MITYNG 3/26/98

DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO


Przy telefonie BSK

 

Medytacje na punkcie kontaktowym.

 

To cud chyba, że jestem tu w tym miejscu. Nigdy przedtem nawet nie pomyślałem, że mogę przy telefonie BSK udzielać informacji o mityngach AA oraz o poradniach odwykowych. Żyję, a przecież po pijaku jeździłem środkiem jezdni nie zważając na samochody. Dziś nie piję a to zmieniło wszystko. Rodzina się cieszy, w domu mniej nerw, ja już nie robię w spodnie i chodzi mi się wygodnie. Dzięki poznaniu na naszych mityngach wspaniałych przyjaciół odzyskałem wiarę, poznałem Program AA. Żyjąc 24 godziny dziennie coraz bardziej odczuwam różnicę między dawnym i nowym życiem. Dziękuję za wszystko.

Marek

 


 

KONFERENCJA

Nie ma i być nie może egoizmu w miłości - bowiem jedno jest przeciwieństwem drugiego.

 

Wystąpienie jednego z delegatów

 

Jak wielu z nas, przyszedłem do Anonimowych Alkoholików jako pobity, zawstydzony i żałosny pijak. Dziękuję Bogu za ludzi, którzy robili dla mnie Krok Dwunasty, zwłaszcza za człowieka, który później miał zostać moim sponsorem. On - wraz z innymi - dużo mnie nauczył o tym dwunastostopniowym programie osobistego wyzdrowienia i o Dwunastu Tradycjach, które chronią Wspólnotę przede mną! Dowiedziałem się też od nich o Dwunastu Koncepcjach Służby Światowej, które uświadamiają nam, jak możemy najlepiej tworzyć nasze komisje służb, aby były maksymalnie pomocne dla alkoholika, który wciąż jeszcze cierpi. Poradzili mi też, bym zapoznał się z historią AA, aby „bardzo cenne doświadczenia przeszłości i lekcje, jakie wyciągnęliśmy z tych doświadczeń, nie zostały zapomniane lub utracone". Cały postęp AA można opisać krótko w dwóch słowach: POKORA I ODPOWIEDZIALNOŚĆ. Cały nasz rozwój duchowy da się dokładnie zmierzyć stopniem naszego dostosowania do tych wspaniałych wzorów. Tę prostą prawdę wyraził po raz pierwszy Bill Wilson, jeden z naszych założycieli, wiele lat temu w rozmowie, opublikowanej następnie w numerze „The Grapevine" ze stycznia, 1966 r. To powiedzenie zachowuje swoje znaczenie do dziś. Pokora jest kluczem do osobistego wyzdrowienia, a odpowiedzialność jest probierzem służby.Stawanie przed odpowiedzialnością może wydać się straszne każdemu, a co dopiero komuś, kto większość życia spędził jak najdalej od niej. Tym niemniej, jeśli chcę umknąć pierwszego kieliszka, muszę w końcu wykazać wolę przyjrzenia się swoim obowiązkom, a jeśli zrobię to uczciwie, to moje szanse powodzenia wzrosną. Według mojego doświadczenia Anonimowi Alkoholicy otwierają nam drzwi możliwości do służby. Możemy zawahać się na progu lub nawet zdecydować się nie wejść. Jednak ani my sami, ani okoliczności nie mogą zamknąć przed nami tych drzwi. Przyjazna dłoń jest zawsze wyciągnięta: „Wspólnota AA pozostaje zawsze otwarta dla każdego i nigdy nie zamyka się przed nikim". Jestem bardzo wdzięczny za otrzymaną możliwość służby i odpowiedzialności. Kiedy piłem, nie byłem ani rozsądny, ani odpowiedzialny. Byłem pozbawiony jakiegokolwiek planu na życie - dryfowałem od jednego kryzysu do drugiego, nie będąc w stanie poznać piękna i witalności życia, ani wagi tu i teraz. Moje życie było wielkim katalogiem nieumiejętności korzystania z pojawiających się możliwości. Pierwsza chwila zaangażowania się w służbę jest niezrównana - w naszej chęci przypodobania się, gotowości i entuzjazmie, by robić to, co słuszne, by dokonywać zmian ZAWSZE NA LEPSZE. Zdawałoby się, że unosimy się bez wysiłku po morzu dobrej woli i spokoju. Postępując dalej z tym, co braliśmy za jasność myślenia i precyzję pojmowania, z determinacją zapragnęliśmy zrobić porządek z wadami i brakami, jakie napotkaliśmy po drodze. I właśnie wtedy zaczęły nas kłuć drobne wątpliwości. Z początku spychaliśmy je na dalszy plan, ale nadal nas nie opuszczały. Przeciwnie, trwały i narastały. Wówczas dopiero zrozumieliśmy, że sprawy nie miały się tak wspaniale, jak się nam z początku wydawało. Dopiero po zaangażowaniu się do służby uświadomiliśmy sobie trudności i komplikacje związane z naszym postanowieniem i obowiązkami. Proces dorastania i dojrzewania - stawania się odpowiedzialnym! - w służbie Anonimowych Alkoholików jest bez wątpienia najtrudniejszym ćwiczeniem, jakiego się w życiu podjąłem. Ponadto, wbrew głoszonej przeze mnie niechęci do prac komisji, większość czasu w AA spędziłem w służbie różnych komisji, wraz z członkami, którzy dla mnie reprezentowali siłę sprawczą w służbach AA. Komisje te powinny być bardziej zorientowane na działanie, niż na „pogaduszki". Ich prace powinny się sprowadzać do określenia, gdzie potrzebne jest działanie, aby powiązać istniejące inicjatywy w danej dziedzinie i wprawić w ruch odpowiednie działania. A także, by przejrzeć sposoby wzmocnienia pozycji Anonimowych Alkoholików w szkołach, szpitalach i kościołach oraz pełnego wykorzystania możliwości Wspólnoty w sądach, więzieniach i instytucjach pomocy społecznej. Dopiero, gdy stajemy się bardziej rozsądni w zachowaniu i osądzie, możemy użyć nowo odkrytej wiary do kształtowania świata wokół nas - i dokonywać tego nie rzucając się w oczy! Akceptowanie odpowiedzialności bardzo zmieniło moje życie na lepsze: pozwoliło mi osiągnąć miarę pokory, uczciwości i wytrwałości. Dało mi nową perspektywę i pozytywne spojrzenie na wszystko. Uczyniło mnie też bardziej świadomym i wyrozumiałym dla siebie i innych. Wiem, co znaczy zdanie: „Nie jestem wyjątkowy". Pozostawiony samemu sobie, gdybym musiał polegać wyłącznie na własnych instynktach i zdolnościach, nigdy bym nie osiągnął trzeźwości. W moim przypadku prawdziwe poznanie samego siebie przychodzi w dobrych, pełnych znaczenia stosunkach z innymi ludźmi. Przez wzajemne troszczenie się, dzielenie się i sponsorowanie jesteśmy w stanie w pełni urzeczywistniać nasze możliwości. Wiem, że wniesiecie w tę Konferencję pożądaną ilość odpowiedzialności i entuzjazmu i cieszę się z perspektywy odnowienia w ciągu tego weekendu starych przyjaźni i nawiązania nowych. Na zakończenie chciałbym powiedzieć, że jestem przekonany, że stojąca przed nami praca nie będzie dla nas nadmiernym ciężarem, że nie powstrzymają nas przed służbą jakiekolwiek ograniczenia ani spory, które na pewno będą. Nie, ja wierzę, że istota leży w akceptowaniu naszej odpowiedzialności za niesienie posłania alkoholikowi, który dzisiaj jeszcze cierpi i w wierze nas wszystkich bez wyjątku w wolę i siłę miłującego Boga, jakkolwiek się On wyraża w sumieniu grupy.

Niech słowa w naszych ustach i medytacje w naszych sercach będą godne jego spojrzenia.

I za to JESTEM ODPOWIEDZIALNY.


 

PRZEGRANY?

 

Nawet najgorsze przeżycia więzienne nie byty w stanie złamać tego twardziela. Właśnie odsiadywał wyrok za swoje piąte przestępstwo, kiedy zdarzył się cud.

 

Dla mnie, tak jak dla wielu innych alkoholików życie płynęło według rytmu "Jedz, pij, ciesz się, bo jutro możesz umrzeć". Ale rzecz jasna, nie umiałem umrzeć. Za każdym razem budziłem się obolały; chory psychicznie, fizycznie i duchowo. Nic innego nie było w stanie wyrwać mnie z tej otchłani, jak tylko więcej alkoholu. Później musiałem dodatkowo brać do alkoholu środki odurzające, aby postawić się na nogi. Jeszcze później, nawet alkohol i inne środki chemiczne razem wzięte, nie były w stanie tego dokonać. Jest wiele stanów ludzkich gorszych niż umieranie, lecz czy istnieje jakakolwiek śmierć gorsza od postępującego, wywołanego przez siebie, powolnego i samobójczego konania pijącego alkoholika? Alkoholik przeżywa śmierć po wielokroć. Alkohol wysysa wartości z życia, wżera się w umysł do takiego stopnia, że alkoholik pozostaje ślepy na prawdę. Odsiedziałem dwanaście lat w więzieniu i nigdy nie podejrzewałem, że gdyby nie alkohol, to zapewne w ogóle nie wylądowałbym za kratkami. Gdyby nie to, że w więzieniu było AA.... Nie dowiem się nigdy, lecz moja głowa podpowiada mi, że dzisiaj już bym nie żył. Otóż, musicie wiedzieć, że jestem facetem pięciokrotnie przegranym, co oznacza, że byłem skazany pięć razy za popełnione przestępstwa / nie wliczając w to przypadków, których mi nie udowodniono /. Odsiadywałem kary w czterech różnych zakładach penitencjarnych, również o zaostrzonym rygorze. Przez te dwa łata, które tam odsiadywałem, nie było szans, abym się zmienił; poświadczają to zresztą zapiski znajdujące się w aktach. Według wszelkich norm społecznych, bywałem również i nienormalny w swoich zachowaniach. Lecz kiedy rozwaliłem sobie nogę młotem kowalskim w kamieniołomach, to to samo-okaleczenie było tylko objawem buntu wobec systemu. To samo miało miejsce, kiedy moczyłem stopę wraz z czterema palcami u nogi, przez pięć godzin w roztworze wodno-alkalicznym. Byłem agitatorem, lubiłem stwarzać kłopoty i wielu podobnych, zgorzkniałych osobników, przyłączało się do mnie. Nie chciałbym wchodzić teraz z jakimikolwiek uwagami pod adresem systemu więziennego. Jednak jest jedna rzecz, do której jestem przekonany, mianowicie: więźniowie, którzy podczas odbywania kary uczęszczają na mityngi AA, mają o wiele większe szansę nie powrócić więcej za kratki to zostało już dowiedzione. Jest rzeczą jasną, że skazany musi zacząć żyć według zasad programu AA i zmieniać swoje "wnętrze", jeżeli chce mieć jakiekolwiek szansę na wolności, "na zewnątrz". Wypicie alkoholu zawsze zmienia osobowość człowieka - nawet, kiedy jest to zdrowa osobowość. A kiedy ja akurat mam osobowość określaną jako: nieodpowiedzialny, anty-społeczny czy też pełną sprzeczności, to, kiedy zmieszam to jeszcze z alkoholem czy innym środkiem chemicznym, bingo! Natychmiast pryskają moje dobre intencje, strach przed konsekwencjami, potrzeba troski, odpowiedzialność za swoje zachowanie. Cóż innego mógłbym robić, jak tylko to, co już robiłem w przeszłości? Zachowywać się po staremu i wrócić ponownie do więzienia. Szacuje się, że 2/3 ludzi odsiadujących kary w więzieniach, dokonało czynu przestępczego, będąc pod wpływem alkoholu czy narkotyków. Mimo to, więźniowie bardzo często nie potrafią zidentyfikować się z wieloma piciorysami członków AA. Poniekąd jest to zrozumiałe. Większość skazanych nie przebywała na tyle długo na wolności, by móc zebrać taką gamę alkoholowych doświadczeń, by rozwinąć tego rodzaju alkoholizm czy picie, o jakim słyszy się w rozmowach członków AA. Zawsze, czy też prawie zawsze mieliśmy dobre chęci, gdy wypuszczano nas z więzienia. Lecz wraz z wypiciem pierwszego kieliszka, nasze dobre intencje rozpływały się, zmieniały się nasze osobowości. Powracaliśmy do starego, dobrze nam znanego stylu życia; życia pełnego złości, mściwości, uraz, strachu, zależności, zakłamania, samowoli i nieodpowiedzialności. I ponownie lądowaliśmy w więzieniu, gdzie nasze osobowości jeszcze bardziej się wypaczały. Niezbędne jest, aby trzeźwieć i mieć plan na życie, który powoduje zmianę osobowości na lepszą, w którym występuje proces przebudzenia duchowego. Dzięki AA, wiele osób dokonało koniecznych zmian i przeżyło przebudzenie duchowe, tylko dzięki temu, że żyli według zasad AA i stykali się z ludźmi ze Wspólnoty. Dzieje się tak, kiedy uczęszcza się na wiele mityngów AA, z otwartym umysłem i chęcią dobrego życia, bez środków chemicznych w postaci alkoholu lub innych. Dzięki AA możemy doświadczyć uwolnienia się od nas samych. Bo tak naprawdę, to my sami /ty, ja/ byliśmy przeszkodą dla siebie i doprowadziliśmy siebie do bankructwa, które skrzywdziło osoby nam bliskie. Wszystkie Dwanaście Kroków AA jest tak ułożonych, by niszczyły w nas, naszą dawną osobowość /zmniejszanie naszego ego/ i budowały nową, wolną osobowość. Wolałbym mówić raczej o   tych dobrych rzeczach, których nauczyło mnie AA, ale wspomnienie, choć paru przypadków z mojej przeszłości powinno wystarczyć tym, którzy są w więzieniu, do zrozumienia skąd ja sam przyszedłem. W więzieniu, w moim rodzinnym mieście, spędziłem jedenaście miesięcy w dodatkowym odosobnieniu, zaliczając, co i rusz karcer /pustą celę z żelaza i          betonu/, do którego wsadzano mnie chyba z pięć razy przez cały czas kary. W ciągu każdego dziesięciodniowego pobytu w owej ciemnej dziurze, karmiono mnie chlebem i wodą jako normalnym posiłkiem, raz na trzy dni. Uważałem, że było to straszne przeżycie, dopóki nie wylądowałem w karcerze. Było to pomieszczenie na tyle długie i szerokie, żeby można się było w nim położyć. Będąc w nim, dostawałem dziennie kilka kromek chleba i wodę i zanim mogłem otrzymać posiłek, który przysługiwał mi raz na trzy dni /jedyny posiłek w ciągu dziesięciu dni/, musiałem najpierw wypić szklankę oliwy lub oleju mineralnego, w zależności od okrucieństwa osoby, która mnie wówczas nadzorowała. Dziesięć dni takiego traktowania, za pierwszym razem spowodowały spadek mojej wagi, a ja na tyle rzadko byłem poza karcerem, że nie mogłem powrócić do swojej normalnej wagi. Ubrany byłem w pasiak i zakuty byłem w łańcuchy. Na moich nadgarstkach na stałe zamocowane były kajdanki. Nie ma nic strasznego w tego rodzaju ubiorze, dopóki nie pozna się techniki ściągania spodni z kajdankami na nadgarstkach. Byłem jednym z tych złych twardzieli, do którego nikt ani nic, nie mogło dotrzeć. Pierwszy raz jak sobie przypominam, usłyszałem o AA, wiele lat temu. Odbywał się w więzieniu duży mityng AA. /Dwie, duże czerwone litery AA wbiły mi się w pamięć/. W tamtych czasach nie ufałem nikomu, kto chodził do kościoła i uważałem, że AA, jest dla mięczaków. Nawet nie starałem się zrozumieć. Nie wiedziałem, że jestem alkoholikiem jak większość skazanych dzisiaj/ i nie mogłem powiązać żadnego z moich przeszłych problemów, z alkoholem. Cztery lata później zostałem zabrany na mój pierwszy mityng AA poza więzieniem. Przez następnych pięć lat przychodziłem i odchodziłem od AA w różnych miastach. Ostatecznie, postanowiłem wyrzucić wszystkie AA -owskie książki i zdecydowałem więcej nie wracać do Wspólnoty. Żyłem, ale w rzeczywistości byłem martwy. Wróciłem do mojego rodzinnego miasta. Byłem już w różnych szpitalach z powodu alkoholizmu. Wtedy to, popełniłem swoje ostatnie przestępstwo. Trzy tygodnie po napadzie z bronią, w którym jedna osoba została powierzchownie zraniona /mogłem kogoś zabić!/, zostałem zatrzymany. Obudziłem się  w  więzieniu, chory, z objawami abstynencyjnymi, po odstawieniu alkoholu i narkotyków. Czterokrotny straceniec, obecnie z piątym oskarżeniem za przestępstwo, wytoczonym przeciwko niemu. To był koniec mojego świata. Szczęśliwie skazany zostałem na zaledwie piętnaście do dwudziestu lat odsiadki i powróciłem do swojej "alma mater" /tam, gdzie spędziłem tyle czasu w "dziurze"/. Miałem wówczas czterdzieści cztery lata i zmarnowane życie. Ogarnęła mnie całkowita rozpacz. Osiągnąłem swoje dno. Mimo to, nadal nie chciałem uczęszczać na mityngi AA, w więzieniu. O           mały włos powró-ciłbym do swojej dawnej, teoretycznie niezmienialnej osobowości. Wpadłem w konflikt z paroma współwięźniami, planowałem ucieczkę. Gdyby mi się ona nie powiodła, bramy więzienia zatrzasnęłyby się za mną na zawsze. Wtedy właśnie stał się cud. Pewnego dnia stanąłem jak wryty przed karteczką.. To była Modlitwa o Pogodę Ducha! Jej słowa dosłownie mnie poraziły. Nagle przypomniałem sobie jeden z moich pierwszych mityngów AA, na którym usłyszałem słowa, "jeżeli jesteś alkoholikiem i będziesz kontynuował picie, to skończysz chorobą psychiczną albo umrzesz". Nie wspomnieli wówczas o tym piekle na ziemi, które poprzedza śmierć. Tak, wiedziałem, czym była Modlitwa o Pogodę Ducha - AA nauczyło mnie tego. Miała się ona stać moim ratunkiem - ostatecznym katalizatorem. /Przyglądam się tej kopii - która wisi obecnie w mojej sypialni. Jest to modlitwa, którą otrzymałem parę lat temu od grupy AA w tymże więzieniu/. W trakcie następnych 24 godzin, które nastąpiły po moim zetknięciu się z Modlitwą o Pogodę Ducha, przerobiłem chyba po raz pierwszy w życiu pierwsze Trzy Kroki AA. Poddałem się całkowicie. Zacząłem sypiać normalnie, relaksować się i            zaakceptowałem swoją sytuację. Zacząłem uczęszczać na mityngi AA mojej grupy w więzieniu. Kiedy odsiedziałem zaledwie osiemnaście miesięcy z mojego wyroku, ten niezmienialny facet, jakim dotąd byłem, został umieszczony w grupie dla wyróżniających się?. /Bóg działa poprzez ludzi/. Zostałem przeniesiony na oddział dla wyróżniających się więźniów, gdzie spędziłem najbardziej bolesny rok mego życia. Wzrastanie jest bolesne i gdyby nie pomoc mojego AA-owskiego przyjaciela " z wolności", chyba nie przetrzymałbym tego krytycznego dla mnie roku - przystosowywania się. Ten przyjaciel z AA, zabrał mnie do siebie do domu, kiedy wyszedłem na przepustkę. Razem ze swoją żoną, uczynili o wiele więcej niż tylko akceptowanie mojej osoby. On słuchał moich wynurzeń a oboje razem traktowali mnie jak człowieka. Krótko po tym, zostałem wybrany wraz z ośmioma innymi więźniami, spośród wielu skazanych, przebywających wówczas w więzieniach, do programu szkoły, która z wcześniejszych "niezmienialnych", takich jak ja - chciała zrobić instruktorów terapii odwykowej. Po dziesięciu miesiącach nauki, reszcie mojej klasy została darowana kara więzienia i skierowano ich do pracy w Departamencie Więziennictwa. Ja nie podlegałem temu prawu aż do chwili - gdy z pomocą Boga - gubernator darował mi pięć lat z całego wyroku, jaki miałem jeszcze do odsiedzenia. Zostałem zwolniony warunkowo, kiedy odbyłem niecałe trzy lata z mojego wyroku. Wówczas, również i ja, udałem się do pracy jako instruktor terapii odwykowej w Departamencie Więziennictwa. Trzeba rozumieć, na czym polega machina więzienna, żeby móc w ogóle pojąć, jakiego rozmiaru to był cud. Po paru miesiącach pracy tam, przeniesiono mnie do Okręgowego Ośrodka Zdrowia Psychicznego, gdzie byłem pracownikiem do spraw alkoholizmu. Do tego momentu byłem już ponad rok na zwolnieniu warunkowym i pracowałem jako instruktor terapii odwykowej. Od czasu do czasu wracam do swojej starej "alma mater" żeby opowiedzieć własny piciorys i pomyślcie tylko!!!- zaprzyjaźniłem się z dozorcą więziennym. Swoje trzeźwienie datuję od chwili, kiedy zacząłem uczęszczać do AA w więzieniu a nie od swojego ostatniego picia. To, że byłem suchy nie oznacza jeszcze, że byłem trzeźwy. Trzy tygodnie temu zadzwonił mój telefon i usłyszałem w słuchawce głos, którego nie słyszałem od ponad dwudziestu trzech lat. To moja była żona dzwoniła, żeby mi przekazać, iż mój dwudziesto-siedmio-letni syn właśnie zakończył szkolenie w Korpusie Marynarki, skończył szkołę, chce się ze mną osobiście spotkać, bierze ślub i chce, żebym był na nim obecny. Nie widziałem swego syna odkąd ukończył trzy i pół roczku. Ani on mnie nie zna, ani ja jego. Bogu dziękuję, za to, że będę mógł go ujrzeć w tym miesiącu. Mam również nadzieję, że na ślubie syna będę mógł zobaczyć się również ze swoją córką i ich matką. Moja córka miała półtora roczku, kiedy ją po raz ostatni widziałem. Prawie dwa lata temu podjąłem próbę zadośćuczynienia i skontaktowania się z moimi dziećmi, ale nie był to widocznie jeszcze czas dany mi przez Boga. Nie zasługuję dosłownie na nic z tego, co mnie w tej chwili spotyka. Mam na myśli te wszystkie dobre rzeczy, które mnie spotykają. Wszystko zawdzięczam AA i Bogu. Za miesiąc będę obchodził swoje pięćdziesiąte urodziny, nie widziałem mojego syna i córki ani też dzieci mojej córki, dwojga swoich wnucząt; lecz jestem wdzięczny. To wszystko jest jak sen. Wybaczcie mi - nie mogę już więcej nic napisać o ostatnich wydarzeniach mego życia, tak bardzo czekam na spotkanie z rodziną, którą opuściłem tak dawno. Poza tym mogę żyć wyłącznie dniem dzisiejszym. Muszę być przygotowany i otwarty, nawet gdybym miał ich nigdy nie zobaczyć. Jest to trudne, ale tylko w taki sposób umiem sobie teraz radzić z życiem. Nadal jestem arogantem, egocentrykiem, sam chcę wymierzać sprawiedliwość, bez krzty pokory, czasem jestem jakby nie sobą, ale staram się stać się lepszym człowiekiem i pomagam swoim towarzyszom doli. Zdaje się, że nigdy nie stanę się "świętym", lecz kimkolwiek jestem, chcę być przede wszystkim trzeźwy i być członkiem AA. Słowo "alkoholik" nie wywołuje u mnie już żadnych negatywnych odczuć, wręcz przeciwnie, brzmi ono w moich uszach, jak muzyka - kiedy odnosi się do mojej osoby. Niech Bóg błogosławi was wszystkich w AA, a zwłaszcza was wszystkich w więzieniach.

Pamiętajcie, teraz wybór należy do was.

 


 

Odsiadka

 

Po dwóch latach trzeźwości przyjaciel, którego prowadziłem na mityng AA powiedział, że powinienem zająć się pracą w służbach. Był trzeźwy od czterech miesięcy, po raz trzeci, a moją myślą było, „kim on jest, żeby mówił mi, co mam robić?" Lecz nauczywszy się słuchania wszystkich, w tym nowo przybyłych, powiedziałem, „Pomyślę o          tym". W czasie następnego tygodnia byłem na wielu mityngach i na każdym słyszałem coś na temat pracy służb. Zaczęło mnie trawić zniecierpliwienie niepokój. W końcu tygodnia wziąłem tego samego przyjaciela na inny mityng, a spikerka oznajmiła, że w przyszłym tygodniu będzie świętowała swoją dziesiątą rocznicę w AA. Powiedziała też, że odnalazła AA w więzieniu. Postanowiłem, więc przyjść na comiesięczny mityng Komitetu Szpitali i Zakładów i tam powiedziałem, że chcę rozpocząć mityngi AA w zakładzie znanym, jako Więzienie Annex. Powiedziano mi, że jeśli spróbuję, stracę tylko czas; w ciągu minionych trzech lat takich nieudanych prób było wiele. Pewien stary wyjadacz, niech go Bóg błogosławi, powiedział „Dajcie mu spróbować, niczego nie może zepsuć". Dziesięć dni później poprowadziłem mój pierwszy mityng w Więzieniu Annex. Moją jedyną obawą, co do tego mityngu było to, że ktoś zapyta „Czy kiedykolwiek siedziałeś?" Była to bardzo realna obawa i chodziła mi ciągle po głowie. Widzicie, nigdy nie byłem „w więzieniu" z wyjątkiem testu, który miał sprawdzić, czy byłem pijany i czekania na przyjaciela, który miał mnie odwieźć do domu. Bałem się zapytać na Komitecie Szpitali i Zakładów jak odpowiedzieć ze strachu, że nie pozwolą mi zorganizować mityngu. Byłem zagubiony, odnośnie tego, jak odpowiedzieć na to pytanie, gdyby padło. Wyobrażałem sobie, że więźniowie odrzuciliby mnie i wyśmiali. Utraciłbym wiarygodność lub szacunek, który mogliby mieć do mnie. Co powinienem robić? Na mityngach, podczas Modlitwy o Pogodę Ducha, modliłem się zawsze „Boże pozwól mi usłyszeć, co powinienem usłyszeć, powiedzieć to, co powinienem powiedzieć i być pomocnym nowo przybyłym, jeśli taka będzie Twoja wola". Tak, więc zdecydowałem się zwrócić do mojej Siły Wyższej - pokierowałaby mnie, jak odpowiedzieć. Lecz oczywiście, na trzecim mityngu, więzień zapytał mnie wyzywającym głosem „Czy kiedykolwiek siedziałeś?" Natychmiast wyrzuciłem z siebie „Dwadzieścia osiem lat!" Nie trzeba mówić, że nastała kompletna cisza - miałem ich niepodzielną uwagę. Nikt z nich tyle nie siedział. Kiedy zdałem sobie sprawę, co powiedziałem, podziękowałem Bogu, że włożył te słowa w moje usta, zabrałem się do opisywania, jak to jest być uwięzionym w kratach, a nie za nimi? Opowiedziałem im, jak alkohol kontrolował moje życie i był moim strażnikiem, i jak Anonimowi Alkoholicy mnie uwolnili. Powiedziałem, że alkohol już nie kontrolował moich myśli i działania tak, jak system karny kontrolował ich własne. Zobaczyłem, że się ze mną identyfikują i czułem ogromną wdzięczność. Teraz, ponad osiem lat później, wciąż jestem wypełniony wdzięcznością i przemawiam -(bez strachu) - na mityngach Szpitali i Zakładów. Jestem również wdzięczny za ten strach na początku, ponieważ z niego wyszła silniejsza wiara i ufność, której moja Siła Wyższa nie dałaby mi więcej, niż mogłem unieść. „Tam, z łaski Bożej idę" jest myślą, którą wynoszę z każdego mityngu, na który chodzę do zakładu, ośrodka zdrowienia, czy do każdego innego miejsca, w jakim zamknięci są alkoholicy. Dzielenie się z zamkniętymi alkoholikami jest wspaniałym sposobem „odsiadywania" i pozostawania trzeźwym.

B...  AA Grapevine kwiecień 1998 r.


Nie rozwadniać programu

 

Jak mówi nasza Wielka Księga, AA nie ma monopolu na leczenie alkoholików, ale zawiera szczegółowe instrukcje dotyczące naszego programu powrotu do zdrowia. Aby dalej wyjaśnić te wskazówki Bill W. napisał następną książkę "12 Kroków i 12 Tradycji AA". W niej zachęca nas, aby w przypadku problemów emocjonalnych i fizycznych szukać pomocy odpowiednich specjalistów. Mamy współpracować z naszymi przyjaciółmi na różnych polach, chociaż nadrzędny cel AA nakazuje, że musimy pozostać niezależni i nie łączyć się w różnych przedsięwzięciach. Ale jedno mnie ciekawi, czy współpraca z profesjonalistami musi oznaczać mieszanie wszelkich sposobów przez stwierdzenie, że to "jedno i to samo"? Czy AA musi stać się wszystkim dla wszystkich ludzi, albo udawać, że nie ma żadnej różnicy między AA a tuzinem innych instytucji przez połączenie wszystkiego razem i nazwaniem tego "programem". Czy to możliwe, czy to uczciwe, czy to w porządku? Tak wielu naszych przyjaciół - terapeutów, duchownych, lekarzy, dziennikarzy - spopularyzowało  w ostatnich latach swoje poglądy na temat powracania do zdrowia alkoholików, że ich wskazówki stały się hasłami i pojęciami przyjmowanymi jako "doktryna AA" chociaż nimi nie są. Niektórzy z nas powtarzają te opinie na naszych mityngach AA nie bacząc, że kiedy członek AA przychodzi na mityng AA po "sprawdzone w czasie lekarstwo" daje mu w zamian swoje wyobrażenia o sobie i resztki tego co zapamiętał z niezbyt zrozumianych lektur/nadal nie pracuje ze sponsorem/. Jak ma się do tego nasza odpowiedzialność i pomoc dla innych. A co z naszymi nowicjuszami, którzy nie są zaznajamiam z naszym prostym ale potężnym zestawem "duchowych narzędzi”? Czy moje "prawo" do mówienia wszystkiego co sprawia mi przyjemność bierze pierwszeństwo nad potrzebą nowicjuszy do słuchania tego co naprawdę działa? Nie wszystko co brzmi jak AA jest faktycznie sugestią AA. Wiele z "naszych" ulubionych książeczek jest faktycznie lekturą religijną, psychologiczną czy wydawnictwem placówek leczniczych. Mogą one być miłe ale to i tak nie sprawia, że stają się literaturą AA. W którym miejscu Wielkiej Księgi albo "12x12" kładzie się nacisk aby siebie stawiać na pierwszym miejscu listy napraw? W którym miejscu jest w naszych instrukcjach napisane, że "nie można kochać dopóki nie pokochamy siebie", że "nie możemy przebaczyć póki nie przebaczymy sobie". Gdyby te wyobrażenia były istotą programu AA nasza Wielka Księga nie podkreślałaby "przedkładania potrzeb innych" a "12x12" nie kładłaby nacisku na to byśmy przebaczali innym jeśli szukamy przebaczenia dla siebie. Jako podejście terapeutyczne dla "leczenia zranionej osobowości", dla pomocy alkoholikom aby "czuli się dobrze ze sobą", wyobrażenia te są z pewnością użyteczne i właściwe, ale czy musimy rozwadniać zwyczajne i proste wskazówki, które pomogły tysiącom alkoholików powrócić do zdrowia być może " mniej bolesnymi technikami". Nasz podstawowy cel czyli " pomoc alkoholikowi w powrocie do zdrowia" jest prosto przedstawiony w Wielkiej Księdze: SŁUŻYĆ BOGU I INNYM LUDZIOM. Nie jest to w końcu "program egoistyczny" AA jest wspólnotą, której unikalny program ma pomóc nam uwolnić naszą osobowość a nie jej uspokojenie. Naszym celem jest uzyskanie głębokiego doświadczenia duchowego oraz jego utrzymanie przez pomoc innym ludziom niż zaledwie " czuć się dobrze ze sobą". Jesteśmy wezwani do czegoś więcej niż "być miłym, dobrze przystosowanym osobnikiem o wygodnym stylu życia". Naszą radością ale i obowiązkiem jest dzielić się tym co mamy. Utrzymujmy to w prostocie i nie rozwadniajmy. Nasza śmiertelna choroba wymaga czegoś więcej niż "pozytywnego myślenia" i "bycia w kontakcie ze sobą".

TYLKO NAJLEPSZE ZADZIAŁA A TO WŁAŚNIE MAMY.

 


 

Dorastanie

 

Za pierwszym razem, poświęcił na Kroki siedem minut, za drugim -dwadzieścia siedem lat. Ciągle nad nimi pracuje.

 

Nie wiem, ile już razy słyszałem to powiedzenie „ Jest istotne, czy chcemy rozwijać się duchowo". Z jakiegoś powodu, tego szczególnego dnia, miało ono dla mnie specjalne znaczenie. Jestem ciągle tym samym człowiekiem, który przyszedł do AA, tylko teraz nie jestem chory, zadłużony, bezrobotny, wystraszony, czy w stanie wojny sam ze sobą. Właściwie jestem szczęśliwy calutki dzień. Powinienem być na emeryturze, a jestem bardziej zajęty teraz, niż gdy pracowałem. Jak do tego wszystkiego doszło? Lekarz dał mi pewnego razu ulotkę z Dwunastoma Krokami, a gdy po tej obrazie wystarczająco doszedłem już do siebie, to tylko po to, aby wycwanić się. Wymyśliłem sposób na wyciągnięcie korzyści z AA bez nasmołowania tym samym pędzlem co wy alkoholicy. Teraz mam ulotkę zawierającą wszystkie sekrety organizacji. Co mogło przeszkodzić mi w pracy nad Krokami i zbierać żniwa duchowej wspaniałości. Jedynym słabym punktem w moim planie było to, że przeoczyłem mały szczegół, który wy ludziska nazywacie Pierwszym Krokiem. Sposób, w jaki się do tego zabierałem przypominał próbę przyszycia guzika na gotowanym jajku. Po prostu nie można tego zrobić wystarczająco dobrze, by zdobyć Oskara. Wynik był nieuchronny -kompletna katastrofa. Wtedy zobaczyłem samego siebie dokładnie takim, jakim byłem - wciąż pijanym. Coś musiało się zmienić. W odpowiedzi na moje wołanie o pomoc, AA-owcy mi powiedzieli: „Po prostu dziś nie pij pierwszego kieliszka" Spróbowałem. Działało! Nie została żadna inna możliwość. Wytrwałem przez całe dwa dni bez kieliszka. Potem nastał czas, gdy zebrałem pełne dwa bite tygodnie i z samej tej racji zasługiwałem na wyświęcenie. Nie wpakowałem się w żadne kłopoty, a chociaż byłem tak nerwowy, jak dzięcioł z migreną. Polepszało mi się. Doszedłem do wniosku, że cokolwiek było ze mną źle, nie mogło się pogorszyć, jeśli nie będę pić. Z pewnością, ktoś powinien dostrzec moją drastyczną poprawę. Jak siedziałem spoglądając przez okno, nagle zdałem sobie sprawę, że ja i pies mojego sąsiada biegliśmy łeb w łeb w tym duchowym wyścigu; on również nie pił.Czy mogło być tak, że jeszcze nie zdałem sobie sprawy z możliwości pełnego rozwoju duchowego? O tak -tam były jakieś inne Kroki. Gdy zobaczyłem je po raz pierwszy, przerobienie ich wszystkich zabrało mi siedem minut. Po raz drugi zabrało mi to dwadzieścia siedem lat i wciąż nad nimi pracuję. Jak powiedziałem, jestem tym samym człowiekiem, który przyszedł do AA. Nie mogłem wtedy grać na pianinie, i do dziś nie mogę. Mam te same uczucia, wrażliwość i niedostatki, ale jest olbrzymia różnica: wszystkie te rzeczy są dziś inaczej złożone. Jestem pewny, że Bóg kocha mnie, i moje brodawki i wszystko. Nie jestem ścigany przez strach. Byłem uzależniony wtedy i jestem uzależniony teraz, ale moja zależność jest raczej od mojej Siły Wyższej, niż od alkoholu. Bywam na mityngach często i regularnie, raczej uczciwie szukając odpowiedzi, niż kieliszka. Mogę zaakceptować siebie dokładnie takiego jaki jestem, na dziś. Nie jestem zobowiązany do oceniania siebie, ani kogokolwiek innego; jeśli zaś czasem się ciskam, to ktoś na mityngu pomoże odnaleźć mi moją ścieżkę. Będę wiecznie wdzięczny lekarzowi, który rozpoczął to wszystko przez danie mi ulotki z Dwunastoma Krokami i setkom przyjaciół, którzy poczynili tak dużo uwieńczonych sukcesem badań nad moją chorobą, bym dzisiaj mógł być lepiej zintegrowany i szczęśliwszy, niż byłem przedtem jak długo sięgam pamięcią. Kluczami są gotowość (chęć) i uczciwość. Bóg wam pomoże zmienić się w takich, jakimi powinniście być.

J.B., Rochester, Nowy Jork AA Grapevine - kwiecień 1998 r. 

 


 

Ouitter

 

nie zaczął a już rezygnuje

 

Zanim przyszedłem do AA myślałem, że mam entuzjastyczny stosunek do życia. W czasach mojego picia, wstępowałem do różnych klubów i organizacji, ale jak tylko stwierdzałem, że ich reguły mi nie pasują, odchodziłem. Po licznych latach wstępowania i odchodzenia doszło w końcu do mnie, że byłem z tych, co odchodzą, a nie wstępują. W tym czasie, przeszedłem nawet nieudaną próbę odejścia z tego świata. Kiedy zdałem sobie sprawę, że miałem problem z alkoholem, jeszcze raz wstąpiłem - tym razem do Anonimowych Alkoholików. Przyszedłem ze zwykłym entuzjazmem. Jak stwierdziłem, że Kroki mi nie odpowiadają, odszedłem. Odchodzenie było w moim stylu, odchodząc czułem się więc dobrze. Z upływem czasu gdy problemy wynikające z mojego alkoholizmu skokowo rosły, skierowałem się znowu w stronę AA. Gdy z Wielkiej Księgi przeczytano „Jak to działa", zdałem sobie sprawę, że nie istniał „łatwiejszy, łagodniejszy sposób". Jak każdy inny musiałem pozbierać się do kupy (oryg. złożyć wszystkie kawałki) i spróbować ułożyć swoje życie. Dziki entuzjazm, jaki kiedyś okazywałem, do zmian reguł i przepisów teraz zniknął. Zastąpiło go głębokie pragnienie życia pełnym i uczciwym życiem. Nareszcie znalazłem swoją przynależność. Nie potrzebowałem wstępować czy zapisywać się; po prostu przynależałem i przynależąc dobrze się czułem. Jestem aktywny w AA od dwóch lat i nie mogę sobie przypomnieć należenia kiedykolwiek do jakiegokolwiek klubu czy organizacji z takim uczuciem miłości i autentyczną troską o swoich członków. Przynależność jest pociechą samą w sobie, zaś AA i ja połączyliśmy się we wzajemnej przynależności.

K.K., Lewiston, Nowy Jork AA Grapevine - kwiecień 1998 r.

 


 

Wdzięczność

 

Przyszedłem na swój pierwszy mityng AA, w dniu 1 czerwca 1967, do grupy New Boston w High Boston College i od tego momentu dzięki tej wspaniałej wspólnocie nie mam potrzeby picia. Polega to na prostym fakcie, że jestem alkoholikiem i tylko jeden kieliszek dzieli mnie od upicia się. Mój największy problem, którym była obsesja picia zniknął, ponieważ otrzymałem pomoc od Boga i AA. Ponieważ zniknął problem picia, czuję się obecnie lepiej pod względem fizycznym, psychicznym i duchowym i dlatego jest mi znacznie łatwiej uporać się z codziennymi kłopotami, szczególnie gdy zawsze mogę korzystać z tego samego źródła pomocy. Drobne niedogodności nie przywodzą mnie jednak do AA mówiącego "Miałem bardzo zły dzień". Jest wiele rzeczy każdego dnia, za które jestem wdzięczny. Czym mam stracić cały dzień rozważając jakąś jedną sprawę, która była nie po mojej myśli? Nie przynoszę biadolenia ani cierpiętnic-twa na mityngi AA, od tego jest sponsor. Nowoprzybyły chce bowiem usłyszeć dobre wieści i otrzymać otuchę, zatem powinienem mówić jemu (jej) raczej o tym jak stawałem się trzeźwym a nie jak zostałem pijakiem. Przez długi czas uparcie zaprzeczałem, że jestem alkoholikiem i poprzez każdą formę samookłamywania i różne doświadczenia próbowałem udowodnić, że mogę pić bez cierpień i strat. To jest naprawdę choroba zakłamania. Długo, uporczywie zaprzeczałem, długo odkładałem przyjęcie pomocy w walce z problemem. Nie byłem w stanie zdrowieć, dopóki tego nie zaakceptowałem. Kiedy wypiłem po raz pierwszy, dodało mi to odwagi do robienia rzeczy, które chciałem zrobić, ale których zrobić nie mogłem. Ale nieszczęśliwie, gdzieś po drodze, zacząłem robić rzeczy, których robić nie chciałem i których się wstydziłem. Teraz piłem więcej, z mniejszą przyjemnością. Teraz kieliszek tylko przytłumiał cierpienie, ale ja go potrzebowałem. Przez długi czas byłem jednym z tych, którzy mogli być na przyjęciu, prowadzić rozmowy z ludźmi i wyglądać normalnie tak, że nikt niczego złego nie zauważał, ale ja następnego dnia nie pamiętałem ani gdzie byłem, ani co robiłem, ani jak dostałem się do domu. Czasem słyszę ludzi z długim stażem trzeźwości krytykujących AA, mówiących, że AA zmieniło się, że nie ma miłości ani przyjaźni we Wspólnocie tak jak dawniej bywało. Takie opinie nie pomagają  nowoprzychodzącym.  Jeśli  ja zaczynam myśleć, że AA zmieniło się lub, że nie jest tak dobre jak dawniej, to jest to znak dla mnie abym spojrzał uważnie na siebie i odnalazł to co we mnie jest nie w porządku. AA zbudowane jest na mocnym, niezachwianym fundamencie i pomyślnie przeszło egzamin czasu, i będzie trwało nadal. Nasze Kroki i nasze tradycje nie zmieniły się i utrzymują mnie w trzeźwości od trzydziestu lat; tyle samo, trzydzieści lat spędziłem pijąc, dodaj te liczby i teraz wiesz, że jestem seniorem. Nie znajduję żadnych zmian w AA. Wskazówką dla mnie jest kultywowanie wdzięczności. I każdego dnia znajduję mnóstwo powodów, aby być wdzięcznym. Jeśli chcecie dowiedzieć się czego więcej o postawie seniorów i zmieniającym się obliczu AA to przeczytajcie tekst na 272 stronie "Anonimowych Alkoholików". ( wyd. amerykańskie) Przyszedłem do AA ponieważ byłem coraz bardziej zagubiony, uwikłany i zdesperowany i dalej nie mogłem iść tą drogą. Dzisiaj przychodzenie na mityngi jest dla mnie przyjemnością, a nie ciężarem. Teraz zliczam błogosławieństwa w miejsce kłopotów. I także odkryłem, że łatwiej przychodzi mi wierzyć w to, że Bóg stworzył człowieka, niż w to, że człowiek stworzył Boga. Dziękuję Bogu za tę wspaniałą wspólnotę. Kocham każdego z Was.

Eugeniusz wg Grapevine tłum. Z.R

 


 

ŻADNEJ KRYJÓWKI...

 

"Ale ja nie wierzę w Boga!” wykrzyknął pewien młody człowiek w cokolwiek niechlujnym odzieniu, po raz pierwszy na naszym mityngu. Specjalnie zrezygnowaliśmy wtedy z dyskusji nad zaplanowanym Krokiem, a zamiast tego zaczęliśmy dzielić się z nim naszymi doświadczeniami związanymi z Krokiem Pierwszym.

 

Przez cały czas siedział w milczeniu, kiwając potakująco głową. Dopiero na koniec wyrwała mu się owa spontaniczna uwaga: "Ale ja nie wierzę w Boga!". Coś było w jego głosie - pyszałkowatość połączona z konsternacją -które przypomniały mi o mojej własnej reakcji, kiedy dowiedziałam się o istnieniu Miłującego Boga w Programie AA. Co znaczy Dwunasty Krok przekonałam się pewnego wtorkowego wieczora. Przez zastępcę. Mój mąż zastąpił mnie tego pamiętnego dnia, dnia, który miał być najważniejszym od momentu, kiedy wychyliłam swego pierwszego drinka. Byłam obecna ciałem, ale nie duchem. Mój jedyny udział w tym przedsięwzięciu polegał na ciągłym zsuwaniu się z sofy, i to tak często, że w końcu pozostawiono mnie chrapiącą cicho na dywanie. Jednak w jakiś sposób, cud pod tytułem AA zaczął działać. Zbudziłam się następnego dnia z wilgotną kartą "Tylko dzisiaj" u boku i z uczuciem, że zdarzyło się coś niesłychanie ważnego. Dano mi tę kartę tak jak daje się smoczek niemowlęciu i ja odmówiłam pójścia do łóżka bez niej. Zaskakujące, ale tego dnia nie piłam. Jak i dlaczego - tego dzisiaj nie mogę już sobie przypomnieć. A potem poszłam na mój pierwszy mityng, już nie trzeźwa, ale w pełni świadoma tego, co robię. AA pokochałam od razu. To było coś jak powrót do domu do czegoś, czego szukało się przez całe życie. Byłam tak przepełniona nadzieją. Wciąż pamiętam te moje radosne podekscytowanie jakie towarzyszyło mi temu pierwszemu spotkaniu z towarzyszami alkoholowej niedoli, ludźmi, którzy nie poddawali się problemom tylko próbowali je rozwiązywać. Byłam zbyt podniecona, aby dostrzec w tym jakiś związek z Bogiem. Na szczęście wrosłam w AA zanim straszna rzeczywistość uderzyła mnie ponownie. Zawsze byłam osobą niesłychanie podatną na wszelkiego rodzaju uzależnienia: tabletki nasenne, tabletki odchudzające, ludzie, zakupy, no i oczywiście alkohol. A jednak przetrwałam. Przetrwałam dzięki regularnym mityngom i mojej ukochanej karcie. Nie było na niej ani słowa o Bogu ani o czymś tak groźnym jak religia.  Oczywiście  do  tego  czasu wiedziałam już co to jest modlitwa o pogodę ducha, ale moje problemy rozwiązywałam ignorując zupełnie jej pierwsze słowo - "Boże...". I kiedy pojawiały się takie niebezpieczne tematy jak wiara czy chrześcijaństwo, wtedy zastanawiałam się w jaki sposób ja -gdy nadejdzie już ta chwila - będę realizowała zalecenia Dwunastego Kroku? Do dziś dnia nie mogłam powiedzieć nikomu dlaczego byłam tak wrogo nastawiona do Boga. W moim życiu nie zdarzyło się nic, co mogłoby to w jakiś sposób tłumaczyć. Typowe wychowanie w duchu Kościoła Anglikańskiego, szkółka niedzielna, bierzmowanie, nauczycielka w szkółce niedzielnej, Billy Graham Rally (chociaż w tym przypadku pamiętam moją stanowczą odmowę bycia "zbawioną”, i kiedy moi przyjaciele wystąpili naprzód, ja pozostałam na swoim miejscu mrucząc buntowniczo "Nie pójdę!”.) Może to właśnie wtedy wszystko się zaczęło, tym bardziej, że w międzyczasie odkryłam ożywcze właściwości domowego wina z pasternaku, które przyrządzała moja matka. Wraz z postępami mojego alkoholizmu w moim stosunku do religii pojawiła się dziwna dwuznaczność: ogromna niechęć do ludzi religii (szczególnie księży) połączona paradoksalnie z miłością do kościołów. architektury, muzyki i sztuki sakralnej. Ogłosiłam swój ateizm wszem i wobec, lecz patrząc na to z perspektywy czasu - zrobiłam to bardziej żeby zszokować, niż z prawdziwości tego faktu. I czyniłam to jeszcze wielokrotnie. Oczywiście wierzyłam, że kiedyś przestanę pić i zacznę pomagać innym. Przypuszczałam, że skończenie z alkoholem będzie równoznaczne z powrotem do roli "doskonałej" jednostki. Przecież to alkohol sprawiał, że robiłam wszystkie te straszne rzeczy. Program Dwunastu Kroków był świetny w teorii. Czyż nie miałam szczęścia nie musząc go realizować? Poszłam tylko na trzy pierwsze spotkania poświęcone trzem pierwszym krokom i potem zarzuciłam to, czekając przez 9 tygodni aż cała seria zacznie się od początku. Moim osobistym cudem, za który dzisiaj dziękuję mojej bezimiennej Sile Wyższej było to, że przez pierwsze 6 lat we wspólnocie nie sięgnęłam po kieliszek. Oczywiście nie zrobiłam też zbyt wielkich postępów. Ale jedno co dzisiaj wiem na pewno to to, że moja Siła Wyższa ma znakomite poczucie humoru. Wykorzystując moje potężne ego sprawiła, że nieopatrznie zgodziłam się zostać sekretarzem naszej grupy. No i nie było już mowy o ucieczce po Trzecim Kroku. Musiałam zostać. Musiałam słuchać. Musiałam dzielić się i zmieniać. Nawet wbrew sobie. Moją Siłą Wyższą z czasów pierwszej wizyty było AA. Obecnie jest nią dusza AA. Nie brak w tym boskich wskazówek i inspiracji. Ostatnio miałam okazję uczestniczyć w spotkaniu w Blackpool - wzięłam udział w mszy i spotkałam tę kobietę, która wtedy dała mi wtedy ową kartę i obecnie jest moim sponsorem. Był tam również mój mąż, niezapomniany zastępca sprzed 14 lat, i mnóstwo moich przyjaciół z AA, Al-Anon i Alate-en. I chociaż byłam przygotowana do odmówienia modlitwy o Pogodę Ducha, to ze wzruszenia nie mogłam wykrztusić więcej niż kilka pierwszych słów. Dzisiaj wykładam w szkole o problemach dojrzewania. Ostatnio jeden z moich małych wychowanków powiedział mi: "Tak wiele jeszcze nie wiem o dojrzewaniu, że nawet nie wiem czego dokładnie nie wiem." Dobrze wiedziałam o co mu chodzi. To tak samo jak ze mną i Bogiem. A tak a propos co z tym chłopakiem, który nie wierzył w Boga? W zeszłym tygodniu znowu przyszedł na mityng. Nadzieja wciąż przy nim.

Diana W., Brentwood. wg Grapevine

 


 

Wspaniałe uczucie.

 

Byłam jednym z tych nowicjuszy AA, których drażniły „części z Bogiem" w Dwunastu Krokach. Myślałam, że wiara w Boga jest poniżej mojej godności. Jako niedojrzała alkoholiczka świeżo po dwudziestce, zostałam zainspirowana egzystencjalizmem, filozofią, która rozważa rolę pojedynczego człowieka, samotnego w tym absurdalnym świecie. Egzystencjalnym wydawał się uszlachetniać moje poczucie izolacji i wyjątkowości i nadawać rodzaj tragicznego wzruszenia pijackiej impulsywności, którą lubiłam uważać za akt wolnego wyboru. Gdy przystąpiłam do Anonimowych Alkoholików, desperacko chciałam przestać pić i odwrócić moje życie, ale byłam całkiem pewna, że nie potrzebuję pomocy „Boga" Jednakże, nawet podczas moich pierwszych dni w AA, obawiałam się szukania dziur w programie, żeby już nie powiedzieć rozdarcia całej tkaniny. Podejrzewałam, że gdybym sobie pozwoliła na uczynienie dla siebie choćby jednego wyjątku - takiego, jak stwierdzenie, że mogę pominąć Boże Kroki - mogłabym się otworzyć na usprawiedliwienie  picia.  Stąd  też stwierdziłam, że muszę znaleźć sposób życia z całym programem AA, włączając w to Boga. Ale co oznaczał Krok Trzeci? „Zdecydowaliście się powierzyć naszą wolę i życie opiece Boga tak, jak Go rozumiemy". Jak do licha człowiek podejmował taką decyzję? Poddanie mojej woli i życia brzmiało jak niezwykle skomplikowana procedura. A nawet, jak mogłabym wymyśleć, jak to się robi, co by się ze mną stało, gdybym się zgodziła? Martwiłam się, że wypełniając wolę Boga, skończyłabym robiąc coś odważnego i pełnego samopoświęcenia - i krańcowo wstrętnego (odpychającego). „Dwanaście x Dwanaście" powiada, że jedyną rzeczą potrzebną do zrobienia Kroku Trzeciego jest „klucz zwany chęcią". Myślałam, że jestem chętna. Wyobrażając sobie siebie trzymającą ten nieuchwytny „klucz", czekałam na przeobrażenie i niczego nie czułam. Księga porównywała czyjąś świadomość Siły Wyższej do przepływu elektryczności, ukrytej i mocarnej, przez obwody domu. Lecz ja nie byłam w stanie ani poczuć ruchu tej siły, ani znaleźć  przełącznika, który  by ją uaktywnił w moim życiu. Klucz w końcu się przekręcił, elektryczność w końcu popłynęła, w sposób tak spokojny i prosty, że świadomie nigdy bym sobie tego nie mogła zażyczyć. W czasie, gdy stałam się trzeźwa, żyłam przez kilka lat z pewnym mężczyzną. Nasze stosunki były przez pewien czas zakłócone, a moja nowa trzeźwość tylko pogłębiła problemy, ponieważ czuł się zagrożony moim powiększającym się opieraniem na AA, a ja się czułam niezręcznie z jego dalszym piciem. Budziłam się w środku nocy stwierdzając, że nie wrócił do domu i wpadałam w podwójną panikę, że albo zginął w strasznym wypadku, albo był z kimś innym. Leżałam w łóżku z szeroko otwartymi oczami, serce trzepoczące do chwili, gdy słyszałam jego klucz w zamku. Pewna noc zaczęła się typowo. Obudziłam się, zdałam sobie sprawę, że nie ma go w domu i poczułam, jak napływa strach. Wtedy jednocześnie stało się coś innego. Zrozumiałam, że nie muszę dalej iść tą drogą. Nie myśląc nawet o tym, co robię, powiedziałam, właściwie nie do „Boga", ale też na pewno nie do siebie samej, „Cokolwiek się stanie, pozwól mi to zaakceptować". Natychmiast przeszła po mnie fala spokoju. Panika się ulotniła. Wiedziałam z rdzenia mojej istoty, że, ponieważ byłam trzeźwa i nie zamierzałam pić w tej sytuacji, czułam się dobrze. Zaufałam - czemuś. Zasnęłam. Było to szesnaście lat temu. Gdy obudziłam się następnego ranka wiedziałam, że w końcu przeszłam Krok Trzeci i byłam wypełniona radością. Krok Trzeci dalej objawiał się w moim życiu na sposoby, które są nawet głębsze i bardziej zadziwiające, gdyż jak obiecuje „Dwanaście i Dwanaście", „Gdy raz wsadziliśmy klucz chęci do zamka" i doświadczyliśmy pierwszego otwarcia drzwi, „stwierdziliśmy, że zawsze możemy je jeszcze otworzyć". Wkrótce po „przekręceniu" tej nocy, zerwałam z człowiekiem, z którym żyłam. Kilka lat później poślubiłam człowieka, którego spotkałam w AA. Utrzymywałam się w trzeźwości i chodziłam na mityngi. I co interesujące, trzymanie się ścieżki duchowej stało się dla mnie coraz bardziej istotne. W przeciwieństwie do strachu, że Krok Trzeci skaże mnie na życie odważne i pełne samopoświęcenia, stwierdzam, że pozwala mi na myślenie i działanie jako najprawdziwsze ja. Moja praca, która polega na pisaniu i prowadzeniu wycieczek w głuszy, pomaga ludziom badać związki z naturą i duchowość. Idąc tą drogą, moja własna podróż płynęła wzdłuż wielu dopływów. Jednakże w końcu cały proces przyprowadza do Kroku Trzeciego: pozostaję trzeźwa i poddaję moją wolę i życie opiece Boga tak, jak pojmuję tę mądrą i promieniująca istotę, która objawia się w mojej własnej duszy. Jest jeszcze jedna dokładka (nowa rzecz) do tej opowieści. Wadą charakteru, z którą walczyłam przez lata. była gorzka zazdrość w stosunku do innych pisarzy, których postrzegałam jako odnoszących większe niż ja sukcesy. Pracowałam ciężko, aby odpuścić ten chroniczny ból, ale dalej był łatwo prowokowany. Kilka tygodni temu, prowadziłam kierowaną sesję opisową, w trakcie której ujrzałam, jak życzliwa małpa zabiera ode mnie czarną żółć zawodowej zazdrości, umieszcza ją w ziemi, gdzie się rozpuszcza i staje nieszkodliwa. Parę dni później mój młody pasierb zadzwonił, żeby mi powiedzieć, że jego pierwszą książkę zatwierdzono do publikacji. Czekałam na ukłucie zazdrości, ale, zaskakująco, nie czułam niczego poza radością z jego sukcesu. Następnego dnia zastanowiłam się nad tym zjawiskiem jadąc autostradą. Myślałam o tym, jak zmiany wewnętrzne przychodzą tylko wtedy, gdy jesteśmy na nie naprawdę gotowi. I wtedy usłyszałam, bardzo wyraźnie, głos: Czy jesteś w końcu gotowa poddać się swojemu przeznaczeniu? Stara konserwatywna (ociągająca się) część mnie - która nie mogła przepuścić okazji do potargowania się o to, co chce - podniosła się i pomyślałam: Może jeśli powiem tak, stanę się sławną pisarką. Tak - powiedziałam głosowi. Nie - odpowiedział. Czy jesteś gotowa poddać swoje życie Bogu? O            ile często moja Siła Wyższa zwracała się bezpośrednio do mnie w moich latach trzeźwości, nigdy nie odnosiła się do siebie jako do Boga. Na pewno ja nigdy jej tak nie nazywałam. Fakt, że teraz to zrobiła silnie mną wstrząsnął. Jak mogłam się sprzeciwiać. Tak - po prostu odpowiedziałam. Jestem gotowa. Poczułam wtedy wspaniałe uczucie. Było to tak, jakby całe moje ciało zostało opróżnione z tego, czego już więcej nie potrzebowało i natychmiast zostało wypełnione czymś innym. Było to uczucie światła i energii, rodzaj wywołującego mrowienie prądu przechodzącego przeze mnie. Był to kolejny dowód na to, że cuda AA mogą się zawsze pogłębiać i krystalizować  jeśli  nie piję, realizuję Kroki i  ufam procesowi. Tak długo, jak chcę robić to o co mnie proszą w dowolnej chwili i porzucam wysiłki na rzecz kontrolowania wyników moich działań, podążam ścieżką, którą moja Siła Wyższa (nazywajcie to Bogiem, Wyższym Porządkiem, duszą, siłą życia, czy  jakkolwiek)  przeznaczyła  dla mnie.

Trebbe J.

 


 

Córka

 

Mam na imię Iwonka... jestem alkoholiczką. Zaczął się trzeci miesiąc roku i zawsze nierozerwalnie kojarzy mi się on z naszym Trzecim Krokiem: "Postanowiliśmy powierzyć naszą wolę i nasze życie opiece Boga jakkolwiek Go pojmujemy". Jakkolwiek Go pojmujemy? Ja mojego Boga nie pojmuję zupełnie, ale dzisiaj wiem, że On się mną opiekuje i kocha mnie bezwarunkowo, tak jak matka powinna kochać swoje dziecko, nie za urodę, czy dobre oceny, ale za to, że ono jest, bo jest wielkim darem. Nie rozumiałam tego, co znaczy być matką, bo nie nauczono mnie tego. Dziecko zostało poczęte i urodzone, i było własnością rodziców. Ono ma się uczyć, być grzeczne i kochać rodziców, mamę i tatę, recytować wierszyki, żeby można się było nim pochwalić na przyjęciach rodzinnych. W takim to "duchu" wychowywałam swoją córkę. Przyszedł czas, kiedy musiałam wybrać, albo ja, albo moje dziecko. Były to pierwsze miesiące mojego trzeźwienia. I wybrałam... siebie. Bolało, bardzo bolało, ale ja nic nie zrobiłam, aby złagodzić ten ból, tylko się nad sobą użalałam. A to, że ona nie chce mnie widzieć, a to, że jej ojciec ją nastawia przeciwko mnie i przekupuje. Przyjaciele mówili: "daj czas czasowi", "żyj i daj żyć innym". Nie słuchałam, tylko się użalałam. W końcu doszło do ostatecznej rozmowy przed rozprawą rozwodową i jej: "Mamo, nie gniewaj się, chcę być z tatą". Zabolało, ale byłam już na tyle silna, że powiedziałam:

 

1.         Ja nie mogę.

2.         On może.

3.         Ja Mu pozwolę.

 

I kiedy Mu pozwoliłam i uwierzyłam w to, że On może, bolało mniej, a jeszcze gdy do mnie dotarło, że moja córka nie jest moją własnością, dałam jej żyć. I poczułam, że się zbliżam, że radość ze spotkań ze mną jest autentyczna, że rozmowy są szczere i ufne zwierzenia. Szczytem marzeń było "Mamo, przebaczam Ci", "Mamo, jesteś moją najlepszą przyjaciółką", "Mamo, ja wierzę, że Ty nie będziesz piła". Tak długo czekałam i wiele zniosłam, ale dzisiaj wiem, że od Boga dostałam tyle ile mogłam udźwignąć, bo Mu powierzyłam, autentycznie i bez pytań - kiedy?, ile? Po prawie trzech latach moja córka jest ze mną, ale to nie tylko moja zasługa, bo Program AA i moja ufność w Opiekę, to też Ty Przyjacielu, Ty, który mnie przytuliłeś, nie osądziłeś, to moje kochane AL--Anonki, to inni cudowni ludzie, to terapeuci. Jestem dzisiaj Mamą, autentyczną i kochającą bezwarunkowo. Nie ma we mnie chęci odwetu do ojca mojej córki, nie ma mściwej satysfakcji, ale jest szczęście i wiara w ten Program AA i ten cytat z V rozdziału Wielkiej Księgi: "Rzadko się zdarza, by doznał niepowodzenia ktoś, kto postępuje zgodnie z naszym programem”. Pamiętam, gdy Sponsor polecił mi go przepisać - byłam zła, ale on mi polecił przepisać V Rozdział nie po to, aby mi dokuczyć, lecz żebym go poczuła- poczułam i to do głębi mojej duszy. Przede mną sprawy prawne, ale przecież mam Trzeci Krok.... Szczęśliwa matka

Iwonka, alkoholiczka.

 


 

BOX 459

..Duchowy a nie religijny.....

Spiritual is as spiritual does.

 

 

Preambuła mówi jasno: "AA nie jest związana z żadną sektą, wyznaniem, działalnością polityczną....”. Rzeczywiście, pisze Frana K. z Glenside, Pensylwania: "Kiedy przed 28 laty przystąpiłam do AA, jedną z najbardziej przyciągających spraw w tej cudownej zdezorganizowanej organizacji, było dla mnie skrupulatne przestrzeganie rozróżnienia pomiędzy duchowością i religijnością. Jak wielu innych nowych członków, miałem wysoki stopień odrazy do religii, tak jak ją wówczas rozumiałem... i bardzo niewiele doświadczeń związanych z duchowością". Obecnie -polemizuje Frana - jestem pełna wdzięczności, że wszystko co zyskałam dobrego - moją trzeźwość, moje życie, moje zdrowie, moją rodzinę, a nawet pojęcie o Sile Wyższej -zawdzięczam rzeczywistej duchowości, którą poznałam dzięki programowi AA. Jednocześnie przekonałam się, że zmiana jest dobra, jeśli oznacza wzrost. Ale kiedy rozmywa ona i wypacza nasze Tradycje, wierzę, że należy odwołać się do zbiorowej mądrości. Niestety, kontynuuje ona - wraz z mnożeniem się różnych terapii, coraz większa liczba alkoholików odpada z tej "produkcji taśmowej" i przenika do AA, łącznie z taką ilością wiedzy, by napytać sobie biedy. Wielu z nas starych stażem w AA stwierdza, że trzymanie się za ręce i skandowanie "Keep coming back it works if you work it" {Spotkałem się z tym na mityngach anglojęzycznych, ale nie wiem, czy jest jakieś oficjalne wytłumaczenie, dosłownie jest to coś w tym rodzaju: "Stale wracaj, to działa, jeśli ty pracujesz nad tym", lub też ze względu na możliwość skandowania, coś w tym rodzaju: "Wracaj i działaj z nami, my wygramy "-przypis tłumacza. W Polsce trzymamy się za skrzyżowane ręce i odmawiamy modlitwę -czy to nie to samo - przypis redakcji}jest zbędne i poniżające. Co za tym pójdzie? Pieśni? Kiedy wielu z nas życzliwie i wyrozumiale toleruje chrześcijańskie modlitwy, z powodu ich uczuciowych wartości dla historii tego znakomitego programu, to sądzę, że musimy właśnie tu wyznaczyć granicę. Jest to niepokojąco sprzeczne z duchem naszego ekumenicznego programu (Tradycji), aby jakiś wodzirej, nieważne, że w dobrej wierze, nakłaniał nas do modlitwy pytaniem: "Kto jest Ojcem Naszym?", lub też jeszcze gorzej; "Kto utrzymuje nas w trzeźwości". Mimo dobrych intencji, rezultat jest obraźliwy. Tego typu pytania proszące o potwierdzenie wiary są właściwe jedynie w kościele. Kiedy cała grupa w odpowiedzi na tego typu pytania odpowiada: "Ojcze nasz, któryś jest...” wówczas uczestnicy zgłaszają swe preferencje do określenia religii. A to nie jest zgodne z AA. Trzeźwienie poprzez zasady duchowe przyciąga ludzi różnych religii, lub spoza religii oraz jednoczy nas tak, że my jako członkowie Wspólnoty możemy sobie pomagać wzajemnie, zgodnie z V Tradycją... "nieść posłanie alkoholikowi, który wciąż jeszcze cierpi"

TŁ.RKS.

 


 

NA MITYNGU

 

Kiedy przyszłam do AA, samo niepicie wydawało się zupełnie wystarczać. Ale po jakimś czasie chciałam czegoś więcej. Łatwo było zauważyć, że ludzie mający to, czego chciałam - radość, swobodę, spokój - byli tymi, którzy pracowali nad tym, co nazywali Dwunastoma Krokami. Kiedy przychodzisz do AA. wchodzisz na mityng z ludźmi takimi jak ty sam. Nie chcą oni, aby łamano ich anonimowość bardziej niż ty obawiasz się, aby złamano twoją. Będą więc ochraniać ciebie, ponieważ ty będziesz ochraniać ich. Zaczęłam pracę nad Krokami i stopniowo siały się one częścią mego życia. Znacznie dopomógł mi w tym sponsor i sądzę, że powoli zaczęłam rozluźniać się, rozglądać się dookoła i dostrzegać, że to działa. I to pomimo faktu, że nigdy w niczym się nie udzielałam i nie wierzyłam, że to naprawdę działa. A to działało pomimo mnie. Był powód ku temu. Kiedyś w historii AA. metodą prób i błędów, stwierdzono, że niektóre sposoby postępowania we Wspólnocie były lepsze niż inne. Spisano je jako rodzaj zasad i nazwano Tradycjami. Słyszy się słowa takie jak: anonimowość, niestowarzyszanie się, samowystarczalność. Były to dla mnie puste słowa dopóki nie usłyszałam, co one znaczyły dla innych członków. Wtedy zaczęłam rozumieć znaczenie znalezienia grupy macierzystej Grupa macierzysta jest miejscem, które utrzymuje nas w uczciwości wobec siebie. Są to ludzie, którzy dadzą mi największe możliwości rozwoju, ponieważ będą mi pomagać, będą wskazywać mi drogę. Cóż, to tak jak kotwica. To twój dom w AA, I sugestia, aby mieć grupę macierzystą nie oznacza, żeby nie chodzić na wiele innych mityngów. Jest to po prostu wskazówka, aby znaleźć - być może najłatwiej wyrazić to mówiąc - po prostu znaleźć dom. To twój dom w AA, Przychodziłam na mityng co tydzień. I stopniowo ludzie zaczęli mnie poznawać. Rozpoznawali moją twarz, widzieli mnie co tydzień. I stopniowo ludzie nabierali śmiałości rozmawiając ze mną, i ja nabierałam odwagi rozmawiając z nimi. Z czasem zaczęłam przyjaźnić się z ludźmi. Na początku nie było łatwo Powiedziano mi, że skorzystam, bo ludzie poznają mnie. Może nawet lepiej niż sama znam siebie. I to, że mam problemy być może zauważą oni, zanim sama je dostrzegę.

XXXX

 


 

CZY BEZ OBAWY PATRZĘ W PRZYSZŁOŚĆ?

Kiedy przybyłam do AA, powiedziano mi, że moją Siłą Wyższą może być wspólnota AA. Znaczyło to dużo, ponieważ dotąd jedyną rzeczą, która mnie w alkoholikach zdumiewała był ich sposób, w jaki zwracali się do Boga i pojmowali go. Od dawna nie miałam szczęścia rozmawiać z Bogiem i nie byłam wcale pewna, czy Bóg istnieje. Gdy próbowałam się modlić, miałam mocne poczucie. że nikt mnie nie słucha. Lecz mój sponsor pomógł mi uświadomić sobie, że alkohol był siłą większą, niż siły, które mogłam zgromadzić w sobie, by wydostać się z je go szpon. I mogłam stwierdzić, że siła, jaka powstawała pośród ludzi AA była większa, niż siła nałogu. Mogłam zwrócić moje życie i moją wolę w tę stronę, i zrobiłam to, na początku nawet wbrew sobie. I stała się wielka rzecz -przestałam pić. Tak więc zaczęłam chodzić na mityngi i czerpałam z tej siły. Powiedziano mi, że wcześniej lub później zwrócę się w stronę Boga i będę mogła rozmawiać z nim, podobnie, jak czyniło to wielu z nich. Stopniowo, z pomocą Kroków, nauczyłam się, jak trzymać się z dala od alkoholu, nauczyłam się dużo o życiu bez niego, tak aby "intuicyjnie" wiedzieć, co zrobić w sytuacjach, które poprzednio przytłaczały mnie. Od momentu, gdy wypiłam ostatniego drinka, minęło wiele lat. Moje pojęcie Siły Wyższej, jakie mam, to poczucie, że AA, która jest siłą większą, niż ja sama i moje poczucie przynależności do większej całości. Wciąż nie wiem, jak rozmawiać z nią, chociaż czasem, gdy odmawiam Modlitwę na mityngach, wydaje mi się to dobrym sposobem. Medytuję, a to chyba czyni mnie chłonną na zmiany. Jednak gdy myślę o trudnościach w przestrzeganiu Tradycji AA, które obserwuję, jak łamanie anonimowości lub mieszanie AA z innymi 12-stop-niowymi programami, terapiami itp., bardzo szybko się denerwuję. Nie chcę, aby AA przekształciła się w jakiś azyl dla ludzi dysfunkcyjnych, z wiecznym bałaganem i niezrozumiałym żargonem. Wygląda mi na to, że większość świata szanuje Anonimowych Alkoholików i chciałabym, aby tak było w przyszłości, na wypadek, gdyby któraś z moich wnuczek, jeszcze małych, kiedyś potrzebowała Wspólnoty. Są przecież dzieci i wnuki innych łudzi, o których trzeba pomyśleć, nie tylko moje. Jestem więc bardzo zagorzała w obronie AA i jej tradycji. Tak zagorzała, że mój głos czasami staje się ostry i stara niecierpliwość zaczyna brać górę. Kilku moich przyjaciół w AA pomogło mi przyjrzeć się temu i zauważyłam, że im bardziej jestem wytrącona z równowagi z powodu łamania Tradycji AA, tym bardziej maleje moje pojęcie siły wyższej. Widzę, że AA jest w niebezpieczeństwie i to oznacza dla mnie, że Bóg, jak go rozumiem jest w niebezpieczeństwie. Jedna z moich przyjaciółek określiła mnie, jako duchowo zatwardziałą i ona może mieć rację. Nie czuję się tak, jakby moja trzeźwość znajdowała się w niebezpieczeństwie, ale ona może być zagrożona dopóki nie nauczę się oddzielać mojego związku z AA od strachu o moje osobiste "zbawienie". Zbawienie jest dziwnym słowem w ustach kogoś, kto, podobnie jak ja, ma problemy z nazwaniem swojej Siły Wyższej Bogiem lub nawet "Nim". Lecz AA była i jest moim zbawieniem i dlatego przeraża mnie wizja rozcieńczenia idei AA do lekarstwa na wszystkie choroby świata przez przepełnione dobrymi chęciami dusze. Możecie sobie więc wyobrazić, jak reaguję na pogląd, iż anonimowość jest przestarzałą ideą. Odrobina obawy, którą zna każdy z nas, może być dobrą rzeczą. Może motywować mnie do spojrzenia na Tradycje i refleksji nad nimi. Ale jeśli staję się przy tym tak zaciekła w walce o anonimowość i jedność celu AA, że prawie dostaję piany na ustach, nie przynosi to ani mnie ani AA nic dobrego. Dobrze, AA jest moim zbawieniem. Lecz zaczynam widzieć, że nie może być moją jedyną siłą wyższą. Można codziennie poznać coś nowego w tej dziedzinie. To, nad czym teraz pracuję, to lepsze poznawanie Boga i próba zrozumienia Jego.

M       

 


 

Czy mnie pogonisz?

 

Alkoholizm to śmiertelna choroba.

 

Kiedy zacząłem trzeźwieć, sądziłem, że będę jednym z tych niezwykłych ludzi w AA, którzy nie potrzebują sponsora. Pojawiała się też myśl, że gdybym poprosił kogoś o sponsorowanie to bym się spotkał z odmową. Żywiłem ogromny strach przed odrzuceniem. Tak więc z "zaciśniętymi kciukami" trzymałem się przez siedem pierwszych miesięcy. Miałem wtedy wrażenie, że wariuję. Nie mogłem pracować nad żadną częścią programu. Wiedziałem już, że po to by utrzymać swą trzeźwość, muszę znaleźć sponsora,. Pierwszy człowiek, do którego się zwróciłem, zrobił to czego się tak obawiałem - odrzucił mnie. Odrzucenie boli, ale ja wiedziałem, że chcę pozostać trzeźwym. Poprosiłem drugiego człowieka, o którym wiedziałem tylko to jak ma na imię i że obchodził piąty rok trzeźwienia. Zgodził się i narzucił mi pracę od podstaw programu AA. Polecił przeczytać Wielką Księgę do strony 164, a potem przeczytać ją po raz drugi. Następnie rozmawialiśmy o tym. Kazał mi również czytać „ Refleksje na każdy dzień" i modlić się każdego dnia do Siły Wyższej. Wreszcie powiedział abym dzwonił do niego, każdego dnia jeśli chcę, by mnie prowadził. Nie chciałem tego robić - miałem przecież 52 lata - ale odpowiedziałem: dobrze - i dzwoniłem. Pewnego dnia zadzwoniłem do niego siedem razy. Zapytałem czy mnie „pogoni", jeśli zadzwonię po raz kolejny. Roześmiał się i powiedział "nie". Powiedział, że pomagam mu. Wtedy nie rozumiałem tego. Teraz wiem, że mnie potrzebował. Cztery lata trzeźwieję dzięki cudowi danemu od Boga przez AA, i jeszcze mam tego troskliwego sponsora. On prowadzi mnie swoją delikatną ale pewną ręką. Wiem, że nie mógłbym utrzymać trzeźwości bez tego człowieka. Dziękuję Bogu za zrozumienie tego. Jeśli nie masz sponsora, to stanowczo sugeruję Ci - postaraj się o niego. Alkoholizm to śmiertelna choroba.

J... wg Grapevine

 


 

JEDEN Z WIELU

 

Gdy wstąpiłem do AA od razu zakochałem się w mityngach roboczych. Uwielbiałem siedzieć na nich i słuchać argumentów za i przeciw, plątania i rozplątywania najprostszych spraw oraz wyjaśnień: czemu coś należy zmieniać lub nie zmieniać? Wiele osób nie lubi tych mityngów, gdyż uczestnicy na nich się kłócą. Dla mnie kłótnie dodawały atrakcyjności tym spotkaniom. Z początku byłem skoncentrowany na krokach, uzyskując świadomość własnego upadku. Części mych wad, między innymi takich drobiazgów jak skłonności do rozwiązań siłowych, czy widzenia tunelowego byłem nieświadomym. Pokora, poświęcenie, zasady przed ambicjami, anonimowość - to nie były moje ulubione słowa. Nie wiedziałem nawet - co naprawdę znaczą? Gdy pierwszy raz "przerobiłem" czwarty krok byłem przekonanym, że już wiem wszystko o sobie. Ale ilekroć potem wracałem do kroku czwartego to okazywało się, że zadrasnąłem jedynie powierzchnię. Zaczynając pracę w służbach uważałem, że znam "zasady" i potrafię je stosować we wszystkich poczynaniach. Rzeczywistość jednak mnie przerosła. Po pięciu latach trzeźwienia zmieniłem grupę. Nowa grupa działała zupełnie inaczej niż stara - tak przynajmniej ja to odbierałem i nie trzeba było długo czekać bym zaczął udowadniać w jaki sposób grupa łamie wszystkie tradycje po kolei. Stałem się czymś w rodzaju psa łańcuchowego pilnującego by "wszystko działo się zgodnie z Tradycjami", nie zważając na to, że sam łamię pierwszą z nich. Jedność opuściła mityngi przez te same drzwi, którymi ja wszedłem. Dopiero ta sytuacja zaczęła ukazywać mi

głębokość wad mojego charakteru. Gdy w końcu zabrnąłem w ową radosną służbę, musiałem stawić czoło paru wyzwaniom:

          Czy mogę być jednym z wielu i jednocześnie służyć?

          Czy w końcu nauczę się, ze we wspólnocie nie ma szefów i policjantów?

          Czy wiem, że jestem ważną częścią większej całości a moje miejsce we wspólnocie pozostaje w ścisłym związku z miejscami zajmowanymi przez innych?

          Czy uświadamiam sobie, że gdy staram się przekonać wszystkich do moich racji to tracę zdolność słuchania innych?

          Czy wiem, że tunelowe widzenie nie pozwala ujrzeć całości?

          Czy jestem w stanie wykonywać moje zadania jednocześnie pozwalając działać innym, bez potrzeby ciągłej kontroli, bez zarzucania innym lenistwa  (oczywiście  dla dobra AA)?

          Czy to co robię we wspólnocie wynika z mojego stanu trzeźwości, czy zajmuję właściwe miejsce w AA?

 

Jeżeli nie, to albo moje działanie będzie urastać w mym ego i rozdymać je, albo będę traktować swe zadania jako

nieważne i zaniedbywać je. Przestałem w końcu traktować siebie nazbyt poważnie. Ciągle ćwiczę umiejętność śmiania się z siebie gdy zauważę, że tracę umiar. Przecież program AA mam na całe życie!

Anonim

 


 

To proste

nie komplikuj.

 

Otrzeźwiałam w jednym z głównych miast na południowym zachodzie, na mityngu AA zorganizowanym w klubie. Zostałam tam zaprowadzona pewnego ranka, po tym jak próbowałam położyć kres trzęsącym się rękom i krztuszeniu się pitą wódką. Dzięki Bogu pozwolili mi zostać. Członkowie. AA napoili mnie kawa i zapewnili, że jeżeli wytrzymani nigdy się już nie będę tak źle czuła. Wiele razy członkowie AA pytali mnie -na jakim jesteś etapie? Nie rozumiałam, jak to pytanie może być związane z faktem, że właśnie mieli mi odciąć elektryczność (lub z jakimś innym problemem dnia codziennego), ale powoli uświadamiałam sobie, że istnieje między nimi bezpośredni związek. Gdy zdecydowałam się na pracę nad sobą, wiele moich życiowych problemów zaczęto się rozwiązywać, Boli cię głowa? - ktoś spytał mnie niespodziewanie pewnego dnia. Gdy powiedziałam, że tak, usłyszałam: I czujesz ból w łopatkach. Tak - odpowiedziałam, zaskoczona jego intuicją. Twoja aureola jest zbyt ciasna, a próbujesz wyhodować skrzydła. Nie staraj się być zbyt dobra w zbyt krótkim czasie. Trafił w samo sedno. Postanowiłam stać się świętą w grupie AA, co jest najprostszą drogą do pijaństwa. Dzwoniłaś do swojego sponsora? Było częstym pytaniem, które słyszałam Oczywiście, zazwyczaj nie dzwoniłam. Gdy nie zabierałam głosu, ktoś przycisnął mnie do muru i spytał: Dlaczego spasowałaś? Nic nie mam do powiedzenia - broniłam się. Mój sponsor powiedział mi - że jeszcze nie czas na to by pasować. Nawet teraz prawie nigdy nie pasuję, gdy jestem wywoływana. Zawsze słyszę testowa -jeszcze nie czas. Czego oczekujesz po tym programie? - spytała mnie pewna, młoda kobieta po mityngu. Chcę być trzeźwa odpowiedziałam szczerze. A ja chcę nie tylko to. Chcę dużo więcej. Chcę wszystko. - odpowiedziała. Nie miałam pojęcia o co jej chodzi. Brzmiało to bardzo samolubnie. Dzisiaj to rozumiem i też pragnę wszystkiego - wszystkiego, co może mi zaoferować ten Program. Mój pierwszy sponsor skazał mnie na pierwsze spotkanie z kobietami, gdy odkrył, że nie bardzo je lubię. Inny poradzi! mi, abym polubiła kobiety, bo jestem jedną z nich. Gdy narzekałam, że nie będę mogła nawet napić się szampana na własnym ślubie, spytano mnie brutalnie: Jesteś zaręczona? Nie byłam. Inną rzeczą, którą usłyszałam było: Opróżnianie popielniczek i ustawianie krzeseł utrzyma cię w trzeźwości. To brzmiało niemądrze, ale pozwoliło mi zapomnieć na chwilę o sobie i skoncentrować mój umysł na czym innym, niż ja sama. Często powtarzały się na ścianach, napisy: Powoli, Jeden Dzień Na Raz, Żyj i Daj Żyć. Jedyny, który nie miał zastosowania w stosunku do mnie brzmiał: Myśl, Myśl, Myśl. Mówiono mi: jeszcze nie czas. Gdy zaczynałam mówić bez sensu na spotkaniu, przerywano mi, czasem bardzo stanowczo. Wiem, że wielu łudzi pozostało trzeźwymi po spotkaniach AA bez tak stanowczego przewodnictwa, jakiego ja doświadczyłam. Być może wszyscy dostaniemy, to co potrzebujemy gdy pierwszy raz przekraczamy próg AA. Nie uważam, abym była inna. niż wiele kobiet i mężczyzn, którzy przychodzą dziś na spotkania, ale niektórym z nich trzeba powiedzieć co mają robić, tak jak mi musiano to powiedzieć. Dziękuję im za odwagę, że powiedzieli mi to. I jak mawiał Bili W:

Dziękuję za życie.

 


 

KROK 4

Waga słów

 

 

Cześć wszystkim: Mam na imię Marko i jestem alkoholikiem. Gdy 30 miesięcy temu wstępowałem do AA, muszę przyznać, że nastawiony byłem dość sceptycznie. W dotychczasowy sposób nie mogłem już dłużej żyć: więcej czasu spędzałem w szpitalu niż poza nim. Poszedłem za radą przyjaciela i zadzwoniłem pod numer, który mi dał. Ten, kto odebrał telefon, był bardzo uprzejmy, skierował mnie do grupy AA i dodawał otuchy mówiąc, że skoro on sobie poradził z problemem, ja także mogę to zrobić. Nie dowierzałem mu i poszedłem na mityng bez przekonania. Tego wieczora wiele osób zabierało głos, opowiadali mi o sobie i zalecali stosować program. Nie miałem co ze sobą zrobić, więc ponownie poszedłem na mityng. Tego drugiego wieczoru przerabiali czwarty krok. Słuchałem z uwagą, lecz to co usłyszałem, nie zrobiło na mnie dużego wrażenia. „Zrobiliśmy obrachunek moralny...", więc chodzi o wejrzenie w siebie i poznanie się. Ileż razy ja to robiłem! Zwłaszcza gdy trochę wypiłem, lubiłem rozmyślać o sobie, użalać się nad sobą z powodu licznych nieszczęść, niedoceniania przez innych, z powodu moich wielkich wad, większych niż u kogokolwiek. No i co? Znów mam się w tym grzebać? I to ma sprawić, że przestanę pić?! Później przyjaciele zaczęli zabierać głos i jeden z nich powiedział o czymś, co mnie uderzyło: ten krok nie wymagał ode mnie osądzania siebie. Nie wymagał autoanalizy, lecz zwykłego sporządzenia wykazu. Spis taki -mówił ten przyjaciel - pomija wartość spisywanych „pozycji". Mam być jak magazynier, który spogląda uważnie na towary w magazynie i zapisuje po prostu to, co widzi: trzy pudełka tego, dwa tego, pięć czegoś innego (w tym jedno uszkodzone). To nie to samo co autoanaliza. Ona nigdy mi nie pomogła. Gdy rozmyślałem o sobie, byłem zbyt zaangażowany emocjonalnie, każdą sprawę wyolbrzymiałem. Z każdym wydarzeniem, o którym myślałem, związane było ocenianie (zwykle negatywne), a więc strach, wstyd. -Weź pióro i kartkę, i zapisuj - poradził mi jeden z przyjaciół - wtedy wszystko stanie się bardziej obiektywne i pozbawione zbędnych emocji. Spróbowałem i zafunkcjonowało. Zaszedłem dalej niż zdołałbym wcześniej. Dowiedziałem się o sobie dużo więcej i przestałem się potępiać. Powoli zrozumiałem, że aby poznać siebie dokładnie, potrzebowałem właśnie takiego obrachunku. Jestem taki, taki i taki. Teraz, gdy to wiem, mogę poważnie z kimś o tym porozmawiać, mogę próbować zmienić coś, nawet starać się naprawić wiele błędów popełnionych nieświadomie. Dzisiaj rozumiem nasz Program nieco lepiej. Tamten wieczór nauczył mnie czytać go z uwagą. Każ-

de słowo ma swoje precyzyjne znaczenie, nie znalazło się w nim przypadkowo. Obrachunek nie oznacza spowiedzi, naprawianie winy nie jest tłumaczeniem się. Siła Większa nie musi oznaczać Boga czy Grupę, powierzenie się nie jest bezwolnym poddaniem się i oczekiwaniem na mannę z nieba. A ja z pewnością nie jestem najgorszy na świecie.

INSIEME (RAZEM)Lugio-Agosto 1997 (lipiec sierpień)

 


 

Opowieść sponsora.

 

Dwóch trzeźwych alkoholików dzieliło ten sam pokój w sanatorium. Jeden był wysoki a drugi niski. Pewnej nocy wysoki musiał się załatwić, ale nie chciało mu się udać na dół do holu do łazienki, więc podszedł do zlewu i załatwił się. Niski, częściowo rozbudzony zobaczył to i zdenerwował się. Rano, następnego ranka, udał się do biura kierownika purpurowy z wściekłości. Podskakiwał, wołając: „Co to za miejsce? Facet użył zlewu. Ja muszę się golić w tym miejscu!" Był tak wściekły, że wybiegł z biura i pobiegł do najbliższego baru i upił się. Dwa dni później umarł, tylko dlatego, że facet załatwił się do zlewu. Koniec historyjki, ale nie koniec posłania. Mój sponsor dodał co następuje:„Czasami  nosimy  ze  sobą zlew, czekając na kogoś, aby go użył, abyśmy mogli oszaleć. Wracaj do nas, AA pokaże ci jak wyrzucić Twój zlew".

 


 

UCZYĆ, NIE POUCZAĆ

 

 

Do AA trafiłam 10 września 1963 roku, w przededniu moich 21 urodzin. Moją macierzystą grupą przez pierwsze pięć lat była Under 40 Group w Long Beach w Kalifornii. Przez cały ten czas prawie zawsze byłam najmłodszym uczestnikiem naszych mityngów. Może właśnie dlatego wielu moich przyjaciół nabrało przekonania, że będę świetna w pracy z młodymi ludźmi, którzy licznie zaczęli napływać do naszej Wspólnoty. Mylili się. Otóż nigdy nie lubiłam młodych ludzi. Nie znosiłam nastolatków, kiedy sama nim byłam, nie znosiłam moich dzieci, kiedy weszły w ten wiek, i wciąż nastolatków nie cierpię. Zdawałam sobie sprawę z wagi Dwunastego Kroku i kiedy poproszono mnie o poświęcenie się pracy z młodymi ludźmi - zrobiłam to. Aczkolwiek czułam, że w roli tego, który niesie im posłanie, sprawdzę się tak sobie. Pewnego dnia miałam spotkanie z grupą nastolatków przebywających w ośrodku leczenia odwykowego dla młodocianych. Długo opowiadałam im o tym, ile ja piłam będąc w ich wieku, i o tym, jak aktywne członkostwo w AA pomogło mi przestać i wrócić do zdrowia. Po tym wystąpieniu nadszedł czas na pytania. Pierwsze, które padło - zadał je taki młody chłopak - brzmiało: "No dobra, a ile ty masz lat?” Wkrótce potem do mojej macierzystej grupy zaczęli napływać szukający pomocy młodzi ludzie. Zawsze byliśmy małą grupą i ten niezwykły napływ nowoprzybyłych zaczął nas trochę przytłaczać. Jeden po drugim starsi członkowie zaczęli ją opuszczać, przenosząc się do innych, okolicznych grup. Ja również chciałam odejść. Długo się wahałam. I wtedy przypomniałam sobie o naszym głównym celu: nieść posłanie alkoholikom, którzy wciąż jeszcze cierpią. Jednak jak u licha nieść posłanie ludziom, którzy są młodsi od moich dzieci? Przesłanie nie moje, przesłanie o wyzdrowieniu, które znajdą w AA. Co mogłam im powiedzieć po przeszło dwudziestu latach trzeźwości? Tamtego dnia - co pomogło mi pozostać trzeźwą? W końcu postanowiłam być z nimi zupełnie szczera. A więc opowiadałam im jak bardzo było mi ciężko. I stała się rzecz dziwna. Nagle poczułam, że ta moja niechęć do młodych ludzi była w dużej części lękiem przed odrzuceniem. Powiedziałam im wtedy, że zostaję w grupie, że zamierzam dzielić się z nimi swoim doświadczeniem, siłą, nadzieją. I tak się też stało. Poczułam, co to znaczy zaangażować się w program. Byłam z nimi zupełnie szczera, opowiadając o tym, co przeszłam. Rozmawiałam z nimi jak gdyby nigdy nic. Nie próbowałam być pseudo-nastolatką. Ostatnio widziałam gdzieś takie oto powiedzenie, które bardzo mi się spodobało: Potwierdzaj swe słowa czynem po czym zapomnij o czym mówiłeś. Na zewnątrz mogłam być kimś, rodzicem, dorosłym. Na mityngu byłam tylko jednym z alkoholików, dzielącym się z innymi swoimi przeżyciami. Po siedmiu latach przeszłam na emeryturę, przeprowadziłam się też do innego stanu. Rzadko odwiedzałam tamte strony, jednak gdy w końcu tam pojadę to zawsze powracam do tej starej grupy. Odwiedziłam ich niedawno. Kilku z tych młodych ludzi nie pije już od prawie 10 lat i teraz to oni dzielą się z nowoprzybyłymi swoimi doświadczeniami. Grupa żyje i ma się świetnie. Program działa. Jaki jest morał z tej historii? Otóż tak jak dla alkoholizmu nie ma barier wiekowych, program AA działa również niezależnie od wieku ludzi, którzy w nim uczestniczą. Czasami zapominam o niektórych jego zasadach. Jednak wiara w Boga zawsze sprawia, że znów jestem gotowa służyć innym, niezależnie od ich wieku, płci, wyznania, czy innych sztucznych różnic. Dzięki temu wciąż mogę cieszyć się moją trzeźwością.

Mickey H., Springville , Utah.

 


 

II TRADYCJA

Siła dla bezsilnych

 

 

Tak jak w przypadku wszystkich Tradycji, moje zrozumienie Tradycji Drugiej wyrosło na gruncie osobistych doświadczeń z zasadami - zazwyczaj w  wyniku  popełnianych  błędów! Pierwszym błędem jaki mogę sobie przypomnieć w kontekście Drugiej Tradycji było postawienie na piedestale prowadzących z mojej grupy macierzystej i oczekiwanie od nich doskonałości. Zamiast uważać ich po prostu za zdrowiejących podobnie jak ja alkoholików, próbujących służyć grupie najlepiej jak potrafią, myślałem o nich jako o autorytetach w AA. Wynikało to z moich doświadczeń sprzed okresu trzeźwienia. We wszystkich znanych mi organizacjach prowadzący - nauczyciele, księża, pracodawcy, itp. - podejmowali decyzje i ustanawiali reguły gry. To oni mieli władzę! Rozwianie tych złudzeń kosztowało mnie sporo rozczarowań zanim pojąłem, że w AA wszyscy jesteśmy bezsilni - a sterowanie nami musi pochodzić od jakiejś siły wyższej. Innym błędem myślowym na początku był pogląd, że sumienie grupy wyraża się zawsze poprzez przegłosowanie większością głosów, że AA jest demokratyczne, i że rządzi większość. Ale ta Tradycja nie mówi wcale, że najwyższym autorytetem jest opinia większości! Niekiedy nasza Siła Wyższa przemawia głosami mniejszości w tak przekonywujący sposób, że sumienie grupy staje się jasne - nawet dla tych z nas, którzy myśleli zupełnie inaczej. Najważniejsza chyba lekcja jakiej się nauczyłem odnośnie Drugiej Tradycji zawiera słowo, które w niej nawet nie występuje, mianowicie: odpowiedzialność. Nikt w AA nie może mnie do niczego zmusić, ale jeśli sam odrzucę wzięcie odpowiedzialności za moje działania, prawie na pewno znowu sięgnę po kieliszek. A przynajmniej nie uda mi się wzrastać duchowo i nie doświadczę niesamowitych błogosławieństw osiągalnych poprzez pracę nad sobą według zaleceń programu. Można to odnieść do każdej dziedziny służby we wspólnocie. Jeśli zajmuję się przygotowaniem kawy i herbaty, biorę odpowiedzialność za to, żeby była kawa dla wszystkich przychodzących na mityng uczestników. Jeśli jestem osobą z komitetu powitalnego, to mogę witać nowo przybyłych jedynie jeśli jestem punktualnie przed mityngiem. W każdej czynności na rzecz AA mam pełną dowolność działania w sposób, który uważam za najlepszy do osiągnięcia naszych celów. Ale z tą dowolnością łączy się odpowiedzialność za działania zgodne z założeniami i budżetem mojej części służby oraz Tradycji i Koncepcji wspólnoty AA, Tradycja Druga zawsze sprowadza mnie do podstawowych zasad: nie ważne jaką ponoszę odpowiedzialność, nie ważne jakie zaufanie ludzie we mnie położyli albo jakie ja pokładam w innych - naszym najwyższym autorytetem jest Siła Wyższa wyrażająca się w sumieniu grupy. Moim zadaniem jest dzielić się, słuchać i służyć.

 


 

…. z listów do redakcji

 

Mam na imię Zbyszek i jestem alkoholikiem, W AA jestem już ponad cztery lata. Na początku nie wierzyłem, że można nie pić przez miesiąc, pół roku czy tym bardziej jeszcze dłużej. Nie wyobrażałem sobie jak można nie pić alkoholu. Dopiero po paru pierwszych mityngach dowiedziałem się, że alkoholizm to choroba. Nie można z nią walczyć w pojedynkę, Ja nie piłem w zaparte najdłużej dwa miesiące. Chodziłem na antikol. Też nie wytrzymałem dłużej jak miesiąc czasu. Tu w AA dowiedziałem się że, żeby nie pić, nie można walczyć z alkoholem, ale trzeba mu się poddać. Do AA trafiłem przez przypadek i miałem wszyty esperal. Na pytanie kolegi co zrobię, gdy skończy mi się zaszycie, powiedziałem, że znów się zaszyję. Podobało mi się trzeźwe życie, nie chciałem pić, ale nie ufałem sobie. Kiedyś przyjaciel z AA powiedział mi: Zbyszek ty się cieszysz, że nie pijesz, a co dalej. Nie mogłem tego pojąć. Chodziłem przecież na mityngi 4-5 razy w tygodniu przez prawie dwa lata. Myślałem, że jak nie piję i chodzę na mityngi to sprawa jest już załatwiona. To nieprawda, często łapałem się na tym, że na mityngach śpię, uciekam myślami, gdzie indziej. Nie myślałem już o alkoholu, ale nie słuchałem innych. Słyszałem tylko to co chciałem usłyszeć, żeby się porównać z innymi, chciałem być lepszy. Na którymś z mityngów, w czasie przerwy, powiedziałem wtedy do kolegi, który nie pił już trzy lata, że ja nie miałem zwidów, omamów, padaczki alko-holowej. Usłyszałem wtedy od niego, że jak zacznę pić to wszystko to mam przed sobą. Zaczajeni czytać wreszcie naszą AA-owską literaturę. Nie raz, nie dwa. Zaproponowano mi prowadzenie mityngów. Dopiero teraz otworzyłem uszy do słuchania. Wziąłem się ostrzej za siebie. Cieszę się, że grupa mi zaufała i przez pewien okres czasu byłem skarbnikiem. Pierwszy raz mi ktoś zaufał. Tu w AA dowiedziałem się, ze w zdrowieniu najważniejsza jest Wiara w Boga i Prawda. Kiedyś w tym pijanym życiu kłamałem na każdym kroku. Często gubiłem się w tych kłamstwach. Dzisiaj już nie kombinuję, nic myślę o tym, co i komu powiedziałem. Dziś nie kłamię, a nauczyło mnie tego AA. Odzyskałem zaufanie Rodziców i córki. Dziś boję się kłamstwa, nic chcę wrócić do życia z mojego pijaństwa. Zaczynam myśleć o terapii, bo mam jeszcze nie wszystko poukładane. Cieszę się, że po 30-latach znowu powierzyłem swoje życic opiece Boga. Nie chodzę już do kościoła dla sąsiadów. Chodzę do spowiedzi, przystępuję do komunii św. i wsłuchuję się w mszę. Przeżywam ją. Nie raz zdarza mi się, że nie pójdę na mszę w niedzielę - mam wtedy wyrzuty sumienia. Chcę coś od Boga, a nie potrafię  poświęcić  Mu  jednej  godziny w tygodniu. Cieszę się, że zaufano mi i jestem na dyżurach w BSK przy telefonie kontaktowym. Cieszę się, gdy mogę pomóc innym, wskazać drogę do trzeźwości. Taki telefon przypomina mi. że ja też szukałem kiedyś ratunku i że znalazłem ludzi, którzy podali mi pomocną dłoń. Kiedy mam problem, dzwonię do któregoś z przyjaciół. Zawsze znajdę dobrą radę i pocieszenie. DZIĘKI WAM PRZYJACIELE Z AA.

 ZBYSZEK - szczęśliwy alkoholik

 


 

Boże, Stwórco mój,

Oddaję Ci w posiadanie

To wszystko, co jest

we mnie dobre i złe.

Modlę się i błagam,

abyś raczył usunąć ze mnie

wszystkie braki charakteru,

które przeszkadzają mi

być użytecznym dla Ciebie

i mych współbraci.

Udziel mi siły, abym od

tej chwili czynił Twoją

wolę.

Amen

eści lat spędziłem pijąc, dodaj te liczby i teraz wiesz, że jestem seniorem. Nie znajduję ża