby
problemy finansowe majątkowe lub sprawy ambi-
cjonalne nie odrywały nas od głównego celu

7  Każda grupa AA powinna być samowystarczalna
i nie powinna przyjmować dotacji z zewnątrz

8  Działalność we wspólnocie AA powinna na zawsze
pozostać honorowa dopuszcza się jednak zatrud-
manie niezbędnych pracowników w służbach AA

9  Anonimowi Alkoholicy nie powinni nigdy stać się
organizacją dopuszcza się jednak tworzenie służb
i komisji bezpośrednio odpowiedzialnych wobec
tych, którym służą

 

10     Anonimowi Alkoholicy nie zajmują stanowiska
wobec problemów spoza ich wspólnoty ażeby imię
AA nigdy nie zostało uwikłane w publiczne polemiki

11 Nasze oddziaływam na zewnątrz opiera się na
przyciąganiu a nie na reklamowaniu musimy
zawsze zachować osobistą anonimowość wobec
prasy radia i filmu

12     Anonimowość stanowi duchową podstawę
wszystkich naszych tradycji przypominając nam
zawsze o pierwszeństwie zasad przed osobistymi
ambicjami

Zastrzeżone przez AA WS Inc

 


 

Anonimowi Alkoholicy są wspólnotą mężczyzn i kobiet, którzy dzielą się nawzajem doświadczeniem, siłą i nadzieją, aby rozwiązać swój wspólny problem i pomagać innym w wyzdrowieniu z alkoholizmu. Jedynym warunkiem uczestnictwa we wspólnocie jest chęć zaprzestania picia. Nie ma w AA żadnych składek ani opłat, jesteśmy samowystarczalni poprzez własne dobrowolne datki. Wspólnota AA nie jest związana z żadną sektą, wyznaniem, działalnością

polityczną, organizacją lub instytucją, nie angażuje się w żadne publiczne polemiki, nie popiera ani nie zwalcza żadnych poglądów. Naszym podstawowym celem jest trwać w trzeźwości i pomagać innym alkoholikom w jej osiągnięciu.

Copyright " „AA Grapevine", Inc

 


 

MITYNG

Mityng" jest biuletynem

powołanym przez AA Region Warszawa.

Jest redagowany, pisany, ilustrowany

 i czytany przez członków AA oraz innych

zainteresowanych programem wyzdrowienia

z alkoholizmu sugerowanym przez

12 Kroków i 12 Tradycji AA.

Powstał w 1992 r. z inicjatywy grupki entuzjastów szukających sposobu porozumiewania się warszawskich grup AA. Od 1994r. decyzją Konfe­rencji Regionalnej stał się biuletynem Regionu Warszawa. „Mityng" jest ogniwem łączącym jednego cierpiącego alkoholika z in­nymi, udostępnia swe łamy /czasowo/ również dla przyjaciół ze wspólnoty Al-Anon. Korespondenci przekazują swoje doświadczenie, siłę i nadzieję odzwierciedlając bieżące postępy w pracy nad własnym charakterem, jak również doświadczenia sprzyjające duchowi jedności AA oraz wartości wynikające ze służby w struk­turach AA. Zamieszczane artykuły nie są zamierzone jako wykładnia polityki AA ani tez nie są odzwierciedleniem stanowiska służb Regionu Warszawa, są głosem poszczególnych członków AA. W granicach przyjaźni i dobrego smaku „Mityng" cieszy się wolno­ścią słowa w sprawach dotyczących wszystkich tematów AA. Jako biuletyn AA Region Warszawa „Mityng" wyraża tylko jeden cel: nieść posłanie do cierpiących alkoholików i chce się stosować do zasad AA we wszystkich poczynaniach.

 


Przy telefonie BSK

 

Na punkcie kontaktowym

 

Jak to się stało, że dzisiaj tu jestem?

 

Mój pierwszy kontakt z alkoholem zaczął się  w wieku 17-tu lat. Po moim pierwszym upiciu się  dostałem od ojca ostre lanie. Nie piłem gdzieś około 2-iat. W wieku 22 lat za wejście w stanie nietrzeźwym do zakładu pracy i samookaleczenie się, zostałem z tego zakładu zwolniony dyscyplinarnie.

Już wtedy byłem uzależniony od alkoholu. Nie byłem wtedy alkoholikiem, bo byłem dobrze ubrany, dobrze zarabiałem, zawsze dbałem o swój zewnętrzny wygląd. Dla mnie alkoholikiem był człowiek z rynsztoka, taki, który pije wynalazki lub denaturat, ale nie ja. Z następnej pracy też wyleciałem za gorzałę. Przez 10 lat pracowałem w Hucie Warszawa. Tam też piłem, często musiałem zostawać w pracy dłużej, żeby wytrzeźwieć. W międzyczasie ożeni­łem się. Do domu u te­ściów bardzo często przychodziłem w dym pijany. Nie pasowało mi towarzystwo szwagra, bo dla mnie była to kupa frajerów. Ja musiałem mieć kumpli, którzy mo­gli wypić więcej niż "normalni" ludzie. Czę­sto urządzałem awantu­ry, bo żona była zła, nie rozumiała mnie, z te­ściowej było kawał ję­dzy. Żona wytrzymała ze mną niecałe 4-lata. Wróciłem do rodziców. Oczywiście piłem dalej. Po pewnym czasie poznałem matkę swojej córki. Piliśmy razem, powodziło nam się bar­dzo dobrze. Zacząłem chodzić na antikol. Al­kohol, który mi kiedyś pomagał, zaczął mi prze­szkadzać. Otworzyłem swoją firmę: mycie okien i sprzątanie wnętrz. Za upicie się na terenie Pol­skiej Telewizji, dyrektor tejże po prostu wyrzucił mnie. W drugiej firmie, na terenie, której prowa­dziłem działalność, pod­kradałem dyrektorowi alkohol - też zerwali ze mną umowę. Porzuciła mnie również matka mojej córeczki. Zlikwidowałem swoją działalność i zacząłem pracować u innych pry­waciarzy. U człowieka, który podał mi rękę, bo rozumiał mój problem, pracowałem niecały rok. Krzysiek, bo tak ma na imię ten chłopak, zbliżył mnie do mojego dna. Wyrzucił mnie z pracy. Po pewnym czasie wy­rzucili mnie z domu ro­dzice. Wtedy postanowi­łem, po raz pierwszy, coś zrobić ze swoim pro­blemem alkoholowym. Zaszyłem się. Mniej więcej po trzech miesią­cach dobry Bóg postawił przede mną człowieka z AA. Po około półtora roku odzyskałem sądow­nie swoją córeczkę Asię. Nie piję już 3, 5 roku. Odzyskałem zaufanie swoich rodziców. Mam szacunek u sąsiadów, którzy kiedyś unikali mnie i bali się mnie. Sta­ram się być 3-4 razy w tygodniu na mityn­gach. Zmieniłem środo­wisko. Znalazłem praw­dziwych przyjaciół. Na dzień dzisiejszy nie my­ślę już o alkoholu. Jest mi on obojętny. Alkohol jest wszędzie obok mnie. Nauczyłem się przy nim żyć. Wiem, że gdyby nie AA, dziś bym pił dalej, a może już bym nie żył.

Zbyszek szczęśliwy alkoholik.

 

Mam na imię Zbyszek, jestem alkoholikiem. Byłem nim od lat, nie zdając sobie sprawy. Alkoholu nie piję ponad trzy lata, ale nie ma w tym mojej zasługi, odbywam, bowiem wielocyfrowy wyrok.

 

Ludzie spoza mojego środowiska mogą uśmie­chnąć się, no, bo co to za sztuka nie pić, gdy nie ma takiej możliwości? Moje picie było związane nieodłącznie z przestęp­stwem lub też odwrotnie. Wychowywałem się w domu dziecka i po­prawczaku. Tam piło się wszystko, co popadnie, przeważnie wynalazki, rzadziej przemycony al­kohol. Denaturat jest ra­tunkiem dla alkoholika cierpiącego, ja piłem go już w wieku trzynastu lat, ot tak, po prostu. Dzieciństwo moje to pa­smo ucieczek, czyli uli­ca. Kradzieże, dzielenie pieniędzy i sklep mono­polowy. Jakieś meliny, gorsze lub lepsze, gdzie "kumatego" załadowca witano z otwartymi rę­kami. Nie odczuwałem kaca. Jak starsi mówili -jestem chory - rozumia­łem to jak powiedzonko i też budząc się świrowałem dorosłego mó­wiąc zmęczonym tonem - ale jestem chory. Jako siedemnastolatek trafi­łem do więzienia. Trafi­łem do kamieniołomów. Harówka i otumanianie się denaturatem. Po wyj­ściu znów złodziejstwo i balangi. Po pijanemu spowodowałem wypa­dek - pokiereszowani lu­dzie. Wyrok za wyro­kiem. Fizycznie nie od­czuwałem choroby alkoholowej, psychicz­nie też nie. Po prostu piłem, kradłem, nie my­śląc nawet o tym, że mogłoby być inaczej. Moimi przyjaciółmi byli ludzie żyjący jak ja. Kochankami - pijące dziewczyny. Nigdy nie przywitałem się z wol­nością inaczej niż wód­ką, nigdy nie spędziłem pierwszej nocy z trzeź­wą kobietą. Gdyby ktoś wówczas powiedział, że jestem alkoholikiem po­myślałbym, że jest stuk­nięty. Po wyjściu za mu­ry spotykałem znajo­mych, którzy przebywa­li na wolności po odby­ciu swej kary. Więk­szość kradła i wcale nie pracowała. Stawiałem im gorzałkę i nie pojmo­wałem, w duchu gardzi­łem nimi. Kończyły się pieniądze, kradłem i da­lej piłem. Odbywając je­den 7 wyroków nie wró­ciłem z przepustki. Wła­mania, balangi i tak przez kilkanaście mie­sięcy. Któregoś ranka wstaję, a właściwie zwlekam się z wersalki, trzęsące się nogi, zimne poty, kołatanie serca, pa­skudne lękliwe uczucie. Myślę sobie - wycieńczony organizm, za mało jedzenia, za dużo wódki i seksu. Krótka przerwa i wracam do sił. Zaczynam pić i rano to samo. Wiedziałem, że coś się ze mną dzieje złego, nie pojmowałem jednak, co. Na wzór znajomych rano "lufa" i po kłopocie. Przestępstwa, jakie po­pełniałem wymagały sprawności fizycznej, a z moją było coraz gorzej, myślę sobie normalne, lat przecież przybywa. Po kryjomu biorę amfę. W moim środowisku jest to potępiane, sam zresztą całe życie kląłem narkomanów. Wchłaniałem, więc to, zapijałem gorzałą i sprawnością dorównywałem wysportowanym wspólnikom. Mogłem też o wiele więcej wypić i nie wyglądałem na pi­janego. Najgorsze było jednak trzeźwienie - mę­ka nie do opisania. Źle się ze mną działo, myśla­łem sobie, że będę jechał na dopingu ile dam radę, później się zabiję. Na którymś z włamań wpa­dłem. Znowu więzienie, nowy wyrok. Wypuścili mnie ponownie, tym ra­zem na stan zdrowia. Za­częło się złodziejstwo i picie. Gardziłem tymi, którzy sterczeli pod sklepami, działali mi na nerwy. Nazywałem ich bandą cykorów, żerują­cych na złodziejaszkach. Nadal, gdy brakowało si­ły w skrytości brałem amfę, gdy byłem lepiej zarobiony kokę, zapija­łem wódą i wmawiałem sobie, że liczy się tylko ta chwila. Któregoś dnia, gdy mnie od­puszczał alkohol i chemia dosta­łem świra. Atakowały mnie jakieś jaszczury, walczyłem z nimi. Przerażenie, w jakim wówczas byłem pamiętam do tej pory. Dziewczyna, z którą wtedy byłem uciekła. ' Później cały czas starałem się być za­opatrzony w towar i go­rzałę. Gdy z kolegami wychodziłem do miasta koktajle miałem rozło­żone we wszystkich kie­szeniach. Mieszkałem w obszernym domu, jak mnie aresztowali dziew­czyna z którą żyłem, jeszcze przez długi czas znajdowała poutykane w różnych miejscach bu­telki z trunkiem, nawet pieniądze. Nabrałem zwyczaju chomikowa­nia, później często nie pamiętałem, co i gdzie chowałem. Ponowne zwolnienie na stan zdro­wia i powrót do dawne­go stylu życia. Miesiące picia i to była juz maka­bra. Urywanie się filmu, próby abstynencji, koń­czące się niepowodzeniami Picie byle, czego i z byle kim. Tanie wina, życie z tak samo alkoholizowaną kobietą. Aresztowanie i już w więzieniu siada serce. Szpital wolnościowy i dokładne badania i dziwne zachowanie się lekarzy. Wyniki wyka­zały, że mój organizm jest w stanie skrajnego wyczerpania jak chory na AIDS. Test jednak tego nie potwierdził. Później szpital więzienny i kolejne zwolnie­nie. Lekarz mówi: ani grama alko­holu, żadnych prochów, zabije cię to. Za go­dzinę witam wolność czy­stym spirytu­sem. Po pierw­szym kieliszku tracę przytom­ność. Koledzy w panice, gdy się ocknąłem, chcą podjechać pod jakiś szpital. Sprzeciwiam się, po co żyć, jeśli nie mogę pić. Piję drugi i to samo. Po odzyskaniu przytom­ności jestem cały zdrę­twiały, piję jeszcze jeden i wszystko w porządku, śmieję się, jestem mi­strzem świata w samoleczeniu. Piję kilka mie­sięcy. Wiem, że już mu­szę pić. Nie mogę żyć bez wódki. Nie jestem w stanie myśleć, działać, uprawiać seksu. Trzeź­wy przeżywam katusze, nie wychodzę na ulicę, leżę godzinami twarzą do ściany przykryty na głowę. Tracę kolegów, tych bardziej ambitnych. Kiedyś w takim stanie wypijam jakiś amol i po­stanawiam, że nigdy nie dopuszczę abym nie miał na zaprawkę. Po ja­kimś czasie znów zosta­ję bez pieniędzy nie na swoim terenie. Kolega przyłapuje mnie jak wy­lewam paliwo z kuchen­ki turystycznej. Kiedyś byłem jego idolem, chło­pak ma wielki żal. Wsty­dzę się go, a siebie do­piero po napiciu się. Nie mogę sobie poradzić w osobistych sprawach. Szarpię się jak ryba w sieci. Pieniędzy już nie kradnę, ale je do­słownie zabieram. Mało jest rodzajów prze­stępstw, których bym nie popełnił dla ich zdoby­cia łącznie z zabójstwem. Swoje ofiary katuję jak wro­gów. Działam jak głod­ne zwierzę. Gdy tylko zdobędę środki robię za­kup, zaszywam się w melinie, która kiedyś była domem pełnym ży­cia: otumaniam się. Śpię z kobietą, na którą kie­dyś nie chciałbym spoj­rzeć i w pokrętny sposób tłumaczę siebie przed sobą - jesteś nic nie war­tym człowiekiem, nie zasługujesz więc na ni­kogo wartościowego. Znowu więzienie i mę­czarnie. Zaczynam po­ważnie chorować, docie­ra do mnie, że to mój ko­niec. Powstaje guz pod okiem, a mam tylko jedno. Wzrok mi gaśnie, oko się jątrzy, stany za­palne zatok, gorączka, wysiada serce, powięk­szona wątroba, nerwica wegetatywna. Nie mam nikogo, od znajomych nawet pocztówki, już dawno machnięto na mnie ręką i żywcem po­chowano. W więzieniu też żadnych przyjaciół, nikogo nie obchodzę. Sąd kolejny raz nie zwolni, duży spiętrowany wyrok, sprawy karne w toku i żadnych gwa­rancji, że podejmę lecze­nie tym razem. Tak na­prawdę nie podjąłbym na pewno. Zdobyłbym pieniądze, zrobił zakup i zaszył się gdzieś, później to już problem tych, co zajmują się po­chówkiem na koszt pań­stwa. Postanawiam odejść, sam przyspieszę to, co i tak się stanie. Skrócę męczarnie i odej­dę jak parę dni wcze­śniej odszedł mój przy­jaciel. Szykuję się jak w transport, tylko tym razem w nicość bo nie myślałem nigdy, co jest po tamtej stronie. Wpada mi w ręce książka "Śla­dami Jezusa Chrystusa". W więzieniu przeczyta­łem kilometry książek, ale żadnej tej tematyki. Męczę oko, ale jakaś Si­ła mną kieruje, że czy­tam. Robię przerwy i staram się pomodlić ale nie potrafię. Mówię więc do Boga swoimi słowami, o nic konkretnego nie proszę, chcę tylko znaku, że jest. Bez skutku. Noc przeży­łem jednak. Rano była w przywięziennej kapli­cy Msza Święta. Idę tam nie myśląc po co. Mał­puję innych, nie wiem kiedy klękać, kiedy że­gnać znakiem krzyża. Po mszy podchodzę do księdza i jednym tchem wyrzucam z siebie, że nie potrafię modlitwy, nic nie wiem, nawet czy jestem ochrzczony. Je­stem strasznie spięty ale mówię, że jest ze mną źle. Więcej nie potrafię powiedzieć. Ksiądz po­myślał chwilę i odrzekł – o nic  się  nie  martw, dobre miejsce przy­ szedłeś. Idź do celi i spokojnie czekaj, ktoś przyjdzie do ciebie. Przychodzi człowiek z tamtej  strony  muru i mnie naucza, nie koń­ czy zdania a ja już wiem, odbieram więcej niż mó­wi  słowami. Naucza i modli się za mnie, mo­dlę się i ja. Umysł mam jasny jak nigdy dotąd. Wizyty się powtarzają. Z dnia na dzień wracam do  zdrowia. Wywożą mnie do innego więzienia, modlę się i czekam. Przewożą mnie ponow­nie. W trakcie pierwsze­go  spaceru  dowiaduję się, że jest grupa AA, nie mam o tym żadnego po­jęcia ale jeszcze w tym samym dniu jestem na mityngu. Słucham ludzi, którzy przyszli z tamtej strony i wiem, że to jest moja  droga. Już  na pierwszym spotkaniu pojąłem że nawet w wię­zieniu nie pijąc, myśla­łem po pijanemu, W przerwie rozmawiam z człowiekiem, którego widzę po raz pierwszy, a odnoszę wrażenie, że to mój dobry znajomy, zresztą On się tak zacho­wuje. Trochę krępują mnie kobiety ale z cza­sem to mija i jak któraś nie przyjdzie, czegoś brakuje. Pochłaniam li­teraturę tematyczną i wszędzie czytam o so­bie. Zaczynam odkry­wać rzeczy o których nie miałem zielonego poję­cia. Szarpię się z progra­mem bez fachowej po­mocy, ale ruszam z miej­sca. Wiem, że to pro­gram na całe życie za­równo tu, jak na wolno­ści. Wiem, że to sens którego mi brakowało. Pieczętuję wyznanie Bo­ga na sposób katolicki. Coś mnie kieruje, że świadkiem musi być ktoś z grupy, wiem że ma to dla mnie jakieś znaczenie. Pierwszy nie może, zgadza się dziew­czyna. Wiem dziś, że tak powinno być. Przede mną jeszcze lata więzie­nia, ale wiem, że to się zmieni, muszę tylko spokojnie czekać. Tu lu­dzie czymś żyją. Jedni tak jak ja kiedyś, inni li­stami, widzeniami z bli­skimi, ja żyję mityngami i programem 12x12. Nie wiem co to choroba, je­stem zdrowy. Na dawne życie patrzę bez emocji jak na przeczytaną smut­ną książkę. Transport w jaki się szykowałem był transportem do pie­kła, byłem u jego bram i zostałem wstrzymany. Teraz wiem, że dzięki Sile Wyższej to się stało. Uzyskałem to co wielu ludzi nie może uzyskać lata całe - wiarę w Boga. Spłynęła na mnie gdy po raz pierwszy powiedzia­łem do Niego "Ojcze" szukając ratunku. Dosta­łem wiarę, zdrowie i program na życie za­warty w 12x12. Wiem, że po raz pierwszy w ży­ciu czynię dla siebie coś dobrego. Dziś moim naj­większym autorytetem jest mój Bóg, a najwięk­szym marzeniem by moi przyjaciele, szczególnie cl o dwadzieścia lat młodsi już teraz wiedzie­li to co wiem ja. Każdy ma swoje dno - takie jest powiedzonko w grupach AA. Moim była ciężka choroba, beznadziejność życia, spiętrowany wy­rok. Dzięki Bogu odbi­łem się od tego. Nie mo­gę powiedzieć, że jestem nieszczęśliwy. Wspólno­ta AA jest chyba najdzi­waczniejszą ze wspólnot w dziejach świata. Nie ma w niej obowiązków, zakazów, nakazów, kar, nagród. Pozornie wyglą­da więc na anarchię, w rzeczywistości to zdy­scyplinowane zrzeszenie ludzi, dla mnie to ideal­ny sposób na życie na­wet w tak ekstremalnych warunkach jakie są w więzieniu.

 

 


 

PRAWDZIWĄ TOŻSAMOŚĆ

 

N.. przyszedł pewnego poniedziałku na nasz poranny mityng, było to kilka miesięcy temu, i zaraz na wstępie świadczył nam, że nie jest pewien, czy znajduje się we właściwym miejscu, albowiem nie sądzi, że jest alkoholikiem.

 

Jak zwykle taka uwaga wywołała salwę śmiechu. Kiedy wyciągnęliśmy z niego całą jego historię wyszło na jaw, ze właśnie wyszedł z więzienia. Jeden z sędziów zwolnił go przed upływem jego wyroku, jednak pod jednym warunkiem: będzie uczęszczał na tyle spotkań AA na ile tylko będzie mógł. N. trafił do więzienia za upijanie się i maltretowanie swojej żony. Czasami, w zależności od fantazji, dawał spokój żonie i bił w zamian woje dzieci. Jego syn miał wtedy pięć lat, jego córka - trzy lata. Natychmiast rozgorzała gorąca dyskusja, która sprowadzała się do jednego: w którym momencie każdy z nas zdał sobie sprawę, że jest alkoholikiem? Nasza prowadząca mityng, w mądrości swojej przytomnie spowolniła nasz pociąg do dyskusji na tyle, ze mogliśmy szczęśliwie dojechać do naszego głównego problemu. tym stanie rzeczy nie chodziło przecież o stwierdzenie, czy nasz nowy towarzysz jest alkoholikiem, czy tez nie. Zasadnicze pytanie brzmiało: czy chce przestać pić? Czy widzi jakiś związek pomiędzy swoim piciem i swoją sponiewieraną rodziną? W końcu N.. złamał się i wyznał „Może rzeczywiście czasami za dużo piłem. Powiedzcie mi. jak mam przestać". Odpowiedzieliśmy mu, że tego zrobić nie możemy, ale możemy powiedzieć, jak my przestaliśmy ile ma ochotę posłuchać. W moim przypadku moje pierwsze dwa lata we Wspólnocie ograniczyły się do ciągłego powtarzania mojej grupie: „Nazywam się B... Jestem tu gościem dzisiejszego wieczora" lub też „Nazywam się B... i chciałbym się dzisiaj przysłuchiwać". Nie piłem. Byłem spragniony, ale nie trzeźwy. Nie myślałem, że jestem alkoholikiem.  Potem, z upływem czasu, rozpoznałem w sobie alkoholika z problemami. Przy znałem się także do tego, że czasem będąc pijany tracę panowanie nad sobą. Po dwóch latach poproszono mnie o opowiedzenie mojej historii. I wtedy stanąłem przed moją grupą i powiedziałem „Nazywam się B.., jestem alkoholikiem". Tak jakoś to ze mnie spłynęło. Odnalazłem swoją prawdziwą tożsamość. Piąty rozdział mówi nam, jak to działa. Tradycje mówią nam, dlaczego to działa. Trzecia Tradycja podkreśla: „Jedynym warunkiem przynależności do AA jest chęć zaprzestania picia". To, co mogłem zaobserwować u siebie, a potem także u innych, potwierdziło fakt, że pewien poziom wyzdrowienia zaczyna się wraz z oddzieleniem człowieka od jego trucizny. Odkryliśmy, że nasz nowy towarzysz, kiedy był trzeźwy, był naprawdę w porządku człowiekiem. Nie pijąc był w stanie wykonywać naprawdę odpowiedzialną pracę. Zarabiać na utrzymanie swojej rodziny. Rzecz jasna nie był świętym. Zresztą jak większość z nas. Niekoniecznie mógłby uczyć w szkółce niedzielnej. Ale również z pewnością nie ciskałby cegłami w witraże. Gdy w końcu zdałem sobie sprawę z tego, że jestem alkoholikiem, rozpoczął się prawdziwy duchowy wzrost w moim programie. Kolejne Kroki, które przechodziłem, stawały się moim życiem. O tym, że jestem alkoholikiem, dowiedziałem się dopiero wtedy, gdy przestałem pić. Potem odkryłem, że byłem alkoholikiem zanim zacząłem pić. N.. wciąż przychodzi na nasze poniedziałkowe spotkania. Nasz prowadzący wciąż podpisuje mu dokumenty, tak, aby sędzia wiedział, że N.. wciąż jest tutaj z nami. Mówi nam, że nie pije. Zadaje pytania. Słucha. gdy wymieniamy doświadczenia. Wierzę, że będzie taki ranek lub wieczór gdy na naszym mityngu nasz nowy towarzysz stanie naprzeciw nas i powie; „Nazywam się N... i jestem alkoholikiem". I kiedy to nastąpi zacznie on otrzymywać największe dary trzeźwości.

B..

 


 

 Całkowite przebaczenie

 

Zdałem sobie sprawę, że nie znajdę spokoju w tym programie, jeśli nie będę chciał się zmienić. Zacząłem więc przerabiać Czwarty Krok.

 

Wykorzystałem inwenturę na stronach 64-65 Wielkiej Księgi ze zdumiewającymi rezultatami. Kiedykolwiek chciałem być uczciwy co do moich przeszłych doświadczeń widziałem, że za każdym razem ja byłem przyczyną. Trudno było  powstrzymać gniew, kiedy odkryłem, że w ok. 95% byłem odpowiedzialny  za problemy i mogłem to zobaczyć, kiedy wypisałem je i uwolniłem się od nich - z wyjątkiem jednego, problemów z moim ojcem. Jest to doświadczenie, którym chciałbym się podzielić. Jestem najmłodszym z pięciorga dzieci. Mój ojciec był czynnym alkoholikiem przez całe moje wczesne dzieciństwo. Zaczął trzeźwieć w AA, kiedy ja miałem jedenaście lat i nigdy się już nie napił. Moje matka, także alkoholiczka, ale w tym czasie bardziej zdolna do podtrzymywania swojego picia, rozwiodła się z moim ojcem. Nigdy nie wstąpiła do Al-Anonu ani do AA i poślubiła innego alkoholika. Popełniła samobójstwo na moje piętnaste urodziny. W ciągu tych lat byłem wychowywany głównie przez moją starszą siostrę. Wychowywany bez specjalnej dyscypliny, miałem kłopoty nie tylko w szkole ale także z prawem. W tamtych czasach wielu ludzi szczerze mi współczuło z powodu mojej sytuacji rodzinnej a ja wykorzystywałem ten fakt w każdej możliwej okoliczności. Teraz widzę, jak obwiniałem mojego ojca za wszystko, co wydarzyło się w mojej rodzinie. Obwiniałem go za śmierć matki i za każdy problem, który miałem. On był kozłem ofiarnym dla każdego w rodzinie. Społeczeństwo wzmacniało to przekonanie, więc było łatwo ciągłe złościć się na niego. Uważałem go za winnego swojej krzywdy i nie wydawało mi się, że mogę mu przebaczyć. W tym czasie nie zdawałem sobie sprawy, że byłem więźniem swoich uprzedzeń. Ciągle pracowałem nad swoim Czwartym Krokiem usiłując bezskutecznie uporać się z tym problemem. Zdecydowałem  się  zapomnieć o moim związku z ojcem i nie wyładowywać się na mojej własnej rodzinie. Mam drogie dzieci i miałem żal do ich matki obwiniając ją za rozpad naszego związku. Gdy uczciwie spojrzałem na to, co się stało, zdałem sobie sprawę, że zrobiłem to samo mojej rodzinie, co mój ojciec zrobił swojej. To co robiłem, robiłem bez złości i złych zamiarów. Moja żona i ja zwalczaliśmy się przy każdym problemie i przy każdej okazji. Zostawiłem moją żonę samą, żeby wychowywała dzieci, podczas gdy ja próbowałem wygrzebać się z katastrofy finansowej, którą sam stworzyłem i nadal przyczyniałem się do jej pogłębiania. Traciłem swój biznes i swoją własność, w  dalszym  ciągu okradałem Piotra, żeby oddać Pawłowi. Straciłem już dom i traciłem zdolność panowania nad swoimi emocjami. Nie mam najmniejszej wątpliwości, że w tym czasie robiłem wszystko co w mojej mocy, najlepiej jak tylko umiałem. Jestem też pewny, że nasze rodziny i przyjaciele musieli myśleć, że nie dbam o rodzinę. Na pewno tak nie było. Bardzo ich kochałem. Ale całe moje życie rozpadało się. Zaniedbałem rodzinę nie zdając sobie sprawy ze skutków tego, co robię. Myślałem wtedy: przynajmniej dzieci mają jednego rodzica zajmującego się nimi. Kiedy się temu wszystkiemu przyjrzałem, zdałem sobie sprawę, że sytuacja mojego ojca nie była inna od mojej. Mój ojciec był alkoholikiem - żył i działał w obłędzie - tak samo, jak ja. Kiedy zdałem sobie z tego sprawę, natychmiast ujrzałem go w innym świetle. Zrozumiałem nie tylko swoje położenie, ale i jego. Przez trzydzieści lat swojego życia usiłowałem znaleźć zrozumienie wśród ludzi, a teraz odkryłem coś innego: jeżeli ja mogę rozumieć innych, to mogę wyzwolić się z urazów i całkowicie pogodzić się z tym co się zdarzyło. Z tej nowej perspektywy nie widziałem już winy mojego ojca. Moje urazy poszły w niepamięć. Po tym doświadczeniu byłem zdolny do napisania listu do ojca, widząc rzeczy jasno i wyraźnie. Powiedziałem mu. jak dumny byłem z niego za jego utrzymywanie trzeźwości i że chciałbym podążać jego śladami w zdrowieniu. Dzisiaj jesteśmy wielkimi przyjaciółmi. Chodzimy razem na mityngi, gdy tylko jest w mieście. W naszym życiu miało miejsce cudowne uzdrowienie. W moim zdrowieniu były też inne uzdrowienia, takie jak całkowite przebaczenie. Jestem zdolny do widzenia innych sytuacji o wiele wyraźniej. Pogodziłem się z samym sobą przez wybaczenie innym. Wszystko to zawdzięczam AA. Kilka lat temu przyjaciel spytał mnie. czy mam poczucie winy za to, co wyrządziłem moje] rodzinie. Moja odpowiedź jest - nie. Robiłem najlepiej, jak umiałem robić to, co miałem do zrobienia. Sądzę, że powód jest prosty. Kiedy uwolniłem mojego ojca z potrzasku, uwolniłem jednocześnie siebie. Jaką miarą sądzę innych, taką samą sądzę siebie. W jakim stopniu przebaczam innym, w takim samym przebaczam sobie.

nieautoryzowany przekład wg Grapevine

 


Matka...

 

Mam na imię Iwonka, jestem alkoholiczką i nie piję..., no, po prostu każde 24 godziny, od ponad 2 lat. Kiedyś liczyłam każdy dzień, tydzień. Przychodziło mi to moje niepicie trudno. Bywały tylko nastroje złe lub dobre, czyli "góra-dół". Kto tego nie zna? Dzisiaj jest kolejny dzień, piękny, słoneczny, prawie jesienny, choć jeszcze nie ma żółtych liści, ale już gdzieniegdzie widać złoto na drzewach, kasztany też już dojrzałe, a i w lesie podgrzybki zaczęły wychylać swoje pluszowe kapelusze z mchu. Moja matka pojechała to dzisiaj sprawdzić. Właśnie, moja matka, moja matka - bohaterka. Chcę dzisiaj o niej napisać, bo w stosunku do niej pojawiły mi się uczucia, których nie rozumiem. Gdy przystąpiłam do Wspólnoty AA, natychmiast chciałam naprawiać świat (dwukrok - tj. Krok Pierwszy i Dwunasty - bezsilność i posłanie), zaczęłam od matki. Zamęczałam ją moimi i nie moimi słowami na temat  trzeźwienia, leczyłam ją, gadałam i gadałam, jak najęta, mówiłam co ma robić, dokąd iść, mówiłam o uczuciach, zupełnie ich nie czując. Moja matka patrzyła na mnie i rysowała kółka na czole. No to oczywiście wymyśliłam sobie, że odwraca się ode mnie plecami. Jaka ja byłam nieszczęśliwa, nie rozumiałam tej mądrości "Żyj i daj żyć", ja tylko żyłam i nie dawałam jej prawa do życia. Rozpaczałam, że zajmuje się tylko swoimi dziećmi, że hołubi mojego męża - jeszcze cierpiącego alkoholika - że powinna być ze mną, trzymać moją stronę, a ona.... Nie, nie będę z nią rozmawiać, nie chcę, nie i koniec! Moja trzeźwość tak drogo mnie kosztowała, a ona tego nie docenia, nie uwielbia mnie. Ile w tym było pychy, a na dodatek doszło jeszcze to, że nie okazuje mi uczuć. Dzwoniła czasem, pytała jak się czuję, a potem "nadawała", brat to, siostra tamto, a twój mąż to (byłam w separacji, teraz jestem po rozwodzie). A ja rzucałam słuchawką i ciągle wściekła mówiłam sobie, "no tak, wszyscy, tylko nie ja". Gdy dzwoniła i pytała co słychać, chciałam jej odpowiednio odpowiedzieć.... Chodziłam na mityngi, na terapię, mówiłam, ale i uczyłam się. Wiedziałam, że matka nie mówi o mnie dobrze, nawet w sądzie stanęła po stronie mojego męża. Ile ja miałam do niej żalu. Już bez złości, spokojnie, mówiłam jej: "Mamo, wszystko, co się zdarzyło, po prostu, musiało się zdążyć, nie mam do nikogo pretensji". Gdzieś przed drugą rocznicą zadzwoniła i zapytała: Iwonka, czy ty mi wybaczysz? Poczułam się jakbym zdobyła Mont Everest. Wiem co to było - pycha, no i stanęło na moim! A tak naprawdę, to co ja mam jej wybaczyć? Gdy ją zobaczyłam na moim urodzinowym mityngu, poczułam smak zwycięstwa, ale to było tanie zwycięstwo, papierowe. Przyszła, no jest, ale co mówi? Ona zabrała głos? "Wiem, że bez tych ludzi nie dałabyś rady -jestem z ciebie dumna". Zmiękłam, ale trzymałam fason. Dopiero niedawno zobaczyłam i zrozumiałam. Ona, moja matka, nie okazywała mi uczuć..., a kto jej miał pokazać jak to wygląda? Jej matka, gdy została sama? Ojciec, który zginął w obozie? Mężowie, którzy się nad nią znęcali? Pytam, kto? Dzisiaj wiem, że mogę i chcę zrobić to ja, bo ja już potrafię, tak zwyczajnie, po ludzku, podejść, przytulić i powiedzieć: "Kocham cię mamo". Dzisiaj to mogę i chcę zrobić, moja mama czasem jest jak dziecko. Wtedy się czuję jak matka mojej matki. Teraz, dzisiaj, czuję do niej miłość choć wiem, ze jest chora, ale nie będę jej leczyć, chcę być, po prostu być, bo dzisiaj miłość znaczy dla mnie bycie z drugim człowiekiem, gdy on chce tego. Wiem Przyjacielu, ona dzisiaj coraz częściej chce, żebym była. Czasem w milczeniu, w ciszy, patrzy wtedy tymi swoimi siwymi oczami i wiem, że mnie kocha. Ja też kocham Ciebie mamo, dzisiaj już Ci dziękuję, że jestem.

Twoja córka Iwonkaalkohohczka

 


Twoim zdaniem...

 

1. Czy Wspólnocie AA potrzebni są do współpracy profesjonalni specjaliści w dziedzinie alkoholizmu?

 

-           Tak. Eksperci-zawo-dowcy będący jednocześnie przyjaciółmi Wspólnoty, np. księża, psycholodzy, lekarze, powiernicy.

Heniek Warszawa

 

Andrzej Warszawa

-Tak. Uważam, ze Wspólnota AA powinna z nimi współpracować w dziedzinie trzeźwienia -      okazywać im przychylność. Nie podważać potrzeby indywidualnego kontaktu z nimi, w trzeźwieniu.

Marek (Nowy Dwór Maz.)

 

-           Potrzebni są - pomaga ją w zrozumieniu istoty choroby alkoholowej od strony medycznej, psychicznej itp.

Darek (Konin)

 

 

2. Dlaczego dla AA-owca ważne jest nieprofesjonalne niesienie posiania?

 

-Gdybym za to brał pieniądze, nie łączyłbym tego z sercem.

Heniek Warszawa

 

- Moją trzeźwość traktuję jako dar Boży i dlatego za niesienie posłania nie wyobrażam sobie brania pieniędzy.

Andrzej Warszawa

 

-Jeśli podstawowym celem jest osiągnięcie korzyści własnej (jakiejkolwiek) wtedy właściwy cel mojego działania (człowiek) traci.

Marek (Nowy Dwór Maz.)

 

-Jest bardziej wiarygodne i wynika z poszanowania doświadczeń Wspólnoty AA, moich własnych i Tradycji AA.

Darek (Konin)

 

 

3. Czy Wspólnocie AA potrzebni są również etatowi pracownicy? Jacy?

 

-           Tak. Np. sprawy finansowe (zawodowiec odpowiedzialny, znający się na tym), opłacany przez AA.

Heniek (Krok po Kroku) Warszawa

 

-           Tak. Tylko pracownicy obsługujący centralne biura służb krajowych np. kolporterzy literatury, tłumacze, księgowi i dyrektor zarządzający nimi, bo tylko wtedy mogą skoncentrować się na swojej pracy.

Andrzej Warszawa

 

-           Tak. Kolporterzy, tłumacze, korektorzy, pracownicy Biura Centralnego lub Regionalnego, bo od pracownika można wymagać (np. fachowości) co wynika z kontraktu, a wolontariusz nie zawsze musi.

Marek (Nowy Dwór Maz.)

 

-           Tak. Do fachowej obsługi Biura Służby Krajowej lub Regionalnej a także dla zapewnienia zgodnego z wszelkimi prawami wydawania literatury, broszur, tłumaczeń i druku itp. Zależnie od potrzeb mogą być zatrudniani na stałe lub dla konkretnych pojedynczych spraw. Można w stosunku do nich mieć wymagania wynikające z umów.

Darek (Konin)

 


 

"WIARA BEZ CZYNÓWJEST MARTWA"

 

Teraz potrzebujemy bardziej stanowczego działania, bez którego stwierdzamy, że Krok 8: Zrobiliśmy listę osób, które skrzywdziliśmy i staliśmy się gotowi zadośćuczynić im wszystkim

"WIARA BEZ CZYNÓW JEST MARTWA"

Kiedy po raz pierwszy zetknąłem się z AA wielokrotnie spoglądałem na kroki ósmy i dziewiąty, „kroki zadośćuczynienia" i oba napawały mnie przerażeniem. Jak bumerang powracały wspomnienia tych straszliwych czynów, których dopuściłem się w czasie mojego picia. Wyobrażałem sobie, że będzie to oznaczało konieczność powrotu do tych wszystkich ludzi w celu wybielenia mojej przeszłości. Myliłem się. Jak zwykle zresztą, kiedy sam próbowałem odgadnąć, co dany krok oznaczał przed faktycznym przystąpieniem do jego realizacji. Albowiem tylko wyjątkowe doświadczenie, zdobyte w czasie realizacji kroku ósmego, w pełni uświadomiło mi, co on tak naprawdę oznaczał. Po pewnym czasie spędzonym w AA, ja, zdruzgotany nałogiem alkoholik, z głową wciąż pulsującą od bólu, poprosiłem kogoś o sponsorowanie mnie, i tak oto rozpoczął się mój powrót do zdrowia dzięki Programowi Dwunastu Kroków. Bardzo szybko odkryłem, że każdy kolejny krok w pewien sposób przygotowywał mnie na przyjęcie następnego. Przejście od jednego do drugiego ad hoc było po prostu niemożliwe. Wprowadzenie w czyn zaleceń danego kroku umożliwiało płynne przejście do kolejnego. I tak, zanim dotarłem do Ósmego, miałem za sobą pierwszych siedem. Zrobiłem to najlepiej Jak mogłem. Teraz jednak nie miałem najmniejszej ochoty na to, aby wynagradzać lub przepraszać kogokolwiek za cokolwiek. Chociaż zalecenia Programu były bardzo precyzyjne: kroki ósmy i dziewiąty to dwa oddzielne kroki. Krok Ósmy to tylko sporządzenie listy. Nie muszę dodawać, że budziło to we mnie ogromny sprzeciw, zresztą jak wszystko na początku w całym moim procesie powrotu do zdrowia. Sporządzenie tej listy zabrało mi blisko rok, chociaż gdybym chciał, to mógłbym to zrobić w ciągu jednego dnia. Zacząłem od opracowania listy wszystkich ludzi, których kiedykolwiek poznałem w swoim życiu, a następnie wielokrotnie, bardzo starannie, porównywałem ją z listą z Kroku Czwartego. Musiałem być całkowicie pewien, że moja lista jest kompletna, że zawiera nazwiska wszystkich, dokładnie wszystkich osób, którym mogłem wyrządzić w moim życiu krzywdę. Nie zalecam tego sposobu. Trwało to zbyt długo. Potem brałem po kolei każdą osobę z mojej listy, próbując przypomnieć sobie, czy ją kiedyś zraniłem. Miałem ogromne problemy ze zrozumieniem pojęcia "wyrządzona krzywda". Ze zrozumieniem wagi wpływu, jaki wywierałem na innych ludzi. Popadłem w dwie skrajności. Raz wydawało mi się, że zraniłem każdego człowieka, z którym los zetknął mnie na swojej drodze. Innym razem byłem przekonany o tym, że tak naprawdę nie zawiniłem w niczym nikomu. W końcu zacząłem rozróżniać dwa rodzaje krzywdy, co w rezultacie pomogło mi w sporządzeniu ostatecznej listy. Pierwszy z nich to moje czyny, co do szkodliwości których byłem całkowicie pewien. Drugi rodzaj był znacznie trudniejszy do wychwycenia. Była to krzywda, jaką wyrządziłem ludziom wtedy, kiedy wskutek mojego alkoholizmu nie byłem sobą. Dotyczyło to zwłaszcza mojej rodziny, przyjaciół, mojego pracodawcy, i to głównie oni znaleźli się na mojej liście. Lista składała się z trzech kolumn. Pierwsza zawierała imię i nazwisko osoby, którą zraniłem. W drugiej umieściłem rodzaj wyrządzonej krzywdy. Trzecia kolumna była opisem - jak ja bym się czuł, gdyby ktoś inny zachował się tak w stosunku do mnie. W ten sposób moja lista była już kompletna. Co do kilku nazwisk wciąż nie byłem pewien, jednak nie zmieniało to faktu, że powoli zacząłem sobie zdawać sobie sprawę ze skali wpływu, a raczej jego braku, jaki moje życie miało na życie innych ludzi. Przez cały czas udawało mi się zachować tak zalecany dystans pomiędzy krokami ósmym i dziewiątym. Krok Dziewiąty był dla mnie próbą naprawienia wszystkich negatywnych następstw mojego wcześniejszego zachowania. Naprawienia wszystkimi możliwymi sposobami. Było to zupełnie coś innego niż przelania na papier motywów mojego postępowania. Próbą jego wytłumaczenia. Upłynęło kilka tygodni od momentu zamknięcia mojej listy. kiedy nagle zorientowałem się, że zapomniałem umieścić na niej wszystkie wyrządzone przeze mnie krzywdy natury finansowej. Przede wszystkim chodziło o ukradzione przeze mnie pieniądze. Poradzenie sobie z tym było dla mnie bardzo trudne, zarówno wtedy jak i potem, gdy dotarłem do kroku dziewiątego. I wcale nie dlatego, że chodziło o jakieś strasznie duże sumy pieniędzy. Wprost przeciwnie. Były to kwoty żenująco małe. Jednak długo nie mogłem się zdobyć na próbę zrekompensowania tych szkód. Zabrakło mi dobrych chęci. Po prostu bardzo nie lubię rozstawać się z pieniędzmi. W czasie wykonywania zaleceń płynących z realizacji kroku ósmego uświadomiłem sobie wiele spraw. Jak mój egocentryzm uniemożliwiał mi szczęśliwe współżycie z moją rodziną. Jak bardzo te uczucia, które umieściłem w trzeciej kolumnie, były podobne do uczuć, których zawsze doświadczałem. Jak bardzo to, jak traktujemy innych ludzi, decyduje o tym, jak sami się czujemy - zasada, której nigdy nie potrafiłem zrozumieć. Jednak najważniejsze było to, że zanim zakończyłem krok ósmy, już byłem gotowy do przystąpienia do realizacji dziewiątego. Nie byłem zbytnio podekscytowany tą perspektywą, ale wiedziałem już, że to właśnie ten dziewiąty jest kluczem do prawdziwej wolności. Wolności umysłu. Wolności, której doświadczam aż do końca trwania Programu.

wg Share

 


 

ZDECYDOWANIE, KOORDYNACJA I WYCZUCIE W CZASIE, ODWAGA I ROZTROPNOŚĆ …

 

9: Zadośćuczyniliśmy osobiście wszystkim, wobec których było to możliwe, z wyjątkiem tych przypadków, gdy zraniło byto ich lub innych.

 

Chyba nikt nigdy nie popełni! tylu błędów w czasie realizacji kroku dziewiątego, ile popełniłem ich ja. Zupełnienie nie zwracałem uwagi na rozsądne rady, płynące już z samego początku rozdziału  książki "12x12": „Zdecydowanie, koordynacja i wyczucie w czasie, odwaga i roztropność - tych cech będziemy szczególnie potrzebowali, kiedy dotrzemy do kroku dziewiątego'5. Jednak ja bardzo się spieszyłem, aby wszystko naprawić. Po uwolnieniu się od ustawicznej potrzeby picia chciałem, aby każdy wokół mnie był szczęśliwy. A już szczególnie moja żona i dzieci, albowiem to właśnie oni zawsze nieuchronnie dostawali się w sam środek piekła, które urządzałem będąc pijany. "12x12 " mówi: Chcemy wejść w progi domu wykrzykując dobrą nowinę, Ja wykrzyczałem ją z czubka dachu mojego domu, chcąc oznajmić każdemu o moim statusie nowonarodzonego. Naprawdę każdemu. Pamiętam nawet, jak pewnego razu spowiadałem się z moich przeżyć pewnemu zupełnie obcemu człowiekowi, którego przypadkowo spotkałem w czasie obiadu. Próbowałem usiąść z którymś z członków mojej rodziny i ochoczo przyznać się do całego zła, które wyrządziłem pijąc. Jednak było to dla mnie bardzo trudne. Przecież tak naprawdę to niewiele się zmieniło. Nie piłem dopiero od kilku tygodni. Nie byłem dostatecznie przekonywujący, a przez to niewiarygodny. I chyba nikt tak naprawdę nie wierzył w to, co mówiłem. 1 nikogo za to nie winię. "Przepraszam" nigdy nie było słowem używanym przeze mnie często w czasie tych lat ciągłego picia. Z jednym tylko wyjątkiem - kiedy następnego dnia na kolanach błagałem o przebaczenie moją żonę. Jestem pewien, że znacie to dobrze, to rutynowe: Wybacz –To – Już – Nigdy – Się – Nie - Powtórzy. Teraz, w tym tak wczesnym okresie mojej trzeźwości, nie mówiłem nic innego. To było takie patetyczne. Moja matka, u której zawsze znajdowałem tak bardzo potrzebne mi wsparcie, powiedziała mi pewnego dnia; "Przestań w końcu bez przerwy powtarzać -przepraszam". Kolejny POWOLI, ALE ZRÓB TO! błąd popełniłem próbując naprawić stosunki z moją żoną. W "12x12" jest napisane: "Będą ludzie, wobec których wyrządzone krzywdy będziemy rekompensować po części. Wyjawienie całej prawdy o nas mogłoby bowiem wyrządzić im więcej złego niż dobrego". Częściowe zadośćuczynienie nie leżało w mojej naturze. Moją dewizą było wszystko albo nic. Od razu przystąpiłem do rzeczy, zupełnie nie zważając na ostrzeżenia płynące z " 12x12". Próbowałem także zdobyć spokój sumienia kosztem innych ludzi'. To było coś nowego. W moim początkowym okresie trzeźwości często tego nadużywałem. Teraz już wiem, że wtedy dla mnie liczyłem się wyłącznie ja sam. Chciałem być szczęśliwy za wszelką cenę.

Teraz już wiem, że wtedy dla mnie liczyłem się wyłącznie ja sam. Rzecz jasna, żaden z tych moich frontalnych ataków, bo tylko tak można je nazwać, nikomu nie pomógł. Wprost przeciwnie. Mojej rodzinie przysporzyło to jeszcze większych niż dotychczas zmartwień, natomiast mnie przyniosło tylko gorzkie rozczarowanie. A zaraz potem pojawił się gniew. Wtedy zmieniałem się w tornado, przewalające się przez życie innych łudzi. Wraz z powolnym powrotem do stanu trzeźwości zacząłem powoli uzmysławiać sobie, co tak naprawdę oznacza zadośćuczynienie. Nie było nim bynajmniej ciągłe "przepraszam”. powtarzane aż do znudzenia przy każdej okazji. Najpierw musiałem pozbyć się owego straszliwego poczucia winy, które nosiłem w sobie. Bez tego zadośćuczynienie było tylko frazesem. Pustym słowem. Najpierw musiałem wybaczyć sobie samemu. Zaakceptować fakt, że jestem ciężko chorym człowiekiem. Książka "Medytacje 24 godziny" mówi o tym z niezwykłą prostotą: "Zapomnij o błędach, winach i klęskach przeszłości. Skończ ze wstydem, żalem i pogardą, jaką żywisz w stosunku do siebie". Zaakceptowałem to i byłem gotowy. Wkrótce moja rodzina przekonała się, że moja trzeźwość to nie krótki epizod. Że to serio. Wtedy mogłem już przystąpić do wykonania mojego planu. To nie stało się w ciągu jednego wieczora. Przebyłem długą i ciężką drogę, ale przecież nikt nigdy nie powiedział, że będzie to łatwe. Miernikiem moich postępów był ból. Bill W. miał zupełną rację. I właśnie wtedy, kiedy byłem gotowy, jakby przez przypadek nagłe zaczęły pojawiać się przede mną niespodziewane szanse na naprawienie wyrządzonych innym ludziom krzywd. Tylko czy był to przypadek? Kiedy umarł mój ojciec byłem na dnie alkoholowej rozpaczy, zupełnie niezdolny do udzielenia mojej matce choćby odrobiny wsparcia. Po latach, po tym jak rozwiodłem się z moją żoną, pilnie poszukiwałem jakiegoś miejsca, gdzie mógłbym zamieszkać, I czy był to przypadek, że właśnie wtedy nagle zwolniło się atrakcyjne mieszkanie dosłownie dwa kroki od domu mojej matki, dając mi niepowtarzalną szansę wynagrodzenia jej tych wszystkich lat ciągłego zaniedbywania? Zbieg okoliczności? Kto wie. Dla mnie był to znak dany mi przez Opatrzność. Jak wynagrodzić krzywdy wyrządzone umarłym? To pytanie słyszałem już wielokrotnie. Ja osobiście wierzę, ze jest to możliwe dzięki żyjącym. Zanim zmarł mój ojciec powiedział on kiedyś mojej ciotce, że złamałem mu serce. Jak mogłem z tym żyć? Pozostawała  mi tylko jedna droga- ze wszystkich sił troszczyć się o moją matkę. Jestem pewien, że spotkałoby się to z Jego aprobatą. Czy dziełem przypadku było też to, że mój syn powrócił, aby zamieszkać w mojej okolicy, dając mi szansę na wynagrodzenie krzywd poprzez samo bycie tam dla niego? Zbieg okoliczności?  Nie  sądzę. Tak jak zbiegiem okoliczności nie było moje ponowne spotkanie z moją żoną. Spotkanie po wielu latach milczenia. Ślub mojego syna miał miejsce w Belfaście i ja, korzystając z pośrednictwa naszej córki, zaproponowałem jej, że pojedziemy tam wspólnie. Od tego czasu nasze stosunki układają się bardzo dobrze. Tak oto ręka Opatrzności dała mi szansę zadośćuczynienia człowiekowi, który wskutek mojego alkoholizmu ucierpiał  najbardziej. To wszystko zdarzyło się podczas realizacji tego Programu. I to nie koniec. Nie jestem robotem, jestem istotą ludzką. Myślę i czuję jak człowiek. I nie jestem wolny od ludzkich wad. Jak bardzo bym się w życiu nie starał, to zawsze może się zdarzyć, że kogoś zranię. Jednak zrobię wszystko, co w mojej mocy, aby do tego nie dopuścić. Czasy, kiedy zupełnie nie obchodziły mnie uczucia innych łudzi, dawno już minęły. Krok Dziewiąty i cały Program pokazały mi, gdzie mam się kierować. Jak żyć. I tak długo, jak długo mogę otwarcie przyznać, że coś robię źle, zawsze mam szansę na to, aby to naprawić.

wg Share

 


 

TERAPIA czy mityng AA?

 

Uczęszczałem na mityngi AA przez wiele lat, ale w ostatnim czasie wiele z nich opuszczałem z nieprzyjemnym uczuciem. Co mi przeszkadzało? Co się działo? Zobaczyłem odpowiedź na to pytanie na popularnym mityngu, na który zostałem zaproszony.

 

Na tym mityngu pewna kobieta zaczęła mówić o swojej matce i szkodach, które matka poczyniła w jej życiu. Płakała i przeklinała swoją matkę i obwiniała ją o wszystkie swoje nieszczęścia. Nie było mowy o trzeźwości. Ani napomknienia o wdzięczności. Żadnego odniesienia do pracy krokowej. Potem ta kobieta wcześniej opuściła mityng. Chciałem ją zatrzymać, przyprowadzić ją z powrotem i powiedzieć jej, aby słuchała. Mogłaby właśnie znaleźć odpowiedzi na swoje problemy. W tej chwili, uświadomiłem sobie z niepokojącą jasnością, że to, co to było, to była terapia grupowa, a nie mityng AA. To, w czym właśnie brałem udział, jak myślę, było subtelnym sabotażem programu AA. Ta kobieta była tylko jednym z wielu ludzi, które zwodniczo używają mityngów, aby wylać z siebie wszystkie uczucia i urazy, pod pretekstem dzielenia się. Moim zamiarem nie jest zminimalizowanie czyjegokolwiek żalu. Mówię jako taki, który wychował się w niezwykle agresywnej rodzinie alkoholowej, który przeżył rozwód i inne bolesne straty. Uczęszczałem wielokrotnie na terapię i stwierdziłem, że jest całkiem użyteczna. Jednakże nie mylę terapii i Dwunastoma Krokami AA. Przeszkadza mi, gdy widzę ludzi coraz bardziej traktujących mityngi AA jako darmową terapię, aby "złapać kontakt ze swoimi uczuciami". Moim własnym głównym celem na mityngu jest lepiej nauczyć się stosować filozofię Dwunastu Kroków AA do moich codziennych życiowych problemów. To wtrącenie terapeutycznej gadki na mityngach powoduje utratę skupienia się na tym, czym jest ten cały program. Podstawowe zasady zdrowienia, uczciwości, otwartości umysłu i dobre chęci są zastępowane egocentryzmem,  przyciąganiem uwagi i kontaktowaniem się z uczuciami. Zamiast przyjmować zasady wdzięczności i akceptacji, wielu skupia się na obwinianiu w imię dzielenia się uczuciami. Wielka Księga stwierdza: "Akceptacja jest dziś odpowiedzią na wszystkie moje problemy". Ta prosta zasada - akceptacja - jest tym, co pomijamy, gdy pozwalamy mityngom zamieniać się w terapię. Słyszę ludzi, którzy siedzą w programie ponad rok, ciągle "pracującymi nad problemem" obwiniając za swój brak szczęścia ten ciągle nierozwiązany problem. Za wszystko, co w ich życiu nie jest prawidłowe ludzie obwiniają ex-małżonków, leniwych rodziców, rząd, albo swoich szefów. Mniej czasu trzeba spędzać na skarżeniu się na problem, a więcej na skupieniu się na rozwiązaniach. Rozwiązania są w zastosowaniu Dwunastu Kroków. "Akceptacja jest dziś odpowiedzią na wszystkie moje problemy". Jak długo ludzie obwiniają, nie pracują nad Dwunastoma Krokami, a jak długo nie pracują nad Dwunastoma Krokami, będą dalej używać mityngów jako terapii. Będą dalej rozmywać wyższe cele tego programu, którymi są dzielenie się swymi doświadczeniami, siłą i nadzieją. Pracujmy nad Krokami i trzymajmy z daleka gadanie terapeutyczne. Wszyscy wiemy, jak to działa.

…?

 


 

GŁOS WEWNĄTRZ

 

Wierzę, że duchowość jest sednem jedenastego z Dwunastu Kroków, ważnym elementem pozostawania trzeźwym, ważną częścią bogatego emocjonalnie życia. Jednak dla mnie duchowość to nie wiara w jakieś wszechmocne bóstwo, które rządzi całym światem. Dla mnie duchowość łączy się z gotowością wprowadzenia mojego zmęczonego ciała i umysłu w stan spokoju i odprężenia po to, aby wtedy móc wsłuchiwać się w ten cichy, łagodny, ciepły głos, który tkwi głęboko wewnątrz mnie. Czym jest ten łagodny głos? Nie mam najmniejszego pojęcia. Ale wierzę, mając na uwadze moje własne doświadczenia i dowody płynące z różnych religii i prądów filozoficznych, ze ów głos istnieje w każdym z nas. Daje nam niezwykle cenne rady jak radzić sobie z  trudnościami  życia. Kochać innych - oto co mówi mi mój głos. Nie stosować i nie wspierać przemocy. Miłować pokój. Nigdy nie angażować się w działania, które mogą zaszkodzić innym lub sprawić im ból. Pamiętać, że największą cnotą jest pokora. Przestać osądzać, zacząć pomagać. Mówić miękko i łagodnie. Nakarmić głodnych, pomagać chorym. Bronić uciskanych. Uczciwie zarabiać na życie. Przyznać, że jaźń jest iluzją i to właśnie ona jest źródłem wszystkich moich egzystencjonalnych rozterek. Słuchać, a nie mówić. Być odważnym albowiem żadna trudność nie trwa wiecznie. Myślę, że ten głos każdemu z nas mówi coś innego. Wszystko zależy od potrzeb i stanu naszego ducha w danej chwili. Ale wiem, że on tam jest. Wystarczy tylko dobrze się wsłuchać.

N

 


 

MÓWIĄC PRAWDĘ O NAS SAMYCH

 

Kilka słów o historii AA dla jego nowych członków

 

Jakiś czas temu uczestniczyłem w mityngu, gdzie głos zabrało dwóch weteranów wspólnoty AA. Opowiadali oni jak wyglądał ich powrót do trzeźwości. Jak sytuacja przedstawiała się kiedyś, przed wieloma łaty, gdy alkoholicy nie mogli liczyć nawet na pomoc lekarską czy psychiatryczną. Ci dwaj długo opowiadali nam, jak bardzo ciężko pracowali, aby to zmienić. Jak trudno było nieść posłanie AA profesjonalistom tamtych czasów. Jednak w końcu szpitale zaczęły otwierać się przed alkoholikami, a psychiatrzy byli gotowi zacząć pracę z tymi, którzy tego potrzebowali, A wszystko dzięki ofiarnym wysiłkom pionierów AA. Kiedy tak słuchałem tych dwóch "starych" naszych członków, nagle uświadomiłem sobie, jak trudno było zawiązać tę nić wzajemnego zaufania pomiędzy ludźmi nauki, religii i medycyny a pierwszymi członkami AA, co w rezultacie pozwoliło na zapewnienie profesjonalnej opieki wielu ludziom. Jak wiele trudu ich to kosztowało. Jednak nie tylko ta mordercza praca była tu najważniejsza. Chodziło o coś jeszcze. Pionierzy AA chcieli zatrudnić specjalistów nie po to, aby zapewnić alkoholikom środki w dochodzeniu do trzeźwości. Tak naprawdę chodziło im o stworzenie pewnego swoistego klimatu, w którym alkoholicy otrzymywaliby te rodzaje pomocy, której AA nie była w stanie im zapewnić Jednak jeżeli to o to chodziło, to skąd ten odwieczny problem z ludźmi kierowanymi do nas z różnych ośrodków odwykowych? To wina naszego lenistwa. Wraz ze wzrastającą liczbą specjalistów z dziedziny medycyny, psychiatrii i religii stajemy się leniwi - coraz większa liczba obowiązków, związanych z opieką i leczeniem nowych członków spada na ich barki, a nie nasze. Po tym, jak wielu wczesnych członków AA stało się "specjalistami z zakresu alkoholizmu" utrwaliło się przekonanie, że z nowymi członkami powinni pracować tylko najlepsi. Nazwijmy ich sponsorami. I gdy potem nowi członkowie przychodzili na nasze spotkania i zaczynali od "Mój sponsor powiedział...” nikt tego nie kwestionował. Sprawdziłem kilkakrotnie te perły prawdy. Ów sponsor był najczęściej tak samo zaszokowany tymi - przypisywanymi mu przecież twierdzeniami, jak zaszokowana była cała, wysłuchująca ich, grupa. Wyglądało na to, że ci ludzie zamiast zmieniać się, aby dostosować się w ten sposób do programu AA, zmieniali sam program, aby dostosować go do siebie samych Jednak problem nie tkwił w nowoprzybyłych. Problem tkwił w tym, czego od nich żądaliśmy oraz w tym, co chcieliśmy dla nich uczynić. Pragnęliśmy, aby byli podobni do nas. I wraz z nami trzeźwieli. A przecież do licha nic to nas nie powinno obchodzić! Naszym obowiązkiem było powiedzenie im prawdy o nas samych i naszych doświadczeniach związanych z programem AA. Prawdy o naszych zwycięstwach i naszych porażkach. Wybór: wytrzeźwieć, zwariować czy umrzeć należał tylko do nich, Naszym obowiązkiem jest dostarczyć im faktów, które pomogłyby im wybrać. Wielka Księga mówi w kilku miejscach, że ''przekazujemy im zestaw duchowych narzędzi". Nie precyzuje jednak, w jaki sposób. Wielka Księga nie mówi, czy bombardujemy ich nimi, wszczepiamy im owe narzędzia chirurgicznie, czy też może upychamy je starannie w ich kieszeniach. Wierzę, że jest to akt pokory, zgiąć się i położyć "zestaw duchowych narzędzi" u stóp innego człowieka. To nasza rola. I jest aktem godności schylić się i podnieść ów "zestaw duchowych narzędzi". To ich rola. Podczas gdy oni potrzebują zacząć od dostojeństwa, my musimy być pokorni. A jednym z tego sposobów jest powiedzenie im całej prawdy o nas samych i całym programie AA. Oczywiście, aby to uczynić musimy być absolutnie precyzyjni co to tego, co robimy w AA, a czego nie. Będziemy domagać się -od siebie - wyjaśnień, po co wciąż dyskutujemy o alkoholizmie, jego przyczynach, o tym, jak się od niego uwolnić. Jak pomaga nam w tym Program Dwunastu Kroków. Nie musimy wcale zmieniać ośrodków leczenia odwykowego, nowych członków AA, sędziów i żadnych innych instytucji, które kierują ludzi do AA. Musimy zmienić tylko sposób informowania tych, którzy są do nas kierowani. Jeżeli to uczynimy to ci, którzy teraz do nas przychodzą, szybko dowiedzą się, co możemy im zaoferować, gdzie i jak mogą otrzymać potrzebną im pomoc, W ten sposób jeszcze lepiej pojmiemy, na czym polega nasz program. Co może on uczynić dla innych. W naszej Wielkiej Księdze jest jasno powiedziane, że nigdy nie należy przepraszać za próbę przezwyciężenia alkoholizmu. I wcale nie musi być to tylko jedna próba. Po prostu mamy jedną, wypróbowaną i sprawdzoną metodę, która, jak pokazuje życie, naprawdę działa.

Dennis B., Northfield, Minnesota

nieautoryzowany przekład wg Grapevine



 

URAZA I PRZEBACZENIE

 

... obwiniałem potem wszystkich dorosłych i uczyniłem z siebie ofiarę ich zaniedbań. W ten sposób mogłem podtrzymywać przedłużone dzieciństwo tak długo, jak chciałem.

 

Jedną z rzeczy, które są tak toksyczne w prawdziwych urazach, jest jej zdolność do ukrycia się przed tym, który ją żywi. Jest niczym duchowy tasiemiec, który urządza sobie siedzibę w moralnym metabolizmie ofiary i tylko dławi się sądami i złością, samousprawiedliwieniem i innymi formami egoizmu i egocentryzmu, a jest dla nas przyczyną tak wielu nieszczęść.Pewnego razu, na mityngu Krokowym, spojrzałem na drugą stronę pokoju i zobaczyłem starego przeciwnika. Nie byliśmy naprawdę wrogami, ale przed laty mieliśmy poważne nieporozumienie. Jak czułem, zostało złamane zaufanie ale nigdy potem nie dałem sobie tego odpuścić.Ta uraza kosztowała mnie mnóstwo bólu. Choć to ja byłem poszkodowanym (we własnym mniemaniu), czułem się winny nie będąc zdolnym przebaczyć i zapomnieć. Próbowałem, i przez pewien czas to działało. Ale kiedy ujrzałem go na mityngu, stara złość wypłynęła gdzieś z głębi mnie. Obawiam się mówienia ludziom, że nie podoba mi się ich zachowanie, ale raz, w desperacji, poprosiłem tego człowieka o spotkanie i rozmowę

tak, abym mógł wyrazić swoją złość. To spotkanie pomogło ale była to jedna z najtrudniejszych rzeczy, jakie miałem kiedykolwiek zrobić. Nie bardzo załapał ten pomysł, że chciałem się do niego zbliżyć poprzez uczciwe wyjaśnienie faktów. Zachowywał się obronnie i agresywnie, nie przyjmował szczegółów mojego żalu, złamał opartą na dobrej wierze przyjaźń. Po rozmowie, przez chwilę czułem ulgę. mogłem widzieć, słuchać jak mówi i nie byłem zbytnio poruszony. Ale jednocześnie byłem rozczarowany faktem, że w tej rozmowie zabrakło szczerości. Ale dlaczego mnie to tak niepokoiło? Z tego, co uczyło AA wiedziałem, że jak ktoś zajmuje tak dużo miejsca w mojej głowie, to ja jestem tym, który ma problem. Ale ta myśl nie pomagała w moim przypadku. Niezliczone razy mówiłem sobie: gdybym tak naprawdę dał odejść temu przykremu uczuciu. Gdybym tak naprawdę przebaczył tej osobie. Tego dnia ktoś rzucił światło na pojęcie przebaczenia, które mi pomogło. Gdy decyduję na przebaczenie komuś, zastawiam na siebie pułapkę. Przebaczenie daje do zrozumienia, że dalej czuję się poszkodowany, ale zajmuję wyższą moralnie postawę, z dobroci serca puszczając "złoczyńcę". Jednakże taka postawa utrzymuje urazę, potwierdzoną przez maskę moralnej wyższości. Doświadczenie pokazuje mi, że jak jestem zdenerwowany czymś, co wygląda na niesprawiedliwość ze strony kogoś innego, wtedy to doznaję uczucia  zranienia. To uczucie ma dla mnie przesłanie i jemu chcę poświęcić uwagę. Wcześnie nauczyłem się unikać moich uczuć próbując innych czynić odpowiedzialnymi za to, jak się czuję. Ponieważ wychowując mnie, paru dorosłych nie wykonało swojej roboty, obwiniałem potem wszystkich dorosłych i uczyniłem z  siebie ofiarę ich zaniedbań. W ten sposób mogłem podtrzymywać przedłużone dzieciństwo tak długo, jak chciałem. Raz myślałem, że rozwiązaniem na uczucie złości jest pójść do danej osoby i uzasadnić swoje stanowisko. Ale była to inna forma czynienia kogoś odpowiedzialnym za moje uczucia. Teraz myślę, że najpierw muszę się udać do prawdziwego źródła mojego niepokoju, które spoczywa we mnie. Teraz mogę, albo i nie, pójść do tej osoby; ale w obu przypadkach nie oczekuję, że ta osoba coś mi załatwi. Lekarstwo leży nie w akceptacji mnie przez niego, ale jego przeze mnie. Jak raz do tego dojdę, nie ma niczego, co ta osoba może zrobić mnie, albo dla mnie, co by spowodowało jakąś różnicę w moim odczuwaniu. Tej nocy, na Mityngu Krokowym zobaczyłem, starego, smutnie wyglądającego mężczyznę, którego znałem od wielu lat. W jakiś sposób wyglądał na starego wojownika, który przetrwał burzliwe życie i przybył do miejsca poddania się. Bez wątpienia, miał wady. Kto nie ma? Ale cierpiał przez nie. Jeśli nie był  świadom  swych błędów i nie mógł ich dostrzec, nie był w tym znaczeniu różny od nas. Czasami wszyscy jesteśmy tacy jak mówią "12x12" - nawet najlepsi z nas czasami bardzo daleko schodzą od kursu. Tak więc, jeśli przebaczanie nie działa jako permanentne rozwiązanie na urazę, może robi to akceptacja. Przypomina mi to o pokoju, który w końcu zawarłem z rodzicami. Przez wszystkie lata dorastania czułem do nich urazę za to, co uważałem za złe zachowanie z ich strony. W miarę lat, zacząłem ich widzieć jako ludzi. Mieli swoich rodziców, którzy ich skrzywdzili. A z kolei ich rodzice mieli rodziców. Szło to aż do Adama i Ewy, i tam to się zaczęło. Kiedy już wycierpiałem wystarczająco przez mój negatywizm i nieomylność, zacząłem widzieć tego faceta po prostu jako jednego z nas. Miał swój własny bagaż. Nie potrzebował mojego przebaczenia. Cierpiał z powodu własnych  wad,  jako  to cierpimy wszyscy. Cnota jest sama sobie nagrodą, a wady charakteru są swego rodzaju ukrzyżowaniem. Ileż przez lata włożyłem wysiłku, próbując doskonalić rolę ofiary. Tak więc, przynajmniej tego wieczoru, poczułem że doszedłem do miejsca spokoju dla mego wzburzonego ducha. Jeśli małe ukłucia nerwowości (urazy) ciągle mnie prześladują wiem, że w przyszłości będę miał więcej akceptacji do zrobienia. A przebaczenia zostawię tym, którzy potrafią sobie lepiej z nimi radzić. Rozmawiałem z tym człowiekiem o rzeczach, które zbytnio się nie liczyły, ponieważ nigdy nie było między nami dużego porozumienia. Ten człowiek zdziałał cuda w służbie AA i miał wiele trudności do pokonania lub zaakceptowania. Jeśli tak długo jak będziemy się znać, ja nie będę go sądził, nie będę musiał mu znowu wybaczać.

Jim N.

nieautoryzowany przekład wg Grapevine

 


 

XXVI KONFERENCJA SŁUŻBY KRAJOWEJ

ANONIMOWYCH ALKOHOLIKÓW.

ZLOT  RADOŚCI

WARSZAWA 1997 r.

 

W dniach 29, 30, 31 sierpnia, w gościnnych progach Akademii Wychowania Fizycznego im. J. Piłsudskiego, w Warszawie, odbyła się XXVI Konferencja Służby Krajowej Anonimowych Alkoholików, oraz Zlot Radości.

W Konferencji Służby Krajowej AA uczestniczyło 48 delegatów z 13 Regionów w Polsce oraz trzynasto-osobowa Rada Powierników, Biuro Służby Krajowej AA i delegaci na Europejski i Światowy Mityng Służb. Zgodnie z zasadą rotacji w służbach, pięciu powierników z regionów: Lublin, Warszawa, Kraków, Gdańsk, Katowice, przekazało służbę swoim następcom. Warto przypomnieć, że Wspólnota AA w Polsce liczy ponad 1300 grup skupionych w 47 intergrupach i 13 regionach.

Delegaci wysłuchali sprawozdań z pracy BSK, delegatów na Europejski Mityng Służb i Światowy Mityng Służb, redakcji "Zdroju", oraz kończącego służbę rzecznika Rady Powierników. Wybrano nowego rzecznika Rady Powierników, którym został Wiesław z Oleśnicy, a także zastępcę rzecznika - Rafała z Kalisza. Postanowiono, że XXVII Konferencja odbędzie się na przełomie września i października w Warszawie. Zloty Radości będą się odbywały raz do roku w wybranym mieście w Polsce.

Najbliższy Zlot będzie miał miejsce w Szczecinie, w maju 1998 r. Delegaci na XXVI Konferencję S.K. pracowali w komisjach. Komisji Finansowej, Organizacyjnej, Informacji Publicznej i Współpracy z Innymi spoza AA, Komisji ds. Zakładów Karnych i Komisji Literatury i Publikacji. Komisja Organizacyjna zaproponowała powołanie zespołu, który rozpocznie przygotowania do obchodów 25-lecia Wspólnoty AA w Polsce. Obrady i spotkania Komisji S.K. odbywały się w atmosferze szczerego zaangażowania w służbę. W ramach zlotu odbywały się mityngi AA, Al-Anon, DDA i innych wspólnot, które stosują program 12 Kroków. Uczestnicy spotkania w AWF mogli zaopatrzyć się w literaturę AA, której oferta była niezwykle bogata. W Zlocie Radości uczestniczyła także ponad 50-osobowa grupa AA z Wielkiej Brytanii. Zaprezentowali oni bogaty program artystyczny, a ich piosenki wywoływały łzy wzruszenia, ale także huragany śmiechu. Wspólny koncert piosenek z polskimi przyjaciółmi zostanie na długo w pamięci uczestników. Niezwykle ważnym elementem spotkania były rozmowy przyjaciół z całej Polski, wśród nich takich, którzy nie widzieli się od dawna, a czuli się tak jakby rozstali się wczoraj. Było wiele łez radości, wzruszenia i serdeczności w prawdziwie rodzinnej atmosferze ludzi dobrej woli, którzy dzielą się swoim doświadczeniem, siłą i nadzieją. Taką pogodę ducha i miłość można znaleźć tylko w niezwykłej Wspólnocie Anonimowych Alkoholików.

BSK

 


 

Lata, które strawiła szarańcza.

 

Ani nasza literatura, ani żaden z najbardziej oświeconych weteranów nie jest w stanie w pełni zdefiniować pojęcia przebaczenia - zasadniczego dla ósmego kroku.

 

 Jak wszystkie inne w naszym duchowym programie Anonimowych Alkoholików, przebaczenie zagościło w moim życiu poprzez serce, a nie poprzez umysł. W pierwszym roku trzeźwienia przysłuchiwałam się z odrobiną zadziwiającej tęsknoty, kiedy na mityngach omawiano tę sprawę. Do dzisiaj mityngi poświęcone ósmemu krokowi szczególnie chwytają mnie za serce. Mężczyźni i kobiety biorący udział w wieczornym mityngu dotyczącym realizacji kroków, na który regularnie przychodzę, są bardzo prostolinijni i bezpośredni, kiedy mówią, w jaki sposób zranili innych i jak, w prawie wszystkich przypadkach, poprawiły się wzajemne relacje. Nie ma miejsca na pozowanie, kiedy głośno mówimy o swojej lekkomyślności, egocentryzmie, nieuczciwości, rozbitych lub zgorzkniałych małżeństwach i rodzinach oraz przemocy różnego rodzaju. Będąc więcej niż po prostu kroniką butelek i urwanego filmu, te opowieści o pokręconych i pogmatwanych stosunkach z innymi ludźmi dają obraz samotnej tragedii alkoholizmu i cudu w postaci nas, siedzących spokojnie na krzesłach z cieniami Dwunastu Kroków na ścianach, powyżej naszych głów. Czasami, kiedy siedzę słuchając tych opowieści mówionych językiem serca, przypominam sobie cytat z Księgi Joela: "W ten sposób wynagrodzę wam lata, które strawiła szarańcza". Osobisty ból i wina przemieniły się w coś wspaniałego, co sprawia, że jako zbiorowość zdrowiejemy. Na mityngach poświęconych ósmemu krokowi wznosimy się jako grupa na szczyty człowieczeństwa, i wydaje się wówczas, że najmocniej podtrzymuje nas Siła Wyższa. Dni mojego picia związane były z mężczyzną, który, kiedy go poznałam, właśnie poślubił kolejną żonę. Byłam młoda, bojaźliwa i spragniona. Dostrzegam teraz, że nigdy bym mu nie uległa, gdybym nie była alkoholiczką i nie podobał mi się sposób, w jaki przygotowywał moją porcję szkockiej. Jego ówczesna żona była bardzo miłą osobą, która pracowała w tym samym biurze co ja. Kiedy zaangażowałam się w związek z jej mężem, nie myślałam o bólu, jaki jej sprawiam. Uskakiwałam w zaułek, kiedy widziałam, że ona się zbliża. Miałam wyrzuty sumienia, jestem o            tym przekonana, ale uciszałam je kolejnym drinkiem. Po tym, jak on i ja żyliśmy i piliśmy razem przez kilka lat naszego małżeństwa, zostawił z kolei mnie dla innej. Jak w buddyjskiej karmie, czułam jak poprzednio cierpiała jego była żona, ponieważ teraz sama przez to przechodziłam. Ona nie była alkoholiczką. W latach mojego małżeństwa to ona czuła ból i dalej wiodła swoje życie. Ale przez całe lata byłam znowu sama, pogrążyłam się w nasiąknięte alkoholem rozczulanie się nad sobą, targała mną obsesyjna nienawiść do tego mężczyzny. Prawie mnie to zabiło, sprawiło, że sięgnęłam swojego dna i jestem mu za to całkowicie wdzięczna. Dzisiaj widzę tę historię, ale przez kilka pierwszych lat trzeźwienia spowijała mnie gęsta mgła. Miałam jednak "mądre nogi". Chodziłam na mityngi, udzielałam się, sponsorowałam i byłam sponsorowana, robiąc właściwe rzeczy. Wychowywano mnie w Anglii w raczej konserwatywny sposób, na damę. Kiedy już przestałam pić, nie umiałam początkowo rozróżnić, czy jestem rozzłoszczona, czy nie. Sięgałam po książkę w żółtej oprawie zatytułowaną "Życie w trzeźwości", w której znajdowało się wiele interesujących informacji, łącznie z odcieniami i barwami, w jakich mogła objawiać się złość. Wymienione były: cynizm, nieustępliwość, snobizm i sarkazm, co pomogło mi dostrzec, że wściekłość niekoniecznie oznaczała wykrzykiwanie przekleństw, czy przewracanie ludzi. Zdałam sobie sprawę, że byłam wściekła na moją biedną mamę, jak i siostrę. (Uczciwie mówiąc, zupełnie nie pamiętam, o co w tym wszystkim chodziło i dzisiaj sądzę, że mam szczęście, że w moim życiu istnieją te kobiety). Przerobiłam Krok Czwarty i Piąty, ale nadal ogarniał mnie niepokój. Moja nowa osobowość była bardzo słaba i rozrywała mnie "niewola jestestwa". Wściekałam się na ludzi w AA przez cały czas. Przestawiali "moje" ciastka, doprowadzali mnie do szału, wychodząc po mityngu tylko w swoim zaprzyjaźnionym towarzystwie. Na mityngu wydawało mi się, że zawsze ktoś mi się przygląda. (Cieszę się, że mogę powiedzieć, iż obecnie nie stanowi to już problemu). Myśl, że dla nas, alkoholików, nie może istnieć nic takiego jak "usprawiedliwiona uraza" przyswoiłam sobie równie wolno i po tylu bolesnych doświadczeniach jak ideę wybaczenia, jej bliźniaka. W Dwunastu Krokach i Dwunastu Tradycjach napisane jest: Jeżeli chodzi o innych ludzi, musimy wyrzucić słowo obwinianie z naszej mowy i myśli. Nadal byłam zdezorientowana i skrępowana w relacjach z innymi ludźmi, kiedy pewien weteran, słysząc moją wypowiedź, zapytał mnie, czy zabrałam się do sporządzania listy osób w Ósmym Kroku. Ciesząc się, że istnieje działanie, które może uwolnić mnie od skrępowania. Sporządziłam listę osób wywołujących moje kurczenie się ze strachu, ludzi, których widok, z różnych powodów, wywołałby u mnie uczucie zażenowania. Później przerobiłam niektóre z nadal tlących się uraz z mojego Czwartego Kroku. Kiedy zrobiłam spis, wpadłam na ulicy na byłego męża, po wielu latach rozłąki. Coś kazało mi przytulić go i cieszę się, że to zrobiłam, ponieważ zmarł niedługo potem. Na liście umieściłam również moją poprzedniczkę, jego byłą żonę. Ale minęło kilka lat, nim stałam się gotowa zadośćuczynić jej. Nadal pracowałyśmy w tym samym biurze nie zamieniając ze sobą słowa. Pewnego dnia szłam korytarzem, niosąc w ręku teczkę, w której znajdowała się moja lista Ósmego Kroku, obecnie już wymięty i pozaginany kawałek papieru, który często rozwijałam, aby wykreślić nazwiska osób, którym zadośćuczyniłam na różne sposoby. Poproszono mnie wcześniej, aby wieczorem poprowadzić mityng na ten temat i chciałam zabrać ze sobą tę listę. Zauważyłam, że drzwi biura tej kobiety są otwarte. Przestąpiłam próg, jak gdyby z tyłu popychała mnie niewidzialna siła. Powiedziałam, że przepraszam za ból jakiego jej przysporzyłam. Ona potraktowała mnie łagodnie i więcej niż wspaniałomyślnie. Długo  rozmawiałyśmy o        mężczyźnie, który zdradził nas obydwie. Jego życie nie poprawiło się przez moją nienawiść do niego i picie z nim przez łata. Zrozumiałam fakty ze swojego życia z nim, które mogłam pojąć tylko dzięki rozmowie z nią. Poczułam głębokie współczucie dla niego, opętanego niszczycielską mocą. Prowadziłam później mityng i opowiedziałam o tym spotkaniu. Niedaleko mnie siedziała moja przyjaciółka, zbliżał się jej czas porodu, toteż miała olbrzymi brzuch. Niedługo potem ona i jej AA-owski mąż mieli cieszyć się narodzinami synka. Obok niej siedział inny przyjaciel, mężczyzna, który stał się bardzo chudy. Zaszokował mnie jego widok, ponieważ widziałam, że zaczął umierać z powodu AIDS - około miesiąc później robiliśmy mityng przy jego łóżku w szpitalu. Czułam się wybrana, że jestem na mityngu, że żyję, że jestem trzeźwym członkiem Anonimowych Alkoholików. Na koniec trzymałam dłonie tych dwojga przyjaciół, kiedy staliśmy grupą, odmawiając Modlitwę o Pogodę Ducha. Odczułam obietnicę, jaką niesie ten krok: że jest to początek końca izolacji od bliźnich i Boga. A jeśli chodzi o tę byłą żonę, jestem szczęśliwa, że dzisiaj zaliczam ją do grona swoich przyjaciół. Parę dni temu zajrzała do mnie do domu. Przygotowałam dobry obiad dla kilkorga nas, było mnóstwo śmiechu.

wg Grapevine

 


 

Forum anonimowości

XXVI Konferencja Służb AA - Warszawa 30.08.97

 

1. Co to znaczy "złamać anonimowość"?

...Podać do publicznej wiadomości swoje nazwisko i przynależność do grupy AA

...Ujawnienie siebie i innych osób z imienia i nazwiska będącymi członkami AA w środowisku niezwiązanym ze wspólnotą AA lub w środkach masowego przekazu....Mówić o sobie jako anonimowym alkoholiku poza mityngiem, poruszać sprawy AA na forum publicznym, poruszać i omawiać sprawy usłyszane na mityngach.

...Ujawnić swoje nazwisko, imię i twarz w środkach masowego przekazu (prasa, TV) z informacją o przynależności do AA, oraz dane innych alkoholików, chodzących na mityngi AA, np. w rozmowie ze znajomymi niebędącymi alkoholikami....Podać do wiadomości publicznej swe dane personalne i przynależność do grupy AA Informowanie innych o tym, że inna osoba uczęszcza na mityngi AA

...To przede wszystkim informowanie, rozgłaszanie o sprawach czy zwierzeniach zasłyszanych na mityngach, zwłaszcza wśród ludzi spoza AA.

 

2. Do jakiego momentu pozostać mam anonimowym będąc członkiem wspólnoty AA?

...Zawsze, przez cały czas.

...Nie podejmować żadnych działań poza wspólnotą, jako anonimowy alkoholik.

....Dokąd będę członkiem wspólnoty AA. Wśród przyjaciół z AA wcale nie muszę być anonimowy.

...Anonimowości powinienem przestrzegać zawsze, tak w stosunku do siebie, jak i w stosunku do kolegów z AA

3. Czy ważniejsze jest dla mnie zawiadamianie "w koło", że jestem niepijącym alkoholikiem, niż zapoznawanie o istnieniu AA i jej programie?

...Ważniejszym wydaje mi się zapoznawanie o istnieniu ruchu, jego programie i skuteczności ludzi, którzy mają problem alkoholowy i chcą przestać pić. To, że jestem niepijącym alkoholikiem dobrze jest przytaczać w uzasadnionych przypadkach np. w celu przekonania chcącego przestać pić alkoholika do wstąpienia do AA...Bardzo ważne jest dla mnie zapoznawanie o istnieniu AA i jego programie.

ciąg dalszy w następnym numerze

 


 

AL - ANON nr.3/12/97

 

Grupa Al-Anon i tradycje

 

Grupa Al-Anon oferuje mi ciepło, przyjaźń, poczucie bezpieczeństwa. To właśnie powoduje, że lubię chodzić na spotkania i czuję się na nich dobrze. Al-Anon to moja rodzina, a ja jestem jej członkiem. Doprawdy Bóg hojnie mnie obdarzył, kiedy pozwolił mi do niej przystąpić. Najbardziej lubię moją grupę macierzystą. Ale mogę też bez oporu iść na inną, tam przecież spotkam ten sam program i takich samych ludzi, miłość, otwartość i zaufanie. Mogę tak samo pozbywać się moich złości, kłopotów, uczyć się jak być doskonalszą, dzielić się moją radością. Dzięki I Tradycji możliwe jest działanie Al-Anon na całym świecie w tym samym duchu. Jestem za to odpowiedzialna jako członek Al-Anon. Podziały w grupie, chęć przywództwa, mogą odwrócić uwagę od programu i skupić ją na sprawach ambicjonalnych. A więc - jedność; cokolwiek byśmy chcieli osiągnąć, osiągamy dzięki niej. Nikt nie jest doskonały, nie mamy więc  autorytetów, oprócz miłującego Boga. Ja także nie jestem autorytetem, niniejsze słowa to wyłącznie moje spojrzenie na Tradycje. A znam osoby, które nie poznały Tradycji Al-Anon. Zdarza się, że długoletni członkowie Al-Anon chcą być autorytetem dla innych, często grupa liczy się ze zdaniem jednej osoby, podporządkowuje się. Jako reprezentant grupy mam czasem ochotę narzucić swoje zdanie. W takich chwilach przypominam sobie o sumieniu grupy, które jest wyrazicielem woli Boga. Nie powinnam się temu przeciwstawiać i brać na siebie odpowiedzialności za decyzje całej grupy. Do Al-Anon może przyjść każdy, kto ma ten sam problem. Powinniśmy jednak pamiętać, że celem grupy jest pomoc duchowa i tylko duchowa. Nie zajmujemy się niczyimi problemami finansowymi ani mieszkaniowymi. Nie prowadzimy też terapii. Skupiamy się na pracy nad sobą i niesieniu posłannictwa. Nie jest to łatwa droga, bo uczy odpowiedzialności w postępowaniu. Zdarza się często w naszym regionie, że grupa zamyka się w sobie, nie uczestniczy w pracach na rzecz Al-Anon jako całości. Kiedy dostrzegamy to w naszych grupach dobrze jest przypomnieć sobie, że Al-Anon to WSPÓLNOTA. Wspólnotę tworzą wszystkie grupy. Jestem odpowiedzialna za to, aby moja grupa miała stały kontakt z innymi grupami przez spotkania Grupy Regionalnej i Komitetu Krajowego. Spotkania te służą m.in. wymianie doświadczeń i utrzymaniu JEDNOŚCI programu Al-Anon. Nie muszę w tym miejscu wspominać o współpracy z AA jako okazji do wzajemnej nauki i wymiany doświadczeń. Celem istnienia grupy jest niesienie posłannictwa wszystkim, którzy mogą potrzebować naszej pomocy. To ukazywanie ludziom, że jest nadzieja na polepszenie życia i, że wspólnie jest o wiele łatwiej. Grupa może współpracować z różnymi instytucjami aby dostęp do wspólnoty miało jak najwięcej potrzebujących. Jestem odpowiedzialna za to posłannictwo i dzięki tej świadomości mogę działać przez własny przykład. Mogę też podkreślić, jakie zmiany w moim życiu i mej postawie dokonały się dzięki Al-Anon. Współpracując z instytucjami nie możemy się z nimi łączyć, ani udzielać swojej nazwy. Skutki takiego połączenia bywają tragiczne dla grupy, a także dla tych, którzy jeszcze nie znają naszej wspólnoty. Bądźmy sobą! Nasz program jest prosty i nie powinniśmy go zmieniać, aby nie stracić z oczu naszego jedynego celu. Jestem za to odpowiedzialna m.in. poprzez używanie na spotkaniach literatury aprobowanej przez Konferencję Światową Al-Anon, a także poprzez przestrzeganie zasady, aby nie wypowiadać się publicznie w imieniu całej wspólnoty, tylko w swoim własnym. Za finansowanie grupy jest odpowiedzialny każdy jej członek. Może się zdarzyć, że ktoś spoza Al-Anon zaofiaruje grupie pieniądze. To, czy grupa je przyjmie, zależy od niej samej. Warto jednak pamiętać, że ofiarodawca może mieć w tym inny cel niż grupa i może wymagać czegoś niezgodnego z naszymi zasadami. Bądźmy czujni. Przyjmowanie datków pozbawia nas niezależności i odwraca uwagę od celu duchowego. Przez datki, które ofiarowuję grupie jestem odpowiedzialna za utrzymanie całej wspólnoty i zachowanie programu, który tak bardzo mi pomógł. Niesienie posłannictwa najbardziej skuteczne jest podczas mityngów otwartych. Są one jeszcze mało rozpowszechnione. Najlepiej kiedy grupa organizuje spotkania otwarte w regularnych odstępach czasu. Można też podawać do wiadomości publicznej miejsce i czas spotkań. Dla zachowania jedności grupa wybiera osoby odpowiedzialne za reprezentowanie jej w regionie. Jest to służba na rzecz grupy, ucząca odpowiedzialności. Jako reprezentant jestem odpowiedzialna przed grupą za informacje na jej temat w regionie, a także za przekazywanie informacji z regionu i kraju. Grupa powinna być zorientowana w pracy wszystkich służb i zdarzeniach na terenie kraju. Al-Anon jako wspólnota nie wyraża zdania w żadnych sprawach, które nie dotyczą nasze go programu. Nie włączamy się w dyskusje. Mimo tego, każdy członek Al-Anon prywatnie może zachować swoje zdanie i poglądy. Wspólnota tym się nie zajmuje. Przyciąganie Al-Anon może bazować na współpracy z mediami. Grupa może wybrać osobę za to odpowiedzialną. Należy pamiętać przy tym o zachowaniu anonimowości i o tym, że ważny jest program a nie osoba. Zasada ta chroni nasze poczucie bezpieczeństwa na zewnątrz grupy. Jestem odpowiedzialna za to, aby nie podawać moich personaliów publicznie, jeżeli występuję jako członek Al-Anon. Nie mogę także pokazywać swojej twarzy. Zasady te są ważniejsze ode mnie. Wiem, że ich złamanie oznacza powrót do przeszłości, niezrozumienie i zawiść, użalanie się nad sobą. W grupie oznacza to oddalenie się od celu, brak miłości i ciepła. Moje wyzdrowienie jest w rękach grupy. Moja grupa jest w moich rękach. Ode mnie samej zależy, czy grupa jest pełna miłości i pokory oraz pokoju, czy raczej tajonych zawiści, chęci przywództwa i podziałów. We wspólnocie wszyscy są równi i jednakowo odpowiedzialni. „Słowa pouczają, przykłady pociągają”. Niech to będzie mottem każdej grupy.

Hania Al-Anon, Kalisz

przedruk z mies. Reg. Warta Wspólnoty AA

 


 

Teoria Ewolucji

 

Czy AA podlega zmianom? Tak - i dzięki Bogu! AA ulegała zmianom od początku. W zasadzie, gdyby nie te zmiany wielu z nas nie byłoby w AA, a przyjaźnie byłyby tylko rzadkimi przypadkami. Dzięki jednak ewolucji wynikającej z prób i błędów, jak również dzięki opiece Opatrzności, udział w AA stanął otworem dla każdego, kto chciał przestać pić Jednak nie zawsze tak było. Na początku mile widziani byli tylko dorośli biali chrześcijanie, ponieważ pierwsze stowarzyszenie wyrosło z Grupy Oxfordzkiej, utworzonej na zasadach zbliżonych do Chrześcijaństwa w pierwszym Wieku. Gdy Bill W. spotkał się z dr Bobem w Akron w 1935 roku, nie było wtedy spisanych "Kroków" ani tradycji, które mogłyby im służyć radą - po prostu jeden pijak starał się pomóc drugiemu". Łączyła ich jedynie przynależność do Grupy Oxfordzkiej oraz znajomość "Czterech Absolutów": absolutna szczerość, absolutna czystość, absolutny brak samolubstwa i absolutna miłość. W czasie pierwszych kilku lat małe grupy w Ohio i Nowym Yorku rozwinęły program "z ust do ust", który Bill streścił w 6 przepisach (przykazaniach). Przyznajemy, że byliśmy chłostani (zgnębieni) i bezradni wobec alkoholu. Zrobiliśmy moralny rozrachunek naszych wad i grzechów. Wyspowiadaliśmy się z naszych uchybień i podzieliliśmy się nimi w zaufaniu z inną osobą. Zadośćuczyniliśmy wszystkim skrzywdzonym przez nasze picie. Staraliśmy się pomóc innym alkoholikom nie myśląc o rekompensacie pieniężnej lub prestiżu. Modliliśmy się do Boga, w jakiejkolwiek postaci On istnieje, o siłę w praktykowaniu tych przepisów. Program "z ust do ust" było dla Billa punktem początkowym gdy zaczął on szkic "Jak to działa", rozdział w Wielkiej Księdze. Bill odnotował jak napisał w łóżku w ciągu pół godziny początkowy szkic tego, co wkrótce stało się naszymi "Dwunastoma Krokami". Później powiedział nam, że rozwinięcie programu z 6 do 12 Kroków nie było od razu przez wszystkich zaakceptowane. Gorące debaty garstki trzeźwych w Nowym Yorku i Akron spowodowały zmianę języka Dwunastu Kroków oraz Wielkiej Księgi na taki. który umożliwił przyłączenie się do ruchu ludzi różnych wyznań i niewierzących. Literatura AA opisuje dyskusje, w wyniku których powstał język komunikacji usuwający bariery członkostwa w AA dla niezliczonych tysięcy ludzi. We wcześniejszych dniach, aby być zaakceptowanym w AA, częstą praktyką było testowanie przyszłych członków i wymaganie od nich poddania się i potwierdzenia wiary w Boga. Clarence S., twórca trzeciej grupy AA (Cleveland) opisał jak dramatycznie wyglądało sprawdzanie przez Dr Billa, by mógł on przyłączyć się do grupy. Z kolei Bill odnotowuje jak jego pierwszy szkic "Kroków" zawierał szereg odnoszeń do Boga i np. w Siódmym Kroku czytamy: "Z pokorą na kolanach, prośmy Go o usunięcie naszych uchybień". Punktem zwrotnym była taka adaptacja sformułowań "tak jak my Go rozumiemy" i "Siła Większa niż my sami", by do ruchu mogli się przyłączyć zarówno agnostycy, ateiści jak i wyznawcy wszelkich religii. Aczkolwiek niepisane szlabany stale pozostawały, szczególnie dla kobiet, ludzi młodych i mniejszości rasowych. Pierwsza kobieta, która przyłączyła się do AA, podobno jest odpowiedzialna za odrzucenie proponowanego tytułu Wielkiej Księgi "Sto ludzi" ("Stu mężczyzn"), jednak wkrótce zniknęła ona ze sceny AA. Dopiero w parę lat później, inna kobieta włączyła się do ruchu AA i była prekursorką drogi do ruchu dla wielu innych kobiet. To nie członkowie stawiali bariery na drodze kobiet do ruchu; przede wszystkim ich żony: pijące kobiety uważane przez nie były jako kobiety upadłe i łatwe, i żony obawiały się, że mogą one uwieść ich mężów. Marty M. pisała wiele o kłopotach kobiet we wczesnych latach, związanych z ich akceptacją przez innych członków ruchu. Aczkolwiek kobiety od wielu lat są mile widzianymi członkami Wspólnoty AA. Niektóre z nich stale pamiętają wstyd i poniżenie, którego doznawały, przyłączając się do AA, ze względu na większe potępienie środowiskowe kobiet-alkoholiczek. Również ludzie młodzi z trudem uzyskiwali aprobatę w ruchu AA. Starzy członkowie stale pamiętają jak byli odrzucani w wieku lat trzydziestu, ze względu na swój młody wiek i brak doświadczenia, mówiono im by przyszli później, kiedy będą więcej pili i bardziej cierpieli z tego powodu. To uprzedzenie w stosunku do alkoholików "wysokich dołów" utrzymywało się nawet w latach sześćdziesiątych. Nawet teraz młodzi ludzie nie czują się mile widziani we wszystkich grupach. Część problemu leży w tym, że wielu młodych ludzi - być może większość - jest podwójnie uzależniona i może odnosić swój problem do innych przyczyn, które to przyczyny mogą być naganne dla starych członków grupy. Przez wiele lat istniała również w AA niepisana linia dla kolorowych. Literatura AA sytuacji takich nie opisuje, ale historia AA w Waszyngtonie rejestruje w roku 1940 utworzenie przez białego biznesmena dla swoich pracowników "kolorowej grupy" w Arlington. Wirginia. Grupa ta nie przetrwała długo, ale w roku 1945powstała Grupa Kosmopolityczna i rozwijała się jako grupa segregacyjna w Waszyngtonie przez wiele lat. Dziś zarówno czarni jak i inne mniejszości są dobrze reprezentowane na spotkaniach we wszystkich wspólnotach i nawet uważa się, że ta akceptacja poprzedziła zanik segregacji rasowych w społeczeństwie. Ewolucję ruchu AA w czasie prawie sześciu dziesięcioleci można widzieć jako rozwój Wspólnoty z małego, zamkniętego jądra "bezimiennej garstki alkoholików" do szanowanego ogólnoświatowego ocalającego życie ludziom ruchu, który gromadzi miliony kobiet i mężczyzn wszystkich ras, różnego wieku, orientacji seksualnej, wierzących i niewierzących -każdego kto chce przestać pić. Obecnie kobiety stanowią więcej niż jedną trzecią członków AA, osoby trzydziestoletnie i młodsze, prawie jedną czwartą, a reprezentacje ras, kolorów i wyznań są w 145 krajach. Dwanaście Kroków i Dwanaście Tradycji przetrwało test czasu, ale AA nie jest tak konserwatywne by odrzucać dalsze zmiany, gdy dyktowane są one praktyką (doświadczeniem). I oby tak było zawsze.  

Bill R. Annapolis, Md. wg Grapevine

 


 

z listów do redakcji

 

....Droga duchowego rozwoju to nie droga prosta i gładka, ale trudna, bolesna, czasem wyboista i na pewno mniej uczęszczana. Tyle już razy chciałam zawracać, wybrać drogę na skróty i znów zacząć oszukiwać siebie. Przecież to takie łatwe, tak bardzo znane i tak bliskie. Ale ja już tego nie chcę, to prowadziło mnie do butelki i do tak koszmarnej pustki duchowej, a tego cierpienia nie chcę już znosić.

...Spotkałam bliskich, serdecznych, wspaniałych i prawdziwych ludzi, których nauczyłam się słuchać, widzieć i być z nimi. Pokonałam swoją samotność i chęć do izolowania się od świata.

.. Dziś wiem, że najpełniejsze i najbardziej dojrzałe spotkanie odbywa się w sferze duchowej.

Agnieszka

 

 

            Całe długie lata byłem zbuntowany na wszystko i przeciw wszystkim. Wszystko kwestionowałem i każdej sprawie przeciwstawiałem się chyba już tylko dlatego, aby się przeciwstawić, bo inaczej nie umiałem. Taki miałem sposób i nie bardzo potrafiłem żyć inaczej.

...Zacząłem przy pomocy ludzi szukać drogi do Boga. Nie była to droga prosta i łatwa i nie jest taką również dzisiaj.

...Dzisiaj szukam tego co łączy, a nie tego co dzieli.

Mietek

 

 

Może to dziwne, ale tak się poczułem, jakbym dostał niecodzienny prezent. Serdecznie pozdrawiam i raz jeszcze dziękuję za sprawienie mi takiego zadowolenia.

Białołęka 08.09.1997 r. Zbyszek

 


 

Ja i zwierciadło

 

Czy próbowałeś kiedyś, kolego,

stanąć przed lustrem, z rana samego?

I szczerze patrząc na swe odbicie

dziękować Bogu na nowe życie?

Ja, na początku swego trzeźwienia,

zerkałem w lustro podczas golenia.

I widząc ryło smutne, ponure,

prałbym to ryło konopnym sznurem!

Z upływem czasu patrzyłem śmielej,

nieraz nazwałem go przyjacielem.

Mniej było złości do tego ryła

 nieraz mówiłem - ty mordo miła.

 

Dzisiaj, gdy tylko z łóżka wyskoczę,

z miłym uśmiechem przed lustro kroczę.

Z radością witam tę mordę miłą,

dzień rozpoczynam z nadzieją, siłą.

Nie wiem - puenta, morał, czy wniosek,

o jedno Boga gorąco proszę.

By dnia każdego, na codzień, w święta,

witała mnie w lustrze twarz uśmiechnięta!

I z serca życzę Warn przyjaciele,

byście w swe lustra patrzyli śmielej!

Czesiek

 


 

12 KONCEPCJI DLA SŁUŻB ŚWIATOWYCH AA.

 

1.         Ostateczna odpowiedzialność oraz najwyższy autorytet służb światowych powinien zawsze spoczywać w zbiorowym sumieniu naszej Wspólnoty jako całości.

2.         Konferencja Służb światowych jest czynnym głosem i skutecznym sumieniem całej naszej  społeczności, dla prawie każdego praktycznego celu w jej światowych sprawach.

3.         Dla zapewnienia efektywnego przewodnictwa winniśmy przyznać każdej służbie                  AA - konferencji. Radzie Służb, spółkom usługowym, personelowi, komitetom i wykonawcom tradycjonalne "Prawo Decyzji".

4.         Na wszystkich szczeblach odpowiedzialności winno być zachowane tradycyjne "Prawo do Uczestnictwa"  pozwalające  na  reprezentatywne  głosowanie, w odpowiedniej proporcji do odpowiedzialności, którą każdy winien wykazać.

5.         W całej naszej strukturze powinno obowiązywać "Prawo do Apelacji" tak, aby opinie mniejszości były wysłuchane, a osobiste skargi starannie rozpatrzone.

6.         Konferencja uznaje, że główna inicjatywa i czynna odpowiedzialność za większość spraw służb światowych winna być spełniana przez powierników konferencji działających jako Zarząd Służb.

7.         Karta i prawo zwyczajowe Zarządu Służb światowych są przyjętymi instrumentami, upoważniającymi do kierowania i prowadzenia spraw służb światowych. Karta Konferencji nie jest dokumentem prawnym, opiera się na tradycji i środkach finansowych przeznaczanych na uzyskanie ostatecznej skuteczności.

8.         Powiernicy wytyczają ogólne kierunki działania, zarządzają finansami, sprawują pieczę nad ciągle  aktywnymi służbami, co jest możliwe dzięki wybieraniu dyrektorów wszystkich tych jednostek.

9.         Dobre przewodzenie służbom na wszystkich szczeblach jest nieodzowne dla naszego przyszłego  funkcjonowania  oraz  bezpieczeństwa. Początkowo przewodzenie służbom, kiedyś sprawowane przez założycieli, musi być przyjęte przez powierników.

10.       Odpowiedzialność ponoszona w służbach winna być odzwierciedleniem autorytetu w służbie, którego zakres winien być możliwie dokładnie określony.

11.       Powiernicy winni zawsze zapewniać najlepsze komitety, dyrektorów służb, personel i doradców. Skład, kwalifikacje, sposób wprowadzania do służby, jak również prawa i obowiązki zawsze będą

przedmiotem ich poważnej troski i zainteresowania.

12.       Konferencja będzie przestrzegać ducha tradycji AA dbając o to, by:

-           nigdy nie stała się ona ośrodkiem nadmiernego bogactwa i władzy,

-           podstawową zasadą finansowania było zapewnienie wystarczających funduszy operacyjnych oraz niezbędnych rezerw,

-           żaden z jej członków nie stanął na pozycji autorytatywnej władzy nad innymi,

-           do wszystkich ważnych decyzji dochodzono za pomocą dyskusji i głosowania, a gdy tylko to możliwe podejmowano je jednomyślnie,

-           nie stała się polem rozgrywek personalnych ani zarzewiem polemik publicznych,

-           nigdy nie działała jak rząd i żeby podobnie jak społeczność, której służy na zawsze pozostawała demokratyczna w swym duchu i działaniu.

racę z tymi, którzy tego potrzebowali, A wszystko dzięki ofiarnym wysiłkom pionierów AA. Kiedy tak słuchałem tych dwóch "starych" naszych członków, nagle uświadomiłem sobie, jak trudno było zawiązać tę nić wzajemnego zaufania pomiędzy ludźmi nauki, religii i medycyny a pierwszymi członkami AA, co w rezultacie pozwoliło na zapewnienie profesjonalnej opieki wielu ludziom. Jak wiele trudu ich to kosztowało. Jednak nie tylko ta mordercza praca była tu najważniejsza. Chodziło o coś jeszcze. Pionierzy AA chcieli zatrudnić specjalistów nie po to, aby zapewnić alkoholikom środki w dochodzeniu do trzeźwości. Tak naprawdę chodziło im o stworzenie pewnego swoistego klimatu, w którym alkoholicy otrzymywaliby te rodzaje pomocy, której AA nie była w stanie im zapewnić Jednak jeżeli to o to chodziło, to skąd ten odwieczny problem z ludźmi kierowanymi do nas z różnych ośrodków odwykowych? To wina naszego lenistwa. Wraz ze wzrastającą liczbą specjalistów z dziedziny medycyny, psychiatrii i religii stajemy się leniwi - coraz większa liczba obowiązków, związanych z opieką i leczeniem nowych członków spada na ich barki, a nie nasze. Po tym, jak wielu wczesnych członków AA stało się "specjalistami z zakresu alkoholizmu" utrwaliło się przekonanie, że z nowymi członkami powinni pracować tylko najlepsi. Nazwijmy ich sponsorami. I gdy potem nowi członkowie przychodzili na nasze spotkania i zaczynali od "Mój sponsor powiedział...” nikt tego nie kwestionował. Sprawdziłem kilkakrotnie te perły prawdy. Ów sponsor był najczęściej tak samo zaszokowany tymi - przypisywanymi mu przecież twierdzeniami, jak zaszokowana była cała, wysłuchująca ich, grupa. Wyglądało na to, że ci ludzie zamiast zmieniać się, aby dostosować się w ten sposób do programu AA, zmieniali sam program, aby dostosować go do siebie samych Jednak problem nie tkwił w nowoprzybyłych. Problem tkwił w tym, czego od nich żądaliśmy oraz w tym, co chcieliśmy dla nich uczynić. Pragnęliśmy, aby byli podobni do nas. I wraz z nami trzeźwieli. A przecież do licha nic to nas nie powinno obchodzić! Naszym obowiązkiem było powiedzenie im prawdy o nas samych i naszych doświadczeniach związanych z programem AA. Prawdy o naszych zwycięstwach i naszych porażkach. Wybór: wytrzeźwieć, zwariować czy umrzeć należał tylko do nich, Naszym obowiązkiem jest dostarczyć im faktów, które pomogłyby im wybrać. Wielka Księga mówi w kilku miejscach, że ''przekazujemy im zestaw duchowych narzędzi". Nie precyzuje jednak, w jaki sposób. Wielka Księga nie mówi, czy bombardujemy ich nimi, wszczepiamy im owe narzędzia chirurgicznie, czy też może upychamy je starannie w ich kieszeniach. Wierzę, że jest to akt pokory, zgiąć się i położyć "zestaw duchowych narzędzi" u stóp innego człowieka. To nasza rola. I jest aktem godności schylić się i podnieść ów "zestaw duchowych narzędzi". To ich rola. Podczas gdy oni potrzebują zacząć od dostojeństwa, my musimy być pokorni. A jednym z tego sposobów jest powiedzenie im całej prawdy o nas samych i całym programie AA. Oczywiście, aby to uczynić musimy być absolutnie precyzyjni co to tego, co robimy w AA, a czego nie. Będziemy domagać się -od siebie - wyjaśnień, po co wciąż dyskutujemy o alkoholizmie, jego przyczynach, o tym, jak się od niego uwolnić. Jak pomaga nam w tym Program Dwunastu Kroków. Nie musimy wcale zmieniać ośrodków leczenia odwykowego, nowych członków AA, sędziów i żadnych innych instytucji, które kierują ludzi